Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Fragmenty moich wspomnień z Powstania Warszawskiego

Krystyna Illukiewicz–Zgorzelska

 

Fragmenty moich wspomnień z Powstania Warszawskiego

 

            Byłam sanitariuszką Armii Krajowej II Batalionu Szturmowego Odwet. Przygotowanie zawodowe do pełnienia tej funkcji miałam raczej dobre. Przeszłam szkolenie w AK, byłam studentką medycyny po ukończeniu Szkoły Zaorskiego i studiach na kompletach Uniwersytetu Poznańskiego w Warszawie. Do 1 VIII 1944 r. ukończyłam cztery lata medycyny i zaczęłam rok piąty. Przez rok miałam zajęcia w Szpitalu Maltańskim, jako ni to salowa, ni to pielęgniarka, a potem, i to jest najważniejsze, przez 9 miesięcy pracowałam w Klinice Chirurgicznej prof. Rutkowskiego w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Dr Marat, który był moim szefem aż do wybuchu powstania, solidnie brał mnie „do galopu”.

            1 sierpnia rano miałam stawić się na Wierzbnie. Po drodze jeszcze pożegnałam się z rodzicami. Do dziś pamiętam słowa mojego ojca: – Pamiętaj Krysiu, nie każda kula zabija. Ani ojciec, ani mama nie płakali. W wyznaczonym punkcie na Wierzbnie byli już chłopcy i dziewczęta. Dostaliśmy ogromne plecaki pełne, jak sądzę, broni i amunicji. Nieśliśmy je dołem, łąkami na ulicę Chełmską. Pamiętam, że było tam prywatne mieszkanie na piętrze, z balkonem, gdzie zebrała się gromadka młodych ludzi. O mały włos nasz udział w powstaniu zacząłby się już przed południem. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośne rozmowy Niemców pod naszym domem. Jeden z chłopców wyczołgał się na balkon i zobaczył ciężarówkę i kilku żołnierzy. Okazało się, że na parterze był sklep Meinla „tylko dla Niemców” i oni przyjechali po jakiś towar, a my siedzieliśmy cichutko, żeby ich nie sprowokować. Następny rozkaz to wymarsz do Kolonii Staszica na ul. Langiewicza 5. Niestety bez plecaków z bronią, którą przydźwigaliśmy na ul. Chełmską, a która chyba nie dotarła do Kolonii Staszica, sądząc po skromnym uzbrojeniu batalionu. Muszę dodać do swojej charakterystyki, że mam defekt psychiczny – zupełny brak uczucia strachu, no, może z jednym małym wyjątkiem, bo od dziecka bałam się duchów. Trwało to do śmierci mojego ojca w 1963 r., bo wtedy i duchów przestałam się bać.

            O godzinie W rozpoczęło się Powstanie, byli pierwsi ranni i zabici. Zgłosiłam lekarzowi batalionu swoje wiadomości, że tak powiem fachowe.

            Rzekł: – To świetnie, umyjesz dwu zabitych – (pierwszych), co też zrobiłam, i byli to chyba jedyni zabici chłopcy, którzy byli tak przygotowani do pogrzebu. Zastępca dowódcy naszego batalionu został ranny w brzuch. Widoczny był wlot i wylot kuli, chyba karabinowej. Bez możliwości operacji sprawa jest raczej beznadziejna. Mój szef powstaniowy miał wśród swoich leków surowicę przeciwko zapaleniu otrzewnej. Miałam ją wstrzyknąć rannemu. Pech chciał, że dno ampułki przy odpiłowywaniu odpadło i surowica wylała się. Popadłam w rozpacz, zniszczyłam ampułkę, a przecież muszę ją dostarczyć. Skład leków, o ile pamięć mnie nie myli, był na ulicy Filtrowej. W biały dzień tę ampułkę przyniosłam pod straszliwym ostrzałem, cały czas mając w pamięci słowa „Krysiu, pamiętaj, nie każda kula zabija”. No i fakt, nawet nie zraniła. Zastrzyk zrobiłam. Chłopak musiał nie mieć uszkodzonych jelit, bo nie dostał zapalenia otrzewnej i żył jeszcze długo. Zmarł, niestety, w 2000 r.

            Potem Niemcy podpalili nasz dom. Początkowo usiłowaliśmy pożar gasić, ale to była sprawa beznadziejna. Rannych przenieśliśmy więc do garażu w podwórzu, a potem do okolicznych willi. Ja z kilkoma sanitariuszkami i częścią rannych zostałam przyjęta do domu bardzo miłej pani przy ulicy Prokuratorskiej. Syn jej był powstańcem, walczył w Śródmieściu. Początkowo było normalnie: opatrunki, dyżury przy rannych, ale, niestety, nie trwało to długo, bo dzielnicę opanowali własowcy (tak ich nazywaliśmy). No i zaczęło się – palenie domów, gwałty, grabienie, rozstrzeliwanie. Nas codziennie, punktualnie o godz. 13, przez kilka dni wyprowadzano przed dom i grożono rozstrzelaniem. Ratowała nas pani, która znalazła się przypadkiem w tym domu, a ponieważ znała język ukraiński, mogła się z nimi dogadać i jakoś ich ugłaskać. Nie obywało się bez „poczęstunków” wódką, której wreszcie zabrakło, no i rozegrała się tragikomiczna scena. Jeden z nich złapał spirytus do dezynfekcji i zanim mu się o tym powiedziało, wypił z butelki. „Zatkało” go, zsiniał, nie mógł złapać oddechu, a potem z furią strzelał, szczęśliwie po suficie i ścianach. Nasza pani go jakoś udobruchała, usiadł i oparzony język okładał płatkami słoniny. Wyglądało to przekomicznie.

            Raz popychając mnie lufą od karabinu, któryś z nich kazał poprowadzić na piętra (były dwa). Właśnie na drugim piętrze syn właścicielki, architekt, miał pracownię, gdzie na dużym, specjalnym stole stal przepiękny gipsowy model bazyliki. Własowiec jednym kopnięciem rozwalił stół i model, a potem wyrwał ze ściany aparat telefoniczny i wyrzucił przez okno. Dlaczego? Dzięki pani znającej język ukraiński nikt z nas nie został zabity ani żadna z nas nie została zgwałcona.

            Któregoś dnia o godzinie 13 czekaliśmy na „naszych chłopców”, jak ich nazywała jedna z naszych miłych sanitariuszek, a tu przyszedł patrol lotników niemieckich z jednym podoficerem. Dogadałam się z nim moją szkolną niemczyzną. Opowiedziałam o codziennych „wizytach” własowców. On mi powiedział, że doskonale orientuje się, że jesteśmy powstańcami i że teraz oni nas będą patrolować. Tak też było. Po dwóch dniach przyszli bez tego podoficera. Zapytałam, dlaczego go nie ma. Na to usłyszałam: – Wasi koledzy go zranili. Takie są koleje wojny.

            Nadeszła noc, chyba z 9 na 10 VIII. Łączniczka powiadomiła nas, że w nocy zdrowi żołnierze i sanitariuszki mają przejść na Politechnikę. Ranni zostają. Z moimi rannymi miały zostać trzy dziewczyny. Żadna nie miała na to ochoty, ja też. Chciałam iść ze swoimi. Ciągnęłyśmy więc losy. Ja nigdy nie miałam szczęścia we wszelkich loteriach, więc oczywiście wyciągnęłam los, że mam zostać. Siedziałam z dwoma sanitariuszkami w pokoju rannych z smętnymi minami. Nikt nie spał. Wreszcie cichutkie pukanie do drzwi. Wszyscy poszli, a my zostaliśmy. Jeden z rannych chłopców odezwał się: – Krysiu, nie bądź smutna, ja jestem pomocnikiem ogrodnika w Łazienkach, po wojnie dam ci tyle kwiatów, ile tylko zechcesz. Nigdy go już, niestety, nie spotkałam. A potem było jednodniowe zawieszenie broni i Niemcy pozwolili nam przetransportować rannych do szpitala. Na rykszy rowerowej, takiej towarowej, ulokowałam nosze z rannym i wraz z dwoma zupełnie młodymi dziewczętami ruszyliśmy do Szpitala Dzieciątka Jezus. Ranny – to dziś znany architekt. Rzeczywiście nie strzelali, raz tylko cisnęli granat, ale dość daleko. Miałam nawet wypisaną przez Niemców przepustkę.

            Dotarliśmy do Ministerstwa Komunikacji przy ulicy Chałubińskiego. Tam, niestety, stali tacy w czarnych mundurach SS. „Halt!” Trzeba było stanąć. Znowu tą swoją szkolną niemczyzną tłumaczyłam, że mamy przepustkę, ale jeden z nich natychmiast ją podarł i wrzasnął: – Rozstrzelać. Ale nie zdążył, bo zajechał łazik, z którego wysiadł „czarny”, chyba generał, w każdym razie jakiś ważny, bo wszyscy prężyli się na baczność. Na trawniku obok jakiś żołnierzyna pasł konia i po mazursku lub śląsku mówi do nas: – Uciekajta, ja was będę kuniem zasłaniać. Tak też zrobiliśmy. Ranny jęczał z cicha, a my galopem wpadłyśmy w ulicę Oczki i do pierwszej bramy. Waliłam pięściami, aż nam otworzono. Poczułam się w domu. Z rannym zaraz pojechałyśmy na moją chirurgię, gdzie mnie wszyscy znali. Tam poszedł pod fachową opiekę. W klinice, o ile pamiętam, był tylko dr Ostrowski. Od tej pory działałam głównie jako „anestezjolog”. Dawałam eterową narkozę do wielu operacji. Przy czwartej w ciągu jednego dnia sama niemal zasypiałam od ulatniającego się eteru. Poza tym były opatrunki i drobne zabiegi. Roboty było bardzo dużo, jak to w szpitalu w czasie wojny. Dr Ostrowski któregoś dnia uratował moją cnotę. Wyszłam z kliniki, żeby iść do znajomych na terenie szpitala. Byłam w fartuchu i oczywiście w widocznym miejscu na szyi wisiała mi słuchawka, żeby być ważnym lekarzem, a tu Ukraińcy! – Wracz, chodź z nami na kwaterę, mamy chorego. Nie trudno domyślić się, co byłoby dalej. Na szczęście szedł dr Ostrowski, który zatrzymał się i powiedział, że to on pójdzie do rzekomego chorego. Ale oni nie chcieli jego tylko mnie, więc szepnął mi –Uciekaj!–  Wpadłam do kliniki, na pierwsze piętro, do pierwszego łóżka, pod kołdrę, no i udało się.

            W końcu sierpnia byłam ze szpitala ewakuowana z lżej chorymi. Ustawiono nas na ulicy Oczki. W pewnym momencie słyszymy, że coś strasznie łomocze na bruku. Były tam wtedy „kocie łby”, a tu widok raczej niecodzienny. Na rowerze bez opon, na samych obręczach, jedzie żołnierz, spod munduru wystaje mu niebieska koszula, rękawy podwinięte i na każdym przedramieniu kilka zegarków. Coś pięknego. Poprowadzono nas na Dworzec Zachodni, załadowano do towarowych wagonów, no i jazda w nieznane. Nie miałam ochoty jechać do Niemiec i gdy pociąg stanął pod sygnałem, a drzwi były uchylone, w cztery osoby wyskoczyliśmy w trzciny. Strzelali, że tylko trzciny szumiały, ale „nie każda kula zabija”. Potem wędrówka przez Milanówek do Skierniewic, gdzie trochę pracowałam w RGO. Wreszcie postanowiłam wyruszyć pod Warszawę w poszukiwaniu rodziny. Wynajmowaliśmy letnisko w Dąbrówce koło Pyr. Siedemdziesiąt kilometrów szłam pieszo, a potem z Grójca do Piaseczna jechałam kolejką wąskotorową. Do Dąbrówki biegłam przez pola jak na skrzydłach, aby jak najszybciej. No i zastałam całą moją rodzinę – mamę, ojca i siostrę, którzy też byli w Warszawie i jakoś się wydostali. W Dąbrówce mieliśmy „punkt zborny”.

            Jeszcze tylko muszę opisać jedno wspomnienie. Pod koniec września lub na początku października postanowiłyśmy z siostrą przedostać się do Warszawy. Może do domu na ulicę Żelazną, może dalej? Dotarłyśmy na ulicę Wawelską. I teraz opiszę „cud na ulicy Wawelskiej”. Szłyśmy pustymi ulicami, aż tu jedzie na rowerze żołnierz niemiecki, który czystą polszczyzną pyta, dokąd idziemy. Zgodnie z prawdą powiadam, że do domu na ulicę Żelazną. Powiedział, że nas zaprowadzi, tylko najpierw muszę z nim pójść do Instytutu Radowego, bo on ma zabrać skórę. Poszłam. Skórę wycinał z kozetek szpitalnych. Jak już kozetki ogołocił ze skóry, zaczął mnie popychać w celach zupełnie jednoznacznych na jedną z nich. Na nic się nie zdały tłumaczenia, że może on ma też siostrę, żonę lub matkę, które mogą być w podobnej sytuacji. Widząc, że nie odnosi to skutku, bo on zaczyna zdejmować broń, padłam na kolana przy tejże kozetce, tyłem do niego i zaczęłam głośno odmawiać „Pod Twoją obronę ...”. Po chwili usłyszałam: – Won!!! Zabrzmiało to jak anielska muzyka. Nie muszę dodawać, że dwa razy nie trzeba mi było tego powtarzać. „Won, to won”. Natychmiast zwiałam. Siostra na mnie czekała i chyłkiem od domu do domu, jak niepyszne wróciłyśmy do Dąbrówki. Żal mi tylko, że nie widziałam jego, sądzę, dość głupiej miny, bo klęczałam odwrócona do niego plecami.

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82