Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
POLSKI SZPITAL WOJSKOWY W ZEITHAIN cz.2

         

            Stanisław IWANKIEWICZ

 

POLSKI SZPITAL WOJSKOWY W ZEITHAIN

 cz.2

 

 

Psy w obozie jenieckim?

            Wychodząc z Warszawy po kapitulacji właściciele psów, kotów i innego żywego inwentarza, z którym dzielili los niszczonego miasta mieli nie lada problem: co zrobić z ulubionymi zwierzętami, przyjacielami przecież ... Małe psy lub koty można było „od biedy” przeszmuglować w plecakach, ale duże psy ... Widziałem, jeżdżąc po 3 X z kolegami ciężarówkami z szoferami wehrmachtu, zwożąc tych, co nie zdążyli wyjść z miasta w kolumnach, często bardzo starych i chorych lub zniedołężniałych ludzi do naszego pociągu, którym mieliśmy jechać do obozu jenieckiego, wiele wałęsających się bezpańskich psów, kotów, fruwające papugi i kanarki.

            Nasi lekarze przemycili do pociągu kilkanaście psów. Gorzej było przemycić je do obozu, bo kapitan Abwehry, Stachel, i jego ekipa każdego przepytywali o krótki życiorys, czy nie występuje się pod obcym nazwiskiem itd., i rewidowali bagaże. Okazało się po paru dniach od przybycia do obozu w Zeithain, że wszystkie czworonogi przedostały się przez kontrolę szczęśliwie i w najlepsze zaczęły spacerować po terenie szpitala.

            Przez parę tygodni był spokój, ale przecież nie mogło ujść uwagi kontrolujących żołnierzy niemieckich, co się w obozie zwykłego lub raczej niezwykłego dzieje, że bezkarnie spacerują psy. Gdy wiadomość o tej „bezczelności” dotarła do komendanta obozu oberstabsarzta Lückego, ten wydał rozkaz usunięcia psów ze szpitala. Żałosne i smutne było pożegnanie, gdy Niemcy zabierali ukochane zwierzaki. Podpułkownik dr Tadeusz Bętkowski, naczelny chirurg szpitala, miał wspaniałego brunatnego setera, pieszczocha obojga państwa Bętkowskich. Pani Danuta Bętkowska, podobnie jak prawie wszyscy, płakała. Wiadomo było, że psy zostaną gdzieś w lesie zastrzelone. Jakież było zdumienie wszystkich i nieopisana radość państwa Bętkowskich, gdy jeszcze tego samego wieczora seter wrócił i sam, pod drutami, przedostał się do obozu. Jednakże z radości machając tylko ogonem, nie szczekając, jakby wiedział, że w tej sytuacji bezpieczniej jest cicho siedzieć. Jak to się stało, że ten jeden pies wrócił? Czy został ułaskawiony, czy sam uciekł? Czy może uznano, że podpułkownik dr T. Bętkowski jako naczelny chirurg (popularnie zwany „tatą” za dobre serce, choć język czasem– jak przystało na chirurga lat przedwojennych i wojskowych– był bardzo ostry i słowa dosadne) zasługiwał na pewne względy? Uczyniono wyjątek? Chyba nie komendant Lücke ... Ale seter od tego dnia chował się pod pryczę, gdy tylko poczuł zapach munduru niemieckiego, a węch miał bardzo dobry i chował się już wtedy, gdy żołnierze wchodzili do naszego szpitala. Seter wrócił do Polski z naszym szpitalem w sierpniu 1945 r.

 

Paczki Czerwonego Krzyża

            Pierwszy transport paczek Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przyszedł do szpitala 15 XII 1944 r. Każdy jeniec otrzymał paczkę pięciokilogramową, zawierającą konserwy mięsne, masło, mleko skondensowane, czekoladę, biszkopty, kawę i przybory toaletowe. Następnie było jeszcze kilka mniejszych przydziałów, a w połowie marca zamiast obiecanych mundurów przyszedł transport szalików i ... kalesonów. Podobno wagony z mundurami uległy rozbiciu w czasie znanych nalotów na Drezno.

            Okazało się, że z kalesonów można uszyć zgrabne bluzki, a szaliki były materiałem na spódniczki. Po kilku dniach większość pielęgniarek i sanitariuszek paradowała w mundurkach à la Zeithain 45. Oprócz paczek indywidualnych PCK przysyłało do kuchni ryż, mąkę, konserwy i masło.

 

Ostrzelanie baraków (w relacji Jerzego Wilka)

            Staś (Stanisław Kowalski–Iwankiewicz), poza pełnieniem funkcji szefa kancelarii szpitala, prowadził naukę języka niemieckiego wśród żołnierzy naszego baraku. Tego dnia, 6 III 1945 r., siedział przy stole tuż „za celtą” oddzielającą część oficerską od żołnierskiej. Jego uczniem był tym razem jeden z trzech braci Zdanowskich, który siedział na przeciw Stasia. Słyszałem wyraźnie pytania i odpowiedzi. Słyszałem, jak Staś polecił Zdanowskiemu odmieniać: – Zostałem postrzelony przez posterunek.– Ten powtórzył odmianę w pierwszej osobie, a gdy zaczął: – Du bist ... – padł strzał. Odebrałem go raczej jak uderzenie kijem w dach baraku niż strzał. Ktoś krzyknął, światło zgasło po obu stronach „celty”. Skoczyłem na tamtą stronę, już zapalono świeczki. Staś siedział skurczony uciskając prawą dłonią swe lewe ramię, dość mocno zakrwawione. Zdanowski trzymał przed sobą lewą dłoń, zakrwawioną i pozbawioną paliczka, środkowego palca. Rannym udzielono natychmiast pomocy. Staś miał powierzchowną ranę mięśni lewego ramienia. Zdanowski stracił paliczek, następnie pocisk zatrzymał się na jego obojczyku.

            W następnym tygodniu, w dniu 12 III, padł ponownie strzał z wieżyczki koło baraku nr 3. Tym razem sanitariuszka w baraku nr 18, Krystyna Nogaj (Zenkteller) została trafiona śmiertelnie wprost w serce. Zginęła w przeddzień swych imienin, tego dnia, w którym jej mąż w obozie jenieckim Mühlberg, oddalonym od naszego obozu o kilkanaście kilometrów zaledwie, myślał o dniu następnym – imienin swej ukochanej i sądził, że teraz w szpitalu jenieckim nic jej nie grozi. Pogrzeb Krystyny Nogaj poprzedziła manifestacja całego obozu. Niemcy nawoływali do zaprzestania manifestacji i grozili strzelaniem do jej uczestników, jeśli nie posłuchają wezwania. Nie odważyli się jednak użyć broni. Była komisja Czerwonego Krzyża z Genewy. Poległą pochowano z honorami wojskowymi.

 

Aresztowanie przez gestapo

            W dniu 14 I 1945 r. gestapo aresztowało pracownika sanitarno–administracyjnego szpitala, starszego sierżanta Feliksa Rutkowskiego, przed wojną zawodowego podoficera Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie. Był on więziony w Dreźnie, a następnie zwolniony po znanym nalocie aliantów na Drezno i zbombardowaniu więzienia. Gdy Rutkowski zgłosił się, by go przyjęto do szpitala, Lücke oświadczył, że nie ma podstawy do przyjęcia (brak skierowania). Dopiero pomogła interwencja pułkownika L. Strehla.

 

Szeregowiec Wiktor Kleniewski

            W połowie stycznia 1945 r. przyprowadziłem grupę chorych do łaźni mieszczącej się w tzw. przedoboziu. Łaźnia była obsługiwana przez jeńców sowieckich. W pewnym momencie podszedł do mnie młody, wysoki, mocno zabiedzony żołnierz sowiecki i przedstawił się po rosyjsku: – Szeregowiec Wiktor Kleniewski, także Polak.– Na moje pytanie, czy nie zna języka polskiego, odpowiedział, że mówi źle, ale rozumie prawie wszystko. Jego pradziadek był powstańcem, pochodził z Lubelszczyzny i był na Syberii. Jego rodzina mieszka w Tbilisi. Moi koledzy, przysłuchując się tej rozmowie, powiedzieli mi, że Krystian Kleniewski z baraku nr 4 pochodzi z Lubelszczyzny. Następnego dnia obaj Kleniewscy spotkali się w łaźni i wymienili dane o swoich rodzinach. Okazało się, że ich pradziadkowie byli braćmi.

            Dla odkarmienia Wiktora postanowiliśmy przemycić go do naszego obozu, na co Wiktor uzyskał zgodę sowieckich władz obozowych, a my zgodę pułkownika Strehla. Wiktor został umieszczony w moim baraku nr 3. Przydzielono mu pryczę nade mną, która akurat była wolna. Wiktor, maturzysta z 1940 r., był inteligentnym, oczytanym młodzieńcem. Przez dwa miesiące opowiadał nam o tym, co jego zdaniem było godne przedstawienia o Związku Sowieckim. Niestety, w czasie jednej z nagłych rewizji baraku, Wiktor został odkryty i zidentyfikowany jako jeniec sowiecki. Za ucieczkę otrzymał 14 dni aresztu. Za przetrzymywanie jeńca z innego obozu ja otrzymałem także 14 dni paki. Jednak interwencja pułkownika L. Strehla poparta paczką amerykańską i kawą oraz papierosami poskutkowała. Po trzech dniach hauptmann Stachel darował nam karę. Po oswobodzeniu obozu Wiktor został powołany do służby w kompanii ochrony „Gospitala Leontiewa”. Gdy w połowie maja 1945 r. Krystian Kleniewski chciał zabrać Wiktora na zachód, dokąd on się udawał, Wiktor odmówił. Uważał, że powinien wrócić do kraju, gdzie czeka na niego rodzina. Wiktor dobrze wiedział, że Stalin skazał wszystkich jeńców na łagry. Był przekonany, że jako ten, który dostał się do niewoli w wyniku ciężkich ran, będzie być może łagodniej potraktowany.

            Przez następne lata często wspominałem Wiktora. W 1972 r. byłem na spotkaniu, które urządzał rektor Uniwersytetu Wrocławskiego dla przebywającej u niego delegacji Związku Kombatantów Sowieckich. W czasie przyjęcia siedziałem obok pułkownika sowieckiego, który przedstawił się jako Władysław Mickiewicz i mówił bardzo dobrze po polsku. Pytałem go, czy jest możliwość odnalezienia Wiktora i nawiązania z nim kontaktu. Pułkownik powiedział mi, że oczywiście taka możliwość istnieje, wszakże trzeba by upewnić się, czy Wiktor jest takim spotkaniem zainteresowany – tutaj pewności nie ma. Ładnie powiedziane – „aluzju poniał”. Koniec.

 

 

Seans spirytystyczny

            Było to pod koniec marca lub na początku kwietnia 1945 r. Amerykanie dochodzili w okolicy Kreinitz, od naszego obozu około 15 kilometrów do Łaby, i nie mieli zamiaru pójść dalej na wschód. Słychać było czasem odgłos ciężkiej artylerii. Rosjanie jeszcze nie przekroczyli Nysy. Wydawało się, że do obozu „lada dzień” wkroczą alianci. Chór obozowy wprawiał się w śpiewaniu hymnów angielskiego i amerykańskiego. Czekaliśmy niecierpliwie ... może jutro, może pojutrze wejdą nasi wybawcy z zachodu ... W połowie kwietnia ruszył front znad Odry i Nysy. Nie wiedzieliśmy o tym, że na naszym kierunku idzie nasza II armia, którą nad Nysą zatrzymała armia niemiecka Schoernera, zdążająca z Czechosłowacji na odsiecz Berlinowi. Zniecierpliwienie i niepewność potęgowały się. Kto do nas pierwszy przyjdzie – Amerykanie i Anglicy czy Rosjanie?

            Obozowi spece od seansów spirytystycznych z pułkownikiem Tadeuszem Kaweckim i kapitanem Lucjanem Kowalewskim postanowili zorganizować seans spirytystyczny i wywołać ducha marszałka Piłsudskiego, po którym spodziewali się „profesjonalnej” odpowiedzi na dręczące pytania naszych strategów (uchowaj Boże takich strategów!). Seans organizował w naszym 3. baraku kapitan Kowalewski. Tuż przed północą, w momencie największego napięcia, gdy wydawało się zainteresowanym seansem, że Marszałek zaczyna mówić, z belki nad stolikiem zleciało kilkanaście menażek. Przerażenie było olbrzymie. Zapalono światło i wówczas, już bez trudu, „po nitce do kłębka”, nie trudno było odnaleźć sprawców – dowcipnisiów, którzy jednym pociągnięciem nitki zbeszcześcili taką imprezę. Dowcipnisia, którym okazał się St. Kowalski, przed należną za to bezeceństwo kocówą, wybronili przyjaciele z Jurkiem Wilkiem na czele. A do obozu weszli Rosjanie – mimo, że chór nie był przygotowany na ich przyjęcie i Międzynarodówki nie umiał, a pewno i nie chciał śpiewać.

 

 

 

Styczniowa ofensywa na wschodnim froncie

            W połowie stycznia 1945 r. ruszyła znad Wisły ofensywa wojsk sowieckich. Po 6 dniach Kalisz był wolny – takie było tempo nacierającego frontu. Przed wojskami niemieckimi posuwały się kolumny uciekających Niemców, osiedleńców w Poznańskiem (Warthegau). Drogi były zatarasowane, podobnie jak we wrześniu 1939 r. Tylko, że Niemcom przyszło uciekać w zimie. Kolumny wozów z uciekinierami przechodziły drogą obok obozu. Po wielodniowej ucieczce wyczerpane konie nie były w stanie ciągnąć obarczonych dobytkiem wozów. Obok wozów szły także kobiety i małe dzieci – opatulone, bo zima była nawet w Saksonii wówczas ostra. To byli nasi wrogowie, ale mimo to żal było patrzeć jak w śnieżycy posuwały się wolno kolumny ...

                        Mit Mann und Pferd und Wagen hat

                        sie der Herr geschlagen ...

przypomniały mi się strofy wiersza opisującego odwrót Napoleona spod Moskwy ...

            W dniach od 20 do 24 II 1945 r. lotnictwo alianckie w dywanowych nalotach bez przerwy równało z ziemią Drezno, oszczędzane do tej pory. Prócz bomb burzących dużego kalibru i zwykłych bomb zapalających użyto wówczas dużych bomb fosforowych nazwanych przez Niemców „Fosforkanister”, które sprawiły, że asfalt ulic palił się płomieniem uniemożliwiając ucieczkę ludności. Całe miasto płonęło. To było bez przesady morze płomieni widoczne u nas w obozie, oddalonym przecież od Drezna o kilkadziesiąt kilometrów.

            Jaka była przyczyna tak zmasowanych nalotów na miasto, które nie odgrywało roli strategicznej? Czy to był odwet? Ale za co? Czy to była demonstracja siły? Gdzie był wówczas Göring, który niedawno przedtem oświadczył butnie, że jeśli lotnictwo wroga osiągnie przewagę nad niemieckim, to on będzie się nazywał Müller? Więc jak, panie Müller? Czy widział pan tak jak my, jak nad Łabą zbierają się eskadry amerykańskie i angielskie i w paradnym niemal szyku, nie zakłócane przez artylerię przeciwlotniczą lecą w ilościach 2500–3000 samolotów na Berlin kilka razy dziennie?

            Sąsiadami szpitala były obóz żołnierzy z 1939 r. (oddział tbc), szpitale włoski i sowiecki. Kontakty z oddziałami polskim i włoskim były ożywione: oficjalne wzajemne konsultacje lekarskie, pomoc w paczkach dla naszych chorych na tbc w pierwszym okresie po przyjeździe do obozu oraz nieoficjalnie muzycy i śpiewacy włoscy przedostawali się wieczorami, pod drutami, do naszego szpitala i koncertowali w barakach. Z obozem sowieckim także nawiązano kontakty, a na wiadomość, że w ich obozie przebywają także dzieci rodzin lekarskich przesyłano od nas paczki żywności, także pod drutami.

 

Uroczysty apel załogi niemieckiej z okazji urodzin Hitlera w dniu 20 IV 1945

            W południe tego dnia komendant oberstabsarzt Lücke przemawiał do załogi niemieckiej naszego obozu ustawionej w dwuszeregu na głównej alei między obozem włoskim i naszym. Zebranych było dobrze widać i głos Lückego był dobrze słyszany z terenu naszego szpitala. Lücke przemawiał z dużym zaangażowaniem, usiłując wlać nadzieję w serca wątpiących chyba już o zwycięstwie führera żołnierzy. Ze wschodu dochodził już huk armat zbliżającej się Armii Czerwonej, raz po raz odzywała się także artyleria aliantów, których oddziały już od paru tygodni zalegały na lewym brzegu Łaby, oddalonej przecież od obozu o kilka kilometrów, a eskadry alianckie przelatywały kilka razy dziennie, czasem w liczbie od 2 do 3 tysięcy. W tej scenerii Lücke dawał nadzieję ... Andrzej Nowicki, mój goniec, bardzo żywy i pomysłowy młodzian, zorganizował grupę kilkunastu rówieśników spośród rannych, z ukrycia, za barakami, wyjących „szatańskim głosem i śmiechem”. Lücke i jego załoga byli jednak nie do poruszenia.

            Ruszyli natomiast na zachód w nocy z 21 na 22 IV nazajutrz po tej ostatniej w ich życiu odprawie. Ratuj się, kto może! 21 IV wcześnie rano kilka czołgów sowieckich stanowiących rozpoznanie pokazało się obok obozu. W nocy uszła w pośpiechu załoga niemiecka obozu. Przez cały niemal dzień był względny spokój. Wielu jeńców sowieckich i włoskich wyszło zza drutów i zaczęło plądrować okoliczne wsie w poszukiwaniu żywności. U nas panował ład. Pułkownik Strehl zabronił komukolwiek opuszczać teren szpitala. Suchy prowiant udało się wydostać z magazynu żywnościowego.

            Przed wieczorem czołgi rozpoczęły wycofywanie. Nawoływano do opuszczania obozu i udawania się w kierunku Budziszyna. Obóz sowiecki w połowie opustoszał. Nawet część ciężko rannych wychodziła, ale wkrótce zalegała w rowach. Rosjanie obawiali się, że gdy Niemcy wrócą, dokonają masakry. Pułkownik Strehl wydał rozkaz, by nasi lekarze i pielęgniarki objęli opieką szpital sowiecki, bowiem okazało się, że większość lekarzy rosyjskich wyszła z obozu z rannymi.    

22 kwietnia nie było w obozie ani Niemców ani Rosjan. W godzinach popołudniowychwjechał nagle do naszego szpitala gazik niemiecki. Z samochodu wyskoczył młodyleutnant i natknął się akurat na mnie zdążającego do kancelarii. Spytał mnie,kto tu dowodzi i kazał się prowadzić do pułkownika Strehla, gdy mu powiedziałem,że niemieckiej załogi nie ma.

 

Pułkownikowi Strehlowi butny leutnant oświadczył, że szpital ma trzy godziny na przygotowanie się do wymarszu w kierunku Riesa – na zachód. On reprezentuje armię Schoernera idącą na odsiecz Berlinowi. Tutaj będzie jutro bitwa i teren trzeba opuścić. Po tym oświadczeniu, nie czekając na odpowiedź, leutnant szpital opuścił. Oczywiście rozkaz był niewykonalny. Poza tym istniało niebezpieczeństwo, że Niemcy mogą nas na drodze zmasakrować. Nie ruszyliśmy się z miejsca.

            Wcześnie rano 23 IV ukazała się najpierw sowiecka kawaleria na małych konikach, w większości bez siodeł. Jedni w wojskowych pelerynach, inni okryci kocami. Wyglądali jak zjawy. Potem pokazały się czołgi. Wkrótce opanowali cały teren, nie broniony zresztą. Uwolnienie obozu nastąpiło przez I zmotoryzowany pułk kawalerii generała Baranowa. Generał Baranow dziękował pułkownikowi Strehlowi i polskim lekarzom za zaopiekowanie się sowieckim szpitalem w dniach paniki frontowej 21 i 22 IV oraz przedstawił majora lekarza Leontiewa, który ze swoim szpitalem „Gospitalem Leontiewa” obejmował szpitale pojenieckie.

            Nasz szpital jeniecki był wolny ... ale tylko od Niemców. Przyszli oswobodziciele – ci, z którymi rozstałem się bez pożegnania w 1939 r., uciekając z pociągu, który miał nas zawieźć do Kozielska. Rozstaliśmy się nad Zbruczem, a spotkaliśmy się po kilku latach nad Łabą. Zostaliśmy polskim oddziałem „wojennego szpitala Leontiewa – Gospitala Leontiewa”.

            Drugiego lub trzeciego dnia po uformowaniu się szpitala w nowych warunkach, odbyło się spotkanie komendy szpitala Leontiewa i naszej komendy z pułkownikiem L. Strehlem na czele. Major Leontiew przedstawił swych współpracowników: politruka i swych zastępców lekarzy i powiedział, jak mamy się do nich zwracać, np. towarzyszu kapitanie itp. Obecna była także sekretarka Leontiewa, której jednak nie przedstawił. Następnie odbyło się „małe przyjęcie z dużą wódką”. Po kolejnych toastach z obu stron ja poprosiłem o głos i spytałem: – No, a jak będziemy się zwracać do sekretarki towarzysza majora? Madame czy towarzyszka? – Sekretarka zapłoniła się po uszy, a nasi Ruscy zaczęli się śmiać. Tak się im to spodobało i zaczęli wołać: – O, madame towariszka, Lena ... Cha, cha, cha! ...

            Pewnego dnia, gdy pracowałem, do naszej kancelarii wszedł pułkownik Strehl, a za nim politruk „gospitala” kapitan Tridubienko. Kapitan był w bryczesach, bez butów, w łapciach i koszuli rozpiętej, bez bluzy i „w stanie”, który mu pozwalał zaledwie utrzymać się na nogach. Mimo to był czujny i zauważył, że nie wstałem na widok pułkownika Strehla i jego oczywiście, co spowodowało, że ryknął do mnie: – Nada wstać, pan pałkownik priszoł!– Tutaj muszę wyjaśnić, że zgodnie z ustaleniami płk. Strehla, po przyjściu rano do kancelarii i zameldowaniu się u niego, nie byłem obowiązany wstawać za każdym razem, gdy pułkownik Strehl wchodził do mego pokoju. Ja odpaliłem: – Ja znaju pana pałkownika ...– Politruk zgrzytnął głośno zębami i wyszedł. Pułkownik Strehl odprowadził politruka, a gdy wrócił do kancelarii, rzekł zatroskanym głosem: – Panie podchorąży, tak nie można ... niech pan uważa, bo oni w takim przypadku są gotowi zastrzelić – dla nich to drobnostka.

            Do majora Leontiewa chodziłem dwa razy w tygodniu z receptariuszem do akceptacji. Pewnego dnia, gdy przyszedłem jak zwykle, po zameldowaniu się podałem receptariusz. Major receptariusz wziął, położył go na biurku ... i nic. Następnie przeglądał jakieś papiery, robił notatki, pracował, nie zwracając uwagi na moją obecność, jakbym był powietrzem. Załatwiał wchodzących interesantów i nadal nic. Po pół godzinie chyba takiego czekania pozwoliłem sobie usiąść i czekam. Upłynęła chyba godzina, gdy towarzysz major raczył się odezwać: – Widzę Kowalski, że umiecie czekać. Od dzisiaj nie będziecie czekać, będziecie załatwiani w pierwszej kolejności. Istotnie, tak od tego dnia było.

            Szpital Leontiewa miał kompanię ochrony, złożoną z byłych jeńców. Kompania raz po raz robiła naloty na sąsiednie wsie. Wypędzała ludność, „ponieważ Wehrwolf się zbliża i będzie bitwa”, a potem spokojnie grabiła gospodarstwa. Pewnego dnia stałem obok wartownika przy głównej bramie szpitala, gdy podeszło kilka osób odświętnie ubranych, jak się okazało Niemców. Przedstawili się wartownikowi, że są delegacją sąsiednich wsi i mają pismo od generała z sąsiedniego miasteczka do majora Leontiewa. Wartownik przeczuwając chyba, że przyszli ze skargą na dokonywane rozboje, załatwił delegację krótko: – Gienierałom zdjeś ja ...– podarł pismo i strzelił im nad głowami kilka razy ... Delegacja szybko odeszła.

 

Zwierzenia Miszy

            Ordynansem majora Leontiewa był starszy wiekiem żołnierz, szeregowiec. Małego wzrostu, szczupły, z sumiastym wąsem. Po kilku tygodniach, w ciągu których bywałem często w kancelarii majora Leontiewa przynosząc do podpisu receptariusz, spotykałem przed wejściem do kancelarii ordynansa Miszę. W rozmowach ze mną Misza podkreślał, że w jego rodzinie było kilku Polaków, a jego babką była też Polka. Misza pochodził z okolic Smoleńska i mówił nieźle po polsku, choć było w tym dużo rusycyzmów lub słów białoruskich. Kilkakrotnie zapraszałem Misze do naszego baraku i częstowałem go przydzielanym „spiritem”. Rozmawialiśmy „o wszystkim i o niczym” zwykle. Kiedyś jednak Misza spytał mnie czy wiem, co to jest Katyń. O Katyniu wiedziałem tyle, ile wówczas można było się dowiedzieć z prasy niemieckiej lub „szmatławca”, czyli Kuriera Warszawskiego. Powiedziałem więc, że to był obóz polskich oficerów zamordowanych przez Niemców. – O nie – sprostował Misza. – To zrobili nasi, to Stalin ... Stalin stracił wielu naszych generałów i nawet marszałków.– Na tym rozmowa nasza się urwała. Non multa sed multum – pomyślałem. (Niewiele, ale jednak wiele!).

 

            Polski Szpital Wojskowy w Zeithain przebywał tam do sierpnia 1945  współdziałając ze szpitalem Leontiewa. Wiele operacji wykonywali nasi chirurdzy na życzenie oficerów sowieckich. Szczególną współpracę rozwinął chirurg naczelny szpitala podpułkownik Tadeusz Bętkowski, który przez cały czas był konsultantem szpitala Leontiewa.

            10 VIII 1945 r. na stacji Jacobsthal, na tej samej, na którą przybyliśmy w październiku 1944 r., rozpoczęto ładowanie dobytku szpitalnego, a 12 VIII transport 58 chorych i rannych oraz personel ruszył w stronę Polski. Docelowym miejscem był Toruń. Szpital funkcjonował do końca lutego 1946 r. Chorych i rannych wypisywano stopniowo do domów lub na inne oddziały szpitalne. W drodze do Torunia jechaliśmy przez Poznań, gdzie zarządzono kilkunastogodzinną przerwę w podróży. Wykorzystałem to i udałem się do dziekanatu wydziału lekarskiego, by dowiedzieć się, jakie mam szansę na przyjęcie. Przyjął mnie dziekan, prof. Kurkiewicz, który wysłuchał najpierw mego życiorysu, a następnie zaproponował mi warunkowe przyjęcie na drugi rok. Musiałem dać odpowiedź do 1 IX. W Toruniu dostaliśmy dwa domy przy ulicy Mostowej i zaczęliśmy urządzać szpital. Zajęło to nam kilka dni. 25 VIII zameldowałem pułkownikowi Strehlowi, że pragnę jechać do Kalisza, by przygotować się do studiów.

 

           

Życiorys

            Urodzony 24 XI 1920 r. w Kaliszu. Gimnazjum humanistyczne im. Adama Asnyka ukończył w 1937 r., a liceum humanistyczne im. Tadeusza Kościuszki w 1939 r. W sierpniu 1939 r. rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych Sanitarnych Zawodowych w Warszawie. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r. w 104. Szpitalu Polowym jako sanitariusz podchorąży. Uciekł z transportu sowieckiego, a potem z niemieckiego. Był drwalem w Osinach od stycznia 1940 r. i w tym czasie organizatorem grupy ZWZ „Osiniacy”. Od sierpnia 1940 r. do marca 1944 r. pracował w różnych firmach budowlanych w kaliskiem jako pisarz. W marcu 1944 r. uciekł do Warszawy przed aresztowaniem przez gestapo. W powstaniu brał udział jako łącznościowiec w zgrupowaniu „Krybara”, następnie „Sławbora”. Wraz z drużyną budował linię telefoniczną ze Śródmieścia na Mokotów kanałami, pod pozycjami niemieckimi. Po kapitulacji zgłosił się do szefa sanitarnego AK płk. dr. Leona Strehla i został szefem sekretariatu Polskiego Szpitala Wojskowego w Zeithain (szpital jeniecki Stalag IVB Zeithain – Saksonia). Po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną szpital został oddziałem polskim „Gospitala Leontiewa”. W sierpniu 1945 r. wrócił ze szpitalem do kraju, do Torunia. Studia lekarskie na Akademii Medycznej we Wrocławiu ukończył w 1950 r. W czasie studiów był jednym z organizatorów Akademickiego Związku Sportowego, w tym wioślarstwa, we Wrocławiu.

Zrealizował odbudowę wysadzonej w powietrze w czasie oblężenia Wrocławia przystani wioślarskiej AZS. Od 1950 r. do 1991 r. był pracownikiem kliniki otolaryngologicznej AM we Wrocławiu. Doktorat uzyskał w 1961 r., habilitację w 1963. Docentem etatowym został w 1965 r., profesorem nadzwyczajnym w 1970 r., zwyczajnym w 1977 r. W latach 1975–1991 był kierownikiem kliniki otolaryngologicznej. W latach 1969–1972 był prorektorem ds. nauki i rektorem od 1972 do 1978 r. Był organizatorem wydawnictwa naukowego „Prace naukowe AM we Wrocławiu” (1967) i jego redaktorem naczelnym przez 24 lata. Jako rektor patronował opracowaniu planów budowy Nowej Akademii Medycznej na Krzykach. W czasie jego dwóch kadencji rektorskich wyraźnie ożywiła się działalność naukowa i dydaktyczno-wychowawcza, nastąpił wzrost kadry naukowej, a dzięki współpracy z zakładami przemysłowymi Dolnego Śląska wzrost kredytów na aparaturę naukową i poprawę bazy zakładów i klinik.

            Jest autorem 358 prac naukowych i publicystycznych, w tym podręczników wznawianych kilkakrotnie, monografii, 41 filmów naukowych, 11 wniosków racjonalizatorskich, w tym wraz z prof. E. Wnuczakiem pierwszego polskiego prototypu mikroskopu operacyjnego. Jest pionierem mikrochirurgii ucha i krtani oraz autorem pierwszego polskiego podręcznika chirurgii ucha (1970), a także autorem rozdziału w pierwszej polskiej „Audiologii Klinicznej” Teofili Bystrzanowskiej (1968, wyd. także w j. rosyjskim dla ZSRS). Był promotorem 25 doktoratów z otolaryngologii i neurochirurgii, opiekunem 4 habilitacji. Wyszkolił ponad 40 specjalistów z otolaryngologii. Jest członkiem honorowym licznych towarzystw naukowych krajowych i zagranicznych. W 1981 otrzymał doktorat honoris causa Akademii Medycznej w Dreźnie. Posiada wiele odznaczeń wojskowych i cywilnych, w tym: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyż Walecznych i Odznakę Budowniczego Wrocławia.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82