Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Tajne Studia Medyczne w Warszawie 1940-1944

 powrót
Profesor Jan Zaorski (1887–1956) cz.3

A. Zaorski

 

 

Pamięci mojego Ojca,

który całe swoje życie poświęcił walce i pracy dla Polski, dla młodzieży i dla chorych

syn

 

Profesor Jan Zaorski (1887–1956)

 

Cz.3

 

Po wprowadzeniu omawianych zmian (formalnych) nauka toczyła się dalej, ale gadatliwość młodzieży i dochodzące o tym sygnały do dyrekcji były niepokojące. Dość przyjazny Szkole ze strony władz dr Hagen został zastąpiony przez dr. Kohmanna, który w końcu marca 1942 r. skierował do doc. Zaorskiego i prof. Czubalskiego ostry list.

Po otrzymaniu tego listu dyrekcja starała się jeszcze usilnej wpłynąć na słuchaczy, aby utrzymywali w tajemnicy zakres nauki, ale efekty były krótkotrwałe. I wreszcie grom spadł na Szkołę w dniu 15 lutego 1943 r. o godz. 10.15. Przez gońca niemieckiego dostarczono polecenie natychmiastowego opuszczenia budynku Szkoły.

Dla Niemców rozkaz ten równał się likwidacji Szkoły. Ale nie dla nas. Rozpoczęła się nagła ewakuacja majątku ruchomego, jak wyposażenie kancelarii, pomoce naukowe, tj. tablice, rysunki, preparaty na szkiełkach, parę mikroskopów, nieco odczynników. Zawożono to do pracowni prof. Stanisława Przyłęckiego na Nowym Świecie, do mieszkań prywatnych. Najtrudniej było z zapasami opału. Docent Zaorski był chory na ciężką anginę z ropniem w gardle. Do tego zadania został skierowany student Andrzej Zaorski, który zmobilizował wozaków, stojących koło pomnika Kopernika, aby wbrew Niemcom wywieźli opał. Trudności były duże, bo Niemcy zamknęli część dojazdu i węgiel oraz kłody drewna trzeba było wynosić przez piwniczne okienko. Złożyliśmy wszystko, za zgodą doc. Stankiewicza, na podwórzu Szpitala dla Dzieci przy ul. Kopernika. Mimo wielkiego zaangażowania wielu ludzi szkody były ogromne.

Docent Zaorski, pomimo choroby, już z domu zaczął poszukiwania nowego lokalu dla Szkoły. Myślał o gmachu gimnazjum Zamoyskiego, ale tam już byli Niemcy. Udało się wynająć najwyższe piętro w gmachu gimnazjum Górskiego przy ul. Hortensji. Miejsce bardzo dobre, dojście od ul. Hortensji i przez zawsze otwartą furtkę od podwórza domu przy ul. Nowy Świat 41. Były tam jednak tylko puste pomieszczenia. Znaleziono szybko wykonawców – hydraulików i dokonano przeróbek dwóch sal na pracownie. Doprowadzono gaz, wykonano zlewy blaszane i zainstalowano wiele kranów dla laboratoriów. Wygospodarowano też pomieszczenia na sekretariat, gabinet prof. Czubalskiego i klasy szkolne. Po 10 dniach ponownie rozpoczęły się wykłady. Prof. Różycki miał nawet wiele nietypowych preparatów anatomicznych, którymi lubił zaskakiwać słuchaczy na egzaminach. Pamiętam, że w podziemiach Anatomicum działał pan Gras, prosektor prof. Lotha, który dostarczał preparaty anatomiczne. Podobnie szybko uzupełniono preparaty mikroskopowe.

Nagle Niemcy uderzyli ponownie. Kiedy pierwszy kurs i drugi kończyły Szkołę, otrzymaliśmy wiadomość, iż dla chłopców szykowane są w arbeitsamcie wezwania do Rzeszy. Tu Szkoła nie mogła działać, każdy musiał sobie radzić sam. Okazało się, że urzędnicy w arbeitsamcie są kiepsko opłacani i znają wiele sposobów, aby wyjazd odwołać lub odłożyć. Ja przytoczę swój sposób. Razem z kolegą udaliśmy się określonego dnia i godziny do urzędu, gdzie oczekiwał nas urzędnik (Polak), który uprzednio otrzymał obfity „kosz delikatesów” – kawa, sardynki, alkohol – same niedostępne wtedy artykuły. Urzędnik okazał się solidnym partnerem do pertraktacji, nasze powołania zostały anulowane. Dodatkowo z moim kolegą, który całą sprawę nagrał, byliśmy w domu tego urzędnika na kolacji, ponownie wzbogacając ją wędlinami. Ostatecznie –jak wspomina doc. Zaorski – do Niemiec pojechał tylko jeden słuchacz, i to do miejscowości, gdzie było sporo zatrudnionych przymusowo Polaków.

Wiemy, jak toczyło się życie w Warszawie – w ciągłej niepewności i zagrożeniu. Na początku października 1943 r. doc. Zaorski wraz z synem Andrzejem zostali aresztowani.

Poniżej podaję skrót mojej (A.Z.) relacji, złożonej w Muzeum Więzienia Pawiak (Warszawa, ul. Dzielna 24/26):

„W dniu 4 X 1943 r. o świcie zostaliśmy aresztowani z naszego mieszkania przy ul. Wareckiej 9:

ojciec    doc. Jan Zaorski 1. 60

ja – Andrzej Zaorski 1. 20

kuzyn – Kazimierz Sachs 1.16.

Z mieszkania zawieziono nas do Komendy Policji niemieckiej na ul. Krakowskie Przedmieście nr 1, gdzie kazano nam położyć się twarzą do ziemi. Leżeliśmy tak ok. 3 godz., a w tym czasie spisano nasze personalia i przywieziono jeszcze parę osób. Stamtąd przewieziono nas budą na Szucha, słyszałem wtedy charakterystyczny sygnał budy, ale od środka. Na Szucha umieszczono nas w »tramwaju«, gdzie każda próba porozumiewania się była likwidowana biciem. Przelotnie na korytarzu zobaczyłem młodego Ukraińca w mundurze wojsk ukraińskich, który nas też zobaczył i szybko zniknął. Był to starszy kolega szkolny od Zamoyskiego, Jerzy Nipanicz. Znałem go ze szkoły przed wojną, był starszy o 3 czy 4 lata. Poprzednio widziałem go dwa razy na ul. Kopernika, gdzie mieścił się Ukrainenhaus.

Z »tramwaju« cały transport więźniów wraz z nami przewieziono na Pawiak (getto było już puste i zrujnowane). Umieszczono nas (po ostrzyżeniu i parówce) na kwarantannie w podziemiach, wtedy zamknęły się za nami więzienne drzwi po raz pierwszy; było to silne wrażenie. W czasie drugiej czy trzeciej nocy na korytarzu zabito pałkami mężczyznę (potem dowiedziałem się, że był to komisarz Kruk – policjant, ale z AK); ten krzyk, ciosy pałek i powoli następująca cisza nie da się zapomnieć.

Po dwóch tygodniach przeniesiono nas z Ojcem na oddział na pierwszym piętrze, gdzie były podłogi drewniane, było cieplej, ale mnóstwo pluskiew. Dano nam z RGO pudełeczka proszku Katol, działał słabo, ale miałem rozrywkę – bo była spora instrukcja w paru językach. Niedługo Ojca przeniesiono do szpitala dzięki dr. Felicjanowi Lothowi i dr. Aleksandrowi Śliwickiemu, którzy tam jako więźniowie pracowali i mieli pewne wpływy. A o naszym aresztowaniu było już wiadomo.

Przebyłem dwa śledztwa, w czasie których tłumacz jako argumentu używał kolby pistoletu. Takie argumenty tylko wzmagają opór. Przebyliśmy złośliwe, bardzo męczące ćwiczenia na korytarzu więziennym, słynne »żabki« i przysiady. Dwa razy wzięto mnie do obierania ziemniaków, co było rozrywką. Niestety, dwaj więźniowie z naszej celi zostali rozstrzelani: młody chłopak oraz stary dorożkarz (w jego stajni przechowywany był samochód używany do akcji). Nie będę podawał więcej szczegółów z tego okresu, powiem jedynie, iż wiedzieliśmy, że poranne wywoływanie z cel – to na przesłuchanie, natomiast popołudniowe –to na rozstrzelanie. Korytarz był długi, wiele cel i ciężkie stąpanie żandarmów, brzęk kluczy, trzask zamków wprowadzały nastrój grozy. Niektórzy reagowali dolegliwościami żołądkowymi lub jelitowymi.

W dniu 2 XII 43 r. otwarto drzwi mojej celi i wywołano mnie, pisarz oddziałowy szepnął: »Na wolność«. Przez kilka minut nauczyłem się paru adresów na wolności i poszedłem do kancelarii. Na podwórzu spotkałem Ojca – żyjemy. Zawieziono nas ponownie na Szucha i tam elegancki gestapowiec pouczył nas o obowiązku przestrzegania wszelkich przepisów władz, zagroził ponownym więzieniem i obozem.

Wydano nam przepustki i wyszliśmy z workami papierowymi w rękach do »wachy« na rogu al. Szucha i Alej Ujazdowskich. Tam wsiedliśmy do dorożki i pojechaliśmy do domu na ul. Warecką. Po drodze na pl. Napoleona witały nas Panie z Zielonej Budki.

W domu była Mama, Wuj (dr Sachs), pomoc domowa i mój pies. Był płacz i śmiech. Pies chudy jak szkielet – nie chciał jeść.

A na zakończenie powiem, że zwolniono nas dzięki energii Mamy, która znała świetnie niemiecki i była osobą odważną. Znalazła osoby, które dały się przekonać przy pomocy wykonanej na miarę protezy lewej nogi i dwóch kuponów angielskiego materiału ubraniowego.

Tyle mojej relacji”.

Szkoła była ponad dwa miesiące bez dyrektora, ale działała bez większych kłopotów. Docent Zaorski natychmiast z energią zajął się pracą administracyjną, ale przede wszystkim medyczną.

Należy tu opisać inicjatywę doc. Zaorskiego, której znaczenie było wielkie zarówno dla chorych, jak i słuchaczy Szkoły. Chodzi o punkt krwiodawstwa.

Znane były powszechnie grupy krwi i sposoby przetaczania, głównie bezpośredniego, przy pomocy strzykawki Jube. Chodziło o dostępność dawców w każdej potrzebie. W tym celu w Szpitalu dla Dzieci przy ul. Kopernika 43, gdzie doc. Zaorski był ordynatorem oddziału chirurgicznego od 1930 r., utworzony został punkt krwiodawstwa. Najpierw zebrano dawców – wśród nich było właśnie wielu słuchaczy Szkoły. Każdy dawca miał przy sobie swoją książeczkę krwiodawcy, zaopatrzoną w fotografię, z dobrze widoczną grupą krwi, rubrykami, w których wpisywano daty i ilość przetoczeń. Ale najważniejsza była wyraźnie napisana, wklejona wkładka, na której w języku niemieckim stwierdzano, iż posiadacz jest krwiodawcą, należy udzielić mu wszelkiej pomocy; figurował podpis lekarza urzędowego i pieczęć z „gapą”. Były to doskonałe, wielokrotnie w łapankach sprawdzone legitymacje. W gabinecie ordynatora był dyżur pod telefonem, kartoteka dawców i kasetka na pieniądze. Dawcy z grupą „O”, zwaną wówczas uniwersalną, otrzymywali wyższe wynagrodzenie za 1 ml niż dawcy innych grup. Czynnik Rh nie był znany w Warszawie w czasie okupacji (odkryto go w 1940 r. w USA). Część wynagrodzenia (20%) zatrzymywano na transfuzje dla niezamożnych.

Punkt krwiodawstwa funkcjonował do Powstania, a dawcy krwi posiadający przy sobie książeczki wielokrotnie dawali krew rannym. Ja również byłem dawcą krwi i dzięki zachowanej książeczce mogłem jeszcze dawać krew na „Boremlowie”; np. w przeddzień Bożego Ciała w 1945 r. dałem 400 ml krwi na położnictwie, a następnego dnia razem z Rysiem Łęgiewiczem prowadziliśmy pod ręce biskupa Szlagowskiego w procesji Bożego Ciała od strzaskanej kolumny Zygmunta do zrujnowanego Kościoła Akademickiego św. Anny.

Całą jesień 1943 r. Szkoła działała normalnie; przyjęto nowy nabór słuchaczy, którzy matury zdali na wiosnę tego roku na tajnych kompletach. Współpraca z dyrektorami szkół średnich w Warszawie działała perfekcyjnie. Niby obowiązywała tajemnica konspiracyjna, ale istniały ciche porozumienia, dzięki którym maturzyści z kompletów mieli łatwy dostęp do Szkoły.

Zima 1943/44 była dość ciężka, ludzie cierpieli niedostatek, brak było żywności, ceny na czarnym rynku przekraczały możliwości finansowe większości warszawiaków. Niemcy skonfiskowali dawno futra i kożuchy, ubierano się w rozmaite stare ciuchy, a do użytku powróciły też drewniaki. Słuchacze Szkoły często tworzyli małe zespoły i uczyli się wspólnie w mieszkaniach prywatnych. Kolejno szykowano wspólne skromne kolacje, a nauka odbywała się w nocy. Nieraz koledzy z tamtych lat, mający ćwiczenia w klinikach, uczyli się razem w pokojach lekarskich.

Chciałbym tu opisać przygotowania do ćwiczeń z anatomii w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Otóż w zakładzie anatomii patologicznej odbywały się po kryjomu ćwiczenia z anatomii prawidłowej (dr M. Afek-Kamińska). Grabarze szpitalni dostarczali zwłoki bez rodziny, które prosektor p. Makarski wraz ze mną studentem przewoził do małego pomieszczenia na I piętrze i układał na stole prosektoryjnym. Ja zaś przy pomocy dość prymitywnych urządzeń musiałem nastrzyknąć tętnice i żyły roztworem formaliny. Była to ciężka praca fizyczna i dość trudna technicznie, do tego w oparach formaliny. Szczególnie pamiętam taki zabieg, kiedy p. Makarski był pod przemożnym wpływem alkoholu, nie mógł nic pomóc, ale w poczuciu obowiązku siedział na stołku i kiwał się niebezpiecznie. Ja byłem sam, za oknami grzmiała czarna burza z piorunami, a musiałem skończyć zabieg. Było to mocne przeżycie, zwłaszcza że czasu było mało, bo zbliżała się godzina policyjna. Nie wyobrażałem sobie, że zostanę w tym miejscu na noc. Wszystko udało się szczęśliwie, ale wyszedłem z zakładu cały przesiąknięty zapachem formaliny. To jeden z przykładów, iż zajmowaliśmy się także zadaniami specjalnymi.

Na wiosnę 1944 r. Szkoła liczyła już ( wg odręcznie sporządzonej przez doc. Zaorskiego notatki) ok. 1990 słuchaczy od początku istnienia. Sytuacja w Warszawie stawała się coraz bardziej napięta wobec szybkiego przesuwania się na zachód frontu wojsk sowieckich. Ogromna większość koleżanek i kolegów tkwiła w działalności konspiracyjnej, wyczuwało się zupełnie „namacalnie” wzrost napięcia. Mimo to sesje egzaminacyjne (tzw. pierwsze rigorosum) po dwóch latach medycyny przebiegały sprawnie. Wakacji i tak nikt nie miał, bo gdzie można było wyjeżdżać? Chyba tylko do miejscowości na linii EKD lub Konstancina. Niektórzy mieli w lasach Kabackich lub w Puszczy Mariańskiej obozy ćwiczebne AK, a także harcerskie.

W drugiej połowie lipca napięcie doszło niemal do szczytu. Pod koniec miesiąca była, jak pamiętamy, pierwsza koncentracja, rozwiązana po kilkunastu godzinach, a w dniu 1 sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie. Docent Jan Zaorski objął swoje stanowisko jako naczelny chirurg szpitala powstańczego w podziemiach gmachu PKO, żona Maria Zaorska (ps. Kazimiera) miała przydział do kuchni wojskowej w domu Wedla na rogu ul. Szpitalnej. Studentka Barbara Zaorska (córka) ze swoim maleńkim synkiem została na trzy dni przed Powstaniem wywieziona do Skolimowa, a Andrzej Zaorski miał przydział do zgrupowania „Chrobry II” w Domu Kolejowym. Mieszkanie pozostało puste, bo nasz wuj dr Edmund Sachs (74 lata) nie wierzył w Powstanie i udał się do znajomych – szczęśliwie, bo nasz dom runął 8 września, zniszczony doszczętnie. Runął gmach naszej Szkoły, mieszkanie prof. Czubalskiego, spłonęły wszystkie kartoteki. Profesor Czubalski nie był w oddziale wojskowym, ale jego syn Mieczysław walczył w Śródmieściu, m.in. zdobywał małą PAST-ę. Docent Tadeusz Jaczewski walczył w Śródmieściu. Chirurdzy operowali w szpitalach i punktach sanitarnych. Inni lekarze walczyli na wielu odcinkach frontu Powstania. Wiele osób zginęło, m.in. – prof. Edward Loth na Mokotowie, prof. Stanisław Przyłęcki w Śródmieściu.

Działalność Szkoły dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego doc. Jana Zaorskiego w Warszawie zakończyła się w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego. Wielu słuchaczy (chłopców i dziewcząt) zginęło, wielu nie wróciło z niewoli, wielu zginęło wywiezionych z Warszawy do obozów koncentracyjnych, wielu zginęło w Powstaniu. Ale ogromna większość, ponad 1200 osób, skończyła studia, uwieńczone dyplomem lekarza w Warszawie, Poznaniu i Krakowie. Dzięki temu możliwe było choćby częściowe uzupełnienie strat w polskiej służbie zdrowia, jakie spowodowała wojna, w tym Katyń pochłonął 352 lekarzy, 50 farmaceutów, 60 weterynarzy. Lekarze wojskowi zginęli na frontach włoskim, zachodnim, afrykańskim lub pozostali poza krajem. Lekarze cywilni zginęli w obozach koncentracyjnych i więzieniach.

Szkoła Zaorskiego, Uniwersytet Ziem Zachodnich, Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Jagielloński dzięki tajnym studiom medycznym przysporzyły medycynie polskiej wielu lekarzy, którzy częściowo zapełnili lukę wojenną i pokoleniową wśród personelu medycznego służby zdrowia w naszym kraju.

Oprac. A. Zaorski

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82