<< powrót

Pamiętnik TLW 2011

Z pożółkłych kart - Z pamiętnika rok 1867 - wiadomości krajowe

Wiadomości Krajowe

UROCZYSTY OBCHÓD

50-cio-lelniéj rocznicy zawodu lekarskiego.

Dra Med. Adama Bogumiła HELBICHA.

Dnia 19 Października 1867 r.

Ze statystyki Caspra wiadomo, że średnia długość życia dla lekarzy jest najmniejsza, bo wynosi 56,8, kiedy największa dla teologów jest 65,1.

W Bawaryi podług Eschericha, z całej ludności tego kraju, równej prawie ludności Królestwa Polskiego, z mężczyzn mających przeszło lat 30 wieku, dochodzi do lat 80 i więcej 1,61 na 100, a ze wszystkich osób dochodzi do tego wieku tylko 1,25 na 100. Co się zaś tycze lekarzy samych, 3/4, umiera nie doszedłszy 50 lat, a. 10/11 nie doszedłszy 60 lat; z pomiędzy 50-letnich zaś polowa wymiera w ciągu 6-ciu lat. Między młodemi lekarzami jeszcze jest większa śmiertelność; w tejże Bawaryi na 100 młodych lekarzy zaledwie 26 dochodzi do 50 roku życia, a w Prussiech, jak obliczył Casper, dosięga tego wieku tylko 19. Na tak znaczną, śmiertelność pomiędzy lekarzami zwrócił już dawniej uwagę Voltaire, naliczywszy 40 lekarzy przybocznych Ludwika XV-go, których ten monarcha przeżył w ciągu 69-cio-lelniego panowania swego.

Średnia długość życia lekarzy u nas wynosi 46,3, 8. przeto, jest ona krótszą o lat przeszło 16 od średniej długość życia lekarzy podanej przez Caspra na lat 56,8.

Skoro więc tylko 1/11, z lekarzy dochodzi do 60 roku życia, to przeżycie 50-ciu lat, szczególniej w zawodzie lekarskim, musi należeć do bardzo wyjątkowych, bardzo rzadkich zdarzeń, i obchód takiej rocznicy słusznie podniesiony jest wszędzie do znaczenia uroczystości zwanej jubileuszem. Jeżeli więc doczekanie 50-cio-letniej rocznicy jest wyjątkowem szczęściem, rzadką uroczystością, to o ileż wyższą jest ona w życiu lekarza? Jakaż jej doniosłość być musi, skoro spotyka lekarza-żołnierza, lekarza-literata, lekarza-urzędnika, dobroczyńcę, pocieszyciela strapionych, podporę wdów i ojca sierot? Takim wybrańcem losu, takim lekarzem-filantropem jest Dr Adam Bogumił Helbich, którego 50-letni jubileusz warszawscy lekarze uroczyście obchodzili w dniu 17 i 19 października 1867 r.

Chcąc zapoznać czytelników Pamiętnika, że szczegółami życia Dra Helbicha, uważam za najstosowniejsze, podać dosłownie życiorys, umieszczony w N. 421 Tygodnika. illustrowanego, a tak zajmująco przez prof. Polikarpa Girsztowta sporządzony.

„W dniu dzisiejszym warszawskie ciało lekarskie obchodzi święto rodzinne: przedmiotem uroczystości jest jeden z najgodniejszych jego członków, dr Helbich, powodem zaś pięćdziesięcioletni jubileusz jego zawodu lekarskiego.

Najczęściej nauka, praca, prawość oceniane bywają w chwili dopiero, kiedy sypiąc garść ziemi na mogiłę przedwcześnie zgasłych, przekazujemy czcigodną ich pamięć jako wzór do naśladowania przyszłym pokoleniom. Wzniosłe to wprawdzie, ale podwójnie smutne. Są, jednak okresy w życiu naszem, w których poczucie ogółu uświęca oddanie czci i uwieńczenie zasług ludzkich za życia jeszcze. Najdroższa to są chwile, ale zarazem

i najrzadsze: pięćdziesięciu lat bowiem użytecznej pracy, zwłaszcza w zawodzie lekarskim, gdzie na każdym kroku zewsząd liczne grożą, niebezpieczeństwa, mało kto dobiega.

Piękną, ale bardzo nieliczną plejadę naszych patryarchów lekarskich pomnożył w obecnej chwili dr Helbich, świadek zawiązku pierwszej u nas lekarskiej szkoły za księztwa warszawskiego, jeden z najdawniejszych i najczynniejszych członków i zarazem prezes Towarzystwo lekarskiego warszawskiego, członek í egzaminator b. Rady lekarskiej, współzałożyciel i wspołredaktor Tygodnika lekarskiego, wielki orędownik kassy

wsparcia podupadłych lekarzy, poprawny pisarz, mówca niepospolity, biegły lekarz, a przytem człowiek prawy i zacny kolega. Piekny zaiste i rozrzewniający był widok, kiedy w d. 17 Paźdz. z rana otoczyły szanownego jubilata delegacye od Szkoły głównej, Towarzystwa lekarskiego warszawskiego, od redakcyj pism lekarskich warszawskich, składając mu radosne życzenia i wieńcząc skronie jego godłami nauki.

Ale nietylko lekarze mają prawo szczycić się d-rem Helbichem; należy on do całego społeczeństwa, któremu służąc lat pięćdziesiąt, zjednał sobie rzetelny szacunek i cześć powszechną. Chociaż niema bezwątpienia w Warszawie człowieka, któryby nie znał pięknego oblicza i srebrzystej głowy Helbicha, podajemy jednak wizerunek szanownego jubilata i krótkie przypomnienie główniejszych rysów jego życia, chcąc wszystkich czytelników uczynić uczestnikami pamiętnej uroczystości dnia dzisiejszego, który ma słuszne prawo nazwać się dniem Helbicha.

Dr Adam Bogumił Helbich urodził się w Warszawie 20 grudnia 1796 r., z ojca Antoniego i Maryanny z Mościckich. Początkowo ojciec jego, wychowaniec królewieckiego uniwersetetu, człowiek głęboko wykształcony w naukach filologicznych, przedtem urzędnik, a za czasów pruskich nauczyciel publiczny, sam kierował pierwszemi krokami chłopca, ale zbyt wcześnie odumarł go, zostawiając 10-letniego sierotę. Zacna, ale niezamożna wdowa oddała syna, do szkół ks. pijarów, gdzie w niższych klasach pobierał nauki bezpłatnie; od 4-ej zaś klasy zaczynając, aż do skończenia zupełnego szkół w r. 1813, z korepetecyj się utrzymywał. Dom Helbichów zaszczycał swą przyjaźnią, dr pr. Czekierski, człowiek serca i rozległych, wpływowych stosunków społeczeńskich. Za jego to światła radą, 17-letni młodzieniec obrał sobie zawód lekarski, zapisując się w poczet uczniów wydziału akademickiego lekarskiego w r. 1813. Oprócz Czekierskiego, opiekuna i dobrodzieja naszego młodzieńca, nauczycielami jego byli wielkiej pamięci mężowie, jak:

Dziarkowski, Wolff, Freyer, Celiński, Brandt; ten ostatni szczególniej polubił  Helbicha, przywiązał go do siebie i nadał szczęśliwy kierunek dalszym pracom jego. Nie zawiódł zdolny uczeń nadziei dzielnego mistrza. Studentem bowiem jeszcze będąc, Helbich był już największą pomocą, Brandtowi w napisaniu anatomii. Wszyscy wiemy jak ciężkie były owe czasy w Warszawie, ale też nie zapominajmy jak dużo zacnych ludzi stolica mieściła wtedy w swojem łonie. Niedosyć że nauczyciele Helbicha otworzyli mu domy swoje, zaliczając go jakby do grona swych rodzin, lecz nadto wyjednali mu stypendyum (1000 zł. rocznie) miasta Warszawy. Tym sposobem nietylko Helbich przez urodzenie jest dzieckiem Warszawy, ale i przez publiczne swe wychowanie. Komu z nas niewiadomo, jak zacny nasz jubilat stokrotnie odpłaca się temu miastu od lat prawie 30-tu, ocierając łzy niejednemu z jego mieszkańców! Szczęśliwy Helbich, winszujemy mu tego z duszy, bo dobrodziejstwa i wdzięczność za nie, nader rzadko chodzą z sobą w parze.

W r. 1817, w d. 7 października, po świetnie odbytym egzaminie (peroptime), Helbich otrzymał stopień magistra medycyny, chirurgii i akuszeryi. Nie skończyli jednak na tem swoich studyów lekarskich; przy pomocy Czekierskiego zrobił roczną wycieczkę naukową, do uniwersytetów zagranicznych, najprzód do Berlina, potem do Wiednia. Po powrocie z zagranicy, wszedł do służby rządowej do b. wojska polskiego, w stopniu lekarza batalionu, a następnie sztabs-lekarza. Po czterech latach służby wojskowej, gdzie piękną miał sposobność obserwowania chorych na rozległą, skalę w wielkich szpitalach, Helbich został mianowany lekarzem powiatu konińskiego, które to obowiązki pełnił do r. 1827. Jaką zaś tam pamięć zostawił po sobie mamy najlepszy dowód w podziękowanie tamtejszych obywateli, ogłoszoném d. 12 października 1827 roku w jedném z pism tutejszych publicznych w słowach: „Obywatele miasta Obwodowego Konina, składają czułe podziękowanie W-mu Adamowi Helbichowi, Doktorowi Medycyny i Chirurgii, a byłemu Lekarzowi obwodu, za jego troskliwość około zdrowia, przez ciąg urzędowania, z tem nadmienieniem: iż przez oddalenie się jego do m. Kalisza, ubodzy utracili ojca i dobrodzieja, który ich wspierał radą i dobrodziejstwy, a obywatele wiernego przyjaciela.“

Zbogacony wiadomościami zebranemi w ciągu dziesięcioletniej praktyki, Helbich chciał zyskać wyższe stopnie naukowe. W tym celu wygotował pracę p. n. ,,Dissertatio inauguralis de carbunculo polonico“, po obronie której w Berlinie, otrzymał stopień doktora medycyny i chirurgii w d. 17 września 1827 r.

Po powrocie z zagranicy, dr Helbich osiadł w Ka1iszu, jako lekarz wolnopraktykujący, gdzie zostawał do r. 1840, przyjąwszy nadto w r. 1835 obowiązki lekarza szpitala. W r. 1831 pełnił obowiązki sztabs-lekarza, a od 2 maja lekarza dywizyi. Na tych posadach miał sposobność uksztalcenia się w praktycznej chirurgii, i pewnie dotychczas tkwi W pamięci szanownego jubilata dzień w którym wykonał 22 amputacyj.

Ciągła praca przez lat 13 w Kaliszu nadwątliła siły i zdrowie d-ra Helbicha, dla poratowania których udać się musiał na kuracyą, do wód karlsbadzkich. Myśl swobodna,

czyste powietrze, użycie wreszcie wód samych, wróciły ma zdrowie, ale do Kalisza już nie powrócił. Dojrzały wiekiem i doświadczeniem, wstąpił na rozleglejszą widownię, obierając na miejsce stałego zamieszkania Warszawę, jako ognisko lekarskiego życia naukowego i urzędowego.

Było to pod koniec r. 1840. Tu dopiero zaczął się drugi okres życia Helbicha. Jeżeli pierwsze 23 lat praktyki na wsi i w małych miastach przeważnie poświęcone były niesieniu pomocy bliźnim i samodzielnemu kształceniu się, druga ćwierć wieku pięknego żywota jego, oprócz bezpośredniego i miłego dla każdego lekarza leczenia. chorych, uwydatniła się na polu naukowem i urzędowem. Prawda, że prace około piśmiennictwa lekarskiego rozpoczął dr Helbich jeszcze w r. 1829 przez ogłaszanie artykułów w ,,Pamiętniku lekarskim warszawskim” a od r. 1837 w „Pamiętniku Towarzystwa lekarskiego warszawskiego“, w poczet członków którego był już wybranym w r. 1830; prace jednak podjęte przez niego od czasu przeniesienia się do Warszawy większej nierównie były doniosłości i znaczenia. Działalność swą, głównie ześrodkował w Towarzystwie lekarskiem i Radzie lekarskiej; pierwszą atoli czynnością większego rozgłosu nazewnątrz, było zawiązanie w r. 1817, wespół z prof. LeBrunem i d-rem Natansonem, czasopisma lekarskiego p. n. „Tygodnik lekarski” do którego, oprócz innych artykułów, w ciągu lat długich stale pisywał „Uwagi nad charakterem

panujących chorób.”

W czasie grasowania epidemii cholery w latach 1848, 1849 w Warszawie, dr Helbich mianowany był przez Inspektora głównego służby zdrowia w królestwie polskiem naczelnym lekarzem szpitala cholerycznego w domu miejskim. Starania i trudy Helbicha na tem stanowisku, wyższe nad wszelką pochwałę, świeże są jeszcze w pamięci wszystkich. W d. 17 sierpnia 1849 r. przez Komisyą Rządowa spraw wewnętrznych mianowany został p. o. członka honorowego przy urzędzie lekarskim gub. warszawskiej, a w d. 26 listopada 1850 r. przez b. Radę Administracyjną zatwierdzony w godności p. o. członka honorowego b. Rady lekarskiej, w której, oprócz wypracowania zdań sądowo-lekarskich, odbywał jeszcze egzamina na stopnie lekarskie (egzaminatorem był z anatomii). W Towarzystwie lekarskiem, któremu przewodniczył od r. 1851-1859, położył wspólnie z ś. p. Janikowskim wielkiego znaczenia zasługą, przez założenie Kassy wsparcia podupadłych lekarzy, oraz wdów i sierot po nich pozostałych. Ta piękna. instytucya. jest wciąż przedmiotem szczególnej pieczy zacnego jubilata i tutaj urzeczywistnia się codziennie prawie wielka zasada: „niech nie wie lewica, co daje prawica”. Historya tej instytucyi wymownie kiedyś zaświadczy prawdę słów dopiero przytoczonych.

O ile Towarzystwo lekarskie ceniło zasługi Helbicha jako prezesa swego, przekonać może droga pamiątka ofiarowana mu w d. 29 stycznia 1860 r. przez członków tego ciała  lekarskiego. Upominkiem tym jest „Teorya jestestw organicznych” Jędrzcja Śniadeckiego, z napisem „Adamowi Helbichowi, swemu prezosowi” – członkowie (następują podpisy). Kiedy w r. 1862 ustanowiony był komitet do reorganizacyi służby zdrowia w Królestwie Polskiem, pod prezydencyą tajnego radcy Dr. Haurowitz’a, Helbich powołany został do sekcyi medycyny sądowej i wespół z Janikowskim wygotował „Projekt potrzebnych zmian w istniejących przepisach, odnoszących się do postępowania prawno-lekerskiego”. Ceniła i wyższa władza prace i zdolności Dr. Helbicha, dowodem czego są udzielone mu urzędowe nagrody: Order Ś-go Stanisława II-ej klasy i Virtuti militari.

Dr Helbich w ciągu całego życia szedł i idzie wciąż za postępem nauki; wszelkie nowe kwestye w dziedzinie medycyny, znajdowały zawsze w osobie jego wiernego przedstawiciela; dużo pisywał i obecnie jeszcze pisze, a styl jego jest piękny, pociągający, wykład rzeczy jasny, treściwy. W ocenieniu prac jego naukowych wezwały go na członka Towarzystwo lekarskie wileńskie (w r. 1848) i Towarzystwo przyjaciół nauk w Poznaniu (w 1860 r.)

Oddany obowiązkom swego powołania oraz piśmiennictwu lekerskiemu, Helbich większą część dnia, i to z prawdziwem zamiłowaniem, poświęca praktyce lekarskiej. Na równi pracując we wszystkich gałęziach medycyny, nader liczną ma klientelę. Już od godziny 7 z rana, bez względu czy zimą czy latem, tłumy biednych zalegają pokoje i schody jego. Oprócz rady bezinteresownej, iluż z nich opatrzonych zostaje datkiem na kupienie lekarstw, a przytem słodycz i uprzejmość Helbicha w obejściu się z choremi dla wszystkich może być wzorem. Ale nie tutaj koniec jego dobroczynności: mieszkańcy strychów í suteren najlepiej znają, jego szczodrobliwość, a Towarzystwo Dobroczynności, którego jest członkiem, niejeden ze swej strony przytoczyć mogłoby przykład jego poświęcenia.

Pomimo tylu prac, dr Helbich znajduje jeszcze dosyć czasu dla rodzinnego ogniska i przyjaciół. Słodyczą charakteru i rzadkim taktem w obejściu się, jednać sobie umie serca ludzi, a stąd też tak wielką ma liczbę życzliwych i przyjaciół.

Sam sierota od 10 roku życia, twarde w dzieciństwie pędząc chwile dotkliwego niedostatku, umiał otoczyć swe dzieci całem ciepłem rodzicielskiego serca, nawzajem od nich doznając pociechy i szczęścia.

Takim znamy Helbicha. w życiu publicznem i prywatnem. Wyznajemy bez obrazy jego skromności, że zaliczamy go do ozdób społeczeństwa ludzkiego, uważamy go za godnego przedstawiciela, za patryarchę naszego ciała lekarskiego i otaczając go obecnie czcią rzetelną, wypłacamy się mu tylko z należnego długu. Szczęśliwi będziemy, jeżeli Opatrzność najdłużej go zachowa pomiędzy nami i jeżeli zdołamy z naszej strony dorzucić gałązkę do wawrzynu, który szanowny nasz jubilat od dawna

przygotował dla siebie.”

_________________________________

Po tym wstępie, z kolei rzeczy wypada przystąpić do opisu samej uroczystości. Otóż W oznaczony dzień zebrało się na ucztę w Sali Resursy Obywatelskiej stu kilkudziesięciu lekarzy i 16 aptekarzy warszawskich, oraz kilku z prowincyi umyślnie przybyłych. Przyozdobienie sali roślinami egzotycznemi było zastosowane do okoliczności. Na dwóch wchodowych kolumnach wisiały dwa wielkie wieńce laurowe, a w pośród nich dwie cyfry z kwiatów przypominające lata 1817 i 1867. Z uderzeniem godziny 6-ej po południu Rektor Szkoły Głównej Warszawskiej Rz. Radca Stanu Dr Mianowski, otoczony profesorami fakultetu lekarskiego z dziekanem i zgromadzonymi już lekarzami. doręczył jubilatowi przy stosownej przemowie dyplom na stopień doktora medycyny tutejszej Szkoły Głównej, jako godło węzła łączącego professorów wydziału lekarskiego z byłym egzaminatorem w b. Radzie Lekarskiej, przyznającej lekarzom stopnie naukowe.

Po tej ceremonii zabrano miejsce przy stołach wokół sali ustawionych. Szczególnie] uroczysty widok przedstawiał stół główny, przy którym zasiedli mężowie pracy i lat z posiwiałemi głowami, w pośród których wyróżniała się srebrzysta sędziwego lecz czerstwego Jubilata. Obok niego zajęli miejsce ze strony prawej: JW. R. R. Stanu Rektor Szkoły Głównej Dr Mianowski, JW. R. R. Stanu Dr Bazyli Bekker Główny Inspektor lekarski w Król. Polskiem, JW. Tajny Radca Dr Agafonow Główny Sztabs-Doktor Warszawskiego Wojennego Okręgu. Z drugiej strony jubilata zasiadł dawny jego przyjaciel i kolega professor kliniki chirurgicznej Dr Aleksander Le Brun, oraz inni współtowarzysze.

W czasie obiadu oznajmiono zebranym, że Redakcya i wydawca „Tygodnika Illustrowanego“ nadesłali dzisiejszy N. 421 tegoż pisma, w stu kilkudziesięciu egzemplarzach, zawierający biografię Jubilata, napisaną, przez prof. Giersztowta, z drzeworytem przedstawiającym oblicze Dr. Helbicha, proponując; aby przychód z rozprzedaży złożonych egzemplarzy obrócić na rzecz opłaty wpisowej uiścić się winnej przez niezamożnych studentów, co się też i stało. Zebrano bowiem z tej sprzedaży Rsr. 90. Poczem doręczono Jubilatowi dzisiejszy numer Kurjera Codziennego drukowany na białym atłasie, życiorys Dr. Helbicha zawierający. W niedługim czasie prof. Dr Le Brun przemówił do zebranych w następujących słowach:

„Pozwólcie panowie, abym przy dzisiejszej uroczystości imieniem polskich lekarzy pierwszy przemówił do czcigodnego solenizanta, którego zasługom i cnocie dziś przy jubileuszowym obchodzie 50cio-letniej rocznicy jego lekarskiego zawodu, publiczny hołd składamy. Te zasługi i cnoty naszego dostojnego Jubilata, więcej może jak każdy z was panowie, ja poznać i ocenić mogłem. Ze znajomością naszą blisko od pół wieku zawiązała się nasze. przyjaźń, a stosunki pokrewieństwa i długoletni, jednoczesny, koleżeński zawód, spoił się nierozerwanem ogniwem.

Lecz jakże zdołam w tej chwili godnie odpowiedzieć temu stanowisku i uczcić Męża, którego tak liczni otaczają wielbiciele? Mamże wyliczać zasługi jego, jako najbieglejszego i niespracowanego w swym zawodzie lekarza? Mamże wysławiać jego naukę, którą, tak jaśnieje w naszem gronie? Mamże mówić o jego niepospolitych zdolnościach, jako urzędnika? Mamże na koniec składać hołd jego szlachetnym, wzniosłym i pełnym ludzkości czynom, jego cnotom obywatelskim, jego przymiotom duszy i serca? Bynajmniej. Temu trudnemu zadaniu nie podołałyby siły moje; wymowniejszym ustom, zdolniejszemu pióru pozostawiam spełnienie tego dzieła. Sam zaś w skromnych wyrazach składam Ci tylko czcigodny męża, w imieniu całego lekarskiego ciała, a głównie w imieniu zebranych tu kolegów, serdeczne powinszowanie szczęśliwe doczekanej 50cio-letniej rocznicy Twojego lekarskiego zawodu.

Poprzestań Czcigodny solenizancie, Drogi Przyjacielu, Kochany Adamie, na tem prostem oświadczeniu mojem, a uściśnienie Twej dłoni niech ci da poznać szczerość uczucia mojego i wzruszenie serca, z jakiem przemawiam do Ciebie.

Ta uroczysta dla nas chwila, jeszcze jedną więcej napawa nas radością, bo pół wieku Twojej ciężkiej pielgrzymki na ziemi, nie zdołało sił Twych osłabić, lata nie pochyliły Cię, oblicze Twoje błyszczy właściwém Ci życiem. Nie pobladła Twoja gwiazda! Przyświecaj nam więc jak najdłużej czcigodny, dostojny Nestorze lekarzy polskich; pozostań jak najdłużej pomiędzy nami dla dobra kraju, pociechy strapionych i cierpiących i dla chluby lekarskiego stanu.” (Przeciągłe oklaski).

Po serdecznem uścisku obu sędziwych przyjaciół, przemówił następnie do zebranych potoczystemi i donośnemi słowy Rektor Szkoły Głównej Dr Mianowski, wykazując ważność

uroczystości i wznosząc toast za zdrowie jubilata. (Przeciągłe oklaski).

Z kolei zabrał głos JW. R. R. Stanu Beker Główny Inspektor lekarski w Królestwie Polskiem:

Panowie i Kochani Koledzy!

„Po wymownych słowach zwróconych do Szanownego Jubilata, które są zarazem wyrażeniem wspólnych naszych uczuć, nie śmiałbym zabierać głosu, gdybym nie miał do spełnienia osobistego obowiązku, obowiązku wdzięczności.

Tak drogi Kolego! Jeżeli kto w tem licznem zgromadzeniu, ma dług wdzięczności względem Ciebie, to przedewszystkiem ja, który w ciągu dwóch lat ostatnich istnienia Rady lekarskiej w Królestwie Polskiem, miałem zaszczyt być Twoim sąsiadem i ciągle korzystać z Twego światła, Twoich rad zdrowych i sądu tak sprawiedliwego jak głębokiego, któremi prace Twoje w dziedzinie medycyny sądowej zawsze były nacechowane. Pozwól więc Szanowny Mężu wyrazić tutaj wobec tylu świadków, moją żywą wdzięczność; wynurzyć z głębi mojego serca, moje szczere podziękowanie, za wszystkie Twe względem

mnie usługi.

Niechaj mi także wolno będzie oddać hołd ciału lekarskiemu warszawskiemu, które umie ocenić zasługi w każdej gałęzi medycyny. Tak, od czasu pobytu mego w Warszawie, po raz trzeci jestem tego świadkiem. Panowie! uczciliście już drogiego Kochańskiego, za jego zasługi na polu administracyi lekarskiej; uczciliście Cycuryna jako przedstawiciela nauki lekarskiej, a obecnie uroczyście obchodzicie jubileusz Helbicha, jako najgodniejszego przedstawiciela medycyny praktycznej.

Panowie! to uznanie przynosi zaszczyt całemu ciału lekarskiemu; pozwólcie więc wznieść toast na cześć Rektora Szkoły Głównej, i za pomyślność całego Wydziału lekarskiego Warszawskiego!” (Przeciągłe oklaski). `

Po skończeniu swej pięknej i życzliwej mowy, JW. Bekker zaproponował złożenie jubilatowi pamiątkowego albumu, z fotografiami wszystkich przyjmujących udział w dzisiejszej uroczystości, którą to propozycyę wszyscy z gotowością przyjęli.

Dalej dr Hoyor w imieniu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, którego w r. b. jest Prezesem, odczytał mowę, z jakiej ustępy ogłosiła w Nr. 9 Klinika, które powierzamy:(*)

„Szanowni Koledzy! Niepospolity to musi być zaiste przypadek, rzadka w dziejach naszego kroju uroczystość, które zdołała tak licznie zgromadzić kolegów przy wspólnej towarzyskiej biesiadzie i złączyć ich w wielkie przyjacielskie grono ożywione jedną, radosną myślą. Dwa słowa wystarczają dla wytłomaczenia tej rzadkiej w świecie lekarskim jednomyślności, dla wyrażenia ożywiających każdego z nas w tej chwili uczuć: Adam Helbich! Dwa te słowa zamykają, w sobie cały skarbiec cnót i wzniosłych uczuć, pozostaną one dla nas na zawsze wyrazem ideału prawdziwego lekarza, prawdziwego człowieka. Usłyszawszy to imię, ktoby sobie nie przypomniał owego prawie nadludzkiego poświęcenia, które w każdej porze dnia, każdemu bez różnicy nieszczęśliwemu, niesie pomoc wszelkiemi możliwemi środkami i nie zważając na znużenie duszy i ciała, z prawdziwym zapałem oddaje sie wzniosłemu wprawdzie, lecz nader mozolnemu powołaniu. Komu to imię nie przypomniałoby wytrwałej pracy nad rozwojem ojczystej nauki i lekarskiej literatury, czynnego i nieustającego udziału w pracach Towarzystwa i Rady lekarskiej, skutecznego poparcia wszelkich instytucyj, mających na celu dobro tak ogółu jak szczególnie stanu lekarskiego. Komu nie przychodzi na myśl otwartość charakteru, owa słodycz w obejściu się tak ze starszymi jak i młodszymi kolegami, które mu od razu zdobywa wszystkie serca, która właśnie i w dniu dzisiejszym tak licznie tu zgromadziła oddanych mu duszą i sercem kolegów.

Od pól wieku już najdroższy nasz kolega poświęca się mozolnemu powołaniu lekarza, i z jednostajnym ciągle zapałem śledzi postęp nauki i rozwój literatury lekarskiej. Od trzydziestu siedmiu lat, mąż ten poświęca swą pracę naszemu Towarzystwa lekarskiemu, w którego imieniu przemawiam tu do kolegów. Niepospolite oddał on mu przysługi, przez swą,

światłą radę, wieloletnie doświadczenie i nader czynne poparcie jego naukowych i dobroczynnych instytucyj, jak niemniej przez swój zapał do nauki i ożywiającą wszystkich wymowność. Lata w których przewodniczył Towarzystwa w pracach, należą, do najświetniejszych. Jeżeli nareszcie stan lekarski w naszym kraju potrafił lepiej zachować godność i prawość lekarską, aniżeli to ma miejsce iv większej części Europy, to przykład szanowanego powszechnie kolegi Helbicha nie mało do tego się przyczynił.

Oby Bóg jeszcze na wiele lat chciał przedłużyć życie tego zasłużonego i tak drogiego naszemu sercu męża!“

Poczem Doktor Stańczukowski umyślnie z m. Kalisza na dzisiejszą uroczystość przybyły, składał powinszowanie jubilatowi w imieniu swojem i lekarzy kaliskich, którzy go do tego upoważnili.

Obudził on żywe wspomnienie w sercu jubilata, gdyż przed laty za położone w Kaliszu zasługi, Jubilat otrzymał od mieszkańców pierścień brylantowy z napisem: „Doktorowi Helbichowi Kaliszanie.“

Dr Dorautowicz odczytał następujący wiersz łaciński:

Jubllate!

Solicitent alii remis freta coeca, ruantque

In ferrum, penetrent aulas et limina regum;

Hic pêtat excidiis urbem, miserosque penates

Ut gemma bibat, et sarrano indormiat ostro.

Te sine nil altum mens inchoet! ac ea propter

In freta dam fluvii current, dom montibus umbrae

Lustrabunt convexa, polus dum sidera pascet:

Semper honos, nomenque tuum laudesqne manebunt!

Dr Sztumer przemówił w tych słowach:

„Szanowni panowie i koledzy!

Przyznanie mi panowie nie wątpię, że od lat bardzo wielu, myśli uczczenia zasług kolegi lekarza, nie podjęto w gronie naszem z taką jednomyślnością, z taką ogólną sympatyą, jak dziś w imię Szanownego tu uroczystującego nam Jubilata. Zapewne, lat 50 w trudnym tak i ciężkim zawodzie przetrwać, zachować tyle młodzieńczego zapału do poślubionej nauki, lat

50 nie ustać w pracy, dowód to wielkiego zdrowia. i wielkiej łaski nieba. Tych dwojga i nadal szczerze mu życzemy. Jeżeli mi wolno jednak być tłómaczem uczuć licznego tu grona kolegów, to powiem z ręką, na sercu, przychodziemy tu dziś korzystając z dnia świątecznego w życiu jubilata, złożyć hołd niepokalanej prawości lekarza, i wysokiemu nieporównanemu taktowi w pożyciu koleżeńskiem. W interesie społeczeństwa, nauki i lekarskiego ciała, daj nam Boże więcej takich lekarzy, takich ludzi, takich kolegów.

Pozwól zatem Czcigodny Jubilacie, byśmy dziś przejęci półwiekowym Twym dobrym przykładem, wznieśli ogólny szczery toast uczciwego koleżeństwa.”

Zaledwie ucichły słowa mówcy, dano znać, że nadeszły dwa telegramy. Pierwszy z Krakowa z podpisem dra Aleksandra Kremera w słowach: „Towarzystwo lekarskie Krakowskie, zasyła serdeczne życzenia Czcigodnemu Jubilatowi doktorowi Helbichowi.“ Po odczytaniu tego telegramu professor Girsztowt wzniósł toast na cześć Towarzystwa lekarskiego Krakowskiego, który jednomyślnością został przyjęty. Drugi telegram z m. Łowicza od lekarzy i tamecznych aptekarzy w słowach:

„Pol wieku procy, cnoty, nauki,

Złożyłeś dla bliźnich w darze:

Ze czcią Twe imię wspomną nasze wnuki,

Czas Twej pamięci nie zmaże.

(Podpisy). Dr. Wojnarowski, Feliks Konwerski, Hirszowski, Grochulski, Szymanowski, aptekarze.“

Po chwili zabrał glos professor Girsztowt i z właściwą, jemu wymowa, przypomniał zgromadzonym zasługi jubilata na polu peryodycznego piśmiennictwa lekarskiego, przy-

czem wykazując rozwój historyczny pism peryodycznych lekarskich w Europie, nadmienił, że na początku bieżącego stulecia kraj nasz także przyjął udział we wzajemnej wymianie myśli przez utworzenie pierwszego pisma peryodycznego w r. 1828, i dowiódł, ze dr Helbich stał się pośrednikiem między krajem i zagranicą przez przyswajanie naszemu piśmiennictwu najlepszych współczesnych odkryć w dziedzinie nauki lekarskiej, oraz przez podawanie do wiadomości ogółu rzeczy lekarskich, kraj nasz wyłącznie dotyczących. Tym sposobem wykazawszy doniosłość prac dr. Helbicha, oświadczył, że skoro czas wszystko zaciera, przeto dla utrwalenia zasług Jubilata i pamiątki dzisiejszej uroczystości, wypada utworzyć dzieło, któreby i w dalsze pokolenia przenosząc imię Helbicha, było zarazem przyczynkiem do postępu nauki w kraju i przyniosło zaszczyt naszemu ciału lekarskiemu. W tym celu zaprojektował utworzenie naukowego premium Imienia Helbicha przez zebranie dziś odpowiedniego kapitału, z któregoby procenta co lat kilka podnoszone stanowiły nagrodę za

najlepszą rozprawę w języku polskim napisaną.

Piękna ta myśl, znalazłszy uznanie i odgłos pomiędzy zebranymi, a zaraz gorąco podniesiona. przez JW. Rektora

Szkoły Głównej, została uwieńczona najpomyślniejszym skutkiem, bo zebrano do sześciuset rubli sr. Postanowiono o tem uwiadomić wiedze wyższe w celu wyjednania stosownego zatwierdzenia, oraz ustanowienia komitetu, mającego określić bliższe warunki i czas przyznawać sie mających nagród Imienia Helbicha, przyczem oświadczano aby w rzeczonym komitecie przewodniczył Rektor Szkoły Głównej Mianowski, a na Sekretarza aby powołano twórcę projektu prof. Girsztowta.

Po grzmiącym oklasku, jakim przyjęto propozycyę prof. Girsztowta, uroczysta cisza zaległe salę, bo dostojny Jubilat drżącym od wzruszenia głosem odczytał następne słowa:

„Szanowni panowie! Pozwólcie, ażebym od Boga rozpoczął, składając korne dzięki za łaskę dojścia do lat sędziwych, za łaskę doczekania. obecnego szczęścia, dającego mnie chlubne świadectwo, żem na waszą Panowie życzliwość i przyjaźń zasłużyć sobie zdołał. Nie znam przyjemniejszej nagrody, nad uznanie przez prawych mężów uczciwego wykonania zaciągniętych obowiązków. Na prawie waszych względów opieram przekonanie, że jeżeli nie zasobem zdolności, to szczerą chęcią starałem się wywiązać z wysokiego zadania lekarza. Nie tajno wam Panowie, ile to powołanie wymaga nużących wysileń ciała, ciągłej umysłowej pracy dla zdążania za postępem wiedzy, znoszenia nieobliczonych cierpień moralnych i stawienia śmiałego czoła. wszelkiej zarazie. Kapłaństwo przeto lekarskie, oprócz zasobu ogromu nauki, wyrzeczenia się sobistości, żelaznego wymaga zdrowia, aby stanąć skałą, na walkę z tylu przeciwnościami, na opór szkodliwym wpływem. Kogo Bóg wszechmocny zabezpieczy tarczą, kogo łaską, w sędziwe przeprowadzi lata, ten okiem pamięci w świat przeszłości spojrzawszy, widzi ten liczny bratniego powołania zastęp z kilku pokoleń, starszych od siebie wiekiem, równoczesnych, a nawet kwiecie młodzieży, na łono wieczności zeszłych ze świata. Przeżywszy w powołaniu polowe stulecia, jestem żywym świadkiem rzetelności wysokiego rachunku śmiertelności lekarzy w statystycznych obliczeniach. Lecz niedość na samej śmierci, ona jest tylko długiem przez narodzenie zaciągniętym, spłacalnym w okresie przez Opatrzność zakreślonym. Szczęśliwy, kto przy zawarciu na wieczny sen powiek, oprócz rachunku z własnej na świecie powinności, może spokojne oko zwrócić na przyszłość węzłem serca spojonej z nim rodziny. Niestety! w tym względzie, smętny obraz wczesnego zgonu lekarza ciemniejsze przybiera barwy; znużył go nadmiar pracy, choroba szczupły zapas ciężkiego wyczerpała zarobku, po zgasłym opiekunie zostaje żona wdową, a dzieci sierotami bez widoku na jutro.

Panowie! jeżeli w tej uroczystej chwili, rzuciłem w serca wasze bolesny a nader częsty stan rozpacznego położenia braci waszych, to jedynie poważyłem sie to uczynić dla chwały szlachetnych uczuć waszych, dla błogosławionej myśli utworzenia Kassy wsparcia wdów i sierot po lekarzach, której działalność daje poznać przy ogromie potrzeby, dobrodziejstwo pomocy.

Kryje dzisiaj mogiła zwłoki szlachetnych mężów, ś.p. Janikowskiego i Bącewicza, ojców dobroczynnej instytucyi; pomysł ich w sercach wypiastowany, w ewangeliczne słowo

wypowiedziany, stoi się przez współczucie całego kraju lekarzy spełnionym czynem.

Przykładem wysokiej cnoty wiedziony, za jej światłem, wolnym krokiem zdążałem, zbierając grosz do grosza, przez ubogich dla ubogich, a Bóg zamiarowi błogosławił, dozwalając zebrać 4,500 rsr. w Listach Likwidacyjnych; summę rzeczoną, w krótkim czasie do Kassy wsparcia wniosę, aby na wieczne czasy świadczyła, że święto dnia dzisiejszego, najwyższego szczebla uszczęśliwienia, przez grono zacnych kolegów wyświadczonego, dopełnić mogę ofiarą dobroczynnego celu.“

Po tych słowach z dobrego, szlachetnego serca jubilata płynących, sieroty o sierotach tak szczodrze pamiętającego, mamyż dodawać, że łzy i uściski obecnych były najchlubniejszą podzięką temu niezłamanemu wiekiem, uwielbianemu Nestorowi naszych lekarzy? Przejęci wzruszeniem, wszyscy powstawszy biegli ściskać tę zacną, szczodrobliwą prawicę, wznosząc puchary i życząc jak najdłuższych lat czerstwemu jeszcze Jubilatowi. Uroczystość od tej chwili z rozrzewniającej zmieniła się w wesołą, poczęły się znowu toasty, wylania życzliwości.

JW. Rektor Szkoły Głównej dr Mianowski, przedstawiając jubilata jako wzór do naśladowania, wniósł zdrowie lekarzy; w odpowiedzi na to redaktor ,,Pamiętnika Towarzystwa Lek. Warszawskiego“ J. F. Nowakowski, w imieniu lekarzy wychowańców tutejszej Szkoły, wzniósł toast na cześć Rectoris magnifici, przyjęty hucznemi oklaskami. Dr. Korzeniowski wzniósł toast na cześć twórcy projektu prof. Girsztowta, a nadto zabrał jeszcze głos w imieniu aptekarzy Mag. farm. Karpiński.

Dr Heinrich, właściciel apteki kommunikował nam następną krótką, przez siebie przygotowaną, mowę, której z powodu choroby niedozwalającej mu przybyć na uroczystość, nie mógł tamże wygłosić. Dla całości opisu, zamieszczamy ją z przyjemnością.

„Czcigodny Kolego Jubilacie! Półwiekowe zasługi Twoje w zawodzie lekarskim, tak na polu naukowem, jak niemniej w niezmordowanej pracy na polu praktycznem, znane są i cenione powszechnie; nie ma kolegi, nie ma prawie mieszkańca tutejszego miasta, któryby z wymówieniem Twego nazwiska nie łączył hołdu uwielbienia lub wdzięczności. Daremnie więc siliłbym się słabemi memi wyrazy wykazywać zgromadzonym kolegom chlubny przebieg wytrwałej i pożytecznej 50-cio-letniej Twej pracy, dla dobra kroju tak zaszczytnie podejmowanej. W dzisiejszem uroczystem zebraniu znajduje się znaczne grono kolegów moich farmaceutów, którzy pospieszyli wspólnie z lekarzami złożyć należny hołd Twoim zasługom i cnocie; niech więc wolno będzie i mnie jako farmaceucie wynurzyć Ci Szanowny Jubilacie kilka słabych wyrazów rzetelnej naszej czci i wdzięczności.

Trzydzieści blisko lat upływa, jak po przybyciu Twojem do naszego grodu, miałem szczęście poznać Cię bliżej, przypominam sobie dokładnie owe czcigodne myśli, jakie podówczas raczyłeś mi zakommunikować o potrzebie szczerego koleżeńskiego pożycia i zgody w gronie tutejszych lekarzy; myśli Twe i wyrazy, natchnione duchem jedności i miłości braterskiej, zachowałem na zawsze w pamięci. Od tego czasu długie upłynęły lata, różne przeżyliśmy koleje, a nie odstąpiłeś ani na chwilę od Swego szlachetnego programu, nie zboczyłeś ani na krok z drogi jedności i harmonii. Stan farmaceutyczny zawsze zaszczycał się Twojem uznaniem i względami. Podczas długoletnich wspólnych naszych prac w Radzie Lekarskiej Królestwa, łączyłeś zawsze Twe starania i troskliwość o podniesienie tego stanu; wspierałeś światłem zdaniem i radą, nasze niejednokrotne prace nad urządzeniem rzeczy aptekarskiej w kraju; starałeś się zawsze pogodzić różnorodne zdania w najważniejszych sprawach, w Radzie Lekarskiej roztrząsanych.

Pomni wielkich cnót Twoich, jakiemi oznaczyłeś drogę Twego zawodu publicznego, wynurzamy Ci czcigodny Jubilacie gorące nasze uczucia czci i wdzięczności, dołączając życzenia jak najdłuższego jeszcze, a równie szczęśliwego, równie zasłanego cnotami życia. Obyś, doznając ciągle pociechy w rodzinnem i koleżeńskiem gronie, w długie jeszcze lata przyświecał swemi cnotami młodemu pokoleniu lekarzy i farmaceutów krajowych i błogosławiony przez ubogich tutejszego miasta, żył dla niesienia im ulgi i pomocy!“

Tak tedy zakończyło się święto rodzinne lekarzy i aptekarzy warszawskich, upamiętniony dzień uroczystego obchodu 50-cioletniego zawodu lekarskiego dra. Helbicha, dwoma czynami kraj obchodzącemi; raz hojneni zasileniem Kassy wsparcia wdów i sierot po lekarzach pozostałych w summie 4,500 rsr. (30,000 złp.), a po wtóre przyczynieniem się do wzrostu literatury lekarskiej przez ustanowienie na wieczne czasy nagrody Imienia dra Helbicha, zaprojektowanej przez professora Girsztowta i od razu gorliwym udziałem obecnych w czyn zamienionej, co na chlubę naszego lekarskiego ciała z radością zapisujemy na kartach Pamiętnika.

J. F. Nowakowski.