Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Pamiętnik TLW 2011

 powrót
Otiatryczne dokonania twórcy polskiej okulistyki

Andrzej Kierzek

 

OTIATRYCZNE DOKONANIA TWÓRCY POLSKIEJ OKULISTYKI

 

 W połowie XIX wieku głównie z dwóch pni– chirurgii i chorób wewnętrznych, zaczęły się wyodrębniać lekarskie specjalności, choroby uszu, nosa, gardła, krtani i pogranicza. Do rozwoju warszawskiej otorynolaryngologii przyczynili się także: bakteriolog Marian Jakowski (1857-1921), neurolog Mikołaj Ludwik Brunner (1840-1914), pediatrzy Jan Witalis Bączkiewicz (1862-1932) i Alfons Malinowski (1850-1918), anatomopatolodzy Włodzimierz Ludomir Brodowski (1825-1903) i Edward Przewóski (1849-1925) oraz inni.  Należał do nich także pionier polskiej okulistyki Wiktor Feliks Szokalski (1811-1891).

Urodził się 15 grudnia 1811 r. w Warszawie; ojciec był kontrolerem ministerium skarbu, matka Justyna z Rogozińskich – jedną z pierwszych nauczycielek szkoły żeńskiej u Benonów pod zarządem ks. Sapieżyny. Początkowe nauki pobierał w szkołach pijarskich, następnie w liceum w Warszawie wspólnie z Zygmuntem Krasińskim, Leonem Łubieńskim i Konstantym Gaszyńskim, z którymi łączyły go więzy przyjaźni. W 1827 roku, po wcześniejszej fascynacji górnictwem i hutnictwem, rozpoczął studia lekarskie w Uniwersytecie Warszawskim. Będąc na czwartym roku studiów opatrywał rannych w czasie powstania listopadowego jako podlekarz wojskowy w Modlinie; za odwagę odznaczono go Złotym Krzyżem Virtuti Militari. Zmuszony był wyjechać na „przymusowe tułactwo”, a zaskoczony tyfusem, nie udał się, jak prawie wszyscy, do Francji, ale do Niemiec. Studiował w Giessen, gdzie w 1834 r. za rozprawę „De facie hippocratica” otrzymał stopień doktora medycyny. Edukował się także na uniwersytetach w Heidelbergu i Würzburgu.

 Osiedlił się w Grünbergu zajmował się bezpłatną praktyką lekarską; na inną, jako cudzoziemcowi, nie pozwoliły mu władze. W 1837 r. zmarł mu wuj, który łożył na jego utrzymanie, matka także nie mogła mu pomóc finansowo. Udał się więc do Francji, urzeczywistniając swoje pierwotne plany. Miasto Grünberg, chcąc mu się odwdzięczyć za bezpłatne usługi, zebrało na ten cel drogą składek kwotę 300 reńskich. Otrzymał także listy polecające, m. in. rekomendację do Sichela, słynnego paryskiego okulisty, w którego klinice prywatnej zamierzał otrzymać asystenturę.

 Po przybyciu do Paryża spotkało go rozczarowanie. Na krótko przed jego przyjazdem dziekan Wydziału Lekarskiego Matheo-Jose-Bonaventure Orfila (1787-1853) złożył władzom projekt, aby bez egzaminów nie wydawać cudzoziemcom pozwoleń na praktykę lekarską. Zmuszony był zatem po raz trzeci przygotować się do egzaminów w obcym dla siebie języku. Jednocześnie zarabiał u Juliusa Sichela, porządkując bibliotekę oraz inne materiały, wykonując wyciągi z pism naukowych etc.

W 1839 roku ponownie otrzymał stopień doktora medycyny za rozprawę „La diplopie unioculaire ou la double vision d’un oeil”. W Paryżu próbował założyć własną lecznicę, jako prywatny profesor wykładał oftalmologię. Warunki finansowe poprawiły mu się dopiero po otrzymaniu stanowiska lekarza dobroczynności 7. okręgu Paryża, w zakładzie ks. Czartoryskiej, i w szkole w Batignolles; wykorzystał je, rzucając się w wir pracy naukowej. Razem z Furnarim, późniejszym profesorem okulistyki w Palermo, redagował czasopismo „L’Esculape”. Pisał w wielu periodykach lekarskich, m. in. „L’Union Medicale”, “Annales d’oculistique”, “Annales der physiologischen Heilkunde”, “Prager Vierteljahrschrift”.

 W roku 1844 został prezesem Towarzystwa Lekarzy Niemieckich w Paryżu. Ciekawe wykłady wygłaszali tam m. in. Carl Vogt, Albert Friedrich von Graefe, Alfred Wilhelm Volkman, przybliżając Francuzom dokonania Rudolfa Virchowa, Theodora Schwana i Carla Rokitansky’ego. Cztery lata później przeniósł się do Burgundii; był tam lekarzem „drogi żelaznej lyońskiej” oraz objął ster szpitala Alice Sainte-Reine.

 Począwszy od 1848 r. Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego dwukrotnie wybierał go na katedrę okulistyki. Rząd austriacki nie zatwierdzał jednak tego wyboru.

W 1853 r. wrócił do Warszawy. Ponowny egzamin przed Radą Lekarską był tylko formalnością. Na terenie Warszawy od razu zasłynął jako okulista wybitny. Od 1854 r. był zatrudniony w Instytucie Oftalmicznym, którym kierował od 1858 r. Rzucił się w wir pracy naukowej, przybliżając lekarzom warszawskim nowości z Zachodu. Wprowadził na zebraniach Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego tzw. posiedzenia biologiczne. Zajmował się także sprawami higieny i urządzeń sanitarnych, reorganizacji szpitali, sprawami pomocy lekarskiej dla mieszkańców wsi, nauczał etyki. Zainicjował Kasę Wsparcia dla Podupadłych Lekarzy.

 Brał czynny udział w przygotowaniach do założenia Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie. W latach 1859-1860 wykładał tam fizjologię, bowiem oftalmologia z otologią była wykładana w katedrze chirurgii teoretycznej przez Polikarpa Girsztowta, profesora chirurgii. Od 1861 r. „oftalmologia i otiatryka otrzymały oddzielną wspólną katedrę”, którą „Konferencja Akademii”– jak pisał Filip Sulimierski– powierzyła Szokalskiemu. Władysław Henryk Melanowski (1888-1974), wybitny okulista i historyk okulistyki, pisze, że Instytut Oftalmiczny został tym sposobem kliniką oczną i uszną Szkoły Głównej Warszawskiej. W latach 1865–1868 Szokalski był członkiem Rady Lekarskiej Królestwa Polskiego. Początkowo wśród profesorów Wydziału Lekarskiego Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, powstałego ze struktur Szkoły Głównej Warszawskiej, narzędzia systematycznej rusyfikacji, widniało nazwisko Szokalskiego jako kierownika Katedry i Kliniki Oftalmologicznej. Jednakże odmówił on pracy w tej uczelni i nigdy w niej nie wykładał. Po rezygnacji z profesury w 1871 r. nadal pracował w Instytucie Oftalmicznym.

 W 1841 r. ukazała się jego monografia O barwnem widzeniu w stanie fizjologicznem i patologicznem, a w latach 1869-1870 podręcznik okulistyki, dwutomowe dzieło Wykład chorób przyrządu wzrokowego u człowieka. Opublikował około 100 prac w językach niemieckim, francuskim, polskim i innych.

 Kiedy w pierwszej połowie XIX stulecia fascynowano się zdobyczami chemii i fizyki, kiedy wszechwładnie panował paradygmat redukcjonistyczny medycyny, Szokalski słusznie starał się wyjaśniać, że chemia nie może zastąpić wszelkich innych, dawniejszych metod diagnostycznych.

 Udzielał się w Towarzystwie Lekarskim Warszawskim, w którym dożywotnio stanowisko sekretarza stałego pełnił od 1857 r. Zaproponował w 1859 r., aby Komisja Słownikowa przy tym Towarzystwie rozpoczęła opracowywanie polskich mian lekarskich. Słownik przez nią opracowany zaginął u studenta, aresztowanego i skazanego na śmierć przez rosyjskich zaborców za działalność niepodległościową. W 1865 r. przedstawił w tym Towarzystwie pierwszy opisany w Polsce przypadek choroby Basedowa. Niezwykle ciekawe były słowa Szokalskiego na temat tej zasłużonej dla Warszawy i kraju naukowej placówki: „Otóż gdyby Towarzystwo nasze żadnej innej nie oddało krajowi usługi, prócz zbliżenia ku sobie ludzi działających na wspólnym polu praktycznym, to by już przez to samo nader wiele dobrego zrobiło, gdyż, Bogu chwała! nieznane są u nas pomiędzy lekarzami owe gorące kłótnie, swary i zawiści, gdzie indziej tak częste mamy przykłady. Handel nie wdarł się jeszcze do praktyki lekarskiej, a lekarz zachował swój podwójny charakter: przyjaciela człowieka i kapłana nauki, jaki zawsze nosić na sobie powinien”. Mądre są to słowa, jakże aktualne nawet po ponad stu czterdziestu latach. Jakże skłaniają do przemyśleń, do deontologicznych rozważań.

Był członkiem kilkudziesięciu towarzystw naukowych, przede wszystkim zagranicznych, m. in. we Francji, Niemczech, na Węgrzech, w Belgii, Holandii, Czechach, członkiem honorowym wielu z nich.

 Był twórcą warszawskiej szkoły okulistycznej, nauczycielem m. in. Witolda Jodko-Narkiewicza, Bolesława Gepnera, Stanisława Kośmińskiego, Maurycego Likiernika, Zygmunta Kramsztyka, Walentego Hieronima Kamockiego i Emila Teodora Francewicza Wolfringa. Melanowski twierdzi, że był także jednym z pierwszych nauczycieli okulistyki na arenie międzynarodowej. Wprowadził badanie oftalmoskopowe, dobieranie szkieł okularowych, racjonalne leczenie jaskry, badanie pola widzenia, wykłady kliniczne okulistyki.

 Wiele ma mu do zawdzięczenia Towarzystwo Ogrodnicze.

 Był jednym z przyjaciół Adama Mickiewicza; spędzał z naszym wieszczem wiele godzin przy łóżku Juliana Szotarskiego, literata, ciężko chorego na gruźlicę płuc, wspólnego ich kolegi, w jego domu w Paryżu.

 Cieszył się powszechną sympatią młodzieży. „Prostota, swoboda, szczerość w obejściu stanowiły charakterystyczny rys jego osob(owości) […] Uczony na wielką miarę, bezstronny, światowy, bezustannie czynny i czysty jak łza” – tak charakteryzował tego wielkiego lekarza Zygmunt Kramsztyk. Miał duże zdolności pedagogiczne, dobrą wymowę. „Odznaczał się wysoce rozwiniętym krytycznym na naukę poglądem” – pisał Bronisław Bartkiewicz. „Dr Szokalski jest jedną z prawdziwie patryarchalnych postaci wśród medyków naszych” – owacyjnie oświadczono z okazji jubileuszu w 1884 r. Otoczony powszechną czcią i uznaniem, dostąpił zaszczytu prezesowania na III i IV Zjeździe Lekarzy i Przyrodników Polskich.

Do ostatnich dni zachował „niezwykłą żywotność umysłu”. „Nie zestarzał się też Szokalski umysłowo do końca życia, skoro mógł jeszcze na parę miesięcy przed śmiercią (jesienią 1890 r.) na posiedzeniu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego objąć w płynnym, pięknym wykładzie „postęp medycyny u nas w ciągu ostatnich lat 60-u” i najświeższe nawet zdobycze bakteriologii w zakres wykładu wprowadzić” – relacjonował Al. Fabian. „…(Z)aletami umysłu i treścią życia Szokalski przeszedł o wiele średnią miarę wartości ludzkich” – oznajmiał zachwycony nim, Ignacy Baranowski, prezes Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego w sprawozdaniu z posiedzenia tego Towarzystwa dla uczczenia pamięci wybitnego lekarza.

 Wiktor Feliks Szokalski zmarł 6 stycznia 1891 roku.

 Zainteresowania Wiktora F. Szokalskiego chorobami uszu wynikały z jego działalności na tym polu w Szkole Głównej Warszawskiej. Wykłady prowadzone przez niego gromadziły nie tylko studentów zasłużonej dla Polski Wszechnicy, ale także lekarzy warszawskich, zainteresowanych problematyką tej gałęzi wiedzy. Jego publikacje dotyczące zagadnień otiatrycznych pochodzą z lat 60. i 70. XIX stulecia.

 Warszawski lekarz obserwował 6-letnią dziewczynkę z okolic Warszawy, która bawiąc się z koleżankami w piasku, wkładała sobie do uszu kamyki, aby je następnie wytrząsać. Kiedy jeden z kamyków, według obserwacji dzieci, „wylecieć napowrót nie chciał”, do akcji wkroczył „jakiś starszy mądrala”, który zaczął wydobywać je patyczkiem; bez skutku. Próba usunięcia owego ciała przez matkę drutem od pończochy także się nie powiodła. Zbiegła się prawie cała wieś i „każdy co mógł doradzał, każdy grzebał w uchu po swojemu, a nawet próbowano w drugie dmuchać, ażeby kamień z ucha chorego wiatrem wyrzucić”.

Brak efektu spowodował, że dziecko po 10 dniach przewieziono do placówki zarządzanej przez Wiktora F. Szokalskiego. Zaczerwienienie oraz obrzęk przewodu słuchowego zewnętrznego spowodowały, że warszawski lekarz mógł cienki zgłębnik zaledwie wprowadzić „do głębokości cala”, nie natrafiając jednak na żadne ciało obce. Podwyższenie się ciepłoty ciała oraz wymioty sprawiły, że zaniechano dalszych manipulacji. Ponieważ w jego klinice nie było wolnych miejsc, skierował dziecko do Kliniki Chirurgicznej, kierowanej przez Aleksandra Le Bruna, w której aktualnie ordynował tylko jego asystent.

Szokalski polecił „postawi(ć) za uchem kilka pijawek”, obłożyć ucho kataplazmami. Z ucha zaczęła się wydobywać znaczna ilość ropnej wydzieliny. Ponieważ wszelkie próby poszukiwania ciała obcego okazały się bezskuteczne, „postanowiono ów przewód przez przecięcie rozszerzyć. W tym celu wprowadzono w przewód uszny nożyk wązki, aż po część kostną i przecięto ku dołowi pomiędzy skrawkiem (tragus) i przeciwskrawkiem (antitragus). Natychmiast okazało się porażenie odpowiednio części twarzy i krwotok arteryalny nader obfity, który niepodobnym uczynił wszelkie w uchu poszukiwania, i dlatego też pomimo wprowadzenia zgłębników i łyżeczek ciało obce nie zostało nawet wykryte”. Nie pomogła rozpaczliwa tamponada ucha; kolejny krwotok położył kres życia dziewczynki. Badanie pośmiertne wykonane przez Ludwika Hirszfelda, profesora Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, wykazało rozlany stan zapalny ucha środkowego z perforacją błony bębenkowej, następowym zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych oraz perforację żyły szyjnej wewnętrznej. Ciała obcego nie znaleziono, bo go tam, oczywiście, nie było.

 Ta publikacja Szokalskiego zawierała bardzo ważną uwagę kliniczną, aby nie usiłować usuwać ciała obcego z ucha bez kontroli wzroku. Zdanie warszawskiego lekarza: „Wszelkie szukanie zgłębnikami na oślep, jakby kuli w ranie postrzałowej, nader jest niebezpiecznem. Trzeba to mianowicie publiczności nielekarskiej dobrze dać pojąć, gdyż ona właśnie strasznych pod tym względem dopuszcza się przekroczeń”– było właściwą wskazówką, którą ówcześni lekarze, jak i instruowane przezeń społeczeństwo, z pewnością wzięli sobie do serca. Słusznie Szokalski polecał metodę, stosowaną także w czasach dzisiejszych – przepłukiwanie przewodu słuchowego zewnętrznego strumieniem ciepłej wody pod odpowiednim ciśnieniem. Tym sposobem usunął pestkę wiśni, w ten także sposób próbował usunąć ziarnko grochu, które w efekcie zostało usunięte haczykiem.

 Warszawski oftalmolog wykonywał proste otiatryczne zabiegi, jak wypłukiwanie woszczyny z przewodów słuchowych zewnętrznych. Opisał przypadek chłopca, który skarżył się na trwający od 8 miesięcy znaczny niedosłuch, bóle i zawroty głowy, niespokojny sen itp. Czop woszczynowy usiłował przepłukać wodą, ale w jednym uchu musiał ów czop, „rogowej twardości”, długości ¾ cala, uchwycić i usunąć cążkami. Na przecięciu czop składał się z koncentrycznie ułożonych warstw nabłonka, zlepionych woszczyną. Wszystkie objawy ustąpiły.

 Znaczne przytępienie słuchu po nieżycie jamy bębenkowej leczył „faradyzacją ucha wewnętrznego” w sposób następujący: „wziernik uszny, którego powierzchnia zewnętrzna pokryta była lakiem, wprowadził … do przewodu usznego, a umieściwszy gąbkę wilgotną wewnątrz wziernika, przyłożył… jeden przewodnik maszynki elektrycznej do gąbki, drugi zaś przewodnik do skóry, pokrywającej wyrostek sutkowy (proc. mastoideus) kości skroniowej”. Takie działanie prądu powodowało słyszalność szmerów podobnych do spadających kropli deszczu. Jednocześnie zaobserwował dwojakiego rodzaju ruchy małżowiną: „skurczenie się małżowiny połączone z oddalaniem się jej obwodu od głowy” oraz „rozszerz(enie) się (małżowiny) oraz przybliżenie się brzeg(u) jej do głowy”. Takie ruchy warszawski lekarz widział u jednego z kolegów, tłumacząc je działaniem mięśni.

Henryk Hoyer sen. przyczynę tych słuchowych wrażeń upatrywał w ruchach małżowiny, twierdząc, że były to tzw. szmery mięśniowe powodowane kurczeniem się mięśni ucha, słyszalne po zetknięciu się ucha z wziernikiem. Słuszny był głos Włodzimierza Brodowskiego, odmawiający skuteczności leczenia nieżytów jamy bębenkowej faradyzacją; ten sposób szczególnie polecał on „przy zboczonej czynności samego przyrządu nerwowego”.

Ludwik Natanson, warszawski lekarz, stanął po stronie Szokalskiego, twierdząc, że jego postępowanie było uzasadnione, bowiem przy nieżytach jamy bębenkowej sprawa patologiczna nie ograniczała się tylko do błony śluzowej, lecz mogła objąć także mięśnie kosteczek słuchowych, doprowadzając do upośledzenia czynności tych mięśni oraz do utrudnionego przewodnictwa fal głosowych. Faradyzacja, zdaniem Natansona, mogła przywrócić prawidłową czynność tych mięśni.

Szokalski przypuszczał istnienie „w zakończeniach nerwu słuchowego obecność oddzielnych przyrządów nerwowych dla przewodnictwa tonów a oddzielnych dla szmerów”. Sądził, że „właściwa funkcja pierwszych przyrządów” w przedstawionym przypadku była zakłócona, zatem faradyzacja mogła spowodować poprawę stanu. Natanson oświadczył, że przypuszczenie Szokalskiego co do istnienia w narządzie słuchu „oddzielnych utworów nerwowych dla przewodnictwa tonów i szmerów” zostało potwierdzone przez Hermanna Ludwiga von Helmholtza w 1862 r. Twierdził on także, że zakończenia nerwowe w narządzie Cortiego biorą udział „w pojmowaniu tonów i dźwięków”, gdyż „każdy pręcik… podobnie jak klawisz przeznaczony jest dla tonu pewnej wysokości i zostaje wprawiony w drganie przez fale jemu tylko właściwe”.

 Dyskusja na zebraniach naukowych Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego na temat stosowania prądów faradycznych w nieżytach ucha środkowego oraz przedstawione wyżej audiologiczne dywagacje świadczą, że prelegent oraz dyskutanci, n. b. czołowi naukowcy Szkoły Głównej Warszawskiej, usilnie starali się zrozumieć fizjopatologię narządu słuchu. Chociaż patofizjologia ucha wewnętrznego opiera się obecnie na innych naukowych zasadach, nie można odmówić im determinizmu w dochodzeniu do naukowej prawdy.

 U dwudziestoletniej pacjentki chorej na pląsawicę, skierowanej przez Tytusa Chałubińskiego, Szokalski stwierdził obustronne, słyszalne stetoskopem, najpierw zgodne z tętnem, następnie niesynchroniczne z nim szumy ucha o charakterze trzeszczeń („jakby tarcie paznokci”), o różnym natężeniu w obu uszach. Słuch był osłabiony („ok. ¼ normalnego”). Otoskopowo gipsowo blady przewód słuchowy zewnętrzny wykazywał znaczną suchość. Błona bębenkowa wydawała się jakby pokryta grubą warstwą nabłonka. Trąbki słuchowe były drożne.

Warszawski lekarz podejrzewał, że przyczyną owych szumów było „spazmatyczne … naprężeni(e) błony bębenkowej stwardniałej” lub jakaś zasadnicza choroba. Wykonał także pewne doświadczenie. Po położeniu chorej na boku, napełnił przewód ciepłą wodą, „tak iż jej powierzchnia równe stanowiła zwierciadło”. Po zamknięciu okiennic, w pewnej odległości od ucha umieścił płomień świecy i za pomocą „skupiającej lupy” przekonał się, że powierzchnia wody podlegała drżeniom w czasie występowania trzeszczeń.

Henryk Hoyer sen., wybitny histolog, oznajmił, że Johannes Mueller na swoich wykładach „sam nawet w uszach swoich wywoływał trzaski, które słyszeli jego słuchacze”. Hipolit Korzeniowski „potrafił naprężać dowolnie swoje błony bębenkowe słyszalne stetoskopem”. Chwilową poprawę stanu Szokalski stwierdzał po pędzlowaniu przewodu i błony roztworem makowca, chloroformu, eteru. Gdy objaw był „natury spazmatycznej”, podawano doustnie zincum oxydatum album lub „tincturam valerianae aetheream”. Czasem pomagało po prostu usunięcie patologicznej wydzieliny.

 Szokalski zajmował się także zjawiskiem podwójnego słyszenia. „Podwójne słyszenie jest dwojakiego rodzaju: „10 słysząc dwa głosy zamiast jednego, jeden z nich jest cokolwiek opóźniony, ale zupełnie równy poprzedniemu co do wysokości tonu; albo 20 słyszeć się dają dwa głosy jednocześnie, lecz różne co do natężenia lub skali słuchowej” – tłumaczył. Pierwszy rodzaj podwójnego słyszenia, według Szokalskiego, nie dał się naukowo zinterpretować. Stan taki trwał u Mickiewicza, b. profesora Uniwersytetu Charkowskiego, człowieka skądinąd zupełnie zdrowego. To podwójne słyszenie nagle ustało, lecz za to przez kilka miesięcy trwał w uszach szelest podobny do buczenia basetli. Adam Helbich sądził, że podwójne słyszenie można było wytłumaczyć podobnie jak podwójne widzenie, w którym zwykle jedno ucho zwykle słabiej widzi niż drugie. Hipolit Korzeniowski dwa tony różne ale jednoczesne tłumaczył częściowym porażeniem mięśni ucha środkowego, ale co do „tonu spóźnionego”, sądził podobnie jak Szokalski, „że nauka… nie posiada(ła) wyjaśnienia tego zjawiska”.

 Na jednym z zebrań Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego w 1863 r. Szokalski w imieniu swoim i Henryka Hoyera sen. przedstawili spostrzeżenia poczynione na pewnej chorej, której Aleksander Antoni Le Brun wyłuszczył zmienioną zapalnie część kości skroniowej, składającej się z prawie całej części łuskowej i tylnej części kości skalistej, w której można było rozpoznać kanały półkoliste. Okazało się: „1) że chora mówienie słyszy, 2) że bicie zegarka przyłożonego do samego ucha po stronie chorej słyszy, wreście 3) że po zatkaniu ucha zdrowego i po przyłożeniu zegarka do ucha chorej strony w ten sposób, iżby nie dotykał kości, chora nic nie słyszała; z czego się pokazuje, że chora nie słyszy uchem tej strony, gdzie rzeczone kości zostały oddalone”. Szokalski zwrócił uwagę członków Towarzystwa „na konieczną potrzebę ścisłych spostrzeżeń we wszystkich przypadkach mogących na pozór zachwiać prawdę praw fizycznych”.

 W 1869 roku Wiktor Szokalski dokonał oceny książki Rys praktycznej otiatryi, napisanej przez Bronisława Taczanowskiego (1840-1912), lekarza zajmującego się otiatrą, psychiatrią i higieną, pierwszej książkowej publikacji z dziedziny chorób uszu w języku polskim. 120 stronic tego nowatorskiego dzieła, napisanego w jasnym i zwięzłym stylu, poprawnym, godnym naśladowania językiem, poświęconych było chorobom jamy bębenkowej, które Taczanowski wyraźnie faworyzował.

Wzrost zainteresowania chorobami uszu Szokalski tłumaczył udoskonaleniem wzierników usznych, rozwojem kateteryzacji trąbki słuchowej, zastosowaniem auskultacji w rozpoznawaniu tych chorób. Sprawiły to m. in. dokonania Hermanna Ludwiga von Helmholtza, Josepha Toynbee’go i Antona Friedricha von Troeltscha. Podręcznik swój Taczanowski oparł na dziele Troeltscha Die Krankheiten des Ohres, ihre Erkenntniss und Behandlung, ein Lehrbuch der Ohrenheilkunde, napisanym na podstawie swoich 25 wykładów specjalistycznych w Würzburgu, rozpoczętych w 1862 r. Zdaniem Szokalskiego, podręcznik Taczanowskiego polscy lekarze mogli zrozumieć dopiero po uprzednim zaznajomieniu się z innym obcojęzycznym piśmiennictwem. Ogólna ocena książki Taczanowskiego wypadła jednak bardzo pozytywnie; zdaniem Szokalskiego była „ważnym …w literaturze naszej nabytkiem”.

 Znany warszawski okulista konstatował, że „(n)a zachodzie Europy Otiatrya nie (była) wcale nowością, lecz dała się w wysokim stopniu wyprzedzić przez inne gałęzie nauk lekarskich a mianowicie przez Oftalmologję, która w owych właśnie czasach kolosalne zrobiła postępy”. Miał nadzieję, „że (Taczanowski) nie poprzestanie na tem pierwszem swem wystąpieniu i godnie reprezentować będzie u nas specjalność, która w świecie naukowym zaczyna(ła) zajmować ważne stanowisko, a której potrzeba w praktyce lekarskiej coraz wyraźniej czuć się … da(ła)”.

 Dokonania Wiktora Feliksa Szokalskiego w dziedzinie chorób uszu, nie tylko te praktyczne, zgodne były ze stanem ówczesnej wiedzy na zachodzie Europy. Rozważania wchodzące w zakres dzisiejszej audiologii oparte były na panujących wtedy teoretycznych, niejednokrotnie nie do przyjęcia z dzisiejszego punktu widzenia, podstawach. Stanowiły jednak wówczas dla lekarzy, czytelników polskojęzycznych periodyków medycznych, wobec trudności nabycia książek zagranicznych o takiej tematyce, dobre źródło, poszerzające niedostateczne wiadomości w tej gałęzi wiedzy lekarskiej.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82