Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
PRZEŻYŁAM ... cz.1

            Grudzień 1943 r. Pierwsze prywatne spotkanie szóstej sekcji sanitarnej II Batalionu Szturmowego Odwet z dowództwem. Urządzamy opłatek w gościnnym domu pani Gajewskiej (mamy Basi), przy ul. Wspólnej. Olbrzymi pokój pełen wielu starych rodzinnych pamiątek. Każda z nich ma swoją historię, wszystkie są świadectwem stabilizacji domu i rodziny. Wydaje się tutaj, że nie przeszła przez Warszawę zawierucha 1939 r., że nie ma wojny. Dom spokojny, cichy, mimo że od czasu do czasu wypełnia go gromada bardzo głośno „spiskujących” dziewcząt.

            Dziś z wypiekami na twarzach szykujemy nasz świąteczny stół. Każda zrobiła coś wystrzałowego na uświetnienie tego wyjątkowego dnia. Oczywiście ja jako najsłabiej przygotowana ze wszystkich dziewcząt do życia pod względem umiejętności kulinarnych zrobiłam jedynie sałatkę jarzynową z majonezem i doprawiłam specjałami „Strójwąsa” zarekwirowaną u taty większą ilość spirytusu. Jak twierdzi Natalka, wódkę umiałam zrobić dobrą. Już na godzinę przed umówionym czasem spotkania stół, nakryty przedwojenną, pamiętającą dobre czasy zastawą pani Gajewskiej, był gotowy.

            Zaczęło się schodzić całe towarzystwo. Punktualnie wkroczył por. Roman, nasz dowódca. Nie darzyliśmy się oboje specjalną sympatią. Mimo słownych starć, ciągłych buntów z mojej strony i bardzo krytycznego nastawienia, uznałam jego wartość, umiejętności dowódcy i zdobył mój szacunek. W każdym razie mimo moich głośno wypowiadanych czasem nawet złośliwych uwag, wszystkie jego rozkazy starałam się wypełniać, poza siadaniem na pewnej części ciała na podłodze w czasie ćwiczeń.

            Spędziliśmy piękny wspólny wieczór. Po podzieleniu się opłatkiem i rozdaniu drobnych upominków wszyscy zasiedli do stołu. Pierwszy toast, jak zwykle w tych czasach, spełniliśmy za wolność. I wtedy popłynęły słowa modlitwy Konrada z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego. Zaczęłam drżącym, łamiącym się głosem, który w miarę mówienia nabierał siły. Ostatnie słowa zabrzmiały mocno, były jak wyzwanie:

                                   Daj nam poczucie siły

                                   i Polskę daj nam żywą

                                   by słowa się spełniły

                                   nad ziemią tą szczęśliwą

                                   Niech się królestwo stanie

                                   nie Krzyża lecz zbawienia

                                   O daj nam Jezu Panie

                                   Twą Polskę objawienia.

            Wszyscy myśleliśmy chyba w tym czasie o jednym, o konieczności walki, o jakimś wielkim zrywie całego narodu. Widzieliśmy oczami wyobraźni zniszczoną przez nas armię Herrenvolku. Ciszę, jaka zaległa po mojej niezbyt może udolnej, ale na pewno głęboko przeżytej recytacji, przerwała Hanka, nasza sekcyjna: – Ale panie poruczniku, ja chcę koniecznie ze swoimi dziewczętami być w pierwszej linii.

            Roman popatrzył na nią swoimi szaroniebieskimi, twardymi oczami i powiedział: – Jak przyjdzie czas, wszyscy będziemy w pierwszej linii, a teraz wypijmy za szczęście nas wszystkich po wojnie i obyśmy następny raz dzielili się opłatkiem w wolnej Polsce. Przypuszczam, że gdyby nie obecność mamy Basi, rozsądek Romana oraz ograniczony czas, popiłybyśmy się nieprzytomnie, tyle miałyśmy dobrych, godnych wypicia toastów. Pani Gajewska jednak zaintonowała kolędą „Bóg się rodzi”, Basia „szturmówką”, Hanka „Marsz Odwetu”. W każdym razie ja byłam już w rauszu, bo śpiewałam ze wszystkimi głośno i bez zahamowań, a głos mam donośny. Na trzeźwo nigdy nie śpiewam, ponieważ nie mam nawet za grosz słuchu. Jakoś wszyscy zupełnie spokojnie znieśli moje fałszowanie. Rozstaliśmy się w doskonałych humorach z zachowaniem przewidzianych w owym czasie środków ostrożności. Gotowe byłyśmy do podjęcia walki w każdej chwili.

            I przyszedł ten moment. Godzina W, 1 VIII przed południem musiałam być z ważną wiadomością – zupełnie nie pamiętam jaką – na Tamce u jakichś zakonnic. Wracając kupiłam 2 kilogramy ogórków, myśląc o gaszeniu ewentualnego pragnienia. Wpadłam jak bomba do domu na Koszykową, żeby się szybko zebrać. Oczywiście wszystko zawsze robię w ostatniej chwili, więc miałam w perspektywie jeszcze sporo zajęć. Okazało się jednak, że staruszka ciotka, która opiekowała się nami po śmierci mamy, przygotowała już nasze plecaki, nie zapominając o niczym – nawet o odpowiedniej porcji suchego prowiantu. Odstąpiłam bratu połowę ogórków i wytargowałam od niego starą marynarkę, która miała przewagę nad wszystkimi moimi bluzkami, jaką były kieszenie.

            Ciotka zdenerwowana ze łzami w oczach kręciła się po kuchni, ale nie wypuściła nas z domu, zanim nie zjedliśmy obiadu. Przez cały czas powstania w najbardziej głodnych chwilach pamiętałam tę wspaniałą pieczeń wołową z makaronem i kiszonym ogórkiem. Wydaje mi się, że to był chyba najlepszy obiad w moim życiu, zwłaszcza, że musiał mi starczyć prawie na trzy dni. Chwila pożegnania ... Wojtek i ja, radośni, uśmiechnięci, rozgorączkowani. Ciotka głośno płacząca i ojciec, u którego po raz drugi w życiu widziałam łzy w oczach po śmierci mamy i teraz, przy naszym pożegnaniu. „Wiem, że was nie zatrzymam, mimo że to wszystko nie ma sensu, ale ... uważajcie na siebie.” Tymi słowami obdarzył nas na naszą wojnę. Ucałowaliśmy się długo i serdecznie.

            Wojtek pobiegł w kierunku Złotej, a ja na Filtrową, skąd przeniosłyśmy zgromadzony poprzednio cały nasz „majątek” sanitarny do pustej willi na ul. Langiewicza 5. Podstawę naszego zaopatrzenia stanowiły środki opatrunkowe przesyłane w paczkach z Bydgoszczy z jakiejś niemieckiej fabryki czy hurtowni przez p. Malinowską, żonę oficera zawodowego, przyjaciela ojca. Przed godziną 5 byłyśmy gotowe do działania, a właściwie byliśmy, bo był wśród nas jeden mężczyzna pełniący obowiązki lekarza, student chyba IV roku medycyny, Marek z żoną. Oprócz naszej sekcji było jeszcze kilka dziewcząt, których dotychczas nie znałyśmy. Nie wiedziałyśmy jeszcze, że spędzimy razem zaledwie kilka dni. Były to jednak dni, które głęboko zapadły w naszą pamięć.

            W kilkanaście minut po zaczęciu akcji już mamy pierwszych rannych. Biegniemy z noszami wzdłuż ulic Langiewicza, Prokuratorskiej do Wawelskiej, trzeba się nieco cofnąć w lewo. Jesteśmy na linii obstrzału. Pod ogrodzeniem jakiejś willi leży szczupły młody chłopiec z powstańczą opaską na ramieniu. Silnie krwawiący postrzał uda. Sam stara się uciskiem słabnących rąk zatamować krwotok. Zakładam opaskę uciskową. Natalia prowizorycznie opatruje ranę. Musimy się stąd jak najprędzej wydostać. Poprzednia nasza droga jest zła. Daleka i odkryta. Próbujemy przebić się przez ogródki pobliskich willi. Niestety nie znamy zupełnie terenu. Siatki w płotach jeszcze nie przecięte. Wyrasta przed nami przeszkoda, zdawałoby się nie do pokonania – jakiś garaż. Ani Natalka, ani ja nie celowałyśmy nigdy w sporcie, a przecież trzeba wejść jakoś na dach z noszami i, co najważniejsze, zejść z powrotem. Wydaje nam się, że wszystko na nic i nie dojdziemy do punktu. Natalka ma łzy w oczach. Jurek z dezaprobatą popatrzył na nas i wycedził przez zęby: – Ale baby, z takimi to daleko człowiek nie zajedzie.

            Mamy jednak ten łut szczęścia. Nawinął nam się pod rękę jakiś chłopak, biegł w stronę Pola Mokotowskiego. Zawołałam za nim: – zaczekaj chwilę, musisz nam pomóc.– Obejrzał się i bez słowa wrócił: – Tylko szybko właź na dach!– Zdecydowałam się. Przypomniałam sobie dzieciństwo, kiedy jako jedyna dziewczyna w rodzinie byłam skazana na zabawy z chłopakami i zdarzyło mi się czasem wdrapywać na drzewa. Jakoś z pomocą Bożą i młodego powstańca, chwytając się zawiasów i jakiegoś żelastwa mocującego rynnę, weszłam na dach. Na leżąco musiałam złapać uniesione przez pozostałą dwójkę nosze i powoli przesuwając się do tyłu jakoś je wciągnąć. Nie było to łatwe, ale naprawdę chyba cudem cała nasza trójka znalazła się na dachu garażu. Po przeciwnej stronie był ogród naszej willi. Nikt tam jednak na nas nie czekał, a chłopak pobiegł już dalej walczyć. Wzmogła się strzelanina. Pozostawanie na dachu garażu nie tylko nic nie dawało, ale stawało się niebezpieczne. Przeniosłyśmy nosze na przeciwną stronę dachu. Przesunęłyśmy tak, że mniej więcej połową długości opierały się na dachu. Ja przytrzymywałam rączki, żeby się nie zsunęły, a Natalka ze zręcznością, jakiej się po niej nie spodziewałam, zeskoczyła z dachu i szczęśliwie wylądowała na dole. Przykazałyśmy rannemu, żeby się mocno trzymał, a ja zsuwałam dalej nosze aż do momentu, kiedy Nata mogła je wyciągniętymi w górę rękoma chwycić. (Dobrze, że garaż był niski.)

            Trzymając wsparte o krawędzie dachu uchwyty noszy, jakoś usiadłam. Nata miała ze swojej strony powoli opuszczać nosze, a ja miałam równie powoli usiłować zsunąć się z dachu. Niestety moje zsuwanie było bardzo szybkie, bo przecież musiałam po prostu zeskoczyć. Noszy z rąk nie wypuściłyśmy, ale niewiele brakowało, żebyśmy naszego rannego dodatkowo poturbowały. Tak zupełnie dokładnie to nie zdawałam sobie sprawy jak się znalazłam na ziemi. Stwierdziłam tylko, że nosze stoją, Jurek na nich leży, a Nata zgięta w pół trzyma jeszcze uchwyty ze swojej strony. Ja miałam jedynie rozdartą spódnicę i podrapaną trochę niewymowną część ciała. Dalej, bez żadnych przygód dotarłyśmy do punktu, gdzie zastałyśmy już kilku lżej rannych, których opatrywały dziewczęta.

            W pewnym momencie jeden z chłopców nasłuchując chwilę, krzyknął: –Nie słychać naszego cekaemu, coś się stało.–  Nie wiem, czy rzeczywiście nie słyszał, nie rozróżniałam zupełnie strzałów naszych i wrogich. Wybiegłyśmy jednak z Krystyną Jarecką z noszami. Prowadził nas jeden z opatrzonych już chłopców. Ktoś krzyknął po drodze, że Rybka i Koń nie żyją, z Bronką też się coś stało. Za nami wybiegły Natalia, Basia, Zosia i jeszcze jakieś dziewczęta. Brudne, zziajane i setnie zmordowane z noszami wysuwającymi się z rąk, dotarłyśmy z rannymi do punktu. Nie wiem, który z nich był Rybką, a który Koniem. Pamiętam tylko gruby, ciemny warkocz Bronki potargany, zwisający z noszy i całkowitą bezradność na twarzy Marka. Widać było, że nie wie, co ma zrobić z rannymi. Krystyna opanowana i spokojna zapytała go: – Zrobić obwodowe? – Tak, tak ... zróbcie co możecie.– Drżącymi jeszcze rękoma odpiłowałam ampułki. Zrobiłyśmy rzeczywiście tylko to, co mogłyśmy. Stan rannych był ciężki. Przyniesiono jeszcze jednego, Janka z postrzałem płuca i Żegotę (Aldka Jakubowskiego) z postrzałem w brzuch. W olbrzymim pokoju zrobiło się nagle ciasno. Nie było na czym kłaść rannych. Ściągnęłyśmy z góry materace, ale wszystkiego było mało. Lżej ranni po założeniu opatrunków wychodzili. Kręciłyśmy się wszystkie jak w ukropie, ciągle ktoś wpadał, to znów dziewczęta wybiegały z noszami lub tylko z torbami. Robiły opatrunki po drodze.

            W zaimprowizowanym szpitalu brak było kierownictwa. Marek dziwnie blady i załamany siedział w fotelu w pokoju obok, nasza Hania biegała z dziewczętami. Praktycznie z fachowego personelu medycznego pozostały tylko dwie pielęgniarki, Krystyna Jarecka, pielęgniarka dyplomowana, i ja, uczennica szkoły pielęgniarskiej, wprawdzie już po drugiej teorii, ale przecież jeszcze z bardzo małym doświadczeniem. To, że prof. Loth zdążył mnie na początku lipca przyjąć na I rok medycyny na kompletach, niestety nie zwiększyło ani trochę moich umiejętności. Krystyna w sposób zdecydowany wzięła rządy w swoje ręce. Trzeba było natychmiastowej pomocy jakiegoś dobrego, doświadczonego i przede wszystkim panującego nad sytuacją lekarza. Ktoś powiedział, że w willi obok mieszka lekarz. Nie trzeba mi było dwa razy tego powtarzać. Zadzwoniłam do drzwi pana doktora. Nikt nie otwierał. Zaczęłam się dobijać i wreszcie po dłuższej chwili uchyliły się drzwi. Wtargnęłam do holu i poprosiłam pana doktora o pomoc. Za wysoką postacią starszego pana przerażona kobieta i młoda dziewczyna – pewnie żona i córka. Trzymając go kurczowo za rękawy, wołały: – Nie możesz pójść, to niebezpieczne – zabiją cię za to.– Mężczyzna chwilę się wahał. Widać było, jak walczyło w nim poczucie obowiązku zawodowego i chęć pomocy garstce walczących o wolność szaleńców z obawą o życie swoje i najbliższych. Zwyciężył szlachetny człowiek, lekarz i Polak. Zapytał krótko: – Co tam macie? – Dużo ciężko rannych. – Nie o to pytam, chodzi o materiały opatrunkowe, narzędzia, leki. – Tego niestety niewiele. – No cóż, chodźmy, zobaczymy co się da zrobić.

            Zjawienie się poważnego lekarza wlało w nasze serca nadzieję. Wydawało nam się, że na pewno pomoże uratować wszystkich rannych. Nawet Marek ożywił się. Doktor Eberhardt zbadał wszystkich ciężko rannych, wydał zalecenia, dostarczył koniecznych leków. Kilku rannych należało operować. Nie było gdzie tego zrobić i nie było czym, a przede wszystkim nie miał kto. Na chwilę wpadł do nas Roman z Jankiem Jakubowskim (Komarem) i kilkoma innymi chłopcami, rozpromienionymi i podnieconymi pierwszym „zwycięstwem” – zdobyciem willi, w której stacjonowali Niemcy z obrony przeciwlotniczej. Znaleźli trochę broni i amunicji. Podobno znajdzie się tam coś i dla nas. Mają nas zaprowadzić. Do zmroku trwała strzelanina, wpadali i wybiegali chłopcy, a dziewczęta biegały z opatrunkami po terenie całej Kolonii Staszica i kawałku Pola Mokotowskiego. Roman wydał rozkaz spokojnego siedzenia i nie łażenia po nocy. Wszyscy porozchodzili się po okolicznych domach. Po Langiewicza jeździł samochód pancerny, słychać było głośne okrzyki niemieckie, strzały i szum deszczu.

            Niemcy byli obok, jeździli bezkarnie ulicami, które były niby zajęte przez nas, a my nie mogliśmy się ujawnić, nie mogliśmy ich stąd „wykurzyć”. Na niewielkiej wysepce Kolonii Staszica, w rozrzuconych prywatnych willach ukrywaliśmy się, bezbronni żołnierze armii powstańczej. Dookoła otaczali nas Niemcy, stacjonujący w Szpitalu Wojskowym im. Piłsudskiego, w blokach wojskowych przy al. Niepodległości (Kraftfahrpark) i od strony 6 Sierpnia, w gmachu województwa przy rogu ulic Filtrowej i Suchej. Od południa wolny skrawek Pola Mokotowskiego, na którym czyhały na nas niemieckie gniazda broni pancernej obrony przeciwlotniczej, a za nimi żołnierze SS ze Stauferkaserne przy Rakowieckiej. Sytuacja zupełnie beznadziejna. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę wszyscy.

            Byłyśmy przerażone, lodowaty strach ścisnął nam serca. Nie mogłyśmy uwierzyć w klęskę, w to, że nasza wolność to tylko tych kilka godzin minionego dnia, ciężkich, krwawych, ale przecież pełnych nadziei, upojnych chwil. Dlaczego nie mamy amunicji i broni? Dlaczego nie dotarł do nas obiecywany samochód z bronią? Czemu nie mamy punktu sanitarnego, gdzie można by przeprowadzić operację? Podobno taki punkt miał być obok szpitala im. Piłsudskiego, ale przecież tam są Niemcy. Czyżby nasze dowództwo znając lepiej sytuację niż my, wierzyło, że garstka ludzi otoczona ze wszystkich stron przez wroga może forsować Pole Mokotowskie, pomagając w zdobyciu koszar i jednocześnie w drugim kierunku wywalczyć dla siebie zaplecze szpitalne? Nie umiałyśmy odpowiedzieć na te pytania. Niestety, nie potrafił na nie odpowiedzieć także Roman. Zapytany przeze mnie wręcz, ofuknął, że wreszcie przyszedł czas, żebym przestała filozofować, a wykonywała tylko polecenia zwierzchników. Ich głowy są od myślenia. Odpowiedziałam, podobno niegrzecznie, jak oceniła to Natalia, że widocznie brak tych głów, bo efekty ich myślenia są nienajlepsze. Zawsze chciałam rozumieć, dlaczego coś robię i jakie są powody zarówno sukcesów jak i niepowodzeń, w których biorę udział. A teraz nie rozumiałam niczego. Łudziłam się, że dostaniemy jakimś cudownym sposobem pomoc, że stanie się coś, co zmieni naszą sytuację.

            Wieczór zastał nas zmęczone z głowami nabitymi złymi myślami. Trzeba było jednak jakoś zasnąć. Znalazłyśmy z Natalką „cichy, ciepły kącik” na piętrze willi między ubikacją i łazienką. Zdjęłyśmy w jednym pokoju firankę, przykryłyśmy się tą wspaniałą kołdrą i ułożyłyśmy w wybranym miejscu do snu. Nawet nie zapomniałam zgodnie z zaleceniami ciotki o rozebraniu się i porządnym ułożeniu rzeczy. Przytulone do siebie poczułyśmy się tak bliskie sobie jak nigdy dotychczas. A przecież znałyśmy się już od wielu lat. Razem skończyłyśmy przed wojną gimnazjum w Toruniu, a w czasie wojny liceum handlowe w Warszawie, od początku byłyśmy w tej samej grupie w konspiracji. Nigdy jednak nie byłyśmy tak zupełnie same jak w tej chwili. Zawsze miałyśmy obok siebie bliskich – ona matkę, ja ojca, brata, przyjaciół. A teraz jesteśmy tylko my dwie wśród ludzi, z którymi wiąże nas wojna, wspólna walka. To bardzo wiele, ale tak naprawdę to wszyscy się mało znamy. To tylko my dwie wiemy o sobie wszystko, jesteśmy jak siostry bliźniaczki związane wspólnym losem, myślące tak samo, czujące to samo, połączone teraz ze sobą na dobre i na złe. W mroku pierwszej powstańczej nocy, przy szumie deszczu, wśród niemieckich okrzyków i strzałów zasnęłyśmy obydwie na twardej podłodze, ale otulone tiulami.

            Następnego dnia w kilku kolejnych wyprawach, drogami przez pocięte siatki ogrodzeń, uzupełniłyśmy braki w zaopatrzeniu naszego punktu ze „zdobycznej” willi przy Sędziowskiej 3. Były koce, bielizna pościelowa, dziewczęta znalazły żywność, a ja piękne puszki ze sterylnymi opatrunkami, duży sterylizator i trochę leków. Z willi obok przy niemej zgodzie gosposi wzięliśmy materace i pościel. Trochę wygodniej i lepiej ułożyłyśmy rannych i uporządkowałyśmy apteczkę. Kilku chłopców, a wśród nich Komar i Mucha, nie wróciło z następnej wyprawy do willi, gdzie zaskoczyli ich Niemcy. Rybka i Koń zmarli. Wszyscy chodziliśmy zgnębieni. Zamknęłyśmy okiennice na parterze, żeby nieproszone, ciekawskie oczy nie dostrzegły naszych rannych. Zrobiło się duszno. Z daleka dochodziły odgłosy walki, a my musieliśmy siedzieć tutaj i czekać nie wiadomo na co.

            Podobno Roman ma nawiązać, czy już nawiązał, łączność ze Śródmieściem. Może dostaniemy stamtąd posiłki, a może uda nam się jakoś połączyć z nimi. Wpadł na chwilę Janek Jakubowski. Odwiedził rannego brata. Swoją pogodną roześmianą twarzą i wiadomościami, że dookoła cała Warszawa walczy, że odnosimy zwycięstwa i Roman na pewno coś zrobi, żeby nas z tej matni wydostać, wlał trochę wiary w nasze serca. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że jestem diabelnie głodna. Nie jadłam nic od wczorajszego domowego obiadu. Moja wizyta w kuchni, gdzie wczoraj złożyłyśmy wszystkie nasze zapasy, skończyła się fiaskiem: Zosia z jakąś panią ugotowały obiad, ale niestety nic już nie ma. Za późno się zgłosiłam. Okazało się, że nie tylko ja jestem pokrzywdzona. Nie jadła również Natalia. Janka Winiarska wyciągnęła skądś suchara i zajęła nas przez dłuższy czas żuciem. To jednak ktoś mądrze wymyślił. Je się długo, nie za dużo i w końcu człowiek ma dość, bo szczęki się solidnie napracowały. Wieczorem dostałyśmy jakichś gorących „ziółek”. Podobno miała to być kawa zbożowa. Dzisiejszą noc postanowiłyśmy spędzić inaczej. Stwierdziłyśmy, że jednak na podłodze jest za chłodno i wobec tego poświęcając jeszcze jedne firanki ułożyłyśmy się na wielkim małżeńskim łożu, z którego poprzedniego dnia ściągnęłyśmy materace, wyściełając sprężyny jedną firanką a przykrywając się drugą. Pod głową miałyśmy plecak. Spałyśmy do północy doskonale. Zosia z Basią, które zmieniałyśmy na dyżurze przy rannych, nie podzieliły rano naszego zdania.

            Trzeci dzień powstania był dniem moich urodzin. Byłam już pełnoletnia. Ileż to wspaniałych zamiarów wiązało się z tym dniem. Na razie jednak miałam złożyć Romanowi meldunek o stanie naszego punktu. Przed tym Janka zaprowadziła Natalię i mnie do spokojnego miejsca w holu I piętra, wyciągnęła niewielką piersiówkę z pomarańczówką i godnie uczciłyśmy moje pełnolecie. Poczułam przyjemny szmerek w głowie, samopoczucie poprawiło mi się bardzo wyraźnie. Beztrosko i odważnie, pełna animuszu pobiegłam wypełnić powierzone mi zadanie. W żołądku czułam rozkoszne ciepło, które powoli obejmowało mnie całą. Znaną już drogą przez ogrody dotarłam do domu przy ul. Prezydenckiej 10. Na moje stukanie w drzwi od strony tarasu nikt początkowo nie odpowiadał. W końcu otworzono. Nie znałam hasła, więc dwóch chłopców z bronią w ręku zaprowadziło mnie do Romana. Krótko zameldowałam, jak wygląda stan naszego „szpitala”, nie pozwalając sobie na żadne uwagi. Twarz Romana jakby poszarzała, oczy zmęczone, zapadnięte bez zwykłej twardości w spojrzeniu. – No cóż, trzeba przygotować się do pogrzebu. Chłopcy wykopią grób. Jak będziecie gotowi, przyjdziemy. Musiałam widocznie jakoś dziwnie wyglądać, bo jeszcze zapytał: – A tobie co się stało? Odpowiedziałam, że nic, tylko dzisiaj mam urodziny, jestem już pełnoletnia, a przy tym cholernie głodna. Któryś z chłopców powiedział, że zaraz mi coś wrzucą na ruszt. Rzeczywiście wrzucili. Odmierzył mi trochę wódki do szklanki.

            Wracałam pijana, zupełnie nie ukrywając się. Nawet nie czekałam na odpowiedni moment, żeby przeskoczyć przez Jesionową, o mało nie wpadłam w którymś ogródku do odkrytego dołu z lasowanym wapnem, a przez Prokuratorską przespacerowałam się jak w najpiękniejsze spokojne przedwojenne popołudnie. Po powrocie dziewczęta natychmiast wpakowały mnie do kuchni, nakarmiły i położyłam się na godzinkę na naszym sprężynowym łóżku, na którym Natalka zaścieliła dla wygody złożony na dwoje koc. Po krótkiej drzemce wstałam z niewielkim tylko bólem głowy. Przyszedł już Roman, kilku chłopców, ktoś z sąsiadów. Odbył się pogrzeb Konia i Rybki. Wszyscy mieli ściśnięte gardła, łzy w oczach. Szybko zasypano mogiły.

            Następnego dnia od rana niespokojnie. Ktoś nas ostrzegł, że podobno Niemcy dowiedzieli się, że w willi jest szpital powstańczy. Willa przy Langiewicza 3 podpalona. Za chwilę mogą przyjść do nas. Trzeba ewakuować natychmiast wszystkich rannych. Wynosimy ich na noszach przez okno do ogródka. Drzwi i okna willi obok zamknięte na głucho. Nie ma czasu na dobijanie się i pertraktacje. Po przejściu ulicy Prokuratorskiej otworzono drzwi, jakby nas tam oczekiwano. Jest to willa p. Gebertowej, profesorki z gimnazjum królowej Jadwigi. Odstąpiła dla rannych olbrzymi pokój na parterze. Dla wszystkich przygotowano wygodniejsze miejsca niż dotychczas. Lżej ranni dostali mniejszy, oddzielny pokój. Dziewczęta też zostały rozmieszczone w doskonałych jak na owe czasy warunkach. Gospodarze zostawili dla siebie najskromniejszy kąt. W kuchni gosposia nie licząc się zupełnie z tym, że uszczupla zapasy pani profesor, wzięła berło w swoje ręce i zabezpieczyła nam w pierwszym dniu pobytu fantastyczne jedzenie. Nakarmiła wszystkich.

            Niemcy, mimo że nikogo nie zastali w poprzednim miejscu naszego pobytu, podpalili willę. Tym razem jeszcze udało nam się uratować. Straciłam tylko swój plecak. Chłopcy powiedzieli, że czynne są telefony, usiłowałam dodzwonić się do domu. Niestety nic z tego nie wyszło – głucha cisza. Właścicielka domu nie narzucając się, zorganizowała nam jednak dzień tak, że nie miałyśmy zbyt wiele czasu na rozmyślanie. Mieszkanie musiało być sprzątnięte, wszyscy umyci. W kuchni trzeba było pomóc gosposi przygotować jedzenie, zmyć naczynia. Wszystkie miałyśmy zajęcie. Nikt nie był do wyższych celów. Poza dyżurami przy rannych musiałyśmy włączać się w normalne prace domowe.

 

cdn.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82