Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE cz.2

Zofia SZAMOWSKA–BOROWSKA

 

OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE

cz.2

 

            Około 20 VIII zaczęły krążyć złe wieści. Własowcy wdarli się do szpitala położniczego naprzeciwko naszego pawilonu i zgwałcili wiele kobiet z kliniki położniczej. Podobno zamierzają odwiedzić i nasz szpital. Spokój prysł. My wiedziałyśmy najlepiej, co oni potrafią. W całym szpitalu zapanował niepokój. I nagle, w dniu 25 VIII, Niemcy wydają rozkaz ewakuacji szpitala. Rozkaz ten dotyczył całego personelu i wszystkich chodzących rannych. Leżący mieli pozostać na miejscu. Wszędzie rozwłóczyli się własowcy i zaczęli wyrzucać wszystkich, którzy mogli utrzymać się na nogach. W szpitalu, bez jakiejkolwiek opieki, pozostało dwustu ciężko chorych.

            I my musiałyśmy opuścić szpital, nie miałyśmy innego wyboru. Byłyśmy zrozpaczone. Jak zostawić ich zupełnie samych, pozbawionych wszelkiej pomocy i opieki? Żegnałyśmy się długo z każdym z osobna. Moje pożegnanie ze Stachem było rozpaczliwe. Przez cały czas naszego wspólnego losu wywiązała się między nami miłość ... miłość przez duże M, miłość beznadziejna, z góry skazana na zagładę, pełna poświęceń i wyrzeczeń. On mówił mi o swojej miłości, ja przysięgałam, że wrócę, że wrócę do niego na pewno. Nie miałam pojęcia, jak, ale wierzyłam, że wrócę.

            Niespodziewanie Aldek zdecydował się z nami opuścić szpital. Czuł się lepiej, choć był niezwykle słaby i wycieńczony. Ważył tylko 47 kg, przy 175 cm wzrostu. Zdecydowałyśmy, że weźmiemy go między siebie, podtrzymując, a w razie konieczności niosąc. Nie wiedzieliśmy, jaka droga nas czeka, ale wydawało się, że gdy pójdzie z nami, grozi mu mniejsze niebezpieczeństwo, niż gdyby pozostał na miejscu. Aldek bardzo serdecznie pożegnał się ze swymi kolegami i Bronką. Z Krysią udał się potem do Gryfa. Władysław Maciejewski był żołnierzem 4. kompanii, podkomendnym Żegoty. Żegnał się ze swoim dowódcą smutno i uroczyście. Pytał, czy nie wie, co dzieje się z jego bratem bliźniakiem. Był zrozpaczony, że zostaje tu sam.

            Poganiani przez Niemców i własowców wyruszyliśmy ze szpitala w kierunku Dworca Zachodniego. Był to niesamowity pochód: na początku szli lekarze i pielęgniarki, za nimi tłum wszelkiego rodzaju kalek i chorych. Każdy, kto mógł poruszać nogami, szedł.

            My, czyli Krysia, Natalka, Ewa, Basia i ja, szłyśmy tuż koło siebie, prowadząc lub wlokąc między sobą Aldka, który ledwie powłóczył nogami. Podróż wydawała się nam niezmiernie długa. Wreszcie dobrnęliśmy do Dworca Zachodniego, gdzie można było odpocząć przy rampach w oczekiwaniu na podstawienie wagonów towarowych, które miały nas wywieść w nieznane. Śledziliśmy, ogarnięci jedną myślą, by być razem, by nas nie rozdzielili. Przed naszymi oczami rozgrywały się przeraźliwe sceny: grupa własowców wywlokła z tłumu dziewczynę i gwałciła ją w pobliskich zaroślach.

            Nareszcie nadszedł pociąg towarowy, który wywiózł nas do Pruszkowa. Przed wejściem na teren obozu, Niemcy dokonywali segregacji. Dr Kiełbasińska poradziła nam zdjąć fartuchy, czepki i nie przyznawać się do zawodu pielęgniarskiego, a przedstawić się jako chore. W ten sposób wszyscy dostaliśmy się do obozu w Pruszkowie.

            W tłumie Aldek jest dobrze widoczny z daleka. Wychudłą głowę ma obwiązaną bandażem. Podchodzą do nas dwie dziewczyny w pielęgniarskich mundurkach. To Nina (Janina Zawiślak) i Marta (Aleksandra Graczykowska), sanitariuszki z kompanii Żegoty, które w dniu 5 VIII zostały przez własowców wypędzone wraz z cywilami z Kolonii Staszica na Zieleniak. Tam odnalazła je dr Dreszerowa i jako dyplomowane pielęgniarki zabrała do obozu w Pruszkowie. Opiekują się nami serdecznie, karmią, a wieczorem przeprowadzają całą naszą grupę do zakładu psychiatrycznego w Tworkach. Tu, znowu dziwnym zrządzeniem losu, spotykamy docenta Rydygiera, który pomaga nam wydostać się na wolność. Przełazimy przez parkan szpitalny i ... już jesteśmy „wolni”.

            W Podkowie Leśnej udajemy się po pomoc do Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), do pp. Chojnickich, znajomych Krysi i Natalki. Oni z kolei kierują nas do opuszczonej willi w Leśnej Podkowie. Willa jest ładna, zupełnie pusta. Brak w niej łóżek i pościeli, ale my jesteśmy szczęśliwi: uniknęliśmy wywiezienia do Niemiec i jesteśmy wszyscy razem blisko Warszawy. Niepokoimy się bardzo o chłopców i Bronkę, którzy pozostali w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Czy nie spotkało ich to najgorsze: śmierć bezbronnych, zamordowanych w łóżkach, jak zdarzyło się to w jednym ze szpitali na Woli?

            Nawiązujemy kontakt z dr. Wagnerem, który informuje nas, że wszyscy żyją i że najprawdopodobniej Niemcy pozwolą na powrót do Warszawy sióstr zakonnych i części personelu pomocniczego. Tymczasem musimy się jakoś urządzić i żyć w tej pustej willi w Leśnej Podkowie. W domu jest tylko jedna poduszka i jeden koc. Oddajemy je Aldkowi, który w nocy strasznie marznie. Układamy go między mną i Natalkę, bo jesteśmy, jak mówi Aldek, „przy kości” i grzejemy go własnymi ciałami.

            Nie mamy pieniędzy. Nikt nie przywiązywał wagi do banknotów, które Aldek chciał między nas rozdzielić w pierwszych dniach powstania. Lecz oto jedna z nas wyjmuje z medalionu zmiętego „górala” i już mamy na chleb. Był to wielki i nieoczekiwany przez nas podarunek, który pomógł nam urządzić sobie życie. Za resztę Aldek kupił comber koński i butelkę bimbru. Urządziliśmy wielkie przyjęcie, które było zarazem pożegnaniem. Wokół nas zachodzą coraz to nowe wydarzenia, graniczące z cudem. Ewa, idąc po sprawunki, spotyka na ulicy swego męża, również powstańca, który ranny, po różnych perypetiach, znalazł się także w Leśnej Podkowie. Basia zachorowała na zapalenie woreczka żółciowego i wątroby. Przypadkiem odnalazła swoją bliską koleżankę, Irkę Rogozińską, która serdecznie zaprosiła ją do siebie, do Pruszkowa. I największa niespodzianka: Aldek spotkał swoich rodziców, którzy ewakuowali się z Warszawy do Leśnej Podkowy. Spotkanie było radosne, nie pozbawione jednak smutku i niepokoju. Rodzice dopytywali się syna, co dzieje się z jego młodszym bratem Jankiem i dlaczego się rozstali. Codziennie biegałam do dr. Wagnera, pytając, kiedy mogłybyśmy wrócić do Warszawy, do Szpitala Dzieciątka Jezus. Krysia i Natalka zamierzały wrócić ze mną, by opiekować się naszymi rannymi.

            Zbliżał się czas rozstania naszej „powstaniowej rodzinki”. Ewa z wielkim namaszczeniem rozpruła spódnicę i wyjęła z niej sto dolarów. Każdemu z nas dała po dziesięć. Był to wielki i nieoczekiwany dar serca. Było nam bardzo trudno się rozstać. Ewa pojechała z mężem, Basia do swojej przyjaciółki do Pruszkowa, a Aldek z rodzicami. Choć bardzo osłabiony, zaraz włączył się do miejscowej organizacji AK i został przydzielony do osłony radiostacji. My we trzy wróciłyśmy do Warszawy. Wiele osób nie mogło zrozumieć, dlaczego wracamy. Dlaczego wracałyśmy? Bo nie mogłyśmy patrzeć na łunę nad Warszawą. To było nasze miasto, miasto rodzinne i tam powinnyśmy być. Bo to był nasz obowiązek, tam był nasz oddział i tam bez opieki pozostali ranni, których przyrzekłyśmy strzec. Bo tam wreszcie były nasze rodziny, o których nic nie wiedziałyśmy. Mnie po nocach i dniach stały przed oczami czarne oczy Stacha i jego rozpacz, gdy odchodziłam, gdy zostawiałam go samego. Ja musiałam wrócić, bo tam była moja Miłość.

            Nareszcie nadszedł upragniony dzień 3 IX. Krysia, Natalka i ja, wraz z dr. Wagnerem i trzema zakonnymi siostrami, wracamy do pracy, do szpitala Dzieciątka Jezus. Zastałyśmy duże zmiany. Na oddziale chirurgicznym pracowali świetni chirurdzy: dr Bogdan Bednarski (późniejszy minister zdrowia) i dr Tadeusz Turski oraz student medycyny Roman Chodorowski. Przeszli oni ze szpitala ewangelickiego. Warunki pracy były nad wyraz ciężkie: dwustu ciężko rannych przy bardzo nielicznym personelu. Zaraz po przybyciu dowiedziałyśmy się, że Władysław Maciejewski (Gryf) został podczas naszej nieobecności przeniesiony do szpitala przy ulicy Koszykowej, w celu wykonania ciężkiej i skomplikowanej operacji tętniaka. Operację wykonano, niestety, za późno. Po zabiegu Gryf zmarł.

            Trudno opisać radość Bronki i chłopców z naszego powrotu. Powtarzali stale: „Wróciłyście, wróciłyście, jak to dobrze, żeście wróciły.” Pozostawieni sami, przeżyli bardzo ciężkie chwile. Przez pierwsze pięć dni po naszej przymusowej ewakuacji ranni byli pozostawieni zupełnie bez opieki. W szpitalu pozostał jedynie ksiądz i dwie osiemdziesięcioletnie zakonnice, niezdolne do żadnej pracy. Leżeli bez wody, jedzenia i zmiany opatrunków. Jak wspomina Janek Gosk, jeden z rannych powstańców, który leżał na wyciągu po postrzale w okolicy kości udowej, uwolnił się z aparatu i doczołgał do kuchni. Przyniósł dla każdego rannego po pół szklanki cukru, dwie cebule i wodę, którą przez trzy dni dostarczał z kuchni. Myślę, że ten dzielny chłopak uratował im życie. Piątego dnia przybyła część personelu ze szpitala Maltańskiego i odtąd chorzy mieli zapewnioną przynajmniej częściową opiekę. Następnie wróciła część zakonnic ze szpitala Dzieciątka Jezus i my – trzy świeckie pielęgniarki. Stan naszych rannych przez ten czas pozbawienia ich opieki lekarskiej pogorszył się znacznie. Jurek nie chciał przyjmować podawanych mu posiłków. Stach przy nie zmienianym opatrunku bardzo cierpiał. Stan Bronki również uległ pogorszeniu.

            Trudno jest mi opisać radość Stacha po naszym powrocie Trzymał mnie za rękę i wielokrotnie powtarzał: „Wróciłaś, wróciłaś.” Był po zabiegu drenażu opłucnej. Ropa kroplami spływała do pojemnika. Miał wysoką gorączkę i duszności, kasłał. Od chwili powrotu nie opuszczałam jego łóżka nawet na chwilę. Z początku nie zdawałam sobie sprawy z jego stanu. Stach prosił: –Zosiu, proszę cię, weźmy ślub, tu jest ksiądz, który do mnie przychodzi, weźmy ślub!– Uległam tej prośbie i podeszłam do starszej zakonnicy, pytając o księdza, czy mógłby przyjść i dać nam ślub. Spojrzała na mnie pełna współczucia i z żalem powiedziała: –Moje dziecko, moje drogie dziecko, czy nie widzisz, że on umiera?– Spojrzałam na nią nieprzytomnie i krzyknęłam: –Nie, nie, to nie może być prawda. On nie umrze!– Ale umierał. Siedziałam, trzymając go za rękę, podawałam mu wodę do spękanych ust, poprawiałam poduszki. Słuchałam jego słów miłości.

            Nad ranem umarł. Nie byłam w stanie pogodzić się z tym. Miałam pretensję do Boga i ludzi. Następnego dnia pochowaliśmy Stacha, owiniętego w koc, pod jednym ze szpitalnych pawilonów.

            Pracowałyśmy ciężko. Poza opieką nad naszymi rannymi każda jako pielęgniarka miała pod opieką cały oddział. Krysia pracowała na internie, na oddziale prof. Witolda Orłowskiego, a Natalce i mnie przypadły oddziały ciężko chorych na raka. Pracowałam na męskim oddziale nowotworów układu moczowego. To wymagało wiele samozaparcia, by codziennie czterdziestu ciężko chorych starszych panów oczyścić z kału i moczu, umyć i zawinąć w czyste prześcieradła. Siostra zakonna, która modląc się wykonywała tę pracę, powiedziała do mnie: –Moje dziecko, ty tego nie będziesz mogła robić.– Spojrzałam na nią z góry: –Ja nie będę mogła? O, nie, siostro. Ja już wszystko mogę robić, mnie już nic nie przerazi.– I odtąd razem, jednakowo spełniałyśmy ten ciężki obowiązek.

            A tymczasem na sali chirurgicznej zdarzyła się historia niezwykła. Znikł Janek Gosk. Fakt był jak z bajki. Dr Mazurek pytał rannych, czy ktoś z nich ma rodzinę na linii kolejki EKD Warszawa – Grodzisk. Janek miał bliską rodzinę w Pruszkowie. Z ramienia pruszkowskiego PCK przyjeżdżała do Warszawy furgonetka z różnymi darami dla chorych. Janek Gosk napisał list, przesłał go przez kierowcę i w następnym transporcie otrzymał propozycję ucieczki do Pruszkowa. Przyjechał furgon z chlebem i z niemieckimi wartownikami opłaconymi z góry przez rodzinę Janka. Zabrali go owiniętego w prześcieradło i zawieźli do Pruszkowa, gdzie rodzina umieściła go w prywatnym szpitaliku dr. Steffena. Przeleżał tam jeszcze dwa miesiące, lecząc ranę, którą otrzymał w pierwszym dniu Powstania na Kolonii Staszica. Wszystko było zachowane w najgłębszej tajemnicy, nawet my nie wiedziałyśmy, co się z nim stało.

            Po upadku Czerniakowa w dniu 23 IX wszystkie trzy brałyśmy udział w przenoszeniu rannych z ulicy Czerniakowskiej do szpitala Dzieciątka Jezus. Niemiecki komendant naszego szpitala zezwolił na przeniesienie tu ciężko rannych i chorych z tego terenu. Na ochotnika zgłosiło się około szesnastu – dwudziestu osób. Byli wśród nich: dr Bogdan Bednarski, dr Tadeusz Turski, student medycyny Roman Chodorowski, Krysia, Natalka i ja. Wyszliśmy dwójkami, niosąc nosze: Natalka z dr. Turskim, Krysia z Chodorowskim, ja z dr. Bednarskim. Mieliśmy z sobą przepustki wydane przez Niemców. Szliśmy przez zburzoną, palącą się Warszawę, okrężnymi drogami, poprzez tereny zajęte przez Niemców, przez Filtry, do Rakowieckiej, Puławską do placu Unii Lubelskiej, poprzez teren szpitala Ujazdowskiego do Górnośląskiej w dół. Prawdopodobnie doszliśmy w ten sposób do ulicy Rozbrat. Wynieśliśmy stamtąd ośmiu – dziesięciu rannych i chorych. Część z nich z pewnością była powstańcami, ale nikt na ten temat nie mówił. Wszyscy jakoby byli cywilami i wyglądali tragicznie.

            Powrót nasz z obciążonymi noszami był znacznie trudniejszy. Niektórzy chorzy prosili, by zabrać także ich dobytek. Nie potrafiłyśmy odmówić. Niezmiernie ciężko było nieść we dwie nosze z chorymi i ich „skarbami”. I tu spotkał nas przypadek, który zadziwił wszystkich. Jeden z młodych niemieckich żołnierzy widząc, że Krysia co chwila odpoczywa (była wtedy chora, z temperaturą), wziął z jej rąk nosze z chorą kobietą, oddając Krysi swoją walizkę do niesienia. Największe wrażenie zrobił na nas przemarsz przez Szpital Ujazdowski, ten sam szpital, gdzie uczyłyśmy się i pracowały. Częściowo spalony, częściowo palący się, wyglądał przerażająco. Po drodze Niemcy zatrzymywali nas kilkakrotnie, ale pokazywane przepustki wystarczały. Całkowicie wyczerpani, zarówno my jak i chorzy, dotarliśmy wreszcie do szpitala Dzieciątka Jezus. Tu natychmiast udzielono pomocy i opieki tym ciężko chorym i rannym ludziom. Dotychczas nie wiem, dlaczego Niemcy zezwolili na tę akcję pomocy ludności Warszawy. Pozostało to dla mnie zagadką.

 

            Z biegiem czasu odżywianie szpitalne stawało się coraz bardziej jałowe. Chorzy całkowicie pozbawieni byli witamin, podczas gdy tuż za ulicą znajdowały się piękne ogródki działkowe pełne jarzyn i owoców. Wychodziłyśmy więc czasami, by przynieść rannym trochę jabłek, pomidorów czy marchwi. Któregoś wrześniowego dnia wybiegłyśmy z Natalką do ogródków, lecz tam powitały nas strzały. Natalka została ranna. Pobiegłam po Krysię i na noszach przyniosłyśmy ją do szpitala. Doktorzy Bednarski i Turski bardzo serdecznie zajęli się Natalką, a dla nas było to ogromnie ciężkie przeżycie: ta dzielna, piękna i wesoła dziewczyna, nasza przyjaciółka była zagrożona amputacją nogi. Pielęgnowałyśmy ją i strzegły jak siostrę, mieszkając wówczas we trzy w pokoju doc. Rydygiera. Pozostali ranni, niestety, czuli się coraz gorzej. Jurek Marks, mimo ponawianych próśb naszych i ostrzeżeń lekarzy, wciąż nie zezwalał na amputację nogi, a stan Bronki nie był zadawalający. W szpitalu leżało wówczas wielu rannych po dużym upływie krwi. Dr Bednarski zaproponował mi oddanie krwi dla któregoś z ciężko rannych powstańców. Zgodziłam się chętnie tym bardziej, że miałam popularną grupę krwi A Rh+. Krew oddałam trzykrotnie i byłam bardzo szczęśliwa, bo wszyscy trzej chłopcy czuli się coraz lepiej. Odwiedzałam ich często, zawsze entuzjastycznie witana, jako ich „krewna siostra”.

            Nadszedł tragiczny dzień kapitulacji. Dostałyśmy przepustki ze szpitala do Śródmieścia. Ani Krysia, ani ja nie wiedziałyśmy, co się dzieje z naszymi rodzinami. Chciałyśmy również odnaleźć nasz oddział i naszego dowódcę. Po uzyskaniu informacji o miejscu stacjonowania dowództwa Odwetu zameldowałyśmy się u por. Romana. Był żywo zainteresowany losem naszych rannych. Cieszył się, że Żegota żyje i czuje się dobrze. Prosił, by nie mówić Bogusławowi, bliźniakowi Gryfa, że jego brat nie żyje. Był bardzo rad z naszej wizyty. Otrzymaliśmy legitymacje Armii Krajowej dla nas dwu oraz dla Natalki, Bronki i Jurka. Odnalezienie naszego oddziału było dla nas wielką radością. Roman proponował nam wyjście do niewoli z batalionem, mówił o projektowanej ucieczce do Kampinosu. Odmówiłyśmy. Nie możemy pozostawić naszych chłopców, Bronki. Wiemy, że jesteśmy im potrzebne. Wobec naszej decyzji Roman prosi nas o zabranie do Szpitala Dzieciątka Jezus ciężko rannego oficera AK, przebywającego w jednym ze szpitali śródmiejskich. Obiecujemy i tak się stało. Umieściłyśmy go na oddziale chirurgicznym.

            Po wizycie u Romana rozeszłyśmy się do naszych domów. Krysia szczęśliwie zastała w domu swego ojca. O bracie, także powstańcu, nic się nie dowiedziała. Aby ocalić ojca przed wywózką do obozu, zabrała go wraz z jego trzema przyjaciółmi do szpitala w charakterze sanitariuszy. Ja miałam mniej szczęścia. Biegłam do domu z nadzieją zobaczenia mamy, siostry i ulubionych siostrzeńców – trzyletniej Ewuni i rocznego Jurka. Im dalej jednak szłam ulicą Wspólną do placu Trzech Krzyży, tym większy był mój niepokój. Ulica była w gruzach, ludzie wychodzili z suteren i wyglądali jak własne cienie. Mój dom przy Wspólnej był zburzony. Od starej praczki Janowej dowiedziałam się, że moja rodzina wyszła z Warszawy we wrześniu, godzinę przed zbombardowaniem budynku. Byłam szczęśliwa i rozczarowana jednocześnie. Tak bardzo chciałam zobaczyć mamę i opowiedzieć jej o wszystkim, co przeżyłam, przytulić się do niej na chwilę. Nic nie wiedziałam o jej losach. Udało mi się natomiast odnaleźć mamę Basi, ogromnie o nią niespokojną, i powiadomić, że Basia jest bezpieczna u koleżanki z Pruszkowa. Mama Basi, która już straciła w powstaniu jedną córkę, była uszczęśliwiona dobrą wieścią o Basi. Po wyjściu z Warszawy spotkała się z nią w Pruszkowie.

            Obie z Krysią byłyśmy wstrząśnięte widokiem zburzonego, płonącego miasta. Wstąpiłam jeszcze na ulicę Nowogrodzką i Kruczą, skąd zabrałam do szpitala moich przyjaciół, Marię i Seweryna Janiaków i Wiesława Krantza, którzy w ten sposób uniknęli ewakuacji i obozu. W tym okresie bardzo zżyłam się z Natalką i postanowiłam, że po ewakuacji szpitala pojadę z nią razem, by dalej się nią opiekować. Dnia 12 października, po długich i jakże ciężkich cierpieniach, umiera Jurek Marks. Odszedł ten dzielny chłopiec, który nie pozwolił amputować sobie nogi, bo „chciał jeździć na nartach”. Na jego pogrzebie byłyśmy tylko dwie z Krysią. Żegnałyśmy ostatniego z „naszych chłopców”. Pochowałyśmy go jak Stacha, zawiniętego w koc, pod tym samym szpitalnym pawilonem.

            Cały szpital przygotowuje się do ewakuacji. Jesteśmy ostatnim szpitalem wyjeżdżającym z Warszawy. Wyjazd organizuje doc. Rydygier. 25 X opuszczamy płonącą Warszawę i udajemy się do Grodziska. Tylko Bronka, pokochana przez siostry zakonne, wyjeżdża z nimi kolejowym transportem do szpitala w Krakowie, gdzie po paru miesiącach także kończy życie.

            Krysia z ojcem udaje się do Mogielnicy. Ja z ranną Natalką, za radą lekarzy Bednarskiego i Turskiego, jedziemy do dr. Jurewicza, do szpitala w Skierniewicach. Z Grodziska do Skierniewic przewożą nas samochodem napotkani uprzejmi Węgrzy. Dr Jurewicz troskliwie opiekuje się Natalką, ja pracuję cały dzień w szpitalu, nocując u pp. Nielubowiczów, właścicieli tartaku. Ich siostra, ranna w Warszawie, leczy się w tym szpitalu.

            W styczniu 1945 r. do Natalki przyjeżdża matka i pozostaje z nią w Skierniewicach do maja, tak więc ja nie jestem już Natalce niezbędna. Wychodzę ze Skierniewic 19 I, żegnana przez Natalkę i jej matkę. Przemiły dr Jurewicz pyta: – A dokąd ty idziesz, dziecinko? – Idę do Warszawy na medycynę, panie doktorze – odpowiadam i jestem z siebie bardzo dumna. Siostry zakonne też żegnają mnie jak córkę. Dają mi „wyprawę”: kołdrę, poduszkę, dwie zmiany bielizny i dwie białe, nocne koszule. Drogę ze Skierniewic do Warszawy przebyłam pół na piechotę, a pół pociągiem.

            Na Dworcu Zachodnim spotkałam moją koleżankę ze szkoły, Kalinę Haciewicz, której opowiedziałam, że mój dom na ul. Wspólnej jest całkowicie zburzony i nie wiem, gdzie będę dzisiaj nocowała. Kalina powiedziała mi, że jej ojciec jest właścicielem domu przy ul. Bartoszewicza 5, że dom ten wybudowany wiosną 1939 r. nie był zasiedlony i że podczas okupacji był zajęty przez Niemców, że nikt mnie z mieszkania tam nie wyrzuci, bo nie ma właścicieli. Byłam bardzo szczęśliwa i zaraz po zapisaniu się na medycynę, zajęłam sobie dwa pokoje z kuchnią.

            Wydział lekarski mieścił się na Grochowie, na ul. Boremlowskiej. Przyjęto mnie bardzo serdecznie. Nie miałam jednak żadnych dokumentów, nawet matury. Odzyskałam ją z Uniwersytetu Warszawskiego, gdyż byłam tam na fizyce w roku akademickim 1938/1939. Nie miałam też dokumentu stwierdzającego, że ukończyłam I rok medycyny na tajnym Uniwersytecie Poznańskim. Zdecydowałam więc zapisać się na I rok wydziału lekarskiego.

            Jest styczeń 1945 r. Jestem sama. Moja matka, jak się okazało, przebywa w obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen. Moja siostra, szwagier i dwoje siostrzeńców są w obozie pracy. W Warszawie nie ma żadnych moich przyjaciół. Nie mam pieniędzy, mam tylko mieszkanie.

            Zamknęłam okres swojego życia, który był poświęcony Ojczyźnie i ludziom, którzy potrzebowali pomocy – bohaterom Powstania Warszawskiego. Teraz postanowiłam się uczyć, uczyć medycyny, aby gdy zajdzie potrzeba, móc służyć im swoją wiedzą. Okres tych lat spędzonych na nauce, pomimo że było mi bardzo ciężko, wspominam zawsze ze wzruszeniem. Najgorzej było w ciągu dwu pierwszych lat. Mieszkałam w Śródmieściu, a studiowałam na Grochowie. Była to odległość ok. 11 km, które początkowo przebywałam pieszo, gdyż nie miałam pieniędzy na przejazd samochodami ciężarowymi. Stołowałam się początkowo tylko na uczelni. Śniadanie, obiad i podwieczorek były bezpłatne. Potem, gdy wydział lekarski został przeniesiony do Warszawy, sytuacja znacznie się poprawiła. Byłam jedną z najbiedniejszych studentek, ale ponieważ byliśmy bardzo zżyci ze sobą, nikt nigdy nie odmówił mi pomocy. Na trzecim roku, koledzy otrzymali stypendia, mnie odmówiono. Pewnie dlatego, że w moim życiorysie napisałam, że byłam żołnierzem AK i sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. Dziesięciu moich kolegów, po otrzymaniu swojego stypendium, wręczyło mi kwotę równą ich poborom. Nie słyszałam nigdy o takim wypadku. Myślę, że był to fakt niezwykły. Mieliśmy wspaniałych profesorów i asystentów. W mojej pamięci na zawsze pozostał p. prof. Grzybowski, okrutnie zamordowany przez UB. Był opiekunem naszego roku. Wszyscy przeżyliśmy bardzo boleśnie jego śmierć.

            Absolutorium otrzymałam w czerwcu 1949 r., a stypendium specjalistyczne z zakresu pediatrii we wrześniu 1949 r. w Miejskim Szpitalu Dziecięcym przy ul. Kopernika 43. W owym czasie warunki w szpitalu były bardzo ciężkie. Szpital był przepełniony. Niektóre dzieci przywożono w bardzo ciężkim stanie. Umierały na izbie przyjęć. Codziennie umierało od jednego do trojga dzieci. W szpitalu pracowali wspaniali lekarze. Najwięcej nauczyłam się od p. prof. Remigiusza Stankiewicza, który uważał, że lekarz powinien postawić zawsze diagnozę na podstawie wywiadu i dokładnego badania, nie korzystając z badań dodatkowych, gdyż nie wiadomo, w jakich warunkach możemy się znaleźć.

            Wiosną 1945 r. zarządzono ekshumację grobów na terenie Szpitala Dzieciątka Jezus. Rozpoznałam Stacha i Jurka i przeniosłam ich ciała do nowych grobów na Cmentarzu Wojskowym. Odtąd stale opiekuję się tymi grobami, doznając szczególnego wzruszenia zawsze, gdy jestem tam „przy moich chłopcach”. Z rannych, wyniesionych w sierpniu 1944 r. z Kolonii Staszica, przeżyło tylko dwóch: Romuald Jakubowski (Żegota), zwany przez nas Aldkiem, który ukończył prawo i został adwokatem, i Janek Gosk – architekt. Spośród nas, sześciu sanitariuszek pozostawionych przez dowódcę do opieki nad rannymi, trzy ukończyły medycynę. Myślę, że to nie przypadek, to tamte, powstańcze doświadczenia zaprowadziły nas na studia medyczne. Natalia Łusznienko-Sobczak jest rentgenologiem, Krystyna Person-Nejman – lekarzem chorób wewnętrznych.

            Przez całe moje życie lekarskie pracowałam dziesięć godzin dziennie i raz w tygodniu miałam dyżur. W szpitalu pracowałam na stanowisku starszego asystenta, a później zastępcy ordynatora. W 1975 r. zrezygnowałam z pracy w szpitalu z powodów zdrowotnych. Przeniosłam się do Stołecznego Ośrodka Matki i Dziecka na stanowisko wicedyrektora. Drugą moją pracą było zatrudnienie w Wydziale Zdrowia (później ZOZ-ie) Śródmieście jako lekarz pediatra, kierownik Poradni Dziecięcej i kierownik Poradni Specjalistycznej dla Dzieci (do 1992 r.).

            Przez cały okres studiów i pracy zawodowej nie utrzymywałam kontaktów z moimi koleżankami i kolegami z Powstania Warszawskiego. Kontakty te nawiązałam dopiero w 1986 r. Wszyscy wstąpiliśmy do Związku Żołnierzy Armii Krajowej w 1989 r. Zostałam wybrana do Zarządu Środowiska II Batalionu Szturmowego Odwet, początkowo jako skarbnik, następnie jako sekretarz. Obecnie jestem wiceprzewodniczącą. Od początku powstania Okręgu Warszawa Światowego Związku Żołnierzy AK pracowałam tam jako kierownik Działu Sanatoryjnego, a obecnie jako przewodnicząca Komisji Zdrowia. Staramy się pomagać naszym koleżankom i kolegom w często bardzo trudnych sytuacjach życiowych i zdrowotnych.

            Jakież były więc losy dziewcząt i chłopców z polowego szpitala przy ulicy Langiewicza 5? Przeszliśmy przez ogień, brutalność i nienawiść wojny, ale równocześnie doznaliśmy wiele serca i życzliwości. Otrzymywaliśmy niespodziewaną pomoc od obcych ludzi, a nawet od wrogów. Wiele razy ocieraliśmy się o śmierć. Żyjemy tylko dlatego, że takie było nasze przeznaczenie. Pozostało nam wielkie uczucie zwane przyjaźnią i myślę, że, tak jak w młodości, możemy zawsze i teraz na siebie liczyć. Każdy z nas w miarę swych możliwości stara się wypełniać ideały z lat młodości. Często też zadajemy sobie pytanie: kim byliby sanitariuszki i żołnierze Odwetu, gdyby żyli? Kim byliby nasi przyjaciele, Bronka, Jurek, Stach, Gryf i wielu, wielu innych?

            Wierzę, że gdyby była taka potrzeba, to i obecna młodzież, stanęłaby w obronie Boga i Ojczyzny, podobnie jak my w czasie wojny.

            Warszawa, grudzień 2000 r.

 

            Fragmenty niniejszej relacji związane z Powstaniem Warszawskim były publikowane w: Maria Sułowska–Dmochowska, II Batalion Szturmowy „Odwet” Armii Krajowej. Wspomnienia Żołnierzy (1993).

 

Życiorys

            Urodzona 14 V 1919 r. w Łodzi. Rodzice Henryk i Helena z Krzykowskich Szamowscy byli z pochodzenia obywatelami ziemskimi. Wychowywana była w duchu patriotycznym i katolickim. W roku jej urodzenia ojciec był dyrektorem Banku Rolnego w Łodzi. Matka zajmowała się wychowywaniem jej i starszej siostry. Ojciec zmarł na zapalenie płuc, gdy miała pięć lat. Przeniosła się wtedy z matką i siostrą do Warszawy, gdzie jej matka została redaktorem w dzienniku „ABC”.

            Uczęszczała do prywatnej szkoły Zofii Wołowskiej (szkoła powszechna i gimnazjum). Maturę zdała w 1938 r. i rozpoczęła studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego im. Józefa Piłsudskiego. Podczas Wojny Obronnej, we wrześniu 1939 r., pracowała jako sanitariuszka w szpitalu św. Łazarza. Od 1939–1941 r. z ramienia PCK była opiekunką żołnierzy w Szpitalu Ujazdowskim na oddziale chirurgii plastycznej, a później na oddziale gruźliczym. W 1942 r. wstąpiła do II Batalionu Szturmowego „Odwet” AK, gdzie była łączniczką i przeszła przeszkolenie sanitarne. W 1943–1944 studiowała medycynę na tajnym Uniwersytecie Poznańskim w Warszawie.

            Brała udział w Powstaniu Warszawskim na Kolonii Staszica, skąd przeniosła rannych żołnierzy AK do szpitala Dzieciątka Jezus. Dwa tygodnie po upadku powstania wyszła z ostatnim ewakuowanym szpitalem z Warszawy do Skierniewic, gdzie później pracowała jako pielęgniarka do 19 I 1945 r. W styczniu 1945 r. zapisała się na studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończyła je w 1949 r. Otrzymała stypendium specjalizacyjne z zakresu pediatrii i rozpoczęła pracę w szpitalu przy ul. Kopernika 43 w Warszawie. W szpitalu tym pracowała trzydzieści lat, kolejno na stanowiskach: młodszy asystent, starszy asystent i zastępca ordynatora oddziału wewnętrznego. Następne 10 lat pracowała na stanowisku zastępcy dyrektora Stołecznego Ośrodka Matki i Dziecka. Równocześnie, przez cały czas, pracowała w ZOZ Śródmieście. W 1992 r. przeszła na emeryturę.

            Za mąż wyszła w 1946 r. za inż. chemika Mieczysława Borowskiego. Ma dwóch synów: Andrzeja Borowskiego (ur. 1950), lekarza med., specjalistę chorób dzieci zatrudnionego w CZD w Warszawie i Jacka Borowskiego (ur. 1952), dr. inż. ogrodnika, pracownika naukowego SGGW w Warszawie.

            W 1989 r. wstąpiła do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Jest w Zarządzie Okręgu Warszawa i w Zarządzie Środowiska II Batalionu Szturmowego „Odwet”.

 

 

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82