Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Pamiętnik TLW 2009

 powrót
Pamiętnik z lat 1942-1944

Irena Ćwiertnia-Sitowska

 

Pamiętnik z lat 1942-1944

 

[Pierwsza część Dziennika została opublikowana w 2003 r. w Suplemencie do „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” pt. Tajne studia medyczne w Warszawie 1940-1944]

 

30 września 1944, sobota

Rano było piekielnie zimno. Nie mieliśmy nic ciepłego do picia ani do jedzenia. Wokół nas koczowały tysiące ludzi. Wyszłam z bloku. Cały teren był otoczony wysokim, betonowym murem. Między poszczególnymi blokami rozciągnięto  zasieki z kolczastego drutu. W dali widać było olbrzymi kościół. Rozdawano ciepłą zupę. Ale żeby ją dostać, trzeba się było mocno przepychać. Na to nie miałam siły. Zupa była zrobiona z jakichś odpadów, których i tak nie mogłabym przełknąć. Nie miałam zresztą przy sobie ani manierki, ani kubeczka. Na szczęście rozdawali chleb. Wreszcie udało mi się znaleźć jakąś blaszankę, dostałam do niej z bańki mleka. Co za rozkosz!

Razem z Halinką Witczak, koleżanką medyczką, przedostałyśmy się bliżej otaczających nas drutów. Zobaczyłyśmy, jak Niemcy pędzą grupę powstańców. Z zaciekawieniem śledziłyśmy przechodzące szeregi. Z niecierpliwością szukałam Jerzego. W pewnej chwili Halinka zauważyła naszego kolegę. Co za radość! Pomachałyśmy rękoma i dałyśmy znak o naszym istnieniu. Trwało to moment, pędzeni  musieli iść dalej. Niestety, Jurka wśród nich nie było.

Po pewnym czasie spostrzegłam wchodzącą na teren naszego odosobnienia grupę Niemców z przedstawicielem duchowieństwa. Był wśród nich biskup Antoni Szlagowski (to on w 1932 r. udzielił mi sakramentu bierzmowania). Szedł w swych okazałych szatach razem  z działaczami Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) i delegatami Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Przyszli zobaczyć, w jakich warunkach przebywają wysiedleńcy z Warszawy.  W tej chwili zrodził się we mnie bunt. Oni ubrani czysto, dostatnio, wyglądają tak wytwornie, a my? Co się z nami stało? Stanowiliśmy grupę oberwańców, brudasów i nędzarzy!

Udałam się do miejsca ustronnego. Był to wykopany kilkunastometrowy dół, szeroki na około półtora metra. W poprzek niego przerzucone były co kilka metrów wąskie deski; łatwo z nich spaść do dołu wypełnionego fekaliami. Gdy to zobaczyłam, aż mną zatrzęsło.

Dowiedziałam się, że ma być dla nas podstawiony pociąg. Ale jak się do niego dostać? Na ewakuację z obozu czekały tysiące ludzi. W pewnej chwili zaczęli wołać, że pociąg został już podstawiony. Wszyscy pchali się do bramy zagrodzonej szlabanem. Posuwałam się w tłumie razem z panią Bronią. Miałam z nią wiele kłopotu, gdyż co chwila potykała się. Kulała. Miała zwichniętą nogę w stawie biodrowym. Dowiedziałam się, że jeszcze przy szlabanie Niemcy potrafili odłączyć od transportu osoby młode i przeznaczyć je do wyjazdu do Rzeszy. Muszę się ratować! Przypomniałam sobie, że mam rozległą bliznę na lewym kolanie. Zaczęłam kuleć, a raczej posuwałam się na jednej sztywnej nodze. Doszłam do szlabanu. Pomysł okazał się doskonały. Niemcy przepuścili mnie!

Razem z panią Bronią „kuśtykałyśmy” i z trudem załadowałyśmy się do wagonu. Podstawione wagony to odkryte węglarki. Na deskach podłogi widać było resztki węgla. W każdym wagonie znajdowało się mnóstwo ludzi, znękanych i brudnych. Stanie było niemożliwe. Całe szczęście, że miałam z sobą woreczek cukru. Wzięłam go z domu, gdyż zawsze najbardziej obawiałam się głodu. Wydawało mi się, że mając cukier będę mogła go wymienić na inne produkty żywnościowe. Usiadłam więc na cukrze w jasnym wełnianym płaszczu i czekałam. Była godzina druga po południu, czas wlókł się beznadziejnie. Nie wolno było wyjść z wagonu. Ludzie byli coraz bardziej zniecierpliwieni, zrozpaczeni i głodni. W najgorszej sytuacji znalazły się matki z małymi dziećmi. Starały się nad płomieniem świecy odgrzewać dla maleństw resztki jedzenia. Widok przerażający. 

Nasze oczekiwanie trwało do godziny jedenastej w nocy. Wreszcie pociąg ruszył. Ale dokąd? Nikt nie wiedział. Było nam okropnie zimno. Mój letni płaszczyk nie zapewniał ciepła. Znów pomyślałam o kocu z czystej wielbłądziej wełny, pozostawionym w piwnicy.

 

1 października, niedziela

Zziębnięci jechaliśmy w nieznane. Mijaliśmy wsie, miasta pełne swobodnie poruszających się ludzi. A my– zamknięci, bez jedzenia, bez możliwości załatwienia potrzeb fizjologicznych– wciąż jechaliśmy, nie wiedząc dokąd.

Dojechaliśmy do Skierniewic. Pociąg zwolnił, była noc. Wyrzuciłam karteczkę do Bogusi Folfoszyńskiej (nie widziałam wtedy, że od  18 września  nazywa się już Badnowska – wyszła za mąż za swego narzeczonego, prawnika). Na karteczce napisałam kredką na kolanie: „Bogusiu, jadę w nieznane sama, matki nie widziałam od 1 sierpnia. O Jerzyku nic nie wiem. Irena”.  Po drugiej stronie  napisałam adres: „Bogusia Folfoszyńska,  Skierniewice, Rynek, dom pp. Rolińskich (ona też była wysiedlona z własnej obszernej willi, zajętej teraz przez Niemców. Mieszkała z rodzicami u obcych ludzi).Dostrzegłam, że ktoś podniósł moją karteczkę. Zawołałam i poprosiłam, żeby ją doręczył. Nie mogłam nawet pomyśleć o tym, żeby wydostać się z wagonu i uciec do mojej przyjaciółki.

Stłoczeni w wagonie ludzie zachowywali się różnie. Znajdował się tu konglomerat różnych warstw społecznych; było trochę inteligencji, ale było też wiele tzw. szumowin. Drapali się obdarci i brudni. Zbierali wszy z ubrań i wrzucali je za deski wagonu. Obawiałam się, że niedługo i ja zacznę się drapać.

 

2 października, poniedziałek 

Całą noc spędziłam drżąc z zimna, w pozycji siedzącej na woreczku  z cukrem. Niektórzy wygnańcy po prostu szaleli z powodu przedłużającej się podróży. Jechaliśmy już 29 godzin. Najgorsze, że nie wiedzieliśmy dokąd. Pociąg prowadzony był bocznymi torami, przez lasy, puszcze. Nie mijaliśmy stacji ani miast. Nie można było zorientować się, gdzie jesteśmy. Wreszcie o czwartej rano pociąg stanął. Wysiedliśmy zmarznięci i głodni. Słanialiśmy się na nogach. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas przywieziono. Dotarła do nas wiadomość, że stacja nazywa się Wolbrom. Tu oczekiwali już na nas opiekunowie RGO. Spostrzegli kulejącą panią Bronię i mnie, przewracającą się z wyczerpania. Posadzili nas na wozie razem z chorymi i rannymi. Grupa lepiej trzymająca się na nogach poszła pieszo do oddalonego o 2 km miasteczka. Dojeżdżałyśmy wciąż nieświadome, czy nie umieszczą nas za drutami. Na szczęście nie.

Nie wierzyłyśmy własnym oczom. Rozdzielono przybyłych wygnańców do mieszkańców miasteczka. Panią Bronię, mnie i nieznanego mężczyznę skierowano do młodego małżeństwa, państwa Rogalskich, na ul. Miechowską 34. Dom murowany, porządny, zasobny. W drugiej jego części mieszkali rodzice młodej pary. Prowadzili mechaniczny zakład stolarski, wyrób mebli.

Nieprawdopodobnie zmęczeni, zgłodniali i brudni położyliśmy się w kuchni na podłodze, na rozesłanej słomie. Wszyscy spaliśmy do godziny trzynastej. Po przebudzeniu dowiedzieliśmy się, że w miasteczku jest łaźnia. Poszliśmy do niej. Co za szczęście móc porządnie się wyszorować! Po powrocie dostaliśmy coś do zjedzenia i ponownie położyliśmy się spać. Spać!

 

3 października, wtorek

Już rano pani Bronia, razem z panem NN, pojechali do odległego o 40 km Krakowa. Ja poszłam na rynek, do ambulatorium. Zgłaszało się tu dużo rannych z naszego transportu. Po drodze poznałam młodą, miłą pannę, Żenię Żeromską– opiekowała się staruszkami w przytułku. Również była wysiedlona, ale znacznie wcześniej, z terenów wschodnich. Zaprowadziła mnie do ośrodka zdrowia. Przedstawiłam się urzędującemu lekarzowi. Dostałam fartuch i wzięłam się do pracy. Zapisywałam zgłaszających się chorych i robiłam opatrunki.

W pewnej chwili na salę opatrunkową wpadł zrozpaczony młody chłopiec z zawiniętą głową. Opowiadał, że był u fryzjera, który go  wyrzucił za drzwi, nie chciał mu obciąć zawszonych włosów. Pielęgniarka postawiła na środku sali taboret i kazała chłopcu usiąść. Kiedy zdjęła ręcznik, zobaczyłyśmy coś przerażającego. Jego czarne, długie włosy były całe pokryte biało–szarymi rojącymi się insektami. Pielęgniarka  obłożyła chłopca dookoła szmatami i z trudem ostrzygła mu włosy do gołej skóry. Po zabiegu chłopak  skakał ze szczęścia. Nareszcie pozbył się koszmaru i piekącego bólu.

W południe poszłam na obiad do swoich nowych gospodarzy, a po południu wróciłam do ambulatorium. Poznałam bardzo sympatycznego lekarza, dr Onysynowa.
Dowiedziałam się, że przedstawiciele RGO namawiają wysiedlonych do wyjazdu na wieś. Chcą w okolicy rozlokować przywiezioną ludność. Bardzo się przeraziłam tą wiadomością . Gospodarze, u których przebywałam, byli tak dobrzy, że postanowili mnie zatrzymać u siebie. Jakież u nich było wspaniałe jedzenie!

 

4 października, środa

Rano prałam swoje rzeczy, ryżową szczotką szorowałam zabrudzony płaszcz. Pomagałam również młodej gospodyni w przygotowywaniu obiadu, ale czułam się dziwnie słabo. Po południu zmierzyłam temperaturę –38,8 stopni. Państwo Rogalscy zapakowali mnie pod pierzynę do swego podwójnego małżeńskiego łoża i wezwali doktora. Przyszedł lekarz, którego wczoraj poznałam w ambulatorium. Zajrzał tylko do gardła, nie badał mnie. Orzekł, że mam anginę. Przepisał sulfamidy. Młody gospodarz pobiegł do apteki.

 

 5 października, czwartek

 Dobrze mi było w wygodnym łóżku, ale bardzo gorąco. Leżałam dosłownie cała w wodzie. Czułam się bardzo słabo. Chciałam umrzeć. Nie musiałabym wtedy myśleć o swoim obecnym położeniu, o bliskich, nieobecnych, niewiadomych… Przy łóżku gospodyni postawiła mi kotlet z grzybami, ciasto. Patrzyłam na to, byłam głodna, ale jeść nie mogłam, po prostu nie miałam siły. W południe miałam 39 stopni, a wieczorem 39,9 stopni C. Moi gospodarze byli przerażeni, jeszcze raz wezwali lekarza. Zrobił mi zastrzyk z omniradiny. Spostrzegłam, że gospodarz dał mu 50 złotych.

 

6 października, piątek

Rano temperatura wynosiła tylko 37 stopni, a w południe 37,7 stopni. Ludzie, u których mieszkałam, byli ogromnie troskliwi. Dbali o mnie; gospodyni przyniosła mi kompot i jabłka, białe pieczywo, szarlotkę. Postawiła koło łóżka te specjały, a ja nie bardzo mogłam jeść. Brak mi było wciąż sił.

 

8 października, niedziela

Już nie muszę leżeć. Prawie cały dzień siedziałam na leżaku w ogródku koło domu. Słońce grzało jak w lecie. Czytałam znalezioną u gospodarzy książkę– Ziemię błogosławioną Bucha. Moi opiekunowie poszli na przyjęcie do rodziny.

 

9 października, poniedziałek 

Dzień za dniem upływał smutno, na niczym. Nie wychodziłam jeszcze na miasto, gdyż miałam nadal stany podgorączkowe. Spałam w pokoju młodych gospodarzy na tapczanie.

 

16 października, poniedziałek 

Po chorobie udałam się do dr. Onysynowa, który pożyczył mi książkę Klinika i leczenie chorób serca – naczyń.

 

19 października, piątek

Muszę znaleźć jakąś pracę. W tym celu udałam się znów do dr. Onysynowa; wręczył mi  list do lekarza powiatowego w Miechowie.

 

20 października, piątek

Pojechałam pociągiem do Miechowa. Odszukałam szpital, lecz niestety–  od lekarza powiatowego otrzymałam odpowiedź odmowną. Ksiądz, którego poznałam podczas spowiedzi, był prezesem RGO. Zaprowadził mnie do dr. Melnyczuka, który chciał mi załatwić pracę.

 

22 października, niedziela

W lokalu Polskiego Komitetu Opiekuńczego otrzymałam telefoniczną wiadomość od dr. Melnyczuka: „Na razie nic nie może załatwić, proszę czekać”.

 

26 października, czwartek

Znów telefonicznie skontaktowałam się Melnyczukiem; polecił mi, bym przyjechała do Miechowa.

 

27 października, piątek

Zostałam siłą wepchnięta do wagonu. W straszliwym tłoku przejechałam 20 km, zupełnie sprasowana.

W Miechowie otrzymałam urzędowe skierowanie do szpitala w Skale  koło Ojcowa.

O siódmej wieczór dotarłam ciężarówką do szkoły. Udałam się do dr. Gazkowskiego, tutejszego kierownika lecznictwa. Podałam mu skierowanie. Przeczytał i złapał się za głowę. „Tu nie ma żadnego szpitala!  Co ja z panią zrobię!”. Ponieważ nie mogłam spać pod gołym niebem, doktor zatrzymał mnie u siebie. Noc spędziłam na leżance w gabinecie lekarskim.

 

28 października, sobota

Wcześnie rano dr Gazkowski zaprowadził mnie do Urzędu Gminy, gdzie poznałam burmistrza, który wysłuchawszy mojej historii, przydzielił mi pokój u nauczyciela.

 

30 października, poniedziałek 

Razem z dr. Gazkowskim poszłam obejrzeć dom, gdzie miał być urządzony szpital. Zaczęliśmy planować, jak go zagospodarować. W dwie godziny po tych oględzinach Niemcy zajęli budynek na kwatery dla wojska. Plany się rozwiały.

Na rynku spotkałam szewca, który dowiedziawszy się o mnie, poprosił, bym jego syna uczyła niemieckiego. Nie miałam żadnych podręczników, ale zgodziłam się. I tak się zaczęła moja praca pedagogiczna w Skale. Niemcy zamknęli wszystkie szkoły, dzieci garnęły się do nauki. Zgłosiły  się do mnie dziewczynki, które uczyłam czytać i rachować.

 

4 listopada, sobota

Odnalazła mnie moja mama. Zawsze wytworna i elegancka. Odłożywszy worek z pleców, rzuciła mi się w ramiona. Podczas Powstania tułała się po bramach ul. Marszałkowskiej. Spotkała Jurka Ernesta,  mojego kolegę ze Szkoły doc. Zaorskiego. Opowiedział o Jerzym Jendraszku, jak walczył zdobywając „Pastę”, Prudential na pl. Napoleona. Mama usiłowała przedostać się na ul. Puławską 83, do naszego mieszkania, ale na skrzyżowaniu z ul. Racławicką znajdowały się bunkry z artylerią niemiecką. Przez ten punkt nie mogła się przedostać.

Wywieziona z Warszawy, uciekła w Milanówku, babcię odnalazła w Łowiczu. Obecnie pieszo przyszła z Wolbromia. Tam podano jej mój adres do Skały. Po naradzie postanowiłyśmy zamieszkać razem w Skale.

 

12 listopada, niedziela

Nareszcie mama przywiozła moją ukochaną babcię.

 

14 listopada, wtorek

Mama pojechała do Krakowa, do Ubezpieczalni Społecznej. Przez tę instytucję można było uzyskać wszelkie informacje i adresy.

 

15 listopada, środa

Otrzymałam 750 zł za dziesięć masaży. Chciałam sobie kupić długie buty. Moje półbuty topiły się w gliniastej mazi. Sprzedałam szewcowi złoty łańcuszek, a on wykonał mi długie sznurowane buciki; kosztowały 3300 złotych.

Uczę dzieci i w ten sposób usiłuję zarobić na jedzenie dla nas. Mama robi swetry na drutach, a babcia szyje ręcznie.

 

27 listopada, poniedziałek 

Siostra rejenta, wysiedlona z Poznańskiego, wypożyczyła babci maszynę, żeby jej było łatwiej szyć. Ja całe dni spędzam na uczeniu dzieci. Mamy wielki kłopot, gdyż łóżko, na którym spałam z babcią, zarwało się. Po kilku dniach wybawił nas ze zmartwienia uczeń Marian, którego uczę niemieckiego.

 

2 grudnia, sobota

Cały dzień spędziłam na pisaniu. Zaadresowałam 25 kartek do różnych obozów, z zapytaniem o dziadka i Jerzego.

 

16 grudnia, sobota

Przeniosłyśmy się na nowe mieszkanie, do wieśniaka, półtora kilometra za Skałą. Poprzednie mieszkanie było potwornie zimne i miało być zajęte przez siostrę gospodyni.

 

24 grudnia, niedziela

Od moich uczniów, którzy okazują mi wiele serca, otrzymałam na święta mąkę i drewno na opał. Wigilię spędziłyśmy u gospodarzy.

 

25, 26 grudnia, poniedziałek, wtorek 

Święta upływają w smutku i tęsknocie za najbliższymi.

 

Rok 1945

1 stycznia, poniedziałek 

Przedstawiciel Rady Głównej Opiekuńczej przyniósł nam gęś, ale jej nie jadłam, bo nie znoszę takiego mięsa.

 

7 stycznia, niedziela

Rodzice dzieci, które uczę, okazują mi dużo serca.

 

16 stycznia, wtorek

Zbliżał się front. Zapakowaliśmy wszystkie z trudem zdobyte rzeczy. Coraz głośniej słychać wystrzały armatnie. Siedzimy w piwnicy; jest ona jednocześnie pomieszczeniem dla krów.

 

17 stycznia, środa

Rano rozległy się strzały z karabinów maszynowych. Nagle usłyszeliśmy: „Urra!”. Po chwili zaległa cisza. Wokół już byli Sowieci. Na szosie leżało wielu zabitych Niemców. Ogromna ilość czołgów jechała drogą. Niemieckie samoloty krążyły nad miasteczkiem. Zrzucały bomby.

Wejście do naszego pokoju znajdowało się naprzeciw drzwi do sieni, toteż masa zziębniętych żołnierzy waliło do naszej izby. Przynieśli poćwiartowaną świnię i kazali babci gotować słoninę. Jedli ją, popijając rozcieńczonym denaturatem.

 

19 stycznia, piątek

Do „wyzwolenia” gospodarz przywoził wodę beczkowozem z Prądnika. Obecnie było to niebezpieczne. Uzyskałam zgodę burmistrza, który mieszkał około kilometra za naszym domem, i czerpałam wodę z jego studni. Musiałam iść ścieżką biegnącą po stoku góry. Była zaśnieżona i oblodzona, z grudami zmarzniętego śniegu. Za każdym potknięciem wylewałam drogocenny płyn. Drżąca z napięcia, docierałam wreszcie do domu. Przyniesiona woda była używana tylko do jedzenia. Do mycia topiłyśmy śnieg, którego było bardzo dużo.

 

25 stycznia,  czwartek

Cały czas myślę, jak dostać się do Warszawy!

Doszły do nas wieści, że 14 września 1944 r. Praga była wolna. Ponieważ był silny ostrzał, szpital z ul. Sierakowskiego 7, blisko Wisły i Elektrowni, został przeniesiony przez prof. Zdzisława Michalskiego na Grochów, na ul.Boremlowską, do gmachu nieczynnej szkoły.

 

4 lutego, czwartek

Saniami udałam się z gospodarzami do Krakowa celem dokonania wymiany pieniędzy (19 km). W Krakowie pragnęłam odwiedzić wuja, ciotecznego brata mojej mamy – Jana Mulaka. Kilka dni temu przeczytałam w gazecie, że ma zamiar redagować pismo „Naprzód”.

Było już późno po dokonaniu wymiany i nie mogłam wrócić do Skały. Udałam się do gmachu Ubezpieczalni Społecznej i tam zastałam wielu powracających z niewoli.  Spałam na wyjętych z futryny drzwiach.

 

5 lutego, poniedziałek 

Rano wyruszyłam na poszukiwanie Uniwersytetu. Panował  na nim ogromny ruch i było pełno młodzieży chętnej do kontynuowania studiów. Na razie rejestrowano profesorów. Młodzież musi poczekać. Znalazłam siedzibę PPS i Janka Mulaka. Opowiedziałam mu naszą historię. Zaprosił mnie do przydzielonego mieszkania na ul. Szlak. Mieszkanie było poniemieckie, piękne trzy pokoje, ale meble bez wyposażenia, łóżka bez materaców.
Janek podczas całej okupacji ukrywał się, nikt z rodziny nie wiedział, gdzie przebywa. Za jego głowę była wyznaczona bardzo duża nagroda. W czasie Powstania Warszawskiego walczył na Mokotowie w randze kapitana. Był delegatem Komendy Głównej PAL. Był członkiem powstańczego sztabu Mokotowa. Janek nareszcie poczuł wolność. Mógł działać.

 

7 lutego, środa

Przenocowawszy u Janka, wcześnie rano wyruszyłam w kierunku Skały. Po przejściu około  6 km zauważyłam trzy jadące furmanki, ale żadna nie chciała się zatrzymać. W końcu ktoś zlitował się i zawiózł mnie do Skały.

Z mamą ustaliłam, że musimy wszystko zlikwidować i jechać do Krakowa, do Janka. Babcia już parę dni wcześniej wyruszyła do Warszawy.

 

10 lutego, sobota

 Pożegnałyśmy się ze wszystkimi i oddałyśmy pożyczone rzeczy. Byłyśmy gotowe do wyjazdu, ale nie było wozu. Chłopi chcieli 200 nowych złotych. Razem z mamą miałyśmy tylko 90 zł. Wreszcie na rynku udało mi się namówić chłopa, by za sienniki, kartofle i inne drobiazgi, zawiózł mnie do Krakowa. Mama została, gdyż musiała jeszcze odebrać pieniądze za swetry i upiec chleb.

 

11 lutego, niedziela

Mama o dwunastej przyszła pieszo ze Skały ze świeżym chlebem. Przebyła 19 kilometrów. Nikt jej nie zabrał po drodze! Po południu poszłam z Jankiem do Teatru Słowackiego na Wesele Wyspiańskiego. Teatr zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zachwyciła mnie kurtyna malowana przez Henryka Siemiradzkiego. Przedstawienie przeżyłam głęboko. Nareszcie ze sceny usłyszałam  polską mowę. Łzy same cisnęły się do oczu.

 

12 lutego, poniedziałek 

Udałam się na Uniwersytet. Był nadal w stadium  organizacji.

 

15 lutego, czwartek

Mama wyjechała do Warszawy.

 

17 lutego, sobota

Na ulicy spotkałam Lilkę Dynkowską, narzeczoną Henryka Goralskiego, kolegi ze Szpitala Przemienienia Pańskiego. Heniek pojechał do Warszawy, by zobaczyć, jaka tam jest możliwość bytowania.

Dziś  aresztowano Janka!

 

20 lutego, wtorek

Mój kuzyn Jan Mulak po powrocie z aresztu nic nie mówił o pobycie w więzieniu. Wyjaśnił tylko, że nie wolno mu wydawać pisma „Naprzód”. Obawiano się, że będzie zbyt przesiąknięte polskimi akcentami.

Podczas aresztowania i rewizji zabrano mój pamiętnik. Dzisiaj Janek z uśmiechem wręczył mi go. Ucieszyłam się, że nie przepadł. Zawierał tak wiele wspomnień.

 

21 lutego, środa

Rano poszłam na ul. Grzegorzecką. Spotkałam dwóch kolegów, studentów ze Szkoły doc. Zaorskiego: Kwapińskiego i Byruta. Odrabiają już ćwiczenia z medycyny sądowej.

 

24 lutego, sobota

Wieczorem przyjechała z Warszawy mama. Z jej  sczerniałej twarzy wyczytałam nieszczęście. Trafiła akurat na ekshumację Jerzego Jędryszka z podwórza posesji Bracka 18.
8 września otrzymał postrzał w bark i wkrótce zmarł. W portfelu miał legitymację AK i moją fotografię. 

 

2 marca, piątek

Razem z mamą wyjechałam z Krakowa. Zostałam prawie wniesiona przez tłum do wagonu. Nie czułam ciężaru chlebaka ani ciężkiego tobołka. Jechałyśmy dosłownie na jednej nodze, nie mogąc zmienić pozycji przez cały czas.

 

3 marca, sobota

Dojechałyśmy do dworca Zachodniego. Zaczęła się wędrówka z pakami na plecach, przez zburzoną Warszawę, w kierunku Wisły. Na placu Zamkowym leżał na śniegu Król Zygmunt z krzyżem w ręku. Nad brzegiem dowiedziałyśmy się, że most pontonowy jest nieczynny. Chciałyśmy dostać się na Pragę, do matki Jerzego. Po długich godzinach dotarłyśmy do Chrzanowa, do kuzynów Jerzego, którzy tu schronili się przed Powstaniem.

 

5 marca, poniedziałek 

Po solidnym wyspaniu się udałam się z kuzynem Jerzego na Puławską 83. Tam na szczęście zastałam babcię. Zdążyła już być na Focha 5/7. Z domu nic nie zostało, trochę gruzów. Pieniądze i biżuteria ukryte w piwnicy zostały wykopane. Do mieszkania na Puławskiej wtargnęli dzicy lokatorzy, a babcię wypędzili do kuchni. Wszystko zostało rozkradzione. Stało tylko moje pianino i mahoniowy komplet chippendale.

 

7 marca, środa

Rano pieszo udałam się na ul. Boremlowską 6/12. Dowiedziałam się, że już w lutym zaczęły się zapisy na uczelnię. Spotkałam tam wielu kolegów. Docent Butkiewicz nie poznał mnie. Nie chciał już przyjmować kandydatów na studia. Stał się niedostępnym dziekanem.

 

8 marca, czwartek

Przeprowadziłam poważną rozmowę z Heńkiem Goralskim o Jerzym. Powiedział, że byli w jednej kompanii i z całą stanowczością twierdził, że Jerzy poległ; tylko nic nie mówił, w jakich okolicznościach. Udałam się do dr Dąbrowskiej. Poznała mnie, wystawiła zaświadczenie o zdaniu wszystkich kolokwiów z anatomii patologicznej w ubiegłym roku.

 

9 marca, piątek

Udałam się pieszo ze Stalowej, od mamy Jerzego, na ul. Boremlowską. Zapukałam do drzwi gabinetu doc. Butkiewicza, uchyliłam je i nic nie mówiąc, przez szparę wsunęłam zaświadczenie o odbytej praktyce na oddziale chirurgicznym w 1943 r. Zaświadczenie było podpisane przez docenta. Poznał swój podpis, gwałtownie porwał kartke z mojej ręki i polecił dowiedzieć się za kilka dni. Dzięki zaświadczeniu dr Dąbrowskiej zostałam przyjęta na czwarty rok studiów.

 

10 marca, sobota  

Na Boremlowskiej wśród młodzieży pełno gwaru i  radości. Wykłady odbywały się na parterze szkoły. Na górnych piętrach funkcjonowały oddziały szpitalne. Sala wykładowa wyglądała bardzo osobliwie. Było to duże pomieszczenie rekreacyjne ze sceną na podwyższeniu. Obecnie dzieliło się na trzy części. Prowadziły do niego dwa wejścia po obu bokach sceny. Chcąc się dostać na salę, musieliśmy zejść po kilku stopniach w dół. Wtedy znaleźliśmy się w miejscu pod sceną. Tu były poustawiane stoliki i krzesła, tu jedliśmy obiady i słuchaliśmy wykładów sławnych przedwojennych profesorów uniwersyteckich. Przemawiali do nas ze sceny, która w nocy była zasłonięta kotarą i służyła profesorom za sypialnię, stały na niej łóżka szpitalne. W tym miejscu znajdowali schronienie profesorowie, którzy nie mogli dobrnąć do swych odległych domów w lewobrzeżnej Warszawie. Wielu z nich w ogóle nie miało domów i tu za kotarą było ich jedyne lokum.      

Największa, trzecia część sali znajdowała się za białymi parawanami. Tu usytuowany był internat dla studentek z różnych lat studiów. Łóżek stało około trzydziestu. Każda z  dziewcząt marzyła, aby się dostać do internatu. Na miejscu miała wykłady i obiady! Obiady z kuchni szpitalnej dostawali wszyscy studenci obecni na wykładach. Posiłek przeważnie składał się z gęstej zupy. Gdy dostaliśmy dodatkowo ziemniaki i jajko na twardo w sosie chrzanowym – była to prawdziwa uczta.

Z tego trzyczęściowego podziału sali wynikały często zabawne sytuacje. Nasza grupa miała wykład z ginekologii z prof. Henrykiem Gromadzkim, a zza parawanu dochodziły odgłosy ucieranego kogla-mogla. To dziewczęta z młodszych lat studiów dożywiały się tym przysmakiem.

 Po korytarzu podczas przerw snuła się wielka postać kolegi Mirona Paciorkiewicza, studenta trzeciego roku. Chodząc po korytarzu uczył się, głośno czytając z podręcznika. W ten sposób wbijał sobie do głowy upragnione wiadomości.

Nasz czwarty rok miewał wykłady w gmachu weterynarii przy ul. Grochowskiej. Tu słuchaliśmy wykładów prof. Groera o gruźlicy, dr. Bratkowskiego o chorobach wewnętrznych, dr. Kassura o chorobach zakaźnych oraz doc. Jana Zaorskiego, dawnego dyrektora okupacyjnej Szkoły Sanitarnej – z chirurgii. Przy demonstrowaniu narzędzi chirurgicznych pomagał mu Dzidek, syn Andrzej, nasz młodszy kolega.

Mieszkałam na Stalowej 54 i codziennie rano przemierzałam kilkukilometrową trasę na Grochów, na Boremlowską.

 

13 marca, wtorek

Dziś otrzymałam zaświadczenie z dziekanatu, które ma mnie ochronić przed powołaniem do robót. Podpisał je doc. Tadeusz  Butkiewicz. Otrzymałam również obywatelstwo akademickie. Zostałam zapisana pod nr. 21 albumu w poczet studentów Uniwersytetu Warszawskiego.

 

14 kwietnia, sobota  

Dziś odbyła się ekshumacja Janusza H...    poległego podczas Powstania. Lucyna była mężatką tylko kilka tygodni. Kilka dni temu odbyła się ekshumacja ojca Jerzego. Matka straciła męża i syna.

 

24 kwietnia, piątek

Na Boremlowskiej każdy był zajęty swoją nauką. Bogusia Folfoszyńskia, obecnie Bednarska, poważna i daleka. Anna Dembowska przyjechała z Krakowa, kończyła  medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie ma zdobytych dokumentów. Wszystkie jej papiery zabrała koleżanka podczas Powstania, przekonana o jej śmierci.

 

27 kwietnia, poniedziałek

W Instytucie Weterynarii dr Edmunt Bratkowski, adiunkt I kliniki chorób wewnętrznych, wygłosił nam wykład o przewlekłym zapaleniu trzustki. Natomiast prof. Zdzisław Michalski polecił mi napisanie całej historii choroby pacjenta z abscessus pulmonis.  

Z mieszkania na ul. Puławskiej natrętni lokatorzy nareszcie się wyprowadzili. Ja mieszkam u matki Jerzego na ul. Stalowej, gdyż z Mokotowa nie mogłabym codziennie chodzić Boremlowską.

 

3 maja,  czwartek

Dziś wielki dzień dla Polaków. Pierwszy raz po wielu latach śpiewano pełną piersią Boże, coś Polskę. Łzy same płynęły z oczu.

 

5 maja, sobota

Dziś w nocy nastąpiła całkowita kapitulacja Niemców!

 

9 maja, środa

Doktor Kassura w Instytucie Weterynaryjnym mówił na temat czerwonki.

Doszła wiadomość o podpisaniu dokumentów kapitulacyjnych przez Niemców.

 

11 maja, piątek

Dziś dr Kassur omówił na wykładzie dur brzuszny.

Napisana przeze mnie historia choroby została zaliczona i podpisana przez prof. Michalskiego.

 

16 maja, środa

Doktor Władysław Szreder wygłosił w Instytucie Weterynaryjnym wykład o ziarnicy złośliwej.

 

23 maja, środa

Wykłady z chorób wewnętrznych i zakaźnych bardzo mnie interesowały. Ostatnio słuchałam o cholerze. Byłam zadowolona, że odbywały się w Instytucie. Do niego było znacznie bliżej niż na Boremlowską. Zaszczepiono nas przeciw tyfusowi plamistemu.           

 

30 maja, środa

Słuchaliśmy wykładu prof. Franciszka Groera o gruźlicy. Był wspaniałym wykładowcą, kolorystą, z bujną wyobraźnią. Dzięki niej ocalał 4 lipca 1941 r. we Lwowie. Przed zamordowaniem dwudziestu dwóch profesorów Uniwersytetu i Politechniki oraz Tadeusza Boya-Żeleńskiego wmówił Niemcom, że pochodzi z rycerskiego rodu junkrów pruskich. Dzięki temu nie został rozstrzelany. To zdarzenie opowiadał nam podczas wykładu.

 

31 maja, czwartek, Boże Ciało

Przy kościele Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu odbyła się uroczysta procesja.

Ten kościół ocalał, wiele innych legło w gruzach. Nasi koledzy maszerowali w amerykańskich czapkach. Padała komenda: „Prezentuj broń! Baczność !”. I popłynęła pieśń Boże, coś Polskę. Dusza rwała się na strzępy. Nasi najukochańsi tego nie doczekali.

Po uroczystości z matką Jerzego poszłam zobaczyć Stare Miasto. Leżało w gruzach, sterczały tylko resztki murów. Cegły i belki sięgały powyżej pierwszego piętra.

 

1 czerwca, piątek

Profesor Groer nadal prowadzi wykłady o gruźlicy.

 

18 czerwca, poniedziałek 

Codziennie chodzę na wykłady. Dwa razy w ciągu dnia przemierzam wiele kilometrów, by kontynuować studia. Zaczęłam znów powtarzać anatomię patologiczną.

 

26 czerwca, wtorek

Powstał projekt mojej przeprowadzki na ul. Boremlowską, do internatu. W lecie jest trochę miejsc wolnych. Na miejscu znajduje się biblioteka medyczna.

Dziś odebrałam z dziekanatu na Boremlowskiej legitymację podpisaną przez prof. Butkiewicza; książeczkę legitymacyjną wykonałam sama z kartkami, w dziekanacie jeszcze nie było odpowiednich blankietów. Otrzymałam nr 621 w albumie uniwersyteckim.

 

28 czerwca, czwartek

Wczoraj przyjechali przedstawiciele Rządu Jedności Narodowej z Stanisławem Mikołajczykiem. Na Targowej wiwatowały tłumy. Mikołajczyk przemawiał z okna na pierwszym piętrze ocalałego gmachu Dyrekcji Kolejowej.

Dziś dzień wyjątkowo smutny. Odbyła się ekshumacja zwłok dr. Tadeusza Bartoszka. Poległ na Mokotowie. Był naszym podziwianym i uwielbianym nauczycielem diagnostyki na ul. Szerokiej 5.

 

2 lipca, poniedziałek 

Dziś przeprowadziłam się do internatu na ul. Boremlowską. Tu nareszcie będę mogła uczyć się systematycznie.

 

4 lipca, środa

Już trzeci dzień mieszkam w internacie. Moje łóżko stoi tuż przy parawanie.  Pociechą są  klucz do biblioteki i  liczne książki. Cały dzień i  wieczór  mogę się uczyć . Po południu jestem zajęta przy wydawaniu książek.  Marysia Kudelska,  nasza koleżanka ze Szkoły doc. Zaorskiego, mieszka tu także. Ona była przy śmierci Jerzego podczas Powstania.

 

7 lipca, sobota

Prawie tydzień mieszkam w internacie. Wszyscy tu żyją jak jedna rodzina. Na sali między łóżkami wyznaczono ulice. Na jednej z nich stoi „Stefanek”. Tak medyczki z pierwszego roku studiów nazwali szkielet ludzki. Nie rozstają się z nim nawet w nocy. Na położnictwie, na pierwszym piętrze,  rej wodzą nasi koledzy. Wyprawiają różne hece, kawały i ciągle coś  „rodzą”. Chcą jak najprędzej nauczyć się położnictwa, zdać kolokwium i odrobić należne internaty.

 

11 lipca, środa

Wybrałam się pieszo z Grochowa na Puławską, by odwiedzić babcię i mamę. Nareszcie pozbyły się lokatora. Następnego dnia znów czekała mnie długa droga na Boremlowską.

 

15 lipca, poniedziałek 

Dziś po raz pierwszy widziałam poród. Studiuję obecnie z zapałem położnictwo.

Wieczorem byłam w teatrze. Przyniesiono nam bilety na Boremlowską. Teatr mieścił się w sali przedwojennego kina „Popularnego”. Grano Sprawę Moniki. Sztuka  smutna, ale pełna głębokiej treści. Poczułam, że muszę w całości poświęcić się studiom. Prawdę powiedział Paracelsus – „ Medycyna to miłość”.

 

16 lipca, wtorek

Całe ciało profesorskie zaliczyło nam trymestr z małym oporem i dużym naciskiem z naszej strony.

 

27 lipca, środa

Doktor Ireneusz Roszkowski na oddziale ginekologicznym pytał mnie bardzo krótko, aż byłam rozczarowana takim kolokwium. Pamiętał mnie z dyżurów u doc. Butkie

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82