Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
WSPOMNIENIA PRZEŻYTYCH ZDARZEŃ

Barbara HORYNIECKA–GWIZDALSKA

 

WSPOMNIENIA PRZEŻYTYCH ZDARZEŃ

 

            27 czerwca skończyłam dwanaście lat. Mieszkałam z rodzicami, starszym o dziewięć lat bratem i dziadkiem w Warszawie przy ul. Franciszkańskiej 10. Z naszego balkonu w odległości około 150 metrów na prawo widać było ulicę Bonifraterską, a tuż za nią, mur getta, za którym rysowały się ruiny wypalonych domów.

            Mój ojciec był uczciwym i prawym człowiekiem. Kochałam go i uwielbiałam. Był subtelny i taktowny. Cechy te nie pozbawiały go poczucia humoru. Posiadał też wspaniały dar opowiadania. Kiedy zaczynał opowiadać, mogłam go z zapartym tchem słuchać przez długie godziny. Najbardziej lubiłam słuchać wspomnień o wojnie z bolszewikami w 1920 r. Ojciec miał wówczas dwadzieścia dwa lata i służył w 5. Pułku Ułanów. Zgłaszał się często na ochotnika na zwiady, a także brał udział w licznych potyczkach. Opowiadał też o urokach ułańskiego życia: woltyżerce, przyjaźni człowieka z koniem i wielu innych interesujących rzeczach i zdarzeniach. Był wielkim patriotą, gotowym bez wahania oddać życie w obronie ojczyzny. Niemal od początku utworzenia Armii Krajowej walczył w jej szeregach.

            W lipcu AK bardzo intensywnie przygotowywała się do zbrojnego powstania. Zapadła decyzja, że rozpocznie się ono 1 VIII. Mój ojciec razem z moim bratem po poważnym i serdecznym pożegnaniu 31 VII wieczorem wyruszyli z domu. Zgodnie z rozkazem mieli przed godziną policyjną zameldować się na miejscu zbiórki swojego oddziału.

            1 sierpnia moja mama postanowiła przed rozpoczęciem akcji zbrojnej załatwić ważną sprawę: odebrać pożyczone znajomym pieniądze. Miała zrobić to dwa tygodnie wcześniej. Teraz uznała, że sprawa jest bardzo pilna. O godz. 13.30 wyszła z domu, aby wsiąść do tramwaju i dojechać do Placu Kazimierza Wielkiego, gdzie mieszkali owi znajomi. Dotarła tam bez przeszkód, ale powrót do domu był już niemożliwy. Oddziały AK czekające w miejscach zgrupowań dużo wcześniej rozpoczęły akcję powstańczą.

            W godzinach popołudniowych przed bramę naszego domu podjechał stary ciężarowy samochód. Wysiadła z niego kobieta w towarzystwie młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami. Wyładowali olbrzymie paki i zaczęli je wnosić do piwnicy oficyny naszego domu. Dowiedziałam się, że kobieta była pielęgniarką-instrumentariuszką. Przywiozła narzędzia chirurgiczne i materiały opatrunkowe. W piwnicy zaczęła organizować szpital polowy. Następnym transportem miał przyjechać chirurg z resztą materiałów. Okazało się, że w piwnicy stały przygotowane dużo wcześniej żelazne łóżka i materace.

            Nieobecność mamy spowodowała, że poczułam się osobą wolną i panią swojego losu. Wiedziałam, że teraz nikt nie będzie mi niczego nakazywał ani zabraniał. Bez chwili wahania zgłosiłam się do przybyłej pielęgniarki, aby mnie i moją o dwa lata starszą koleżankę Dankę zaangażowała jako sanitariuszki. Oferta została przyjęta i otrzymałyśmy biało-czerwone opaski.

            W pierwszych dniach powstania w naszej dzielnicy panował względny spokój. Gdzieś z daleka dochodziły odgłosy strzałów. Niemieckie samoloty przelatywały wysoko. Nie było rannych. Pielęgniarka uczyła nas bandażowania. Pomagałyśmy jej porządkować przywiezione narzędzia i rozkładałyśmy koce na łóżkach. Kiedy spotykani ludzie spoglądali na moją opaskę, rozpierała mnie duma.

            Niestety, nieoczekiwanie szybko skończył się błogi spokój. Niemieckie samoloty zaczęły nisko pikować i bombardować miasto. Ciszę co jakiś czas rozdzierał zgrzyt sprowadzonych przez Niemców miotaczy min, nazywanych krowami czy szafami z racji hałasu, który powodowały przed uderzeniem w cel. Na ulicy wybuchł z wielkim hukiem niemiecki czołg-pułapka. Do piwnicy zaczęto znosić wielu rannych. Popatrzyłam na plecy rannego mężczyzny. Nie było na nich skóry, nie było skóry, tylko liczne zagłębienia wypełnione „galaretą” z krwi zmieszanej z ziemią. Moje dwunastoletnie oczy nie wytrzymały tego widoku. W pierwszym odruchu uciekłam do domu. Już po kilku minutach opamiętałam się i zaczęłam sobie wymyślać od tchórzy. Mówiłam sama do siebie: – Taki wstyd! Jaka z ciebie sanitariuszka?– Biegiem wróciłam do piwnicy. Uwijałam się, żeby jak najwięcej pomóc w tym, co było możliwe. Podawałam pielęgniarce bandaże, podtrzymywałam rannych podczas zakładania opatrunków, przynosiłam wodę i wyrzucałam zakrwawione materiały opatrunkowe. Oczekiwany chirurg nigdy do nas nie dotarł. Do pomocy ściągnięto dwóch weterynarzy mieszkających w naszym domu.

            Od naszej pielęgniarki i bezpośredniej przełożonej otrzymałam polecenie, aby razem z Danką przynosić z komendy AL przy ul. Freta jedzenie dla rannych. Przy okazji dowiedziałam się, że nasza pielęgniarka jest z AL. Otrzymywałyśmy duży wojskowy termos z dwiema rączkami po bokach i razem go niosłyśmy. W środku był makaron lub kasza z sosem i mięsem z konserw, a czasem zawiesista zupa: krupnik lub grochówka. Na wierzchu termosu leżał pokrojony chleb przykryty ściereczką, w późniejszych dniach suchary. Po dostarczeniu posiłków pomagałyśmy karmić rannych.

            W ostrzeliwaniu i bombardowaniu miasta przez niemieckie pociski była pewna regularność. Z samego rana był spokój. Później zaczynało się piekło. Słychać było zgrzyt niemieckich „krów”, a z nieba sypały się bomby. Mieszkańcy wykorzystywali wczesne godziny spokoju. Wychodzili ze schronu i udawali się do mieszkań, aby przygotować sobie gorący posiłek z zapasów, które w czasie wojny każdy gromadził. Moja mama też była zapobiegliwa. W domu była mąka, kasza, makaron, sól i cukier, kilka jajek, cebula i przetopiona słonina. Ja również gotowałam coś gorącego dla siebie i dziadka – jakieś kluski czy kaszę ze słoniną lub smażyłam placki. Dziadek prawie bez przerwy przebywał w schronie. Chorował na astmę i czuł się źle. Któregoś dnia, kiedy byłam zajęta przy chorych, Niemcy rozpoczęli ostrzeliwanie około dziewiątej. Ludzie przebywający w domach po usłyszeniu zgrzytu wystrzelonego pocisku odruchowo wybiegli na klatkę schodową. A tam właśnie uderzył pocisk. Wszyscy zginęli. Między innymi młode małżeństwo. Ocalał jedynie ich dwuletni synek, który był wtedy w schronie. Odtąd nie mogłam dostać się do domu, bo nie było schodów. Zburzona została też część kuchni. Zostałam w jednym ubraniu. Była to granatowa plisowana spódniczka, biała bluzka i granatowy żakiet. Od tego dnia przynosiłam z komendy AL dodatkowe porcje jedzenia dla siebie i dla dziadka. Po zdobyciu niemieckich magazynów powstańcy rozdawali cukier w kostkach. Obie kieszenie mojego żakietu wypchane były kostkami cukru.

            Od dłuższego czasu noce były jasne. Ciemność rozświetlały łuny palących się domów. Nasze podwórko zamieniło się w pokaźnej wielkości cmentarz. Wzdłuż piwnic ściśle do siebie przylegających domów po naszej stronie ulicy wybito otwory w ścianach, aby ułatwić ściąganie rannych i zabitych z różnych miejsc ulicy i uchronić się od kul snajperów. Sytuacja robiła się coraz trudniejsza. Niemcy zbombardowali wodociągi. Nie było wody. Otrzymałam rozkaz przynoszenia wody aż z Powiśla, prawie znad samej Wisły. Już w czasie pierwszej wyprawy po wodę zobaczyłam leżącą na ulicy zabitą kobietę. Była ubrana w identyczną sukienkę jak ta, w której mama wyszła z domu. Przeżyłam wstrząs. Pomimo wewnętrznego przekonania, że mama żyje, nie mogłam zapomnieć widoku tej martwej kobiety.

            W końcu nadszedł najgorszy ze wszystkich dni. W ostatnim dniu sierpnia zobaczyliśmy wbiegających do schronu niemieckich żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami. Niemców było tylko trzech, ale towarzyszyło im wielu Ukraińców. Poczułam bolesny skurcz serca i ogarnęła mnie rozpacz, że to wszystko było daremne. Tyle cierpienia i tyle śmierci poszło na zmarnowanie. Niemcy wyrzucili nas z piwnic i pędzili ulicami miasta. O zmroku zatrzymaliśmy się przed kościołem na Woli. Niemcy oddzielili mężczyzn, a nas tzn. kobiety, dzieci i starców zamknęli w kościele. Słychać było płacz dzieci i lamenty kobiet, które były przekonane, że mężczyzn wywiozą na roboty do Niemiec, a nas zbombardują w kościele.

            Noc spędziłam leżąc skulona na kamiennym podeście przed obrazem któregoś ze świętych. Rano otworzyła się duża kościelna brama i jakiś mężczyzna w towarzystwie niemieckiego żołnierza przyniósł wiadro z wodą i kilka kubków. Spragnione kobiety zaczęły wyrywać sobie wodę. Niemiec coś wrzasnął, a mężczyzna uspokajał tłum, zapewniając, że za chwilę ponownie przyniesie wodę. Istotnie, nosił ją do czasu zaspokojenia pragnienia przez wszystkich. Następnie kazano nam iść dalej.

            Dotarliśmy do obozu w Pruszkowie. Przed jednym z licznych baraków rozdano nam w blaszanych talerzach ciepłą zupę z brukwi gotowaną w dużym kotle. Po spożyciu przez nas tego posiłku umundurowany Niemiec, w obecności towarzyszącej mu tłumaczki, przeprowadził sortowanie. Oddzielono dziewczęta powyżej czternastego roku życia oraz kobiety nie posiadające małych dzieci i kazano im wejść do baraku. Pozostałych, wśród których znajdowałam się ja i dziadek, załadowano do ciężarówek i wywieziono do wsi za Piotrkowem Trybunalskim. Czekał tam już sołtys, który rozmieszczał nas wśród miejscowych gospodarzy.

            Wraz z dziadkiem trafiłam do dobrych i zamożnych ludzi. Dom był przestronny i czysty. Wszędzie panował wzorowy porządek. Gospodarze byli bardzo serdeczni i przyjmowali nas, jakbyśmy byli oczekiwanymi gośćmi. Spaliśmy w czystej i wykrochmalonej pościeli. Jedzenia nam nie żałowali. Mieliśmy świeże mleko, masło i śmietanę, ser i pachnący wiejski chleb. Obiady były smaczne i obfite – z daniem mięsnym.

            Po dwóch tygodniach przywieziono z Warszawy następny transport ludzi, którzy zajęli nasze miejsca, a nas ponownie załadowano na ciężarówki i wywieziono jeszcze dalej, do zabitej deskami wsi w powiecie Końskie. Do najbliższej stacji kolejowej było 30 km.

            Tym razem trafiliśmy do młodych i bardzo biednych ludzi. Chałupa była ciasna. W kuchni zamiast podłogi klepisko. W całym domu było czarno od brudu. Spaliśmy na siennikach ze słomy pod brudną derką. Gospodyni gotowała codziennie tę samą zupę – żur, którą jadało się trzy razy dziennie. Do tego można było dostać kromkę chleba i niesłodzoną czarną kawę do popicia. Wcześnie rano gospodarze wychodzili na długie godziny do pracy w polu. Przed wyjściem gospodyni rozkładała derkę na środku kuchni i sadzała na niej ośmiomiesięczne niemowlę, którym się opiekowałam. Zostawiała mi ugotowaną na mleku kaszę w butelkach po wódce i smoczek do karmienia dziecka. Ogień pod płytą kuchenną był rozpalony. Musiałam do niego podkładać porąbane drzewo, które znajdowało się za progiem kuchni, i pilnować, aby ugotowało się wstawione w dużym żelaznym garnku jedzenie dla świń. Zamiatałam kuchnię wydrapaną miotłą, skraplając przedtem ubitą ziemię wodą przyniesioną ze studni znajdującej się przed domem. Dziadek bardzo kasłał, męczyła go duszność i najchętniej siedział na dworze przed progiem. Bardzo szybko oblazły mnie duże opasłe wszy. Były ich tysiące. Nie tylko we włosach, ale też w całym ubraniu. Usiłowałam z nimi walczyć. Nalewałam wodę do garnka, stawiałam go na gorącej kuchni, zdejmowałam koszulkę i wrzucałam ją do gotującej wody. Chodziłam wtedy w samej bluzce. Następnego dnia wkładałam koszulę i żakiet, a bluzkę gotowałam. Co dwa, trzy dni gotowałam też moje jedyne majtki i suszyłam je przy gorącej kuchni przed powrotem gospodarzy. Niestety, spódnicy i żakietu nie mogłam wygotować.

            Kiedy do naszej wsi zaczął zbliżać się front, niemieckie władze wydały rozkaz, aby codziennie z każdego gospodarstwa zgłaszała się z łopatą jedna osoba do kopania dołów przeciwczołgowych. Gospodarze wysłali mnie do tej pracy. Otrzymywałam kromkę czarnego chleba i butelkę z czarną kawą, łopatę w rękę i wychodziłam z domu. Byłam zupełnie nieprzyzwyczajona do fizycznej pracy. Kopane doły były głębokie. Kiedy nagarniętą na łopatę ziemię usiłowałam wyrzucić na zewnątrz, duża jej część spadała mi na głowę. Wieczorem bolały mnie wszystkie mięśnie i miałam dreszcze. Wytrzymałam to tylko przez dwa dni. Następnego dnia po pracy nie wróciłam do domu, tylko usiadłam na klocu ściętego drzewa na placyku przed kościołem i zaczęłam płakać. Zobaczył mnie ksiądz. Podszedł do mnie i zapytał: – Dlaczego, dziecko, płaczesz?– Kiedy mu powiedziałam, wziął mnie za rękę i zaprowadził do domu. Porozmawiał z gospodarzami na osobności. Od tego czasu nie wysyłali mnie więcej do kopania rowów, ale wróciłam do poprzednio wykonywanych zajęć.

            Mama odebrała swój dług, ale nasi znajomi zginęli w bombardowaniu. Od powstańców dowiedziała się, że Niemcy zdobyli już Starówkę. Na początku września Niemcy ogłaszali przez głośniki, że mieszkańcy mogą wychodzić z Warszawy z białą flagą, zapewniając, że nic im się nie stanie. W nadziei, że ja żyję, mama postanowiła 7 IX opuścić miasto. Kiedy maszerowała ulicą wśród innych ludzi wychodzących z Warszawy, jeden z niemieckich żołnierzy stojących w obstawie zauważył, że idzie w samej sukience bez żadnego bagażu i rzucił jej zwinięty nieduży dywanik. Później w coraz chłodniejsze dni, a zwłaszcza noce, okrywała się nim.

            Pieniądze, które wzięła ze sobą, miały się okazać prawdziwym skarbem. Mama, jak wszyscy wychodzący z Warszawy, w pierwszym etapie wędrówki dotarła do obozu w Pruszkowie. Podszedł do niej przebywający tam mężczyzna i rozpoczął z nią rozmowę. Nie poznała go. Przypomniał jej, że przed ponad dwudziestu laty był w niej zakochany i nawet oświadczył się jej, ale nie został przyjęty. Kiedy później zamieszkał na sąsiedniej ulicy, widywał ją i wiedział, że ja i mój brat jesteśmy jej dziećmi. Poinformował mamę, że w dniu poprzedzającym wkroczenie Niemców widział mnie całą i zdrową. Mama zapłaciła dozorcy, aby w nocy przeprowadził ją do innego baraku, gdzie przebywali ranni i chorzy. Rano rozwożono leżących po najbliższych szpitalach, a poruszający się samodzielnie mogli odejść w dowolnym kierunku. Kiedy uwolniona w ten sposób mama opuściła obóz w Pruszkowie, mogła rozpocząć swą pielgrzymkę – poszukiwanie mnie.

            Wędrowała od wsi do wsi. Najczęściej pieszo, czasem parę kilometrów podwiozła ją jakaś jadąca po drodze furmanka. Spotykanym we wsi ludziom zadawała zawsze to samo pytanie: – Czy jest tu dwunastoletnia dziewczynka, szatynka z warkoczykami?– Po usłyszeniu przeczącej odpowiedzi ruszała w dalszą wędrówkę. Nocowała w gospodarstwach wiejskich, najczęściej za darmo, a czasem za parę groszy. Pewnego dnia dotarła do domu, gdzie poprzednio przebywałam. Upewniła się, że na pewno żyję. Wiadomość ta dodała jej sił. Po przenocowaniu i wyposażeniu jej przez gospodynię w jedzenie na drogę ruszyła dalej. Upłynęło jeszcze wiele nocy i dni, zanim otrzymała twierdzącą odpowiedź na swoje pytanie i wskazano jej dom, w którym przebywałam.

            Właśnie skończyłam obcierać zanieczyszczoną pupę dziecka i wzięłam w rękę miotłę, aby zamiatać, gdy usłyszałam pukanie do kuchni. Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo nagle otworzyły się drzwi, w których stała moja mama. Rzuciłam się jej na szyję. Był to najszczęśliwszy dzień. Zaraz po powrocie gospodarzy mama podziękowała im za przygarnięcie mnie i poszłyśmy do sąsiedniej wsi. Dziadek nie zniósłby długiej pieszej wędrówki, musiał więc na razie pozostać u gospodarzy. A my zdążyłyśmy tuż przed nocą dotrzeć do chaty, w której ostatnio mama nocowała. Zostałam wykąpana w dużym cebrzyku z gorącą wodą. Otrzymałam do ubrania stare rzeczy gospodyni, a moje – zawszone – zostały spalone pod kuchnią. Przez dwa dni mama czyściła moją głowę. Trzeciego dnia po śniadaniu otrzymałyśmy jeszcze trochę rzeczy do ubrania i prowiant na drogę. Pożegnałyśmy się z gospodynią i ruszyłyśmy w stronę Warszawy.

            Na polach leżał już śnieg. Kiedy po drodze napotykałyśmy dół przeciwczołgowy, kładłyśmy się na śniegu i przy pomocy rąk delikatnie przesuwałyśmy się dalej, aby nie zapaść się głęboko. Potem szłyśmy dalej. Po kilkugodzinnym marszu dotarłyśmy na przystanek kolejki wąskotorowej. Na przyjazd pociągu czekał tłum ludzi. Kiedy nadjechał, mama podsadziła mnie i pomogła mi wdrapać się na zatłoczony już dach pociągu. Podała mi tobołek od gospodyni i kazała czekać na siebie przy następnym przystanku. Przyszła bardzo zmęczona. Przebyłyśmy tego dnia 40 kilometrów. Po dotarciu do wsi przed Milanówkiem mama wynajęła u gospodarzy małą izdebkę z wąskim łóżkiem, w którym spałyśmy razem. Było tam jednak ciepło i czysto. Nie brakowało nam też jedzenia.

            Kiedy dotarła do nas wiadomość, że wojska sowieckie są już w Warszawie, ponownie ruszyłyśmy w drogę. Po dojściu do Wisły zobaczyłyśmy, że dwa pontonowe mosty są wyłącznie do użytku wojska. Wówczas z duszą na ramieniu przeprawiłyśmy się pieszo przez zamarzniętą rzekę. Zatrzymałyśmy się u bliskich znajomych na Pradze. Wtedy moja mama przeżyła największy dramat swego życia. Dowiedziała się, że jej syn nie żyje. Godzinę przed podpisaniem kapitulacji mój brat otrzymał postrzał w dół brzucha, w okolice pachwiny. Zmarł w szpitalu w Tworkach, gdzie Niemcy przewozili rannych powstańców. Spoczywa na przyszpitalnym cmentarzu. Na jego nagrobku, oprócz imienia i nazwiska, znajdują się słowa: „żołnierz AK” i pseudonim Igor.

            Ojciec po powstaniu dotarł do obozu jenieckiego w Altengrabow. Po uwolnieniu obozu przez aliantów przedzierał się przez formacje różnych wojsk, aby jak najszybciej wrócić do rodziny. Na początku władze wojskowe nie przepuszczały Polaków. Ojciec znał nieźle język rosyjski. Podawał się więc za Rosjanina. Dzięki temu przepuszczano go i udało mu się dość szybko powrócić do Polski. Odnalazł nas na Pradze u znajomych.

            Po uwolnieniu dalszych ziem polskich, kiedy zaczęły kursować niektóre pociągi, wrócił dziadek. Stopniowo sytuacja zaczęła się nieco normować. Otrzymaliśmy z przydziału jeden pokój z używalnością kuchni. Ojciec powrócił do pracy, a ja do przerwanej nauki.

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82