Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
WSPOMNIENIA Z UDZIAŁU W POWSTANIU WARSZAWSKIM 1944 R.

Maria KOBUSZEWSKA-FARYNA

 

WSPOMNIENIA Z UDZIAŁU W POWSTANIU WARSZAWSKIM 1944 R.

 

            Minęło już 57 lat od tych pamiętnych, tragicznych dni. Życie pędzi z coraz to większą szybkością, której bynajmniej nie wstrzymuje fakt, że jestem już od jedenastu lat emerytką zatrudnioną tylko w połowie wymiaru czasu. Warunki życiowe zmienione ograniczeniami ekonomicznymi, spadek sił fizycznych, pamięć wyraźnie słabsza, obrazy z lat dawnych bledną, płowieją, wypadają lub zmieniają siłę wyrazu. Powstaje przeto bardzo smutne przekonanie, że wspomnienia z lat tak odległych stają się niedokładne, przez to mało prawdziwe. Być może są zbyt przekoloryzowane lub o wiele silniej wiarygodne od tych, które są odtwarzane na podstawie notatek pisanych na żywo, tj. spisanych na gorąco w czasie powstania. Na to jednak nie miałam czasu, ani warunków. A jednak może warto ocalić od zapomnienia nawet te wrażenia bardzo odległe, choćby stanowiły tylko strzępy ówczesnej rzeczywistości...

            W 1944 r. byłam dwudziestoczteroletnią warszawianką, po dwóch latach studiów uniwersyteckich na dwóch wydziałach prawnym i lekarskim (1937–1939). W czasach okupacji niemieckiej kontynuowałam studia lekarskie na wydziale lekarskim tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, po uprzednim zaliczeniu (1941–1942) programu Prywatnej Szkoły dla Pomocniczego Personelu Medycznego, zorganizowanej przez docenta dr. Jana Zaorskiego. W czasie tajnych studiów byłam zatrudniona jako fasowaczka, tzw. pracownik III stołu, w prywatnej aptece mgr. farmacji Michała Albrechta, który zapewniał mi posiadanie karty pracy, tolerując dowolny czas pracy, co umożliwiało studia. Wiosną 1944 r. zostałam zmobilizowana przez moją starszą koleżankę z gimnazjum im. Leonii Rudzkiej w Warszawie, dr Zofię Bratkowską, ps. Dr Barbara, znaną po wojnie pod nazwiskiem męża jako dr Zofia Szklarska.

            Zostałam zaliczona jako ochotnik do służby w Armii Krajowej, studentka medycyny, powołana do pracy lekarza w przygotowywanych placówkach służby zdrowia organizowanych przez Armię Krajową na wypadek wybuchu Powstania Warszawskiego. Losy moje w końcowym okresie II wojny światowej, w tym i w czasie Powstania Warszawskiego, zostały częściowo opisane:

            – przez moją siostrę, Hannę Zborowską z d. Kobuszewską, w pamiętniku rodzinnym, którego fragmenty opublikowano w czasopismach stołecznych, ostatnio zaś wydana została całość, pt.: Humor w genach (wyd. Kowalski-Stiasny, 2002 r.),

            – przez Hannę Odrowąż-Szukiewicz, Powszednie dni niepowszednich lat, Wydawnictwo MON, Warszawa 1984, ss. 192–210, w rozdziale zatytułowanym Wolność wśród walki,

            – w artykule mojej córki Hanny Faryny-Paszkiewicz, pt. Kto się w opiekę ... Losy jednej z warszawskich rodzin w: Kronika Warszawy 93–94, 1–2/1994 w 50. rocznicę Powstania Warszawskiego, ss. 263–278.

            Cóż jeszcze należałoby przekazać czytelnikowi od siebie sięgając do odległych wspomnień sprzed tak długiego okresu 57 lat? Może sam początek tych przeżyć, wspominając tych wspaniałych ludzi – bohaterów, powstańców i ludność cywilną – oszukanych przez Londyn i Moskwę i skazanych na najwyższe straty klęskę,  jaką dla narodu była śmierć tysięcy niezwykle wartościowej młodzieży, śmierć tysięcy cywilnej ludności, ginącej całymi rodzinami, zniszczenie bezcennych zabytków kultury polskiej, totalne zniszczenie dobytku mieszkańców stolicy, wreszcie całkowite zniszczenie miasta przez systematyczne wypalanie i wyburzanie ocalałych zabudowań już po wysiedleniu ludności. Ocalmy w naszych wspomnieniach chociaż strzępek pamięci o nich.

            Od piątku 28 VII 1944 r., kiedy to odwołano rozkaz rozpoczęcia Powstania Warszawskiego, żyliśmy w stałym napięciu i oczekiwaniu. Nastrój podniecenia był widoczny na ulicach. Młodzież, zwłaszcza męska ubierała się nieco odmiennie, bardziej po „wojskowemu”, co nie pasowało ani do pory roku, ani do utrzymującej się pięknej letniej pogody. Młodych chłopców widziało się na ulicach więcej niż w poprzednich miesiącach. Gromadzili się po kilku, zachowując się bardziej prowokacyjnie niż dotychczas, w latach obowiązującej pełnej konspiracji. Owa „buńczuczna” postawa zwracała również uwagę okupanta. Niemcy wobec narastających niepowodzeń na froncie wschodnim, rozpoczęli w Warszawie ewakuację urzędów, a nawet części wojska, jednocześnie ściągając na ich miejsce bardzo silne jednostki pancerne i rozmieszczając je częściowo w mieście i jego najbliższych okolicach.

            We wtorek 1 VIII 1944 r. rano, tuż przed wyjściem na zajęcia w Szpitalu Położniczo-Ginekologicznym przy ulicy Starynkiewicza 1, otrzymałam kartkę pisaną ręką Dr Barbary: „Stawić się – Wspólna 61 m. 2, godz. 15.” W czasie ostatnich przygotowań do opuszczenia domu, uchwyciłam figlarne spojrzenie mojej młodszej siostry Hanki oraz usłyszałam: –I znowu następny alarmik?– Hanka ubrana była w lekką letnią sukienkę, białe pantofelki. Wychodziła na godz. 12 do pracy w aptece mieszczącej na rogu ulic Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, a więc po drugiej stronie Alei Jerozolimskich. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że będzie mogła powrócić do domu po tygodniu licznych przygód, decydując się jako jedna z pierwszych osób przebiec drogą łączniczek przez Aleje Jerozolimskie, będące pod stałym, bardzo silnym ostrzałem niemieckim. A ja, ubrana sportowo, z garstką niezbędnych rzeczy osobistych, żegnana przez matkę krzyżykiem znaczonym na czole, ucałowałam resztę rodziny i wyruszyłam na punkt zbiórki, która miała miejsce w parterowym mieszkaniu państwa Ziembińskich. On w randze kapitana (ps. Jastrzębiec), był szefem grupy Wojskowej Służby Ochrony Powstania (WSOP), jego żona Zofia należała do naszej grupy Wojskowej Służby Kobiet (WSK), którą w Punkcie Sanitarnym przy ul. Wspólnej 61 m. 2 stanowiły następujące osoby:

            – lek. stomatolog Stefania Maciszewska (Dr Stenia), wyznaczona na kierowniczkę naszego punktu, z własnej woli ustawiła się jako intendent i żywicielka grupy, co było połączone ze stale narastającymi trudnościami w miarę przeciągającego się oporu powstańców,

            – 3 studentki medycyny wydziału lekarskiego tajnego Uniwersytetu Warszawskiego: Hanna Odrowąż-Szukiewicz (Hanka), asystentka prof. Edwarda Lotha, zasłużony pracownik naukowo-dydaktyczny w czasie okupacji. W zespole okazywała ogromną energię i inicjatywę organizacyjną, wiele zdziałała dla zespołu punktu oraz dla jego pacjentów. W końcu sierpnia rozchorowała się poważnie, a po leczeniu w lecznicy u Sióstr Franciszkanek przy ul. Hożej 55 dostała w pierwszych dniach września rozkaz przeniesienia ważnych meldunków do Milanówka, a po wykonaniu rozkazu, zwolnienie, aby rekonwalescencję odbyć w domu u rodziców w Podkowie Leśnej. Hanka odnalazła nasz zespół w Warszawie po kapitulacji, pomagając nam i naszym rodzinom w czasie pobytu w obozie przejściowym w Pruszkowie, osłaniając przed wyjazdem na roboty do Rzeszy. Obecnie emerytowana profesor anatomii, zasłużona dla Akademii Medycznej i Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie; Romualda Podniesińska (Halina II ?) moja koleżanka z gimnazjum im. L. Rudzkiej w Warszawie, była z nami zaledwie kilka dni, została przeniesiona do innego punktu sanitarnego, aby być bliżej chorej matki. Przeżyła wojnę, była w obozie jenieckim we Włoszech, gdzie po wojnie zginęła tragicznie w wypadku motocyklowym; Maria Kobuszewska (Dr Marysia), najbardziej zaawansowana w studiach, miałam zaliczone wówczas 5 lat studiów. Po wojnie Maria Kobuszewska-Faryna, emerytowany prof. zw. n. med., patomorfolog, 15 lat pracy w Akademii Medycznej w Warszawie, 29 lat w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego, wcześniej w Studium Doskonalenia Lekarzy w AM w Warszawie, 40 lat pracy w Szpitalu Bielańskim w Warszawie. Kierownik zakładów patomorfologii w uczelniach i w Szpitalu Bielańskim,

            – Halina Chrapowicka (Halina I), pielęgniarka przyuczona, ochotnik, dzielna i ofiarnie pracująca w punkcie sanitarnym, pod koniec powstania przekształconym w szpitalik polowy AK,

            – Halina Komorowska (Izola), również dzielnie i ofiarnie pracująca przez cały czas w punkcie i szpitaliku.

            Już 2 sierpnia zespół powiększył się. Zgłosiła się z Szarych Szeregów AK druhna Wanda Tazbirówna (ps. Dobrochna Suliborska), która nie dotarła do wyznaczonego punktu zbiórki na Powązkach. Ochotniczka przyjęta do zespołu, pracowała jako sanitariuszka, odznaczając się niezwykłą rzetelnością, oddaniem i sumiennością w ciężkiej pracy ratowania i pielęgnowania rannych. Po wojnie polonistka oraz znana szeroko aktywistka Związku Harcerstwa Polskiego, organizatorka Pierwszej Drużyny Harcerskiej w Instytucie Głuchoniemych w Warszawie. Znana działaczka na terenie międzynarodowym w zwalczaniu krzywdzących Polaków opinii o ich rzekomym udziale w dziele eksterminacji Żydów w Polsce w czasie II wojny światowej, zasłużona dla ratowania dzieci żydowskich. Obecnie znana z nawiązywania kontaktów z młodzieżą izraelską i propagowania prawdy wśród środowisk państw Europy i Ameryki Płn. Ceniony prelegent wśród instytucji rozwijających współpracę i rozpowszechnianie prawdy o okrutnych czasach wojennych.

            Po kilku dniach przybyła do nas studentka tajnych studiów medycyny, łączniczka i sanitariuszka w oddziałach AK na ul. Śliskiej, Halina Reszke. Nie znałam jej pseudonimu, na studiach miała przydomek Mędrek. Była studentką grupy, której przełożoną była Hanka. Po utracie przydziału formalnego – punkt i grupa uległy zbombardowaniu – uparcie poszukiwała Hani Szukiewicz, a po jej znalezieniu pozostała z nami aż do kapitulacji. Hala była niezwykle dzielną, rzekłabym bohaterską, odważną i ofiarną sanitariuszką. W ostatnich dniach powstania była przedstawiona przez Dr Barbarę do odznaczenia Krzyżem Walecznych, którego niestety nie otrzymała. Po wojnie dr Halina Reszke-Massalska była patomorfologiem, uczennicą prof. dr Janiny Dąbrowskiej, po której objęła kierownictwo Zakładu Patomorfologii Szpitala Praskiego w Warszawie. Znana z dużej wiedzy lekarskiej, niezwykle skromna, spolegliwa opiekunka ludzi chorych i starych, zawsze spiesząca im z pomocą. Zmarła 28 X 1995 r.

            Pod koniec sierpnia zgłosił się do nas doświadczony chirurg ze Śląska, dr Stoch, który odwiedził rodzinę, a po wybuchu powstania nie mógł powrócić do domu. Nie związany z żadną organizacją podziemną, czuł się niepewnie, nie godził się na warunki pracy, w jakich przyszło nam działać. Był w pewnym stopniu porażony swoją sytuacją, warunkami życia, w jakich się nieoczekiwanie znalazł. Trudno mu było opanować zwykły ludzki lęk przed coraz to większym bombardowaniem i ostrzałem oraz przed nieoczekiwanym wtargnięciem Niemców do naszego lokalu. Byliśmy bowiem na linii frontu. Przed nami walczyło zgrupowanie Obroża, a tuż przed nimi już były niemieckie placówki wojskowe w Politechnice. Pamiętam, że pierwszej nocy we wrześniu nasi chłopcy – powstańcy otrzymali rozkaz zmiany miejsca działania. Szybko opuścili swą pozycję, natomiast grupa wojskowa, która miała ich wymienić, nie przybyła. Szpitalik, z ogromną dziurą w murach piwnicy, został bez obrony i osłony. Wtedy przerażenie ogarnęło nie tylko dr. Stocha, ale i nasz dzielny do tej pory zespół. Nawet ja, nie mająca do tej pory czasu na lęk, po prostu się bałam. Zarządziłam prowizoryczną zasłonę dziury szafami i zdecydowałam, aby zrobić coś, co zajmie przerażonych rannych i zespół. Wymyśliłam urządzenie małego kabaretu, włosy zaplotłam w śmieszne warkoczyki związane kokardkami z bandaży, i rozpoczęłam program recytacjami, piosenkami wymyślonymi „na gorąco”. Pomału chorzy zaczęli spod pledów mnie obserwować. Do mnie jako prezenterki dołączyły sanitariuszki i dzięki temu „wisielczemu humorowi” pokonaliśmy lęk. Hala Reszke-Massalska i Wandzia Tazbirówna przypominały mi wielokrotnie po wojnie tę noc strachu, którą razem przeżyliśmy. Nawet cytowały teksty ułożonych wtedy deklamacji. Po dwóch dniach zgłosiła się nowa grupa powstańców i objęła opuszczony posterunek.

            Przez 63 dni powstania przeżywaliśmy jako zespół punktu sanitarnego aż trzy zmiany lokali: ze Wspólnej, po pożarze, przenieśliśmy się na kilka dni na ulicę Poznańską 14, potem na Hożą 39. Przydzielono nam duży lokal w głębokiej suterenie, gdzie była prywatna hurtownia apteczna, a właściciel przed powstaniem wyjechał z Warszawy. Był to lokal czysty, z drewnianymi podłogami, ścianami wymalowanymi olejną, a leki były poukładane w szafach ściennych. Pozostaliśmy tam do czasu kapitulacji, przekształcając we wrześniu punkt sanitarny w mały szpitalik polowy. Leki częściowo stanowiły doskonałą pomoc dla nas, resztę przekazaliśmy do apteki „Pod Aniołem” przy ul. Poznańskiej 17. Apteka ta zawsze ratowała nas w potrzebie.

            Naszą bezpośrednią zwierzchniczką była Dr Barbara kierująca wszystkimi punktami sanitarnymi Śródmieścia. Szefem sanitarnym dzielnicy powstańczej Śródmieście-Południe był major dr Wacław Kafliński ps. Jur. Natomiast komendantką naszej grupy Wojskowej Służby Kobiet była Misia, osoba w wieku lat czterdziestu, ubrana w mundur oficerski i beret, o wojskowym sposobie bycia. Sądzę, że była przedwojenną peowiaczką. W pierwszych godzinach powstania odwiedziła nas Dr Barbara. Dokonała zaprzysiężenia zwerbowanego przez nią zespołu. Na drugi dzień komendantka Misia wręczyła nam legitymacje Armii Krajowej, wydrukowane, koloru jasnoróżowego. Byłam wzruszona, że przed pseudonimem Marysia widniały literki Dr. To w czas powstania pasowano mnie na lekarza. Co prawda miałam już zaliczony program V roku studiów i kilka egzaminów dyplomowych. Po wojnie wydawało mi się, że spotkałam naszą komendantkę Misię jako prawnika w Studium Doskonalenia Lekarzy. Nie jestem jednak pewna tego, gdyż ona nie starała się okazać, że mnie spotkała w powstaniu. Ja zaś nie usiłowałam pytać, gdyż były to czasy, kiedy wiele osób obawiało się ujawnić niektóre szczegóły życiorysu.

            Osobą, którą często widywałam w czasie powstania, był prof. dr Witold Zawadowski, jeden z nestorów radiologii polskiej. Walki zastały go w jego prywatnym gabinecie RTG na ul. Poznańskiej 17, mieszczącym się nad Apteką „Pod Aniołem”. Zgłosił swą pomoc władzom sanitarnym powstania. Wykonywał badania z pomocą swojej pracownicy-laborantki o każdej porze dnia i nocy. Nie wiem, kiedy odpoczywał. Przynosiliśmy rannych na noszach do jego gabinetu i pozostawialiśmy ich. Dalszy kontakt z chirurgami załatwiał profesor, organizując na miejscu usuwanie odłamków lub nabojów. Po kilku tygodniach wyglądał jak pustelnik, z długimi siwymi włosami, z siwą brodą, zmęczony, lecz zawsze gotów do pracy, do pomocy rannym. Po wojnie, gdy mnie spotkał w budynku na ul. Chałubińskiego – nasze zakłady radiologii i anatomii patologicznej sąsiadowały ze sobą – zawsze przypominał powstańcze spotkania mówiąc: –Zawsze pamiętam koleżankę w popielatym kostiumie i furażerce z opaską AK na rękawie przynoszącą innych rannych. Pamiętam panią jako szarą figurynkę dziewczyny–powstańca.– Uratował wraz z chirurgami wielu młodych powstańców i wiele osób cywilnych od kalectwa, a może i od zgonu.

            W najbliższym sąsiedztwie naszego punktu, a potem szpitalika pracował zespół Głównego Punktu Opatrunkowego przy ul Poznańskiej 11. Kierował nim chirurg dr Edward Drescher, ps. Bogusz, po wojnie profesor chirurgii w Gdańsku i Szczecinie. Zespół stanowili dr Gustaw Nowotny, ps. Wiktor, również znakomity chirurg, po wojnie ordynator w Zakopanem, dr Tadeusz Nowakowski, po wojnie profesor pediatrii AM we Wrocławiu, oraz grupa medyków, zaawansowanych w studiach, Jan Walc z żoną Różą Nowotną-Walcową, siostrą Wiktora, i Zofia Smoleńska, po wojnie znany neurolog dziecięcy. Byliśmy z tym zespołem zaprzyjaźnieni, pomagając sobie wzajemnie. Pod koniec września, wobec ogromnego zapotrzebowania na pomoc medyczną, powstał nowy punkt sanitarny na ul. Hożej, po tej samej stronie ulicy, dwa-trzy domy od naszego lokum.

            W tym czasie na Warszawę spadały ciężkie pociski wyrzucane z dział pociągu pancernego. Pocisk taki zwalał trzy piętra kamienicy. Właśnie trafił w dom, w którym mieścił się wspomniany punkt sanitarny. Większość załogi i rannych zginęła, a po kilkunastu minutach od huku uderzenia pocisku, zaczęli zgłaszać się do nas ranni i ocalałe sanitariuszki. Wszyscy byli obsypani dokładnie popielatym pyłem, który pokrywał ubranie, skórę, włosy. Wśród tłumu poszkodowanych zauważyłam sanitariuszkę prowadzącą ciężko rannego. Po prowizorycznym zaopatrzeniu i skierowaniu do chirurga rannego, spojrzałam na towarzyszącą nam sanitariuszkę. – Nic siostrze się nie stało? –Nic, ocalałam – usłyszałam z popielatych ust. W tej chwili dostrzegłam małą czerwoną rankę na szyi, tuż nad wcięciem mostka. – Ależ siostra jest też ranna – rzekłam sięgając po pincetę. Gdy usiłowałam obmyć rankę, metal pincety zazgrzytał, jakby trafił na szkło. Pociągnęłam i ku memu przerażeniu wyciągnęłam z niewielkiej rany szyi sztylet ze szkła, odłamek szyby, szerokości 1,5 cm i długości 25 cm. Przez chwilę zrobiło mi się słabo, omal nie zemdlałam. Ujrzałam przerażone oczy pacjentki. – Boże, co się stanie za chwilę?– Z ranki stoczyło się kilka kropel krwi. Chwytam za tętno – w porządku. Czekam i obserwuję, cała w lęku, co ja zrobiłam.

Po półgodzinnych obserwacjach przemyłam rankę sanitariuszki. Ona i ja uspokoiłyśmy się. – Pójdę ratować innych rannych – krzyknęła i znikła. Następnego dnia odnalazłam ją w sąsiednich mieszkaniach. Czuła się dobrze. Po kilku dniach ranka zagoiła się bez powikłań. To zdarzenie zapadło mi w pamięć do dziś.

            Z upływem czasu, każdego dnia przybywało rannych i chorych, wszystkie metry podłóg były zajęte. Czasem były to „fale” rannych. Po upadku Starego Miasta otrzymaliśmy dużą grupę rannych, którzy byli transportowani kanałami. Brudni, cuchnący, z zakażonymi ranami wymagali specjalnych starań naszego zespołu, również osłabionego nadmierną pracą, ciągłym niedoborem snu, głodem, brakiem wody. Od tygodni jedynym naszym posiłkiem była porcja źle zmielonej kaszy, zwanej przez nas „kasza pluj” oraz garstka, o dziwo! owoców kandyzowanych, używanych do przybierania tortów. Była to zdobycz powstańców po zajęciu dużego magazynu cukierniczego. Wyprawy po wodę odbierały resztki sił i groziły życiu, ponieważ wróg ostrzeliwał z ziemi i powietrza gromadki „bandytów Warszawy” stojących w kolejkach do studni.

            W tych ciężkich dniach wielkim wsparciem dla nas była serdeczna, a z czasem bohaterska pomoc ludności cywilnej, walczącej i ginącej razem z powstańcami. Owe wsparcie dawały nam rodziny lub przyjaciele rannych, liczni ochotnicy z sąsiedztwa. Znosili nam, co mogli, wyręczali w prostych usługach wobec rannych. Pamiętam tylko nielicznych z nazwiska. Z Powiśla kanałami przybył do nas ciężko ranny powstaniec Tadeusz Kozłowski z żoną Marią, Dworakowską z domu. On był nafaszerowany dziesiątkami odłamków, których część do tej pory nosi w swoim ciele, ona razem z medyczką Zofią Czechowską, po wojnie moją koleżanką, patomorfologiem, hematologiem, kierownikiem pracowni patomorfologicznej Instytutu Hematologii w Warszawie, wspierały nas na każdym polu, dokonując w czasie dokuczliwego braku wody takich wyczynów, jak pranie naszych fartuchów lekarskich i dostarczanie zebranych od ludzi ręczników i prześcieradeł dla rannych. Nie sposób wyliczać wszystkich bezimiennych spolegliwych opiekunów każdego potrzebującego pomocy. Imię ich było „legion”.

            Wspominam, grzebiąc w pamięci, kilka moich wędrówek do rodziny. Była to wyprawa z Hożej 59 na ul. Sadową 17, zdawałoby się niedaleka droga. Ale nie wtedy. Cały czas wędrowałam pod ziemią. Ruch odbywał się piwnicami, połączonymi z sąsiednimi budynkami, otworami w murach ścian piwnic. Wszędzie były dyżury ochotników – cywili, którzy, oprócz napisów na ścianie, informowali przechodzących, o stanie na trasach, wskazywali krótsze połączenia itp. Jeżeli trzeba było przekroczyć ulicę pod którą nie było kontaktów przez piwnice, np. ul. Marszałkowską, to należało przebiec, narażając się na częsty ostrzał z pozycji wroga lub „gołębiarzy”, tj. żołnierzy lub obywateli niemieckich działających na dachach z ukrycia w rejonach opanowanych przez powstańców. W czasie pokonywania tak skomplikowanej trasy przechodziło się obok gromad ludzi koczujących w piwnicach. Byli to ludzie pozbawieni dachu nad głową lub lękający się niespodziewanych bombardowań bomb burzących czy zapalających. Wielu z nich miało zapuchnięte i zapłakane oczy na skutek zaprószenia po wybuchach niszczonych budynków. Ja jeszcze przed powstaniem, w czasie studiów dużo czasu poświęcić musiałam okulistyce. Powód był prosty. Był to pierwszy egzamin z przedmiotów klinicznych, którego dwa razy nie zdałam u doc. dr. Sobańskiego. Jako uczennica z grupy adiunkta dr. Altenbergera czułam, że przynosiłam wstyd wspomnianemu nauczycielowi, który wbrew opinii egzaminatora oceniał moją wiedzę bardzo dobrze. Przysięgłam sobie wówczas, że jeżeli po raz trzeci nie zaliczę egzaminu, poświęcę się wyłącznie okulistyce, gdyż zbyt dużo czasu i wysiłku włożyłam w tę dziedzinę medycyny.

            Pracując dodatkowo na oddziale i w ambulatorium zdobyłam dużą wprawę w zabiegach, zwłaszcza w wywijaniu powieki oka, a to wystarczało, aby obce ciało tkwiące od dawna w załamku spojówki wypłynęło razem ze łzami. Przykra dolegliwość natychmiast ustępowała. W czasie mych piwnicznych wędrówek sama podchodziłam do zapłakanych, trzymających chustkę przy oku ludzi, wywijałam w sekundę powiekę likwidując natychmiast cierpienie. Wiele błogosławieństw spływało wówczas na moją pędzącą dalej głowę! A ja wtedy darowywałam srogiemu egzaminatorowi znęcanie się nade mną. A okulistką nie musiałam zostać, ponieważ za trzecim razem zdałam egzamin chwalebnie. Ileż jeszcze przedziwnych, czasem bardzo tragicznych, czasem nawet komicznych sytuacji przeżytych w czasie Powstania Warszawskiego wyłania się z resztek pamięci, ale pora przestać nękać nimi czytelnika.

            Po kapitulacji dowództwo Powstania Warszawskiego i zwycięscy okupanci rozplakatowali rozkaz poddania się do niewoli wszystkich uczestników powstania, żołnierzy Armii Krajowej oraz rozkaz opuszczenia miasta przez wszystkich ocalałych mieszkańców. Nasi bezpośredni dowódcy przekazali nam rozkaz ewakuacji z miasta razem z rannymi. Pobiegłam do rodziny pożegnać się. Wszyscy szczęśliwie ocaleli, ojciec jednak był ciężko chory po przebytym krwotoku z nosa. Życie uratował mu dr Andukowicz, lekarz AK, zakładając przednią i tylną tamponadę nosa. O transfuzji mowy nie było. Poważnie zmartwiona stanem zdrowia ojca oraz niemożnością udzielenia pomocy z powodu bałaganu wywołanego rozkazem opuszczenia miasta, ze łzami uściskałam rodziców, siostrę Hankę, brata Janka i ukochaną ciotkę Janinę Kowalską, zabrałam trochę fotografii i ciepłe ubranie. Dom ocalał, ale trzeba było go opuścić. Jakież było moje zdumienie, gdy po powrocie do szpitalika, usłyszałam, że rozkaz ewakuacji zespołu został zmieniony. Rannych przejmują ekipy sanitarne niemieckie, a my, tj. załoga szpitalika, musimy iść do niewoli jako jeńcy. „Ja mam się zgłosić dobrowolnie do niewoli? O nie! nigdy!” Modlitwy mojej matki sprawiły, że po prawie dwumiesięcznym pobycie na Pawiaku, po przesłuchaniach na Szucha odzyskałam wolność, a teraz, gdy ojciec i rodzina mnie potrzebują tak bardzo, mam dobrowolnie zgłosić się do niewoli?

Pobiegłam do komendantki Misi. Przedstawiłam sytuację rodzinną, swoją opinię oraz prosiłam o zwolnienie mnie z przysięgi i posłuszeństwa rozkazowi. Misia zgodziła się. Wtedy w szpitaliku zjawiła się nasza Hanka, która przyjechała do Warszawy zobaczyć, co dzieje się z Halą Reszke, sierotą, posiadającą tylko dalszą rodzinę, co dzieje się z nami, czy żyjemy wszystkie. Obiecała pomoc w obozie przechodnim w Pruszkowie, gdzie pracowała z ramienia organizacji pomocy uchodźcom z Warszawy. Obietnicy dotrzymała, opiekowała się nami przez trzy dni, doprowadziła mnie i moją rodzinę do pociągu, wywożącego nas na teren Generalnej Guberni, a nie na roboty do Rzeszy. Jechaliśmy bydlęcym pociągiem, na stojąco, stłoczeni, w nieznane. W ostatniej chwili oddzielono od nas moją siostrę Hankę, która po wielu przygodach nie dała się jednak wywieźć. Uratowali ją ludzie z konspiracji, odnalazła nas po kilku tygodniach.

            Zmartwieni losem mojej siostry opuszczaliśmy gruzy biednej, zniszczonej, bohatersko walczącej Warszawy, doszczętnie dopalonej i zburzonej przez wroga po wywiezieniu mieszkańców.

Te krótkie, wyrywkowe wspomnienia kreślę w hołdzie dla uczestników Powstania Warszawskiego 1944 r., żołnierzy i ludności cywilnej, a zwłaszcza dla tych, którzy poświęcili swe życie w walce o wolność. Czy było warto? Emocje zwyciężyły chłodne osądy rozumu. Zawiodła obiecywana pomoc. Bohaterscy wojownicy stanęli na pozycji straceńców. Jeszcze zbyt wcześnie na rzeczową ocenę historii. Obecnie trwają dyskusje, opinie są skrajnie różne. Ale mimo wszystko Powstanie Warszawska stanowi ważny, choć tragiczny w skutkach, etap walki z okupantem, etap walki narodu o wolność.

            Bohaterom Powstania Warszawskiego należy się pamięć i cześć.

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82