<< powrót

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

WSPOMNIENIA Z WALK POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Krystyna SYPNIEWSKA–KIEŁCZYŃSKA–PREKIER

WSPOMNIENIA Z WALK POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Brałam udział w walkach na Starym Mieście, Powiślu i Śródmieściu. Byłam wcielona do 12 Kompanii por. Oppenheima (Wacława Kosickiego) batalionu por. Dzika (Tadeusza Okolskiego) zgrupowania mjr Roga (Stanisława Błaszczaka). Komendantką drużyny sanitarnej 12 Kompanii była Iza (Izabela Bowbelska–Zajączkowska). W pamięci mej utkwiły dramatyczne epizody walk powstańczych, w których uczestniczyłam. We wtorek 1 VIII o godzinie W zgłosiłam się wraz z innymi koleżankami z tajnego gimnazjum ss. Urszulanek, ul. Przejazd 5, do punktu sanitarnego w Ratuszu. Komendantka przyjęła nas w przestronnym pomieszczeniu biurowym na parterze. Biurka przesunięto pod ściany. W pokoju umieszczono żelazne łóżka z materacami przygotowanymi dla rannych. Były też inne sanitariuszki. Dzień był ciepły, słoneczny. Dochodziły odgłosy pojedynczych strzałów. Kompania por. Oppenheima miała za zadanie zdobycie i zabezpieczenie Pałacu Blanka (obok Ratusza) i gmachu Banku Polskiego przy ul. Bielańskiej.

Pierwsza noc była spokojna. 2 VIII od wczesnego rana wszczęto zaciekłe walki o Pałac Blanka. Powstańcy uderzają od Daniłowiczowskiej, przez podziemia Ratusza do piwnic Pałacu i od Placu Teatralnego na główną bramę obiektu. Niemcy nie dali się zaskoczyć, przywitali powstańców skutecznym ogniem. Wydawało się, że Pałac Blanka jest twierdzą nie do zdobycia. Huk rozrywających się granatów, serie wystrzałów z peemów, krzyki, potęgująca się wrzawa, i pałac, mimo bardzo silnego oporu, Niemców został zdobyty. Byli po obu stronach zabici, ranni i wzięci do niewoli. Wśród jeńców znajdował się kapitan wehrmachtu dr Fribolin z uszkodzonym kręgosłupem i miednicą. Zostaje on przekazany patrolowi sanitarnemu, a następnie przetransportowany do Szpitala Maltańskiego, gdzie przebywało wielu rannych Niemców. Walki w Pałacu Blanka trwały 2 dni, nim wszystkich Niemców wybito lub wzięto to niewoli.

W trakcie nieustającej strzelaniny 4 VIII byłyśmy wezwane do rannych w pałacu. Między Ratuszem a Pałacem Blanka był wysoki mur i po desce, czy prowizorycznej drabinie, z trudem wdrapałam się na wysokość pierwszego piętra. Byłyśmy trzy od ss. Urszulanek i jedna starsza sanitariuszka Nita (Janina Grzybowska). Ranny leżał w zdobytym zachodnim skrzydle pałacu na pierwszym piętrze pod oknem od strony placu Teatralnego. Na czerwonym chodniku pełno szkła z potłuczonych szyb okiennych, kawałki luster, odłamki tynku ze ścian – ślady walki. Pod ciągłym obstrzałem niemieckim z różnych stron czołgałyśmy się do rannego. Kule, które przelatywały przez otwory okienne, odbijały się od ściany. Uniemożliwiały swobodne poruszanie się. Z największą ostrożnością doczołgałam się do rannego powstańca. Z lewej strony głowy miał ranę wielkości pięciozłotówki, lekko wydłużoną, w której prześwitywał mózg. Rana nie krwawiła, twarz była śmiertelnie blada. Ranny to drobny blondyn, którego z trudem ułożyłyśmy na noszach będąc w pozycji półleżącej. Był jeszcze jakiś mężczyzna, który pomagał nam przenieść rannego przez mur do punktu sanitarnego w Ratuszu. Potem dowiedziałam się, że był to młody poeta lat okupacji, Krzysztof Kamil Baczyński.

Nie pamiętam, 4 czy 5 VIII w godzinach wczesnopopołudniowych byłam wezwana na wieżę ratuszową do rannego. Chyba była ze mną Wiśka (Jadwiga Kowalik). Wczołgałyśmy się po krętych, wąskich, skrzypiących schodach pod obstrzałem niemieckich snajperów. Powstaniec już nie żył. Miał rozbitą, zakrwawioną lewą stronę twarzy. Ostrożnie ściągałyśmy go po wąskich schodach. Nosze nie były przydatne. W punkcie sanitarnym dowiedziałam się, że jest to brat Bola, który zginął 2 VIII walcząc w Pałacu Blanka. Stefan chciał pomścić brata (bracia Jezierscy) i na wieży ratuszowej zastrzelił go snajper, z któregoś domu na Wierzbowej. Wieczorem odbył się pogrzeb powstańców, którzy polegli na Ratuszu i w Pałacu Blanka. Na długim zielonym trawniku pod oknami Ratusza leżało kilka ciał przykrytych białym materiałem czy papierem. Gromadka powstańców i ludności cywilnej asystowała w pogrzebie. Ciała złożono do ziemi, zasypano, odśpiewano hymn narodowy.

Następnego dnia wczesnym świtem Niemcy rozpoczęli bardzo intensywnie bombardować nasz teren. Na Placu Teatralnym pojawiły się czołgi. Bomby burzące i zapalające spadały na Ratusz, Pałac Blanka i Bank Polski przy ul. Bielańskiej. Załoga Ratusza zeszła do piwnic. Były one solidnie podstęplowane. Wytrzymały naloty. Nasz punkt sanitarny został zasypany gruzem, rannych nie było. Rano 6 VIII zdecydowano przenieść dowództwo kompanii i punkt sanitarny na Stare Miasto na ul. Zapiecek 1. Rozlokowałyśmy się na pierwszym piętrze w gabinecie stomatologicznym. Tam też doszła do nas wiadomość, że cztery nasze sanitariuszki w trakcie ostatniego bombardowania zginęły pod gruzami Banku Polskiego. Na Starym Mieście odbywał się ciągły ruch wymieniających i uzupełniających się oddziałów, patroli. Buduje się wiele barykad. Jesteśmy nieustannie nękani nalotami lotniczymi i silnym ostrzałem artyleryjskim od Wisły. Ciągle wzywają nas do rannych w domach, na ulicach, barykadach. W trakcie jednego z tych nalotów straciliśmy kwaterę na Zapiecku. Ofiar nie było, wszystkie byłyśmy w akcji. Nasz punkt sanitarny przeniesiono na ul. Kilińskiego 1, a dowództwo kompanii na Stary Rynek w Kamienicy Baryczków. W tym czasie dziewczęta obejmują służbę patrolową na placówkach przy ulicach Brzozowej, Bugaj, Mostowej, Rybakach (pierwsza linia frontu od strony Wisły), Boleść, Starej Prochowni, Świętojerskiej. Nie było określonych godzin służby, skrajnie zmęczone trwałyśmy na posterunku, czekając na zmianę patrolu. Pamiętam moment, jak ległam na betonowej podłodze korytarza czy krużganku kościelnego, mając za poduszkę pokaźny kamień i z miejsca, a raczej „z marszu” zasnęłam.

Okres walk powstańczych na Starym Mieście wspominam jako nieustającą bieganinę od jednego do drugiego rannego przy odgłosach nieustającej strzelaniny i nękającego ognia artyleryjskiego. Po zrobieniu opatrunku, często przy braku środków dezynfekcyjnych i skąpych materiałów opatrunkowych, przenosiło się rannych do szpitala przy ul. Długiej lub do Kościoła św. Jacka. W podziemiach i lewej nawie kościoła układano na posadzce rannych gęsto obok siebie. Lżej ranni po opatrunku wracali do oddziału.

Budynek Starej Prochowni to placówka, gdzie pełniłam permanentny dyżur. Była nieustannie ostrzeliwana od strony Wisły wzdłuż Wybrzeża Gdańskiego opanowanego przez oddziały niemieckie. Od strony Dworca Gdańskiego krążył pociąg pancerny, ostrzeliwując z ciężkich dział nasze pozycje. Pamiętam dzień 15 VIII, dzień „Cudu nad Wisłą”. Od wczesnego rana nastąpił huraganowy obstrzał artyleryjski z Wybrzeża Praskiego. Atakowały czołgi, tygrysy i miotacze min, tzw. szafy z charakterystycznym nakręcającym zgrzytem. Dokonywano bombardowania lotniczego z niskiego pułapu. W paru miejscach mury domu zostały przebite na wylot. Sypał się gruz, palił się korytarz od pocisku. Tumany kurzu, pyłu unosiły się wokół. Spadały kawały tynku i cegły. Rannych prawie po omacku znosiło się po schodach do piwnicy. Piwnice przyległych domów były połączone przejściami wybitymi w murach i tą drogą ewakuowano rannych. Wielką odwagą i walecznością odznaczył się por. Zawadzki (Michał Hajduk), jeden z wielu rannych w Starej Prochowni. Ulice Brzozowa, Mostowa, Rybaki i inne pocięte były głębokimi rowami łącznikowymi. Tworzyły one ciągi piesze przy ewakuacji rannych do szpitali. Wieczorem załoga skrajnie zmęczona i zdziesiątkowana po 24–godzinnej walce bez snu i pożywienia, została zdjęta z placówki na odpoczynek. W następnych dniach Prochownia kilkakrotnie była zasypywana gruzem i odłamkami, również paliła się od pocisków zapalających.

W czasie nasilającej się ofensywy nieprzyjaciela do akcji włączali się ofiarnie żołnierze z AL, których kwatera znajdowała się na ul. Freta 16. Upamiętnił mi się ciężko ranny żołnierz AL (mówiono, że ktoś z dowództwa). Był to potężny, okazały mężczyzna, który na całym ciele miał liczne rany szarpane od pocisku. Z drugą sanitariuszką zaczęłyśmy opatrywać jego rany. Bardzo cierpiał, krzyczał i gdy nas zobaczył, zaczął gwałtownie domagać się, by zajęła się nim sanitariuszka z AL Hanka (prawdopodobnie zginęła). Po prowizorycznych zabiegach opatrunkowych włożono go na nosze czy drzwi i zaniesiono do szpitala przy ul. Długiej. Pod koniec sierpnia w czasie akcji zginął w rowie łącznikowym na ul. Rybaki, ugodzony śmiertelnie w głowę pomimo kasku Leszek Orlikowski (por. Leszek Knopp). Był to bardzo dzielny, odważny porucznik – ulubieniec całej załogi. Pochowany został w ogródku przy Kościele św. Jacka. Prochownia, przechodząc kilkakrotnie z rąk do rąk, do 31 VIII broniła skutecznie dostępu do ul. Mostowej.

Ostatnia dekada sierpnia na Starówce to nieugięta bohaterska walka powstańców o każdy dom, kościół, barykadę, o każdy skrawek ziemi. Niemcy używali do walki ciężkich moździerzy, broni maszynowej, czołgów i nurkujących samolotów z bombami. Zasypywali też Stare Miasto miotaczami min („krowami”), które miały potężną siłę rozprysku. Powodowały pożary trudne do ugaszenia. Niemcy opanowywali coraz więcej ulic Starego Miasta, okrążali z wszystkich stron powstańców. W dowództwie powstał projekt przebicia się górą przez otaczający Starówkę pierścień wojsk niemieckich do Śródmieścia. Miało to na celu wyprowadzenie nie tylko oddziałów walczących, ale również rannych i nieuzbrojonych powstańców.

Późną księżycową nocą 30 VIII wyruszamy w kierunku Ogrodu Saskiego. Był to niesamowity, wręcz widmowy pochód w ciszy i wielkim napięciu. Po wielu godzinach stania w zbitym tłumie w niesamowitym ścisku, o świcie wróciliśmy na pożegnane w gruzach kwatery. Akcja przebicia nie powiodła się. Dla obrońców Starówki pozostała ostatnia droga ratunku. Odwrót kanałami do Śródmieścia. Decyzją dowództwa ewakuacja oddziałów powstańczych odbywała się sukcesywnie. Pierwsi do kanałów schodzili nieuzbrojeni powstańcy, lekko ranni z sanitariuszkami, później oddziały bojowe z bronią w ręku i amunicją.

Z 1 na 2 września późnym wieczorem, przy łunie palących się domów i dymiących zgliszczy, pod obstrzałem, zbliżyliśmy się do włazu na rogu ul. Długiej i placu Krasińskich. Pod nogami zobaczyłam niedużych rozmiarów otwarty okrągły otwór, prowadzący do kanału. W absolutnej ciszy, sprawnie, po klamrach schodzę z rannymi do włazu. Szliśmy gęsiego, trzymając się za paski lub sznurki w pasie, aby nie zboczyć do innych kanałów, których na trasie marszu było wiele. Posuwaliśmy się w kompletnej ciszy w pół pochyleni w wodzie, cuchnącej, przesyconej ekskrementami ludzkimi, sięgającej do kolan. Po około pięciu godzinach tego makabrycznego marszu, wyczerpanych fizycznie, psychicznie, podtrutych gazami kanałowymi, wyciągnięto nas z kanału u zbiegu ul. Wareckiej i Nowego Światu. Z piekła Starówki i kanałów dostaliśmy się do miasta nie zniszczonego, na ulicach spokój, życie podobne do normalnego.

Pierwszą rzeczą było doprowadzić się do ludzkiego wyglądu. Skierowano nas na ul. Tamka, gdzie ludność cywilna udostępniła nam miski z wodą, proszek do mycia i pumeks do szorowania. Szczególnie trudno było domyć nogi, oblepione po kolana lepkim cuchnącym brudo–smarem. Czy coś jadłam, nie pamiętam. Zapadłam w mocny sen na sienniku ze słomy. Zdolni do służby żołnierze batalionu Dzik razem z innymi oddziałami majora Roga po wyjściu z kanałów zostali skierowani na Powiśle. Dołączyli do nich lżej ranni powstańcy, których przeprowadziłyśmy kanałem. Straty batalionu na Starym Mieście były duże. Dowództwo nad obroną całej dzielnicy Powiśla objął major Róg po przejściu ze Starówki. Zostaliśmy zakwaterowani przy ul. Okólnik 5, Tamka 46 oraz Okólnik 1 (konserwatorium). Zdecydowano nie dawać nam na razie żadnych zadań bojowych, gdyż byliśmy skrajnie zmęczeni i wyczerpani.

Po zdobyciu Starego Miasta napór Niemców na Powiśle wzrastał z dnia na dzień. Zbombardowano i zdobyto elektrownie, toteż wkrótce włączyliśmy się do walki. Od rana 6 IX w zmasowanych nalotach powtarzających się co kilkanaście minut i ostrzałem z ciężkich dział zbombardowano konserwatorium, gdzie mieścił się punkt sanitarny. Rozpoczął się generalny szturm na Powiśle. Pod gruzami w konserwatorium zginęło kilkudziesięciu żołnierzy z naszego batalionu, również tych, co przeszli ze Starówki. W budynku tym zginęli lub zostali ranni powstańcy z innych oddziałów, łączniczki, sanitariuszki. W tym czasie byłam w patrolu sanitarnym, nie pamiętam gdzie. Lotnictwo nieprzyjaciela szalało, płonęły domy. Nastąpił dalszy odwrót, tym razem do Śródmieścia.

Po poniesionych na Powiślu stratach w ludziach i w broni batalion Dzik został zakwaterowany przy ul. Wspólnej 10. Sanitariuszki ulokowały się na trzecim czy czwartym piętrze pięciopiętrowej solidnej kamienicy w obszernym mieszkaniu. Pozostałych zdolnych do walki żołnierzy włączono do innych oddziałów powstańczych walczących w Śródmieściu przy alejach Jerozolimskich. Zaczęło brakować wody i żywności. Do studni stało się w kolejce, wodociągi nie działały. Jedynym gorącym posiłkiem była zupa jęczmienna, tzw. zupa pluj. Ziarna jęczmienia nie były oczyszczone, wypluwało się plewy i stąd nazwa tej zupy. Z sanitariuszką Baśką (Elżbietą Kowalczyk) pomagałyśmy sobie wzajemnie. Mówiła, że ma narzeczonego w Dachau i modliła się, aby przeżył obóz.

Któregoś dnia po nocnej służbie wróciłyśmy na kwaterę zmęczone i głodne. W dużym pokoju na dywanie odpoczywały siedząc lub leżąc koleżanki, a my dołączyłyśmy do nich. W sumie pozostało nas 6 dziewcząt i nasza komendantka Iza (z 24 sanitariuszek wchodzących w skład kompanii z chwilą wybuchu powstania). Skąd się znalazł bochenek chleba i puszka konserw, nie wiem. Doskonale pamiętam, mimo upływu czasu, wypowiedź Baśki: – Stella, pokrój chleb, ja odgrzeję konserwy, zjemy śniadanie. Chleb leżał na małym stoliku w samym rogu pokoju. Baśka wyszła do kuchni, ja niechętnie wstałam z dywanu, podeszłam do chleba. Nagle stało się coś strasznego. Potężny wybuch wstrząsnął całym budynkiem, zapadła ciemność. Podmuch rzucił mnie na stolik tak, że przykryłam sobą chleb. Czuję spadający raz po raz gruz na głowę i plecy. Świadomie czekam śmierci. Coś mokrego, lepkiego spływa mi z głowy po policzkach i szyi. Tumany pyłu, kurzu. Ciemno. Tkwię w bezruchu. Na dole od podwórka słyszę krzyki i nawoływania. Po pewnym czasie, gdy opada kurz, odwracam głowę. Widzę ogromną dziurę, lej w środku pokoju, dziewczęta zniknęły. Baśka nieruchoma, w przyklęku na progu kuchni, jakby wsparta o ramę drzwi, trzyma w ręku konserwę. Ja wiszę ze stolikiem na resztce podłogi w kącie pokoju.

Zrobiono mi opatrunek na parterze przyległego domu. Nie pamiętam, jak się tam znalazłam. Byłam w szoku, ranna w głowę, potłuczona. Potężny pocisk z działa trafił w dom od piątego piętra, przebił kondygnację, nie eksplodował, osiadł w bramie. Gdyby nastąpiła eksplozja, zginęlibyśmy wszyscy łącznie z mieszkańcami i ludnością, która koczowała w piwnicach. Na ulicy Wspólnej zostały zabite: Lipna Rena (NN), Szymanowska Baśka (Kowalczyk Elżbieta), Gruszka Katarzyna (Gruszkówna Blandyna). Ciężko ranne, odtransportowane do szpitala: komendantka Podolska Iza (Bowbelska Izabela), Prus Joasia (Przeździecka Joanna), Małgorzata Halina (NN). Z siedmiu sanitariuszek zakwaterowanych na ul. Wspólnej 10 zostałam ja jedna, lżej ranna, mogąca się poruszać o własnych siłach. Tego dnia drużyna sanitarna 12. Kompanii batalionu por. Dzika zakończyła swoją działalność w Powstaniu Warszawskim. Przeżycia powstańcze tkwią we mnie bardzo silnie. Nic nie zdoła wydrzeć pamięci tamtych dni. Legitymacja oddziału i opaska powstańcza była rodzajem nobilitacji i do dziś tak to właśnie traktuję.

Po kapitulacji wyruszyłam z ciotką i kuzynką (sanitariuszką ze zgrupowania Kryśka Teresą Siedzeniewską, ps. Stasia) pieszo, wraz z ludnością Warszawy do obozu przejściowego w Pruszkowie. Po dwudniowym pobycie i selekcji ludności w obozie przejściowym Niemcy wywieźli nas wagonami towarowymi do obozu pracy Ufa Babeisberg pod Berlinem, gdzie przebywałyśmy do zakończenia wojny.

Po wojnie studiowałam medycynę w Łodzi. W 1946 r. wiosną przyszedł do mnie jakiś młody mężczyzna i zapytał o narzeczoną, Baśkę (Elżbietę Kowalczyk). Chciał ode mnie potwierdzenia, że ona zginęła. Pokazał jej zdjęcie. Przeżył obóz w Dachau. Od pewności, że Baśka nie żyje, uzależniał decyzję swego powrotu na zachód.

Życiorys

            Urodzona 29 lipca 1924 r. w Kaliszu Do sierpnia 1944 r. ukończyła I klasę licealną. W Powstaniu Warszawskim uczestniczyła jako sanitariuszka. Po powstaniu została wywieziona do obozu pracy Poczdam–Babelsberg. Po powrocie do kraju zdała maturę i została przyjęta na Wydział Lekarski Uniwersytetu w Łodzi. Dyplom lekarza uzyskała w 1950 r. i w tym samym roku wyszła za mąż za dr. Edwarda Kiełczyńskiego, któremu w 1952 r. urodziła syna Wojciecha. Uzyskała specjalizację z pediatrii I i II stopnia. Była ordynatorem oddziałów dziecięcych w Łodzi.

W 1965 r. uzyskała stopień doktora medycyny w AM w Łodzi. Po rozwodzie z dr. Kiełczyńskim wychodzi za mąż w 1967 r. za adwokata Jana Prekiera zamieszkałego w Warszawie. Od 1969 r. pracuje w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie na stanowisku adiunkta. W 1973 r. obejmuje stanowisko ordynatora oddziału noworodków w szpitalu przy ul. Solec. Od 1976 do 1978 r. pracowała w zespole opieki zdrowotnej Warszawa Praga Południe na stanowisku kierownika działu metodyczno–organizacyjnego. W latach 1978–1982 pracowała na kontrakcie w Maroko w szpitalu pediatrycznym. Po powrocie do kraju przeszła na emeryturę. Pracuje nadal jako pediatra w spółdzielni profesorsko–ordynackiej na ul. Waliców w Warszawie.