Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
PRZEŻYŁAM ... cz.2

    

Krystyna Marta PERSON–NEJMAN

 

PRZEŻYŁAM ...

      

 

c.d

 

 

  Następnego dnia przed południem usłyszałyśmy nieznaną nam, ale jakoś swojską i miłą dla ucha i serca mowę – rosyjską. Zajęłyśmy na piętrze miejsca przy oknach pełne nadziei, że to na pewno wojska sowieckie, które przyszły nam z pomocą. Ujrzałyśmy z daleka w jednym z ogródków postacie w niemieckich mundurach. Nie byli to na pewno nasi wybawcy. Wieczorem gosposia powiedziała nam, że do któregoś domu wpadli żołdacy Kamińskiego – zgwałcili kobiety, zabili mężczyzn, którzy nie zdążyli się ukryć. Nie zdołałyśmy się dowiedzieć, czy byli wśród nich nasi chłopcy. Nie wiedziałyśmy jeszcze, gdzie znalazła miejsce nasza Basia. W czasie ewakuacji trafiła do jakiegoś innego domu z rannym Jurkiem Marksem. Bałyśmy się o nią. Wydawało się, że w większej gromadce łatwiej będzie wybrnąć nawet z najtrudniejszych sytuacji, a ona została sama.

            6 sierpnia zaczęłyśmy nasz zwykły pracowity dzień. Po utracie plecaka nie miałam się w co przebrać, zrobiłam więc małą przepierkę, Zosia wstawiła kaszę czy ryż na obiad i miałyśmy przystąpić do sprzątania, kiedy usłyszałyśmy strzelaninę, głośne wybuchy granatów i krzyki. Podbiegłam do okna. W tym momencie rozległy się strzały. Z zielonej korony drzewa tuż przy naszej willi wychyliło się i bezwładnie spadło na ziemię martwe ciało Janka Jakubowskiego. Obok niego obejmując pień drzewa, na które nie zdążył się wdrapać, osunął się drugi chłopiec. Chcieli się pewnie ukryć. Ten drugi nie zdążył pójść w ślady Janka i znaleźć ochronę w gęstwinie zielonych gałęzi drzewa. Wskazał jedynie kryjówkę kolegi. Zginęli obaj.

            Rozległo się dobijanie do drzwi od strony tarasu, które prowadziły bezpośrednio do pokoju najciężej rannych. Krystyna zdecydowała się natychmiast otworzyć. Zauważyłam podchodzących do własowców dwu niemieckich oficerów. Zarzuciłam na bieliznę marynarkę i dobiegłam do Krystyny. Stanęła odważnie w otwartych drzwiach. Była zupełnie blada. Powiedziała po polsku: – proszę nie strzelać, tu są ciężko ranni ludzie cywilni.–  Na okrzyk –Banditen!– wytłumaczyłam po niemiecku, że mamy rannych, wśród których nie ma żadnych bandytów, tylko przypadkowi przechodnie, ludzie cywilni. Przyszło jeszcze kilku Niemców z oddziału broni przeciwlotniczej. Wśród nich znaleźli się Ślązacy. Wytłumaczyli nam, że musimy natychmiast wynieść stąd rannych, ponieważ „Ukraińcy” podpalili willę graniczącą ścianą z nami. Poprosiłyśmy Niemców o pomoc i opiekę. Zgodzili się i poradzili jeszcze, żebyśmy schowały zegarki, jeżeli nie chcemy ich stracić. Swoją maleńką złotą „Cymę” przypięłam pod pachą do marynarki.

            Miałyśmy za mało noszy, a i nas było zbyt mało na jednorazowe zebranie wszystkich rannych. Ułożyłyśmy rannych na noszach. Pierwsze wyszły Zosia i Krystyna niosąc Janka, za nimi następne dziewczęta. Aldka Jakubowskiego wzięłyśmy z Natalią na ręce, starając się przenieść tak, aby nie zauważył trupa swego brata. Wyszli z nami trzej lżej ranni chłopcy. Nie uchroniłyśmy ich ani my, ani nawet Niemcy. Nie wyglądali na cywilów. Żadne tłumaczenia nie pomogły. Złapali ich własowcy, przeprowadzili za narożnik willi i natychmiast zastrzelili. Z dymiącymi pistoletami powrócili do nas, nim zdążyłyśmy wejść do domu, który dla rannych zajęli Niemcy. Jeden z nich szarpnął za łańcuszek i zerwał mi z szyi medalik, o którym zupełnie zapomniałam.

            Przerażeni gospodarze odstąpili dla rannych pokój na I piętrze. Po ułożeniu Aldka zeszłyśmy z Natalią na dół, żeby podziękować naszym wybawcom, Niemcom. Owych dwu młodych oficerów rozmawiało z nami bardzo miło i kulturalnie. Powiedzieli między innymi, że Niemcy są narodem o starej kulturze wojennej, że nigdy nie pozwalali i nie pozwalają sobie na zabijanie bezbronnych i niewinnych. W pewnym momencie jeden z nich krzyknął „Halt”, uniósł pistolet i z odległości kilku metrów strzelił do kilkunastoletniego chłopca, który usiłował przebiec przez ogród. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam zmienioną twarz mordercy w momencie popełniania mordu. Nie zapomniałam jej do dziś. Oficer armii z wiekowymi tradycjami „kultury wojennej” wyskoczył przez otwarte okno, podszedł do chłopca, sprawdził, czy na pewno nie żyje, i z szerokim uśmiechem na wygładzonej już twarzy wrócił spokojnie do nas. Przerażone z Natalią zaniemówiłyśmy. Dostrzegli prawdopodobnie w naszych oczach coś, co kazało im wytłumaczyć się. Dowiedziałyśmy się, że chłopiec na pewno był bandytą, ponieważ po okrzyku „Halt” usiłował uciec.

            – Przecież to dziecko – powiedziałam drżącym głosem.

            – U was wszyscy walczą z nami, od dziecka do starca – usłyszałyśmy w odpowiedzi.

            – Dlaczego wobec tego pomogliście nam? – zapytałam.

            – Obroniliśmy was przed bestialstwem Słowian.

            Na górze słychać było okrzyki: – Wszyscy bandyci! Wszystkich trzeba pozabijać! Nikt nie może tu zostać żywy–  itp. Natalia zwróciła się do „miłych” oficerów i poprosiła: – Pomóżcie więc do końca i wyrzućcie z tego domu wszystkich żołnierzy, żeby nie plamić munduru niemieckiego krwią kobiet i bezbronnych rannych.– Brzmi to w tej chwili, z perspektywy lat, trochę patetycznie, w owym czasie jednak ten patos odniósł swój pozytywny skutek. Po kilkunastu minutach dom był „oczyszczony”. „Ukraińcy” zapowiedzieli jednak, że złożą nam jeszcze wizytę. Jeden ze Ślązaków dał dobrą radę, żeby dziewczyny zrobiły się na jak najbrzydsze, bo niestety oni nie będą nas mogli nadal chronić.

            Zostaliśmy sami swoi. Przeżyliśmy, choć nie wszyscy, jeszcze jeden koszmarny moment, który mógł się skończyć dla wszystkich śmiercią. Byliśmy pełni napięcia, zdenerwowani. Dziewczęta nie wiedziały, co ze sobą zrobić, snułyśmy się po domu z kąta w kąt. Uspakajałyśmy rannych, który przeżyli straszne chwile. Cały czas wisiała nad nimi groźba śmierci. Było to dla nich, w poczuciu całkowitej bezradności i bezbronności, chyba jeszcze dotkliwsze i straszniejsze niż dla nas. Nagle usłyszałyśmy z kuchni głos Zosi: „Obiad gotów”. Nic nie mogło odprężyć tak szybko i skutecznie jak te dwa słowa. Przywróciły nas one do życia, do zwykłego trybu powstańczego dnia.

            Okazało się, że w czasie, kiedy z Natą „zabawiałyśmy” rozmową Niemców, Zosia z gosposią powędrowała z powrotem do willi p. Gebertowej i przyniosła stamtąd nasze wyprane rzeczy, zapasy żywności i trochę ubrań gospodarzy. W ostatnim momencie przypomniała sobie o gotującym się ryżu i wróciła jeszcze raz, wynosząc z palącego się domu olbrzymi garnek kipiącego ryżu. Byłam pełna podziwu dla jej odwagi i przytomności. Ten gorący ryż, który mogliśmy dzięki Zosi zjeść, przywrócił uśmiech na nasze twarze.

            W płonącej willi pod nr 13. w piwnicy siedziało kilku czy kilkunastu chłopców. Bałyśmy się, że nie wytrzymają gorąca i wyskoczą, a wtedy na pewno wszyscy zginą. Ogień dogasał, wille były tylko częściowo spalone i nie istniało już niebezpieczeństwo objęcia ogniem piwnic. Któraś z dziewcząt przekradła się do nich, żeby powiedzieć, że żyjemy i błagać o wytrzymanie. Zaniosła im wody i coś do jedzenia. Zbliżał się wieczór. Niektóre dziewczęta przygotowywały się do zapowiedzianej wizyty własowców. Ala i Danka „robiły się na brzydkie”, tzn. związały sobie włosy w dwa sterczące za uszami ogonki, inne stosowały jakieś bliżej mi nie znane zabiegi obrzydzające, a ja pożyczałam od Natalii zapinany szczelnie pod szyję sweter, bo bluzka moja jeszcze nie wyschła. Przed domem zatrzymał się samochód. Wysiadło z niego kilku żołnierzy armii Kamińskiego. Dowodził nimi młody, przystojny, wysoki mężczyzna, wyróżniający się z gromady swoich żołnierzy przede wszystkim inteligentną twarzą i schludnością w ubiorze.

            Zawołałam Natalię, która siedziała z rannymi na górze. Wydawało się, że zarówno jej uroda, jak imię i ukraińskie nazwisko, może przychylniej usposobić do nas tę hałastrę. Schodząc na dół zobaczyła oficera i wyrwał jej się po polsku okrzyk: – Jest przynajmniej z tymi żołdakami Niemiec, może się będzie łatwiej dogadać. Usłyszeliśmy ku naszemu zdumieniu odpowiedź również po polsku: – Tu nie ma żadnych Niemców, ani żołdaków. Pokażcie tych swoich rannych cywilów. Zatkało nas zupełnie. Zaprowadziliśmy go na górę. Obejrzał wszystkich, powymachiwał pistoletem. Powiedział, że właściwie wszystkich należało by rozstrzelać, ale on może się jeszcze z tym wstrzymać i kazał wszystkim oprócz rannych zejść na dół. Zebrali domowników łącznie z nami w dwu największych, połączonych rozsuwanymi drzwiami pokojach. Był w całym towarzystwie jeden starszy pan i kilka starszych pań.

            Po krótkim wstępie zaczęła się selekcja. Przepuszczono wszystkich przez filtr. Niektóre dziewczęta zatrzymywali, innym, starszym, kazali przechodzić do pokoju po przeciwnej stronie holu. Nie pomagały związane kitki, wykrzywione twarze itp. Gorączkowo myślałam, co zrobić. Oglądałam się szukając Natalii. Nigdzie jej nie dostrzegłam. Nie wiem, czy nie wyszła wcześniej. Zauważyłam, że pozostała już ostatnia starsza pani. Złapałam ją z Ewą pod pretekstem, że nie może chodzić. Pan komendant widząc nas, parsknął śmiechem, ale machnął ręką i przepuścił. Wniosłyśmy babcię do zaciemnionego pokoju i posadziłyśmy w fotelu, stojącym na środku. Chciałyśmy gdzieś przycupnąć za jakąś kanapą czy większym fotelem pod ścianą. Nie udało nam się. Wszystkie miejsca były zajęte. Usiadłyśmy więc z Ewą na dywanie po obu stronach fotela. Minuty trwały wieczność. Dochodziły do nas dzikie krzyki żołnierzy z pokoju vis–à–vis i z góry. W pewnym momencie usłyszałyśmy z góry kilka następujących po sobie strzałów. Liczyłam. Jeden, dwa, trzy, cztery ... Czyżby zabili rannych? Zupełnie nie mogłam sobie uświadomić, ilu ich leżało. Pięć, sześć osób? Nie wiem. Może zostawili Bronkę i starego dziadka, który został ranny w czasie pracy w ogródku działkowym. A może strzelali tylko dla postrachu.

            Podsumowałam swoje krótkie życie. Niczego jeszcze nie osiągnęłam. Co pozostawię po sobie? O Boże, jak nie chcę umierać. Tak bardzo chciałabym zobaczyć ojca, chociaż na chwilę. Modliłam się tak żarliwie jak nigdy wcześniej ani później w życiu. Ewa szepnęła: – przygotuj się Krystyna, pewnie za chwilę przyjdą nas wykończyć.– Usłyszałyśmy tupot bosych nóg na schodach. Do pokoju wpadła blada jak płótno Ala: – Schowajcie mnie! Chciał mnie zabić! Chciał mnie spalić! – szeptała spazmatycznie. Znalazło się jeszcze jakieś miejsce obok leżącej na kanapie chorej starszej pani, która troskliwie zakryła Alę kołdrą. Zgasiłyśmy światło. Serca w nas zamarły. Siedziałyśmy zupełnie zdrętwiałe w całkowitym milczeniu. W pokoju było duszno, a mnie, mimo że byłam w swetrze, było zimno, drżałam.

            Po pewnym czasie, który wydał mi się wiekiem, otworzyły się z trzaskiem drzwi i snop oślepiającego światła latarki poraził nasze oczy. Usłyszałyśmy rechot śmiechu i słowa „a teper pogulajem dzieuszki”. W otwartych drzwiach stał żołnierz z pistoletem w prawej, a latarką w lewej ręce. Pod pachą przyciskał butelkę. – Nu, dawaj, dawaj – budu strelać. – Popatrzyłam na Ewę. Wstała, zdawać by się mogło, zupełnie spokojnie. Lodowato zimną, mokrą dłonią pociągnęła mnie za sobą i powiedziała: –musimy iść, bo wszystkich powybijają.– Pijany, cuchnący, brudny, rozczochrany żołdak wprowadził nas do pokoju vis– à –vis.

            Widok, jaki ukazał się naszym oczom, był przerażający. W świetle zasłoniętej granatową szmatą żarówki olbrzymi pokój zasnuty mgłą dymu z papierosów, cuchnący kwaśnym zapachem najpodlejszej knajpy. Przy dużym okrągłym stole zobaczyłam trzech czy czterech żołdaków, a obok nich nasze dziewczęta. Jeden z nich obejmował żonę naszego lekarza. Na ciemnej serwecie rozstawione bezładnie butelki z wódką, jakieś dwie czy trzy szklanki i kawałki suchego chleba. Zaproszone zostałyśmy dość silnym pchnięciem do libacji, jaka odbywała się przy stole. W chwili siadania na krześle zobaczyłam leżącego na fotelu naszego lekarza, Marka z opatrunkiem na twarzy. W czasie ewakuacji uchował się jakoś z życiem, ale któryś z żołnierzy uderzył go kolbą pistoletu w twarz, łamiąc kość nosową. Nawet nie zauważyłam, kiedy to się stało. Teraz leżał blady z przystawionymi do skroni karabinami. Miał się przyglądać zabawie bez możliwości jakiejkolwiek reakcji ze swojej strony.

            Usiadłam obok wypomadowanego, gładko uczesanego żołnierza. Wlał mi do wymazanej szklanki wódki i zachęcał do picia. Zdawałam sobie sprawę, że nie mogę odmówić, a jednocześnie nie mogę pić. Udawałam wesołą, dobrze pijącą. Czułam jak wódka spływa mi na sweter, który stawał się coraz bardziej mokry. Błogosławiony sweter oddał największą przysługę, jaka mi była w danym momencie potrzebna. Doskonała wełna wchłaniała alkohol, pozwalając mi zachować trzeźwość. Pijani żołdacy nie zauważyli nawet, że ich oszukuję. Wypomadowany elegant uporczywie powtarzał, że źle się dzisiaj czuje, bo jeszcze nikogo nie zabił. Koledzy pocieszali go, że jeszcze nic straconego i zadowoleni opowiadali o Wasi, jak go nazywali, historie mrożące krew w żyłach. Dowiedzieliśmy się z nich, że podobno zabił nawet swoich rodziców. Przerażona przesunęłam się kawałek dalej i znalazłam się obok rozczochrańca, który przyprowadził nas do pokoju. Był roześmiany, wesoły, koniecznie chciał, żebyśmy się wszyscy dobrze bawili. Oczywiście uważał, że może nam to zapewnić wypicie jeszcze większej ilości wódki. Dolewał mi więc do szklanki coraz to nowe porcje. Grono bawiących się przy stole zaczęło się zmniejszać. Jeden z żołnierzy wyciągnął swoją towarzyszkę do przyległego pokoju, drugi wyprowadził do holu.

            Do „sali bankietowej” wkroczył jakiś blondyn z aparatem fotograficznym na piersi. „Mój” rozczochraniec chciał mieć zrobione zdjęcie. Przybyły miał trochę trudności z otworzeniem aparatu, które przy mojej pomocy jakoś pokonał. Spojrzał w wizjer, odsunął się o dwa kroki od stołu, jeszcze raz spojrzał i przystąpił do ustawiania fotografowanych obiektów. Okazało się, że zdjęcie miało być ze mną. Posadzili mnie w fotelu, na poręczy usiadł rozczochraniec, przytulając do mojej głowy swój spocony, brudny policzek. Patrząc na te uroczyste przygotowania do robienia zdjęcia w ciemnym pokoju, prawdopodobnie bez filmu w aparacie, nie mogłam się powstrzymać od wybuchu szczerego śmiechu, śmiałam się jak wariatka. Bawiła mnie groteskowość sytuacji w tych makabrycznych warunkach, w których w każdej chwili mogłyśmy stracić życie. To poważne, a jednocześnie jakieś naiwne pozowanie przez fotoamatora, jego ruchy, spocona czerwona twarz, zlepione włosy i siedzący na poręczy brudny żołnierz przytulony do mnie, zaczęli mnie bawić. Przestałam się na chwilę bać.

            W tym momencie wszedł do pokoju ich dowódca, spojrzał na mnie i roześmiał się. Pstryk, pstryk – zdjęcie zostało zrobione. Mój towarzysz stwierdził, że już dojrzałam do tego, żeby mógł przeprowadzić swoje dalsze plany i wyprowadził mnie do holu. Z tego, co mówił do mnie, zrozumiałam jedynie, że mamy iść do innej „komnaty”. Tłumaczyłam, że wszystko zajęte, że musi poczekać. On wracał uparcie do swego, grożąc jednocześnie pistoletem. Cofnęłam się o krok i krzyknęłam „panie komendancie”. Otworzyły się drzwi od pokoju i stanął w nich na szeroko rozstawionych nogach, podparty pod boki pan komendant. Wyglądał jak typowy Niemiec. Popatrzył na mnie z ironicznym uśmiechem i zapytał, co się stało. Ze łzami w oczach zaczęłam go prosić, żeby powiedział żołnierzowi, aby mnie zostawił. Chyba ma matkę, siostrę, żonę czy narzeczoną i nie chciałby, żeby któraś z nich wróciła po wojnie taka, jak ja mogę wyjść z tej innej komnaty. Zresztą nie wiem dokładnie, co mówiłam. Podobno było to rozpaczliwe i w swojej rozpaczy przekonywujące, jak powiedzieli mi następnego dnia siedzący w pokoju obok gospodarze i koleżanki.

            Komendant odesłał żołnierza na górę, a mnie zaprosił z powrotem do pokoju. Stwierdził, że chyba się go nie boję, więc mogę usiąść na jego kolanach. Usiadłam sztywno i uświadomiłam sobie, że zaczynam od początku „zabawę”, tylko z kimś innym. Byłam wykończona. Pomyślałam sobie: „no cóż, przynajmniej jest czysty”. Poczęstował mnie papierosem. Usiłowałam palić, ale natychmiast zauważył, że nie umiem. Zapytał, dlaczego mu nie powiedziałam, że nie palę.

            – No, ostatecznie mogę palić, mimo że nigdy nie paliłam, byle bym nic innego nie musiała robić – odpowiedziałam.

            – A wódkę piłaś?

            – Nie, wylewałam.

            – To bardzo dobrze, ja też wódki nie piję. – Dalej potoczyła się rozmowa na temat tego, co robiłam przed powstaniem. Nie mógł zrozumieć, co to jest szkoła pielęgniarska. Powiedziałam, że to takie kursy sanitarne. – Aha, medycyna – rozumiem – powiedział. Tłumaczyłam, że nie, ale uparcie trwał przy swoim, co zresztą było dla mnie bardzo korzystne, bo pozwolił mi usiąść na krześle. Ośmielona jego zachowaniem zapytałam, czy nie wie, co się dzieje z Natalią, to znaczy tą dziewczyną, która go tak obcesowo powitała na schodach. Popatrzył na mnie i zapytał, dlaczego tak mnie to interesuje. Wyjaśniłam, że jest moją przyjaciółką i chyba zrozumiałe, że się o nią niepokoję.

            Uśmiechnął się, wstał, zrobił minę jakby chciał sobie coś przypomnieć i powiedział, że zamknął ją w łazience, żeby uchronić przed żołnierzami. W tym momencie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Natalia, stanęła w drzwiach. Dalej rozmawialiśmy o literaturze polskiej, a nasz komendant wykazał jej zupełnie dobrą znajomość. Okazało się, że ponoć studiował dziennikarstwo i zajmował się trochę naszą literaturą. Nata, żeby podnieść mnie w jego oczach powiedziała, że piszę, że nawet mam wydrukowanych kilka nowel. Było to wierutnym kłamstwem, bo poza własnymi i czasem Wojtka wypracowaniami szkolnymi, nie miałam na sumieniu innych wyczynów literackich.

            Pan komendant nabrał do nas szacunku, zwłaszcza po odpowiedzi na pytanie, co byśmy zrobiły dzisiaj mając broń. Stwierdziłyśmy, że tutaj nie użyłybyśmy jej ze względu na bezpieczeństwo innych, zwłaszcza rannych, ale gdybyśmy znalazły odpowiednią okazję to starałybyśmy się wszystkich jego żołnierzy zabić. Na naszą prośbę uwolnił Marka i odstawił broń w kąt. Sam zdjął swój pas z pistoletem i położył na stole, a żołnierzom zakazał strzelania do kogokolwiek. Miła rozmowa o literaturze przy szklance wody, komplementy dla Natalii, szacunek dla nas – zupełna sielanka. Po jakiejś godzinie pan komendant zarządził zbiórkę i wywiózł swoją gromadę spitych żołdaków. Wieczór obył się bez śmiertelnych ofiar. Kilka dziewcząt przeżyło jednak straszne chwile, których wspomnienie do końca życia będzie wywoływać dreszcz grozy i odrazę. Ranni chłopcy także bardzo głęboko przeżyli swoją bezbronność i bezsilność wobec przemocy.

            Następnego dnia już głośno zaczęto mówić o przejściu wszystkich żołnierzy do Śródmieścia. Nocą mają się przeprawić pierwsze grupy. Wiemy, że ciężko ranni muszą zostać, ale kto się ma nimi opiekować, jeszcze nie zdecydowano. Po południu znów łazik zatrzymuje się przed naszym domem. Przyjechał komendant z kierowcą, wczorajszym rozczochrańcem. Oczywiście pan komendant chce się widzieć z Natalią. Ta ciągnie mnie razem ze sobą do pokoju na piętrze, który na tę wizytę udostępnili nam gospodarze. Cały dom wyciszony, nikt nie chce nam przeszkadzać. Komendant elegancko się z nami przywitał, zdjął czapkę, pas z pistoletem i z mapnika wyjął butelkę starego tokaju, jakieś konserwy, chleb. Musiałyśmy spróbować wina – było doskonałe – a on poprosił jedynie o szklankę wody. Tego dnia opowiedział nam o swoim życiu. Wydaje się, że mówił prawdę. Ojciec pracował w ambasadzie sowieckiej w Rzymie, matka była Włoszką. Był jeszcze małym dzieckiem, gdy ojciec został odwołany z powrotem do Związku Sowieckiego, gdzie aresztowano go wraz z żoną. Alosza znalazł się w domu dziecka. Rodziców już nigdy nie zobaczył. Na pytanie Natalii, dlaczego walczy po stronie Niemców i zdradza swoją ojczyznę, uśmiechnął się i skwitował, że nie czuje się ani Rosjaninem, ani Włochem, a woli być z Niemcami. Wie, że i tak pewnie niedługo zginie. Zabiją go Niemcy, jak przestanie być potrzebny albo właśni żołnierze, którzy go nie lubią, bo nie pije i nie rabuje z nimi, a wreszcie mogą go zabić powstańcy. Przecież jest naszym wrogiem.

            Jest 9 sierpnia. I znów następne popołudnie i wieczór, które spędzamy razem z Aloszą. Właściwie to go nam żal. Stracił rodziców, nie ma ojczyzny, wśród obcych wrogich mu ludzi i chyba czuje się trochę zagubiony w tej całej zagmatwanej rzeczywistości. Rozmawiamy z nim dość długo i modlimy się, żeby zbyt wcześnie nie wyszedł i nie natknął się na ostatnie grupy wychodzących do Śródmieścia powstańców. W pewnym momencie przerywa rozmowę w środku zdania i zwraca się do nas z przestrogą, że nie będziemy wolni, jak wejdzie tu Armia Czerwona. Jak się okazało jego słowa były prorocze. W końcu prosi Natalię o rozmowę w cztery oczy. Wychodzą przed dom, a ja waruję pod drzwiami, żeby być w pobliżu i móc zareagować na każdy jej okrzyk. Po kilku minutach Natalia staje w progu i mówi: –Oświadczył mi się.– Właściwie to nawet nie byłam tym zaskoczona, po prostu chłopak zakochał się. Bałam się tylko, że będzie chciał ją z sobą zwyczajnie zabrać. Okazał się jednak przyzwoitym człowiekiem.

            Na Langiewicza 9 z ciężko rannymi Roman zostawił Krystynę, Natalię, Zosię, Ewę i mnie. W domu pp. Lorentowiczów została Basia z Jurkiem Marksem. Ostatnie grupy naszego batalionu są już pewnie na Polu Mokotowskim. Całą noc czuwamy, nasłuchujemy czy nie padają strzały. Modlimy się o szczęśliwe przejście. Boimy się, że mogą nie dojść do Polnej. Mam nadzieję, że już doszli do Śródmieścia. O świcie zasypiam. Dziś pewnie Janka Winiarska będzie u mego taty, zawiadomi go, że żyję, ale musiałam zostać na Kolonii Staszica. Przed południem przyszli do nas Niemcy z willi na Sędziowskiej 3. Zapowiedzieli, że musimy najpóźniej jutro wyjść stąd. Oni się wycofują, a rządy nad całym osiedlem obejmują żołnierze Kamińskiego. Obejrzeli rannych i przy okazji zauważyli też wyszabrowane przeze mnie puszki. Jeden z nich uparcie twierdził, że są to ich puszki, które zginęły, a my również uparcie odpowiadałyśmy, że nasze. Wreszcie wszedł na górę inny żołnierz, chyba sanitariusz, i powiedział stanowczo, że na pewno puszki nie należą do nich, bo mają napis „steril”, Okazuje się, że dobra wola sanitariusza i plasterki naklejone na puszki uratowały nas.

            Korzystając następnego dnia z zawieszenia broni poszłyśmy z Natalką z białą serwetką na patyku do szpitala przy szkole pielęgniarskiej, żeby załatwić miejsca dla naszych rannych. Byłyśmy przekonane o konieczności załatwienia sprawy ewakuacji rannych, a jednak czułyśmy się zawstydzone idąc miarowym krokiem aleją Niepodległości z białą chorągiewką. Czułyśmy na sobie wzrok Niemców z lewej i naszych z Politechniki z prawej strony ulicy. Nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, że byli to chłopcy z naszego batalionu. Przy zbiegu ul. Koszykowej i Chałubińskiego mieścił się szpital i szkoła pielęgniarska, do której uczęszczałam. Wejście do szkoły od strony Koszykowej było zablokowane. Otoczyli nas żołnierze niemieccy i mimo zastrzeżeń pozwolili na rozmowę ze stabsarztem. Wpuścili mnie przez bramę Ministerstwa Komunikacji i przebitą ścianę do szkolnej jadalni. Dalej nie pozwolono mi wejść, ale po przedstawieniu mojej prośby stabsarzt wezwał z góry dr. Titz–Kosko i dr. Tokarskiego, adiunkta kliniki chirurgicznej. Zaręczyli oni, że naprawdę jestem ich uczennicą i chcę umieścić w szpitalu rannych cywilów, potrzebujących fachowej pomocy, której ja im zapewnić nie umiem. Niemiec nie pozwolił na przeniesienie rannych do szkolnego szpitala, ale wyraził zgodę na umieszczenie ich w Szpitalu Dzieciątka Jezus, jeżeli będą tam miejsca. Na Oczki zaprowadzili nas żołnierze niemieccy. Tam w izbie przyjęć zastałam lekarza kliniki prof. Wojciechowskiego, dr. Łukasika. Obiecał miejsca na chirurgii dla rannych oraz pokój na internie dla nas.

            Wróciłyśmy na Kolonię Staszica uszczęśliwione pomyślnym załatwieniem sprawy. W pierwszym „transporcie” znalazł się Żegota (Aldek Jakubowski), Bronka (Bronisława Jaskulak) i Janek (Stach Kołakowski) oraz lekko ranny cywil, starszy pan, który został postrzelony w szyję w czasie pracy na działce na Polu Mokotowskim. Tym razem on niósł naszą „białą chorągiew”. Bardzo zmęczone, ale bez większych przeszkód i kłopotów dotarłyśmy do Szpitala Dzieciątka Jezus. Ja pozostałam w szpitalu, żeby umieścić rannych na odpowiednich oddziałach i przygotować miejsce dla koleżanek. One wróciły po następnych pacjentów. Nie pamiętam, czy chodziły raz czy dwa razy. Podobno te następne przejścia nie były już tak spokojne, bo Niemcy byli zniecierpliwieni i trochę nawet postrzelali.

            W szpitalu wzięła nas pod swoją osobistą opiekę instruktorka pielęgniarska, oddziałowa z kliniki chorób wewnętrznych, siostra Żelechowska, czyli „Pani Kochana”, jak ją w szkole nazywałyśmy. Mówiła tak do nas, jakby była z naszej pracy na oddziale zadowolona. Jeśli zrobiłyśmy coś nie tak, jak się spodziewała, a więc źle, natychmiast zwracała się do winnej per „pani szanowna”. To ona z moją niewielką pomocą zorganizowała dożywianie zarówno nas jak i rannych powstańców.

 

cdn.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82