Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Notatki z Powstania

Krystyna Białowąs–Wysocka

 

Notatki z Powstania

 

            W latach 1941–1943 ukończyłam Warszawską Szkołę Pielęgniarek przy ul. Koszykowej. Po ukończeniu pracowałam jako instruktorka na sali opatrunkowej i operacyjnej. 1 VIII 1944 r. zostałam wezwana telefonicznie do stawienia się na godzinę W na ul. Grójecką do domu przylegającego do domu akademickiego naprzeciwko ul. Kaliskiej. Naszym zadaniem miało być zdobycie domu akademickiego. Wskutek niepowodzenia akcji rano rozeszliśmy się do domów. Ja zgłosiłam się na ul. Jotejki, do dawnej fabryki farmaceutycznej Nasierowskiego. Komendantem był Gustaw (Andrzej Chyczewski), drugim Bartłomiej Gałęzowski, lekarze dr Berthold Kassur (Adamski). Wówczas był jeszcze punkt oporu na ul. Kaliskiej–Monopol, gmin. Szachtmajerowej oraz przy ul. Uniwersyteckiej. Moim zadaniem jako pielęgniarki dyplomowanej było działanie w sanitariacie, gdy jednak brakowało sanitariuszek, wychodziłam też po rannych.

            Po jednym z cięższych ataków niemieckich, kiedy dookoła wszystko się paliło, otrzymałam wiadomość że przy ul. Kopińskiej w piwnicy leży ciężko ranny mężczyzna. Pobiegliśmy z kolegami niosącymi nosze. Ranny był to Juliusz Kaden–Bandrowski. Miał uraz brzucha, kawałek sieci leżał na zewnątrz. Założyłam jedynie opatrunek. On wziął mnie za rękę i powiedział: – Dziecko ja jestem starym żołnierzem, to rana śmiertelna. Dajcie mi morfinę, abym nie dostał się w ręce tych oprawców. Była z nim też jakaś pani. Przenieśliśmy rannego do naszego szpitala, który wówczas mieścił się po drugiej stronie ul. Jotejki. Tam zajęli się nim lekarze pracujący w tym oddziale.

            Stopniowo upadały punkty oporu: Szachtmajerowa, Monopol. Pozostaliśmy jeszcze my, ale już otoczeni i z dużą ilością chroniącej się u nas ludności cywilnej, Komendant Gustaw zdecydował, że w nocy 13 VIII wychodzimy do lasu, aby okrężną drogą wrócić na Czerniaków. Nasz oddział sanitarny miał się trzymać blisko czołówki. Niestety, po wyjściu na pola zaczął się ostrzał niemiecki. Ludzie obładowani tobołami, uciekający z Warszawy, odcięli nas od oddziału. Dr Kassur zdecydował powrót do szpitala na Jotejki. Ze mną była Hala Mieczkowska–Rhode (nie pamiętam pseudonimu), Aniela Załęska–Bogusławska oraz Żermena (nie pamiętam nazwiska). Ulokowałyśmy się w mieszkaniu konspiracyjnym przy ul. Jotejki. Rano miałyśmy zamiar zejść do szpitala tak jak zarządził dr Kassur, ale usłyszałyśmy potworny wrzask niemiecki i strzelaninę. Przez okno zobaczyłyśmy naszych stojących pod ścianą z rękami do góry, między nimi dr. Kassura.

            Zdecydowałyśmy nie wychodzić. Po szerokim otwarciu drzwi na klatkę schodową, schroniłyśmy się w kuchennej niszy. Słyszałyśmy dość długo wrzaski, potem ucichło. Słychać było strzały, domyśliłyśmy się, że rozstrzelali naszych rannych, którzy nie mogli wyjść. Gmach został podpalony. W naszej części zaczęli penetrować, ale do kuchni nie wchodzili. Trzeciego dnia naszego ukrywania się, wszedł młody żołnierz w mundurze lotnika. Przeszedł skośnie do szafy, obejrzał się, zobaczył nas, wybiegł czepiając się ścian i krzycząc „Raus”, wygonił buszujących w pokojach. Tak więc cudem zostałyśmy uratowane. Po około godzinie nasz blok był podpalany. Biegł ktoś po schodach od góry i wpuszczał z sykiem strumień ognia. Byłyśmy blisko łazienki. W wannie była woda. Umoczyłyśmy prześcieradła i zbiegły na ulicę. Nie było tu już nikogo, gmach się palił.

            Wydawało mi się, że moja matka, nie biorąca udziału w akcji, ciężko chora na serce jest w domu przy ul. Spiskiej. Tam więc wszystkie skierowałyśmy się. Nie wiedziałam, że już kilka dni temu została wyprowadzona na tzw. Zieleniak i do Pruszkowa do obozu. Usłyszałyśmy głośne rozmowy po niemiecku, zajeżdżające samochody. W pokojach paliło się światło. Pewno wywożono tzw. dobra. Zawróciłyśmy i wydostały się z Warszawy do Michałowic. Po drodze kilka razy byłyśmy ostrzeliwane. Przyczaiłyśmy się pod płotem jakiegoś domku, bojąc się, czy nie mieszkają tu wrogowie. Wydawało się, że normalny dom z firankami w oknach nie może być własnością Polaków. Okazało się, że byli to jednak Polacy. Pozwolili napić się wody ze studni i skierowali do kolejki elektrycznej, którą dojechałyśmy do Pruszkowa. Tam przygarnął nas przygodny ogrodnik. Ofiarował nocleg w stodole i pomidory.

            Poszukiwałam matki. Znowu przypadek zrządził, że spotkałam dr. Kassura, który wydostał się z obozu i znał miejsce pobytu mojej matki. Po spotkaniu z matką postanowiłyśmy się oddalić od Pruszkowa. Zawędrowałyśmy do Wolicy. Hala Mieczkowska została w Podkowie Leśnej. W Wolicy także robiono obławy na warszawiaków. Trafiłyśmy na jakiegoś ludzkiego Niemca, który po krótkiej ze mną rozmowie, pozostawił nas w spokoju. Wychodząc z chałupy powiedział: – Nikogo nie ma. – Około 15 IX nawiązała z nami kontakt przyjaciółka Anieli Załęskiej Hala Kicińska. Wyjednała dla nas przepustkę i możliwość wyjazdu do Częstochowy, gdzie mieszkał brat mojej matki Mieczysław Traczyk, który nas wszystkie przygarnął. Mieszkający w pobliżu Lwowiacy uzyskali dla nas pracę w instytucie Weigla, gdzie poza trzema Niemcami pracowali sami Lwowiacy. Oczywiście produkcja szczepionki przeciw tyfusowi plamistemu była tak ustawiona, aby nie była ona wartościowa. Ja miałam jeden preparat, wykazujący prawidłowość produkcji. Codziennie miałam obowiązek pokazać go szefowi. Niemcy wykryli nasz sabotaż, kiedy doszły meldunki o zachorowalności po szczepieniu. Na szczęście było to 16 I 1945, kiedy to nadszedł rozkaz natychmiastowej ewakuacji instytutu. 17 I do Częstochowy wkroczyła Armia Czerwona. Naszym zadaniem było teraz porozbijać i zniszczyć naszą produkcję szczepionki, aby przypadkiem nie odziedziczyli jej rodacy.

            W czasie okupacji studiowałam na Wydziale Lekarskim tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, równocześnie ze Szkołą Pielęgniarstwa. W lutym wróciłam do Warszawy, w marcu kontynuowałam studia na Wydziale Lekarskim UW, początkowo na Boremlowie. Wykłady były w stajniach weterynaryjnych przy ul. Grochowskiej. Stopniowo przenosiliśmy się do Warszawy. Braliśmy udział w odgruzowaniu Warszawy. Moja grupa odgruzowywała Al. Jerozolimskie róg Nowego Światu. Pomagaliśmy też w remoncie Anatomicum, Medycyny Sądowej, Domu Medyka.

            Absolutorium uzyskałam w 1948 r., po stażach dyplom w 1950 r. w lutym, doktorat w 1960 r., też w lutym, doktora habilitowanego w 1967 r. w lutym, mianowana w Belwederze profesorem w 1988 r.

            Od 1 XI 1949 r. pracowałam w Klinice Chirurgii Dziecięcej pod kierunkiem prof. Jana Kossakowskiego, zaczynając jako stypendystka. Przeszłam wszystkie stopnie: starszego asystenta, adiunkta, kończąc na kierowniku Kliniki Kardiochirurgii, Kardiologii i Chirurgii Ogólnej Dziecięcej AM w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej 24. Od października 1990 jestem na emeryturze.

            Posiadam odznaczenia: Medal Wojska (15 VIII 1948), Ministra Obrony Narodowej, Krzyż Armii Krajowej (Londyn 18 I 1977), Złoty Krzyż Zasługi (21 IX 1977 Rada Państwa), Warszawski Krzyż Powstańczy (27 X 1982 Rada Państwa), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (7 III 1984 Rada Państwa), Medal Prof. Jana Kossakowskiego jako współtwórczyni torakotomii u najmłodszych dzieci (Kapituła Medalu 1995).

            Jestem zamężna (mąż: Adam Stanisław Wysocki). Mama syna Piotra Bartłomieja Wysockiego – lekarza, ożenionego z Olgą Joanną z domu Lewicką, również lekarzem; mają dwóch synów Kacpra Antoniego i Dominika Jana, uczących się w szkole średniej.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82