<< powrót

Pamiętnik TLW 2007

Moja droga do pediatrii

Irena Ćwiertnia –Sitkowska

Moja droga do pediatrii

Pierwszy raz o leczeniu dzieci pomyślałam pisząc klasówkę w żeńskim gimnazjum Janiny Tymińskiej przy ul. Traugutta 6 na wolny temat. Napisałam wtedy, że moim największym pragnieniem jest to, żeby zostać lekarzem i nieść pomoc w chorobie i cierpieniu małym dzieciom. Nazwa „pediatria” nie była mi jeszcze znana.

W roku 1937 na terenie mojego gimnazjum zorganizowano przez Polski Czerwony Krzyż kurs ratownictwa ogólnego i przeciwgazowego. Wykładowcami byli młodzi i przystojni elewi Centrum Wyszkolenia Sanitarnego z Ujazdowa. W czasie kursu odbywały się praktyki przy łóżku chorego w Szpitalu św. Rocha na Krakowskim Przedmieściu, tuż obok Uniwersytetu Warszawskiego. Nauczono mnie stawiać bańki, robić zastrzyki i opatrunki oraz posługiwać się maską przeciwgazową. Po pomyślnym zdaniu egzaminu byłam już pewna co do wyboru przyszłego zawodu. Postanowiłam, że będę lekarzem, moje marzenie musi się spełnić!

Z wielkim zapałem brałam udział w ćwiczeniach na biologii, które prowadziła doskonała nauczycielka, Helena Domaniewska. Preparowałam przynoszone przez nią eksponaty; koleżanki nazywały mnie „wole oko w formalinie”– było to po poznaniu budowy oka wolego.

W roku 1939 otrzymałam maturę, szczęśliwa, że nareszcie będę mogła poświęcić się dziedzinie, która mnie najbardziej interesowała. W sierpniu zaczęłam uczęszczać na kurs przygotowawczy do egzaminu na medycynę na Uniwersytet Warszawski. Kurs odbywał się w bocznym skrzydle gmachu Romy.

1 września 1939 roku wszystkich zaskoczył wybuch wojny. Mówiono w Warszawie, że studia na Uniwersytecie im. Józefa Piłsudskiego będą zawieszone z jednym wyjątkiem – Wydziału Lekarskiego. Uznano, że właśnie ten kierunek jest konieczny i przydatny podczas działań wojennych.

5 września złożyłam w dziekanacie maturę i inne wymagane dokumenty. Otrzymałam małą karteczkę jako dowód pozostawienia moich papierów. W tym samym czasie usłyszałam nagłe wycie syren, zapowiadające zbliżający się nalot nieprzyjaciela. Razem z innymi udałam się do podziemi, w których urządzony był schron przeciwlotniczy.

Zbliżał się front, a pod koniec września Polskę zalały wojska niemieckie. Rozwiały się moje marzenia o medycynie i leczeniu dzieci.

Mimo bardzo ciężkich warunków materialnych i srogich mrozów nie rezygnowałam z wytyczonego celu. Dzięki znajomości przyjaciela naszej rodziny, Szczepana Niedzielskiego, z dyrektorem Szpitala Dzieciątka Jezus, dr. Konradem Okolskim, dostałam pozwolenie na uczęszczanie na oddział chirurgiczny.

Na sali opatrunkowej przy zwijaniu upranych bandaży (były już braki środków opatrunkowych) poznałam Tadeusza Święcickiego, późniejszego kolegę ze Szkoły doc. Zaorskiego. Zwijaliśmy bandaże, robiliśmy gaziki i przyglądaliśmy się przeprowadzanym operacjom.

W tym samym okresie dowiedziałam się, że w Warszawie działa tajny Uniwersytet Ziem Zachodnich. Zapisałam się na wykłady późną jesienią 1940 r. Na ul. Piusa XI (obecnie ul. Piękna) w gmachu dawnego gimnazjum J. Kowalczykówny sprawy administracyjne załatwiała dr Wanda Karpowicz (była adiunktem nauk biologicznych na Uniwersytecie Warszawskim). Zaczęłam słuchać wykładów, które odbywały się w domach uczestników posiadających odpowiedni lokal. Do mojego mieszkania przy ul. Szarej 14 przychodzili młodzi ludzie (7 osób) po południu, aby notować wysłuchane wykłady.

Prelegentami byli: dr med. Jerzy Leśkiewicz (ojciec naszego późniejszego kolegi Wacława Leśkiewicza); wykładał nam tajemnice chemii. Docent Uniwersytetu Warszawskiego Jerzy Jarocki wykładał anatomię prawidłową, dr Andrzej Sułtan (późniejszy profesor pracujący w ośrodku w Świerku) uczył nas fizyki.

Po kilku miesiącach mój dziadek dowiedział się, że na terenie Uniwersytetu od wiosny 1941 r. odbywają się wykłady w otwartej Szkole Sanitarnej doc. Jana Zaorskiego i wykładają w niej przedwojenni profesorowie.

Na jesieni dziadek zapisał mnie do tej szkoły. Jej tablica wisiała przy lewej furcie. Oto jej treść: Private Fachschule für Sanitares Hilfpersonal in Warschau. Prywatna Szkoła Zawodowa Dr. J. Zaorskiego dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego w Warszawie. Wykłady odbywały się w gmachu medycyny teoretycznej do dnia 15 lutego 1943 r., kiedy to doc. Jan Zaorski otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia budynku. W tej sytuacji był zmuszony przenieść szkołę do gimnazjum Górskiego, na ul. Hortensji 2.

Ponieważ wszyscy słuchacze złożyli już egzaminy z pierwszych dwóch lat medycyny, zostali przydzieleni do szpitali warszawskich. Ja trafiłam do Szpitala Przemienienia Pańskiego na ul. Sierakowskiego, do gmachu przedwojennej bursy dla studentów pochodzenia żydowskiego. Główny gmach szpitala został zarekwirowany przez okupanta dla potrzeb wojska. Jedynie budynek prosektorium na rogu ul. Jasińskiego był w gestii dr med. Janiny Dąbrowskiej, gdzie uczęszczaliśmy na sekcje. Ze szpitalem tym byłam związana do wybuchu Powstania Warszawskiego. 7 marca 1945 r., po powrocie do Warszawy, zgłosiłam się na ul. Boremlowską, na nowo organizujący się Wydział Lekarski UW.

W roku 1946 otrzymałam absolutorium. 27 lipca brałam udział w uroczystej absolwentówce, pierwszej po wojnie.

Byli na niej prof. Franciszek Czubalski – dyrektor naukowy Szkoły doc. Jana Zaorskiego, profesor Jan Zaorski oraz prof. Adam Czyżewicz i prof. Witold Grzywo-Dąbrowski. Na fortepianie grał nasz kolega Czesław Sielużycki, który był wychowankiem Akademii Muzycznej. Zabrzmiały upragnione tony utworów Fryderyka Chopina. Słuchacze z wielkim wzruszeniem, po latach zakazu ich odtwarzania w miejscach publicznych, podziwiali tę wspaniałą muzykę.

Od lutego 1946 r. należałam do Koła Medyków. Otrzymałam legitymację podpisaną przez Wacława Leśkiewicza, syna profesora, którego wykładów z chemii słuchałam w 1940 roku.

Po otrzymaniu indeksu z wpisem „absolutorium udzielono” 30 września 1946 r., podpisanego przez dziekana prof. Franciszka Czubalskiego, zaczęłam zdawać egzaminy dyplomowe, których było trzynaście.

W marcu 1948 r. urodziłam syna Ryszarda, a w listopadzie zaczęłam pracę w Szpitalu Ubezpieczalni Społecznej na ul. Solec 93/97. Dyrektorem był dr Rumeld. Przyjęto mnie na 3-miesięczny okres próbny. Do szpitala dostałam się dzięki mojej mamie, która pracowała w Ubezpieczalni Społecznej przed wojną, od 1934 roku. Było to korzystne dla mnie, gdyż stażyści w innych szpitalach nie otrzymywali wynagrodzenia. Pierwszą pensję otrzymałam w kwocie 900 tys. złotych.

Po zdaniu ostatniego, najtrudniejszego egzaminu u prof. Witolda Grzywo-Dąbrowskiego z medycyny sądowej, 9 lutego otrzymałam dyplom, a już 11 lutego dostałam z Uniwersytetu zaświadczenie o prawie korzystania z tytułu lekarza. Zostałam przyjęta na oddział wewnętrzny do doc. Demanta. Od 1 maja przeszłam na oddział ortopedyczny do dr. med. Opackiego. Nareszcie zetknęłam się z małymi dziećmi. Były przyjmowane do szpitala razem z dorosłymi pacjentami z powodu małej ilości miejsc w zakładach dla dzieci. Obserwowałam z przerażeniem nastawianie pod rentgenem złamanej kończyny u małego chłopca. Bardzo cierpiał i płakał z bólu. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i wtedy zrozumiałam, że na oddziale ortopedycznym nie mogłabym pracować i patrzeć na udrękę małych pacjentów.

Mój mąż, pracujący od 3 lat u prof. Mariana Grzybowskiego w klinice dermatologicznej, na początku czerwca 1949 r. otrzymał powołanie do wojska.

Od 14 lipca 1949 r. pracowałam jako stażystka już na oddziale chirurgicznym u dr. med. Józefa Kubiaka. Spotkałam się znów z chirurgią, na której przebywałam u doc. Tadeusza Butkiewicza podczas okupacji. Miałam wyjątkowe szczęście, gdyż dostałam się wtedy pod bezpośrednią opiekę dr. med. Wincentego Kamińskiego, wspaniałego człowieka, doskonałego lekarza i operatora. To on uczył mnie wykonywania iniekcji dożylnych i małych zabiegów.

W szpitalu na Solcu, asystując dr. med. Józefowi Kubiakowi, nie mogłam sobie poradzić z utrzymaniem haków przy operacji usuwania wyrostka robaczkowego u pacjentki posiadającej obfite pokłady tkanki tłuszczowej. Zdenerwowany ordynator zmuszony był wezwać do pomocy kolegę. Zrozumiałam, że chirurgia nie jest specjalnością dla kobiety.

Po kilku dniach pracy na chirurgii 18 lipca 1949 r. otrzymałam pismo, podpisane przez osławionego w tym okresie dr A.E. Pacho. Powiadamiano mnie, że jestem na liście lekarzy przekraczających normę ilościową w Warszawie. 6 września, kiedy odbywałam już staż na ginekologii, dotarło do mnie drugie pismo, z pleceniem wybrania sobie miejscowości, w której chciałabym wykonywać praktykę lekarską. Byłam bardzo zdziwiona, bo jednocześnie Wydział Zdrowia wymagał od stażystów zastępstw za urlopujących lekarzy. Rano pracowałam na oddziale, a po południu musiałam jeździć kolejką elektryczną do Milanówka, by tam zastępować miejscowego pediatrę.

Na oddziale po raz pierwszy usłyszałam o okrytym tajemnicą czynniku „Rh”. Zapytana przeze mnie asystentka, dr. Bryndza-Nacka, nie chciała lub nie umiała wyjaśnić mi tego zjawiska.

W gabinecie pediatrycznym stykałam się z chorymi dziećmi. Chociaż brakowało mi doświadczenia, matki darzyły mnie zaufaniem, gdyż dowiedziały się, że przyjechała lekarka z Warszawy. Obłożona różnymi, przepisywanymi z podręczników receptami, udzielałam pomocy małym pacjentom.

W domu miałam rocznego synka, ale władze nie interesowały się tym, wiedząc jednocześnie, że jego ojciec przeniesiony został jako wojskowy do Żar koło Żagania. Musiałam sobie poradzić zatrudniając opiekunkę do dziecka.

Najtrudniej było w Piastowie. Wysłano mnie bowiem na zastępstwo za internistę i ginekologa! Kiedyś zgłosiła się do mnie pacjentka skarżąca się na bóle w dole brzucha po stronie prawej. W pierwszej chwili pomyślałam o zapaleniu wyrostka robaczkowego, ale postanowiłam skorzystać ze stojącego w gabinecie stołu ginekologicznego i zbadać chorą. Podczas badania wyczułam po stronie prawej duży, twardy twór. Przypuszczałam, że jest to guz okolicy jajnika. Z takim rozpoznaniem dałam chorej skierowanie do szpitala na oddział, na którym odbywałam staż. Pacjentka została przyjęta do szpitala i zbadana przez ordynatora, dr. Med. Jastrzębskiego. Zapytał, kto dał chorej skierowanie z tak trafnym rozpoznaniem. Musiałam się przyznać, że ja to zrobiłam.

Po zakończeniu staży dr Opacki zaproponował mi stały etat i asystenturę na oddziale ortopedycznym, z obietnicą, że będę się zajmować wyłącznie dziećmi (znał moje zamiłowanie do pediatrii). Podziękowałam, pamiętałam, co przeżyłam, przyglądając się cierpiącym dzieciom.

Zostałam skierowana do Szpitala Miejskiego nr 1 na ul. Dworskiej; dawniej szpital ten nosił nazwę Szpitala Świętego Ducha. Znalazłam się na oddziale noworodków, gdzie ordynatorem była dr Hulewicz, a dyrektorem szpitala dr med. Szczodrowski.

Gmach Instytutu Matki i Dziecka dopiero zaczynano budować. Noworodki były przewożone na salę, dokładnie oglądane i badane. Wykonywano im zabieg Credego. Polegał on na zakropleniu do worka spojówkowego 1% roztworu azotanu srebra celem zapobieżenia rzeżączkowego zapalenia spojówek. W ciągu pierwszych czterech dni podawano im doustnie szczepionkę przeciw gruźlicy. Po pewnym czasie okazało się, że jest mało skuteczna.

Jedna z kobiet urodziła noworodka z guzem twardym wielkości dużej pomarańczy, połączonym szypułą kilkucentymetrową z główką dziecka. Poleciłam zrobić punkcję i okazało się, że ciężar guza spowodowany był wypełniającym go płynem mózgowo-rdzeniowym.

Na oddziale noworodków praca wydawała mi się dość monotonna. Przebywałam na nim od 1 grudnia 1949 do 30 kwietnia 1950 r.

Następnie otrzymałam przydział pracy do gabinetu pediatrycznego na ul. Rozbrat 46. W ambulatorium pracował tylko ginekolog i pediatra. Internista przyjmował pacjentów we własnym mieszkaniu. Ambulatorium mieściło się w gmachu Ubezpieczalni Społecznej na ul. Czerniakowskiej 231 razem z biurem i oddziałami szpitalnymi. Wszystko musiało zmieścić się w jednym gmachu.

Wydział Zdrowia nadal nękał mnie zastępstwami. Musiałam pracować w poradni i rejonie, a po południu zastępować urlopujących lekarzy pediatrów. W gmachu „Omegi” zastępowałam dr. Różewskiego, dr Balińską oraz dr Hołowkę, a na ul. Wiejskiej dr Blaim. Zastępowałam też lekarzy w lecznicy „Zdrowie” na Ochocie i w Śródmieściu.

Była to praca na wyrost, równała się wrzuceniu delikwenta nie umiejącego pływać na szeroką wodę. Żeby nie robić horrendalnych pomyłek, wiele czytałam, a w terenie poznawałam różnice między odrą a szkarlatyną. Spotykałam się z tymi chorobami po raz pierwszy. Podczas studiów widziałam tylko demonstrowaną przez prof. Mariana Grzybowskiego na klinice dermatologicznej osutkę występującą przy kile i przy durze brzusznym. To było wszystko (sic!).

W tamtych latach szczepienia ochronne, poza ospą prawdziwą, nie były obowiązkowe, wskutek tego choroby zakaźne u dzieci szerzyły się w zastraszającym tempie. Najcięższe były przypadki błonicy, nie zawsze przyjmowane do szpitala z powodu braku łóżek na oddziałach zakaźnych. Robiłam wymazy z gardła, czasem z nosa, dawałam pilnie do badania celem potwierdzenia mego podejrzenia. Podawałam szybko w lekkich przypadkach 8-10 tysięcy jednostek surowicy, a w ciężkich przypadkach 10-50 tysięcy jednostek surowicy. Stosowałam ją metodą Besredki: ¼ centymetra podskórnie, a jeśli nie występowały objawy niepożądane, po 3 godzinach podawałam dziecku domięśniowo resztę surowicy. Zaczęto stosować penicylinę krystaliczną w ilości 15 tysięcy jednostek na jeden kilogram wagi pacjenta (została wynaleziona przez Aleksandra Fleminga w
1945 r.).

Stosowałam ją przy płonicy (szkarlatyna), w ciężkich zapaleniach oskrzeli i przy anginie. W 1950 r. w Polsce było 88 148 przypadków płonicy. W 1951 r. zmarło na nią 549 dzieci. Na odrę w 1950 r. zmarło 552 dzieci. W 1954 r. było 43 976 przypadków błonicy (dyfteryt). W 1951 r. marło na nią 3143 dzieci. W 1950 r. zmarło 1580 dzieci na krztusiec (koklusz). Powyższe dane cytuję na podstawie „Gazety Lekarskiej” z listopada 1998 r.

Spotykałam ciężkie przypadki świnki, obserwowałam przy niej powikłania w postaci zapalenia trzustki, a u chłopców zapalenia jąder.

Najgorsza jednak była epidemia choroby Heinego-Mediny (poliomyelitis) Z jej powodu w 1958 r. zmarło 348 dzieci. Choroba na początku jest trudna do rozpoznania. Chory nie zawsze trafiał do szpitala zakaźnego przy ul. Działdowskiej, do prof. Bogdanowicza. Występowała przy niej sztywność karku oraz objaw Amosa: przy posadzeniu dziecko opierało się obu rączkami o podłoże. Następnie pojawiały się inne objawy.

Za względu na ogromną liczbę zachorowań na choroby zakaźne zaczęto stosować szczepionki. Nastąpiło to po roku 1953. Sprowadzono z Danii szczepionkę BCG i zaczęto ja stosować obowiązkowo wszystkim dzieciom od 1955 r. Następnie wypowiedziano walkę błonicy, tężcowi, a potem odrze i krztuścowi.

Szczepionkę przeciw poliomyelitis wynalazł w Stanach Zjednoczonych prof. Hilary Koprowski. Przysłał on do Polski 9 milionów szczepionek, za co otrzymał nagrodę Andrzeja Drawicza „Semper Polonia”. Naczelnym hasłem prof. Koprowskiego było: „Wygrać każdy dzień”.

Pracując w poradni przy ul. Rozbrat miałam często pacjentów z zapaleniem ucha środkowego. Leczyłam je okładami oraz iniekcjami panodiny. Dostęp do lekarzy laryngologów był ograniczony z powodu małej liczby specjalistów. Podobnie było z zapaleniem spojówek, które trzeba było leczyć samemu, gdyż z okulistami było jeszcze gorzej niż z lekarzami leczącymi choroby uszu. Na szczęście miałam skrzętnie zbierane skuteczne recepty od specjalistów na różne schorzenia. W tym okresie wypisywało się tylko recepty złożone. Poza ampułkami do iniekcji nie było prawie gotowych specyfików.

Pewnego razu matka przyprowadziła kilkuletniego chłopca, mającego w okolicy szyi po jednej stronie dużą, twardą guzowatość. Miewał od dłuższego czasu stany podgorączkowe. Pomyślałam o ziarnicy złośliwej. Skierowałam chorego do kliniki dermatologicznej, gdzie potwierdzono moje przypuszczenia i rozpoczęto terapię promieniami rentgena.

Uzupełniając swoją wiedzę w zakresie pediatrii w roku 1954 słuchałam wykładów prof. Mieczysława Michałowicza, prof. Edwarda Wilkoszewskiego oraz prof. Rajmunda Barańskiego w klinice przy ul. Litewskiej 16.

W roku 1955 zaczęłam specjalizację II stopnia w Szpitalu Dziecięcym na ul. Kopernika u prof. Tadeusza Chrapowickiego. Specjalizację I stopnia otrzymałam w 1953 roku. Brałam udział w odczytach profesora Ludwika Hirszfelda z Wrocławia, uczonego światowej sławy. Na nich dowiedziałam się o antygenie Rh zawartym w erytrocytach oraz o transfuzjach wymiennych, które uratowały życie wielu noworodkom z konfliktem serologicznym. Profesor z ogromnym zadowoleniem demonstrował fotografie kilkuletnich dzieci, które zostały uratowane po porodzie dzięki transfuzji wymiennej. W 1954 r. z wielkim żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci człowieka, który oznaczył grupy krwi uznane na całym świecie i wprowadził oznakowanie czynnika Rh.

W roku 1955 otrzymałam kartę powołania z Wojskowej Komendy Rejonowej oraz polecenie pobrania zlecenia na przejazd kolejowy do Zambrowa. Z opresji wybawił mnie fakt, że mój mąż Zbigniew, powołany do wojska w 1949 r. na 18 miesięcy, nadal pozostawał w armii. Zaświadczenie o tym zwolniło mnie z obowiązku odbycia ćwiczeń w wojsku. Kto miałby zajmować się kilkuletnim synkiem? Pobyt mojego męża w wojsku ocalił mnie po raz drugi. Pierwszy raz w 1949 r. uniknęłam wyjazdu z Warszawy na prowincję, dokąd chcieli mnie wysłać dr Pacho i minister Michejda.

Odmawiając odbycia ćwiczeń wojskowych pozbawiłam się awansu do stopnia porucznika. W roku 1957 wezwano mnie do odbioru legitymacji wojskowej oficera rezerwy w stopniu podporucznika.

Praca rano w szpitalu na ul. Kopernika oraz po południu w poradni i w rejonie wyczerpała moje zdrowie, byłam zmuszona skrócić godziny pracy do 5 dziennie (1956). Po pobycie w sanatorium powróciłam do pracy w Poradni Pediatrycznej na Mokotowie, przy ul. Madalińskiego, i w żłobku na ul. Odyńca. Po przepracowaniu w tych placówkach kilku lat, aby uniknąć wizyt domowych i przemierzania dziesiątek pięter dziennie, zaczęłam pracować w 1969 r. w Wojewódzkim Ośrodku Matki i Dziecka przy ul. Filtrowej, na stanowisku kierownika szczepień ochronnych i oświaty zdrowotnej. Nastąpiło to po odbyciu kursu w Państwowym Zakładzie Higieny. Jednocześnie prowadziłam lecznictwo uzdrowiskowe dla dzieci.

Po zlikwidowaniu tych placówek w roku 1972 przeniesiono mnie do Klinicznego Szpitala Zespolonego im. Profesora dr. Witolda Orłowskiego na stanowisko wiceprzewodniczącej komisji uzdrowiskowej dla dzieci i dorosłych. Przed objęciem pracy odbyłam kurs balneologiczny prowadzony przez Instytut Balneologiczny w Poznaniu. W 1973 r. jednocześnie byłam kierownikiem Zakładu Oświaty Zdrowotnej. W roku 1974 uzyskałam II stopień specjalizacji z oświaty zdrowotnej, pracowałam wtedy w Wojewódzkim Zespole Przychodni Specjalistycznych na ul. Kamienieckiej 2/16. Z powodu nowego podziału administracyjnego w Polsce i zmniejszenia liczby województw placówki, w których pracowałam, zostały zlikwidowane.

Dyrektor Szpitala im. Prof. dr. Witolda Orłowskiego dr Zbigniew Brandt zaproponował mi odbycie od grudnia 1976 r. w Instytucie Hematologii na ul. Chocimskiej szkolenia w zakresie krwiodawstwa dla kierowników punktów krwiodawstwa oraz praktyki w Stołecznej Stacji Krwiodawstwa przy ul. Saskiej 63/75.

Propozycję przyjęłam i po szkoleniach objęłam funkcję w punkcie krwiodawstwa, będąc jednocześnie kierownikiem Zakładu Oświaty Zdrowotnej na ul. Zamienieckiej w Wojewódzkim Zespole Przychodni Specjalistycznych. Na tych stanowiskach przepracowałam do emerytury w 1980 r. W roku 1981 podjęłam pracę na ½ etatu w higienie szkolnej w XLVIII liceum Ogólnokształcącym im. Edwarda Dembowskiego na ul. Szczęśliwickiej oraz w przedszkolu. Byłam zatrudniona przez 13 lat, do roku 1994, do momentu likwidacji w szkołach i liceach gabinetów lekarskich i stomatologicznych.