Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Pamiętnik TLW 2014

 powrót
Postępowanie z ranami wojennymi w Powstaniu Warszawskim 1944 r.

Anna Marek

Postępowanie z ranami wojennymi w Powstaniu Warszawskim 1944 r.

 

 

     Franciszek Giedroyć w wydanym w 1933 r. Polskim Słowniku Lekarskim raną nazwał każde „rozłączenie ciała, na którymkolwiek miejscu i jakimkolwiek bądź narzędziem, które z powierzchownego przypadku lub gwałtu pochodzić będzie”. Odrębną grupę zranień, wywołaną przez bezpośrednie działania różnego rodzaju broni palnej (artyleria i broń małokalibrowa, szybkostrzelna), nazywano ranami wojennymi. Charakteryzowały się rozległością uszkodzenia, obejmującą niejednokrotnie znaczne powierzchnie ciała, ale również tkanki głębsze i narządy wewnętrzne.

     Zmiany w podejściu do ran wojennych nastąpiły podczas I wojny światowej. Badania naukowców francuskich i niemieckich doprowadziły do uznania wszystkich ran za zakażone. Przełom nastąpił również w zakresie ich leczenia. W początkach 1915 r. zaczęto stosować tzw. dèbridement (1) , metodę polegającą na nacinaniu rany i otwieraniu znajdujących się w niej zachyłków. Prowadzone analizy potwierdzały korzystne rezultaty postępowania, jednak leczenie trwało długo. Często bowiem dołączał się odczyn zapalny, wywołując silną reakcję organizmu.

     Szczególne zainteresowanie w świecie medycznym wywoływały prace chirurgów francuskich Henri Gaudiera i Fernand Lemāitra o wycięciu rany i szwie pierwotnym. Wyniki badań naukowców dowiodły, iż rany uznać należy za pierwotnie zakażone, a najskuteczniejszym sposobem leczenia było usuwanie zniszczonych tkanek przez ich warstwowe wycięcie. Metoda ta polegała na dostatecznie szerokim, na granicy tkanek zdrowych, pozbyciu się całego kanału rany, z całkowitym usunięciem wszystkich tkanek uszkodzonych, a nawet makroskopowo podejrzanych oraz wszelkich ciał obcych, które dostały się do rany, a także ewentualnym zatamowaniu krwawienia.

     Po opracowaniu rany postępowanie uzależniano od czasu, który upłynął od zranienia do przetransportowania pacjenta do ośrodka, uzyskanej pewności, że rana została całkowicie oczyszczona a także sprzyjających warunków pozwalających na obserwację chorego przez okres pięciu dni. Możliwe były następujące działania:

- ranę traktowano jako chirurgiczną (aseptyczną) i zaszywano „na głucho”, zakładając szew pierwotny

- ranę pozostawiano otwartą na kilka dni i potem zaszywano (szew wtórny)

- ranę zostawiano otwartą aż do wytworzenia się ziarniny i ewentualnie po jej usunięciu zaszywano (szew wtórny) lub czekano zabliźnienia (szew opóźniony).

     Początkowo metoda oczyszczenia rany i następnie zaszycia jej „na głucho” uznana została za niezwykle korzystną dla pacjenta. W późniejszych publikacjach dostrzec można więcej sceptycyzmu w wypowiedziach. Przede wszystkim o zszywaniu rany miał decydować lekarz dopiero po jej dokładnym obejrzeniu, wykonaniu warstwowego wycięcia uszkodzonych tkanek i ocenie stanu ogólnego chorego. Zwykle jednak, aby wykonać szew pierwotny nie mogło od zranienia upłynąć więcej niż 10-12 godzin, a do tego rana musiała być płytka i w miejscach dobrze ukrwionych. Zabieg wykonany musiał być w warunkach aseptycznych, w szpitalach, a pacjent znajdował się pod stałą kontrolą w okresie gojenia. Zazwyczaj jednak większe zranienia, rany szarpane o nierównych brzegach zabezpieczano jedynie tzw. szwami sytuacyjnymi lub pozostawiano otwarte. W przypadkach, gdy zszyta rana zropiała, natychmiast usuwano wszystkie szwy. Doktor Włodzimierz Hajek twierdził, iż w warunkach bojowych nie należało zaszywać ran na głucho. W początkach zdrowienia ranę należało pozostawić w spokoju, szkodliwe było częste zmienianie opatrunków, tamponowanie, wymiana drenażu, a także ruchy kończyn.

     W wojsku polskim metodę chirurgicznego opracowania ran, już podczas wojny 1920 r., stosowali doktorzy Władysław Sieramski i Michał Latkowski. W okresie dwudziestolecia międzywojennego inicjatorem wprowadzenia metody pierwotnego wycinania ran był doktor Tadeusz Sokołowski, który, jak twierdził, zapoznał się z nią podczas wojny polsko-bolszewickiej w Mińsku, od pracujących w lazaretach lekarzy francuskich. Podczas okupacji doświadczenia w zakresie chirurgicznego leczenia ran zdobywano głównie w szpitalach. Korzystano również, co potwierdza dr Wiktor Dega, z dostępnego piśmiennictwa niemieckiego. Dzięki tym publikacjom możliwe było poznanie osiągnięć medycyny europejskiej w zakresie leczenia zranień wojennych. Zdobytą wiedzę wykorzystywano również podczas Powstania Warszawskiego.

     Przygotowania do wybuchu powstania prowadzone były przez całą okupację. W strukturach Armii Krajowej wyodrębniono służby sanitarne, do których obowiązków należało przygotowanie kadry medycznej, ale również leków, materiału opatrunkowego i sprzętu. Obsadę lekarską tworzyli medycy warszawskich szpitali i przychodni. a także lekarze napływowi, głównie z terenów przyłączonych do Rzeszy. Wspierali ich młodzi medycy, kształcący się w Prywatnej Szkole Zawodowej dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego dr. Jana Zaorskiego, stanowiącej tajny Wydział Lekarski, obejmujący swym programem pierwsze dwa lata studiów medycznych, oraz słuchacze tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich. Wykwalifikowane pielęgniarki wywodziły się przede wszystkim z przedwojennych szkół, w niewielkim stopniu również z kilku medycznych szkół zawodowych, działających w czasie okupacji. Kadrę najniższych szczebli tworzyły najczęściej młode kobiety, różnych profesji: uczennice, studentki, urzędniczki, sprzedawczynie a nawet robotnice, które po przeszkoleniu obejmowały funkcje sanitariuszek. We wszystkich oddziałach Armii Krajowej szkolenie dziewcząt i młodych kobiet odbywało się na różnego rodzaju kursach sanitarnych, przeznaczonych dla sanitariuszek oraz dla wykwalifikowanych pielęgniarek, zależnie od posiadanej wiedzy i umiejętności.

     Zapasy materiałów sanitarnych i leków przygotowywano już od początków okupacji. Znaczną ilość medykamentów, środków opatrunkowych przekazał Referatowi Sanitarnemu Szpital Ujazdowski oraz Centralna Apteka Więzień. Pozyskiwano je również przez zakupy w aptekach, w drogeriach, w sklepach a nawet od paserów. Wielkim wsparciem był również polski personel w szpitalach, który gromadził zapasy materiałów i sprzętu. Nieodosobnionymi przypadkami było bezpłatne przekazywanie, przez farmaceutów, leków recepturowych. Niewielką pomoc stanowiły również materiały uzyskane dzięki zrzutom lotniczym. Ogółem, jak podano w pracy Polskie Siły Zbrojne, udało się przygotować przed powstaniem: około 14 zestawów narzędzi chirurgicznych dla szpitali i kilku aptek polowych, 5-7 zestawów chirurgicznych dużych, około 800 kompletów toreb sanitarnych, około 700 sztuk noszy polowych i około 60 000 opatrunków osobistych. Jednak wydaje się, że oficjalny stan aprowizacyjny był wyższy, bowiem oddziały na własną rękę zaopatrywały się w sprzęt i medykamenty.

     1 sierpnia 1944 r. około 90% wyznaczonego stanu patroli sanitarnych stawiło się w wyznaczonych miejscach. Podobnie stało się z personelem w punktach opatrunkowych i szpitalach, co pozwoliło właściwie przygotować się na przyjęcie pierwszych rannych.

     Początkowo liczba przygotowanych łóżek była wystarczająca, tym bardziej, iż we wszystkich dzielnicach zaczęto spontanicznie organizować nowe miejsca dla rannych. Pomagała przy tym ludność cywilna, która przynosiła łóżka, pościel, sprzęt, materiały opatrunkowe, medykamenty i żywność, a często nawet naczynia kuchenne i sztućce. Z apelem o pomoc placówkom medycznym zwracały się również czasopisma m.in. „Biuletyn Informacyjny”. Wyposażenie placówek medycznych było bardzo różne. Najlepsze w szpitalach miejskich, gdzie znajdowała się dobrze wyposażona sala operacyjna, zaplecze z apteką oraz sale chorych z łóżkami. Gorsze w improwizowanych punktach, w których zgromadzone zapasy leków, materiału opatrunkowego szybko się kończyły. Pod koniec sierpnia na Starówce i w końcu września w walczących jeszcze dzielnicach, wszystkie szpitale i punkty opatrunkowe przeniosły się do piwnic, z powodu silnych ostrzałów i bombardowań. Wówczas też wyraźnie pogorszyły się warunki egzystencji. Przede wszystkim brakowało wody, prądu, pojawiły się trudności ze sterylizacją materiału i narzędzi.

     Leczenie ran wojennych opierało się na trójetapowym postępowaniu, obejmującym udzielanie pierwszej pomocy, przeniesienie do punktu sanitarnego, a w ciężkich przypadkach do szpitala. Pierwszej pomocy zranionym udzielały sanitariuszki bezpośrednio na linii frontu. Zakładano wówczas prowizoryczny opatrunek, niekiedy podawano środek przeciwbólowy. Jeśli wymagał tego stan mocowano unieruchomienie, w postaci łupek, szyny, a w przypadku ich braku opaskę uciskową, po czym odsyłano pacjenta na kwaterę oddziałową bądź do szpitalika.

     Największą pod względem liczebności grupą rannych były osoby z postrzałami kończyn górnych i dolnych. Wszystkie zranienia części miękkich zabezpieczano w placówkach w sposób klasyczny. Jednak, co należy podkreślić, zabiegi wykonywano tylko wówczas, gdy udało się opanować u pacjenta objawy wstrząsu. Często przeprowadzano je „na żywca”, albo tylko po podaniu morfiny lub w znieczuleniu miejscowym. W poważniejszych przypadkach wykorzystano chlorek etylu a nawet eter. Ranę kontrolowano, wycinano jej brzegi i kanał, usuwano fragmenty ciał obcych, w tym odłamki, poczym zabezpieczano krwawiące naczynia i zakładano jałowy opatrunek. Zazwyczaj podawano surowicę przeciwtężcową, choć nie zawsze odnotowywano ten fakt w dokumentach. W razie bólu aplikowano morfinę lub dolantynę, oczywiście o ile znajdowała się w placówce. Mimo apeli oraz przesyłanych wytycznych zdarzały się jednak przypadki, iż ranę zamiast tzw. szwów sytuacyjnych zaszywano „na głucho”, jak miało to miejsce m.in. w szpitalu przy ul. Śliskiej, na punkcie Poznańska 11 czy w szpitalu przy ul. Chmielnej 28, o czym wspominała m.in. doktor Sabina Dembowska. Znane były również przypadki, gdy na rany postrzałowe zakładano opatrunki gipsowe, co miało wpływ nie tylko na ich gojenie, ochronę przed bólem i zakażeniem, ale także stanowiło zabezpieczenie podczas ewentualnych ewakuacji. W przypadkach zranień ramion, kończynę umieszczano na szynie odwodzącej, po jej wygojeniu w longecie gipsowe. Na palce zakładano usztywnienie tzw. podłużnikiem (longeta). W sytuacjach, gdy w wyniku postrzału doszło do złamania nie znaleziono informacji o próbach nastawiania, podczas pierwszego opatrywania zranienia. Dokonywano wycięcia rany i pozostawiano kończynę na szynie Kramera, niekiedy przygotowywano wyciąg Kirschnera, a po ustawieniu się odłamów zakładano gips. W przypadku złamań, ale również dla zlokalizowania pocisków i odłamków, wykorzystywano promienie rentgena. Warto jednak podkreślić, iż w czasie walk starano się unikać zakładania wyciągów bezpośrednich. Popierano natomiast stosowanie szyn i gipsów, które umożliwiały pacjentom poruszanie i ewakuację.

     Rany wojenne wymagały przeprowadzenia kontroli kanału i dna rany, poprzez wycięcie zbędnych kawałków skóry, rozszarpanych mięśni i usunięcie wszelkich odłamków. Przystępując do operacji przede wszystkim przygotowywano pole operacyjne. W razie konieczności miejsce golono, a następnie obmywano jodyną skórę wokół rany. W dalszej kolejności dezynfekowano okolicę uszkodzenia i zakładano opatrunek, starano się, aby był sterylny i zabezpieczano całość mastizolem. Szczególnie trudne do leczenia były rany zadane tzw. kulami dum-dum, które co prawda ranę wlotową miały niewielką, ale wylotowa charakteryzowała się z reguły wielką, poszarpaną zmianą. Problematyczne było również leczenie ran brzucha. Wśród młodych ludzi panowało wówczas przekonanie, że postrzał w brzuch zawsze kończy się śmiercią. Strach ten był uzasadniony, gdyż zoperowanie brzucha, stanowiło jedynie element leczenia. Najtrudniej było pacjenta utrzymać po zabiegu. A w czasach, gdy nie znano jeszcze antybiotyków, często było to prawie niemożliwe. Szczególnie w okresie powstania, gdy praktycznie wszystkim zabiegom towarzyszył pył, kurz oraz spadający tynk.

     Warto jeszcze wspomnieć, o czynnościach ratujących życie, z którymi bezwątpienia lekarze mieli do czynienia. Jedną z nich były trudności z oddychaniem i konieczność udrożnienia dróg oddechowych. Wykorzystywano do tego gumową rurkę, moczoną w spirytusie, którą zakładano, wcześniej rozcinając przednią ścianę tchawicy. Zastępowała ona zapewne klasyczną rurkę tracheostomijną.

     20 sierpnia 1944 r. ukazały się pierwsze powstańcze rozkazy ujednolicające metody postępowania z ranami wojennymi. Podkreślano, iż sprzeczne z wytycznymi chirurgicznymi było postępowanie polegające na zszywaniu świeżych ran zadanych odłamkami granatów lub bomb. Właściwe zachowanie opierało się na pierwotnym wycięciu rany, a następnie pozostawieniu jej rozchylonej lub częściowo zaszytej tzw. szwami sytuacyjnymi. Wymagano także, aby wszystkie rany szarpane wywołane odłamkami lub pociskami o nierównej powierzchni, bezwzględnie dostarczyć do chirurga w ciągu 6 godzin od chwili zranienia. Natomiast zadane pociskami gładkimi, które spowodowały skomplikowane uszkodzenia większych naczyń, nerwów lub doszło w nich do oznak zakażenia, powinny zostać przyniesione do lekarza w ciągu 12 godzin. Pomocny w diagnozowaniu i leczeniu przypadków chirurgicznych był aparat rentgenowski. Po raz kolejny zwrócono również uwagę patrolom sanitarnym, aby zakładały opaski uciskowe we wszystkich przypadkach zranienia kończyn z krwotokiem.

      Panujące w szpitalach warunki sprzyjały powstawaniu zakażeń. Gdy wystąpiły niepokojące objawy, podawano surowicę przeciw zgorzeli gazowej, zdejmowano ewentualne szwy, klamerki, czyszczono rany, wkładano sączki z gazy jodoformowej oraz z gumy (dreny). Niekiedy wykonywano tzw. przeciwotwory, w których umieszczano setony. Zakładano też okłady z riwanolu, płynu Burowa, chloraminy, annogenu, granugenu, a również szarą maść czy ichtiol. Na rany silnie ziarninujące – maść Pellidol oraz lapis. Niezastąpione były również sulfonamidy – Prontosil, Eleudron, Albucid oraz Cibazol. Na podgojone już rany wykorzystywano maść tranową. Doktorowi Tadeuszowi Bętkowskiemu ze szpitala przy ul. Wspólnej 27, udało się uratować przed amputacją wielu rannych, stosując opracowaną przez siebie metodę leczenia otwartych ran przy pomocy stałego ich zwilżania roztworem natrium bicarbonicum (soda oczyszczona).

     Żaden odnaleziony dokument z tego okresu nie potwierdził, aby w powstaniu stosowane były antybiotyki. Informacje o wykorzystaniu penicyliny pojawiają się jedynie we wspomnieniach. Aczkolwiek nie można jeszcze jednoznacznie wykluczyć, że preparaty te nie były używane.

     Niekiedy rozległość urazu, jej ciężkość albo wystąpienie zakażenia np. zgorzeli gazowej powodowała, że koniecznością było wykonanie amputacji. W czasie walk powstańczych amputowano najczęściej metodą otwartą, w której kikut nie zostawał pokryty częściami miękkimi. W sytuacjach, gdy doszło do postrzałowego urwania kończyny, wyrównywano poszarpaną skórę i mięśnie, a kikut skracano do poziomu rany. Z reguły do zabiegu znieczulano Evipanem, choć znane są przypadki, gdy podawano jedynie morfinę z nowokainą.

     Zranienia brzucha były jednymi z najtrudniejszych pod względem leczenia, o czym już wspominano. Ciężkie rany jamy brzusznej zwykle wiązały się z uszkodzeniem jelita a często również innych narządów wewnętrznych. Postępowanie w tych wypadkach opierało się na wykonaniu laparotomii, w znieczuleniu Evipanem lub miejscowym nowokainą. Następnie wyjmowano odłamki, zszywano otwory w jelicie i pozostałych narządach a w przypadkach, gdy uszkodzenie było rozległe wycinano uszkodzony fragment. Przy towarzyszących krwawieniach podwiązywano lub podkuwano naczynia. Przy pogorszeniu stanu ogólnego choremu podawano w iniekcji środki nasercowe, pobudzające: Kofeina, Strychnina, Kamfora, Kombetin (strofantyna) z glukozą. W przypadku wystąpienia zapaści wstrzykiwano sól fizjologiczną (500 cm3), płyn Ringera a nawet krew. W zaburzeniach oddechu stosowano sztuczne oddychanie.

     Opierając się na dostępnych dokumentach można określić, iż w szpitalu przy ul. Śliskiej przyjęto 182 osoby z ranami brzucha, 163 pacjentów miało wykonaną laparotomię. Jednak tylko 27 osobom udało się przeżyć operację. 133 osoby zmarły na stole operacyjnym lub w krótkim czasie po operacji. Podejmując się procentowego przedstawienia wyników uzyskamy następujące dane: 84% pacjentów zmarło po operacji, natomiast 16% wyzdrowiało i zostało wypisanych. Jednak trzeba jeszcze raz wyjaśnić, że zranienia brzucha były to ciężkie uszkodzenia, obejmujące zwykle wiele narządów i nawet, gdy udało się wszystko pozaszywać, usunąć odłamki i zatamować krwawienia, groźne było zapalenie otrzewnej, które najczęściej kończyło się śmiercią. Nie tylko z powodu braku odpowiednich leków, ale również warunków, w jakich przebywali pacjenci. Z reguły tylko przypadki, w których nie doszło do przerwania otrzewnej rokowały pomyślnie. O wysokiej śmiertelności z powodu zranień brzucha mogą świadczyć również dane z pozostałych placówek. W szpitalu przy ul. Mokotowskiej 55 przyjęto 70 osób z uszkodzeniami jamy brzusznej - 39 zmarło, co stanowiło 56%. W szpitalu przy ul. Wspólnej 27 odsetek ten wynosił 63% - 23 pacjentów z ranami brzucha przyjęto, a 17 z nich zmarło. Opierając się jednak tylko na danych z trzech placówek, ocenić można, iż 30% pacjentów udało się uratować w przypadkach zranień w obrębie jamy brzusznej.

     Wielkim problemem medycznym było leczenie oparzeń, wywołane najczęściej przez wyrzutnię pocisków rakietowych Nebelwerfer (miotacz mgły). Ludzie, którzy znaleźli się w ich zasięgu, stawali się żywymi pochodniami, ze zwęglonymi ciałami, trudnymi do zidentyfikowania. U osób, które przeżyły atak obserwowano ciężkie, trudno gojące się oparzenia. Próbowano je leczyć środkiem o nazwie tanina, wcześniej ściągając poparzoną skórę, jednak często były to działania bezskuteczne. Leczono te przypadki również maścią tranową, okładami z oleju lnianego i wody wapiennej, podając dodatkowo zastrzyki z morfiny i Pantoponu. Rozległe oparzenia drugiego i trzeciego stopnia dr Jan Kossakowski leczył m.in. opatrunkami spirytusowymi.

     Podkreślenia w tym miejscu wymaga fakt leczenia trudno gojących się ran z wykorzystaniem, jak mówiono, robaków. Siadające na ranę muchy, znosiły jajeczka, a ich larwy mające postać czerwi, usuwały martwiczą tkankę. Co jednak warte podkreślenia, w żadnym z zachowanych dokumentów szpitalnych nie ma nawet wzmianki o wykorzystaniu w terapii robaków i ich cudownym działaniu na zakażone zranienia. Często natomiast temat ten poruszany był we wspomnieniach.

     Podczas powstania działało w Warszawie 25 szpitali miejskich, około 122 szpitalików oraz około 200 punktów opatrunkowych. Tworzenie tak ogromnej ilości placówek medycznych nie było przewidziane w planach powstańczych. Nie zakładano również tak dużej liczby rannych, co spowodowane było wprowadzeniem przez Niemców do walki lotnictwa, artylerii, czołgów oraz dobrze uzbrojonej piechoty. Punkty i szpitale przyjmowały każdego dnia dużą liczbę zranionych pacjentów. Przy czym należy pamiętać, iż liczba rannych cywili w szpitalach była zdecydowanie większa niż wojskowych i oscylowała w stosunku 4:1, a w punktach sanitarnych nawet 6:1. Podawane są również dane, w których określa się, iż w placówkach medycznych przebywało 70% cywili. W szpitalach i punktach najspokojniejsze były noce. W ciągu dnia personel uczestniczył w obchodach, zmianach opatrunków, podawaniu leków, opiece nad rannymi oraz organizowaniu posiłków. Odbywano również wizyty w ambulatorium, gdzie opatrywano świeżo przybyłych rannych. Rytm dnia regulowały także przeprowadzane przez Niemców naloty i ostrzały. Po tych intensywnych działaniach zwiększała się liczba zranionych zgłaszająca się po pomoc.

     W zasadzie całodobowe dyżury, brak odpoczynku, snu, osłabienie wynikające z konieczności oddawania krwi, a także nieustanny stres, detonacje, kurz, niemożność umycia się, prowadziły do pogarszania się kondycji a często również występowania wśród personelu chorób takich jak przeziębienia, wyczerpanie czy krwawe biegunki. Jednak postawa całego personelu medycznego warta jest podkreślenia i zasługuje na uznanie. Opiekę medyczną nad rannymi i chorymi sprawował wykwalifikowany personel, w tym lekarze oraz pielęgniarki i sanitariuszki. Według obliczeń Bożeny Urbanek w powstaniu walczyło około 5 tysięcy przeszkolonych kobiet, z czego 700-800 z nich zginęło w czasie bezpośrednich walk, pod gruzami budynków, podczas ewakuacji szpitali, ale również w wyniku zbrodni niemieckich. Według ustaleń Haliny Jędrzejewskiej, sanitariuszki batalionu „Miotła”, w powstaniu pracowało 906 medyków i lekarzy różnych specjalności. Zespól ten opiekował się około 20 tysiącami rannych powstańców, w tym 5 tysiącami z ciężkimi uszkodzeniami. Niemożliwa jest do ustalenia liczba rannych cywili.

     Pomimo trudnych warunków personel medyczny podejmował się leczenia zranień wojennych, na podstawie przedwojennych zasad chirurgicznego opracowywania ran. Dostępne materiały potwierdzają skuteczność podejmowanych działań, jednak należy dodać, że największe problemy występowały w przypadku obrażeń w obrębie jamy brzusznej. Uszkodzenia otrzewnej zazwyczaj kończyły się śmiercią pacjenta. Zasadniczo podczas 63 dni walk nie opracowano nowych metod leczenia. Potwierdzono natomiast skuteczność stosowania preparatów sulfonamidowych, antyseptycznych oraz unieruchamiania postrzelonych kończyn.

_______________________________________________________

(1)Metoda nacięcia ran zwana przez Francuzów „dèbridement”, przez Anglików „primary excision”, przez Niemców „Wunderexcision”, J. Bohuszewicz, W sprawie leczenia ran przypadkowych i chirurgicznych ostrych spraw zakaźnych, „Pamiętnik Wileńskiego Towarzystwa Lekarskiego” 1930, z. 4-5, s. 425.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82