Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
MOJE WSPOMNIENIA

Hanna ZAWISTOWSKA–NOWIŃSKA

 

MOJE WSPOMNIENIA

 

            Urodziłam się 22 X 1923 r. w Warszawie, ale całe dzieciństwo spędziłam z rodzicami w Ostrogu nad Horyniem – pięknym starym grodzie książąt Ostrogskich. Tu mój ojciec, podpułkownik Dezyderiusz Zawistowski, był dowódcą 19 Pułku Ułanów Wołyńskich. Ja z bratem Jurkiem uczęszczałam do szkoły podstawowej, a następnie do gimnazjum i liceum ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej. Wybuch wojny zastał nas we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie zamieszkaliśmy tuż przed wybuchem wojny. Znajomi i krewni, uciekający przed Niemcami, tłumnie zapełnili nasz dom. Mężczyźni szykowali się do walki. Napad Sowietów na Polskę zaskoczył wszystkich. Żołdacy w strzępiastych szynelach, parcianych pasach, z karabinami na sznurkach rozeszli się jak szarańcza po całym mieście. Plądrowali domy, szukając kwater i zabierając, co im wpadło w ręce. Ojciec poległ 20 IX 1939 z rąk sowieckich.

            W obawie przed wywózką grożącą rodzinom wojskowych w głąb „raju”, z matką, Leonardą Zawistowską z domu May, skorzystałyśmy z chwilowego otwarcia granicy na Bugu, opuściłyśmy dom i przeszłyśmy pod okupację niemiecką. Tak skończyło się moje dzieciństwo. Pamiętam, mama przechodziła ostatnia po tym drewnianym moście. Kroczyła wyprostowana, postukiwała laską, którą zostawił u moich rodziców w 1924 r. Marszałek Józef Piłsudski. Było to 11 XI. Okupanci bali się rozruchów i szybko zamknęli granicę. Po drugiej stronie granicy czekali już na nas mój brat i wuj Ładysław May, brat mamy. Zabrali nas do Warszawy, do babci Ludwiki May z domu Kosińskiej na Rynek Starego Miasta 18. Warszawa była zniszczona. W domu babci nie było szyb. Okna zabiliśmy dyktą i tylko małe otworki oszkliliśmy szkłami wyjętymi z obrazków.

            Zdałam maturę w 1942na tajnych kompletach w prywatnym gimnazjum i liceum ogólnokształcącym J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Warszawie. Uczęszczałam jednocześnie do liceum handlowego, by mieć oficjalne dokumenty uczniowskie. Po maturze wstąpiłam do Warszawskiej Szkoły Pielęgniarek przy ulicy Koszykowej. Pod okiem srogiej pani Lankajtes i Szczepkowskiej zaliczyłam dwie teorie i praktyki szpitalne. Wspaniałe były wykłady dr. Zahorskiego i dr. Hornunga. Podczas praktyki szpitalnej miałam okazję poznać wielu lekarzy chirurgów i internistów, z profesorem Witoldem Orłowskim na czele. Po roku stwierdziłam, że nauczyłam się na tyle, by w razie potrzeby wojennej dać sobie radę. Postanowiłam studiować medycynę. Zdałam egzamin wstępny. Fizyki pytał mnie prof. Kapuściński, a prof. Jan Zaorski przeprowadził ze mną poważną rozmowę i polecił donieść świadectwo maturalne. To świadectwo maturalne to był bilet wizytowy przełożonej, na którym napisała, że mogę uczęszczać do Szkoły Sanitarnej J. Zaorskiego.

            W mojej grupie wszyscy uczyli się z wielkim zapałem. Każdy starał się zdać anatomię na piątkę, by w pierwszej kolejności dostać się na zajęcia w prosektorium. Pamiętam, jak profesor Loth wrócił z Pawiaka. Usiadł zgarbiony na stołku i powiedział: – Pozycja bardzo niewygodna, Włochy odpadły, porty zostały. – Często podczas wykładów, stojąc na dwóch stołkach, rysował kolorową kredą na tablicy przebieg mięśni, naczyń i nerwów, a dla lepszego upamiętnienia wplatał wesołe anegdotki. Prof. Różycki z Poznania prowadził równoległą grupę. Pilni studenci uczęszczali na wykłady obu profesorów, by więcej się nauczyć. Zajęcia z chemii były prowadzone w bardzo trudnych warunkach. Stare urządzenia kanalizacyjne nie wytrzymywały nadmiaru odczynników, które wylewaliśmy beztrosko bezpośrednio do zlewów zamiast do przygotowanych w tym celu pojemników. W rezultacie często dochodziło do awarii, pęknięcia rur i zalania pomieszczeń piętro niżej. A pod nami mieszkali Niemcy, żołnierze wehrmachtu. Obecność żołnierzy na naszym piętrze zawsze była niepokojąca, ale pedel uspakajał nas, że żołnierze idą tylko na strych po siano. Pedel był naszym aniołem stróżem i przyjacielem. Przeżywał nasze smutki i niepokoje. Częstował „bulionem” (kostką Maggi) na wzmocnienie. Gdy denerwowaliśmy się przed egzaminem, on nas pocieszał: „kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa”. Egzamin u prof. Czubalskiego to była oficjalna wizyta i obowiązywał strój wizytowy. To nic, że wojna. Na ulicach pojawiały się listy osób pomordowanych, wśród których odnajdywaliśmy nazwiska osób nam bliskich i naszych kolegów.

            Trzeba było coraz więcej się uczyć i biegać do prosektorium, do Szpitala Ujazdowskigo. W wolnych chwilach chodziliśmy do ogrodu botanicznego, a czasami Józio Fatyga przygrywał na flecie. Opiekunem naszej grupy była bardzo ostra dr Anna Szukiewicz. Pieczę nad prosektorium i nad nami sprawował pan Michał. Opowiadał, że przed wojną był obecny przy balsamowaniu  Marszałka Józefa Piłsudskiego. Każdy z nas, uzbrojony w skierowanie do jakiegoś specjalisty, przemykał się przez warty na teren szpitala do prosektorium. Kiedyś Michał dał znać, że Niemcy idą na kontrolę, szybko zwinęliśmy preparaty, włożyliśmy do skrzyń z formaliną i do windy. Pan Michał wepchnął nas też do tej samej windy i kazał siedzieć w piwnicy, aż nas nie zawoła. Siedzieliśmy chyba z godzinę lub więcej, a nad nami Niemcy głośno stukali butami i wykrzykiwali. Hałas był okropny. Cisi jak myszki, wystraszeni czekaliśmy, jak to się skończy. Skończyło się na strachu. Pan Michał kazał pojedynczo opuszczać pomieszczenie.

            W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego 1 VIII 1944 r. zgłosiłam się do dowództwa zgrupowania AK Róg, Batalion Bończa, Kompania 101., które mieściło się w kamienicy Książąt Mazowieckich na rogu Rynku Starego Miasta i Wąskiego Dunaju. Zaprzysiągł mnie porucznik Rawicz (Józef Dąbrowski). Przydzielono mnie do kolumny sanitarnej. Lekarzem zgrupowania był dr Rola, a szefem służby sanitarnej na Stare Miasto był dr Tarnawski (Tarło). Lecznicą na rogu Rynku Starego Miasta i Krzywego Koła kierowała prof. Radlińska. Po zabiegach i operacjach rannych przenoszono do prowizorycznie urządzonych sal chorych w kamienicy Książąt Mazowieckich na pierwszym piętrze. Pracowałam tam jako pielęgniarka z sanitariuszką Baśką i z Wandą Radlińską, studentką medycyny, a córką pani profesor. Przyniesiono do nas pacjenta zoperowanego w lecznicy. Sprawa była tragiczna. Powstaniec ten przedarł się z Woli na Stare Miasto w przebraniu wermachtowca. A młody powstaniec, biorąc go za Niemca wystrzelił i ranił go ciężko w staw łokciowy. Biedny Bolek miał szczęście, że stało się to w pierwszych dniach powstania i trafił w złote ręce profesor Radlińskiej. Ręka została uratowana. Przez całe powstanie pacjent nosił rękę na wyciągu. Nazywaliśmy go Bolek Lotnik. Przyniesiono nam rannego z ulicy Świętojańskiej, wpadł za nim por. Rawicz, bardzo zdenerwowany: – Siostro, proszę się nim specjalnie opiekować, to syn naszego dowódcy.– Ja się wszystkimi jak tylko mogłam, troskliwie opiekowałam. Na szczęście usłyszał to jego ojciec Czesław Zaleski Lubicz: – Ja wiem, że Tomek jest w dobrych rękach.

            Kiedyś po trzydziestosześciogodzinnym dyżurze, bardzo zmęczona i głodna, chciałam pójść do swojego domu, po przeciwnej stronie Rynku Starego Miasta, ale zatrzymał mnie por Rawicz i zaczął częstować chlebem, rybkami w puszce i wódką. Nie chciałam pić. Harcerz nie pije i nie pali. – Siostro rozkaz! –  W służbie sanitarnej nie obowiązuje ślepe posłuszeństwo, a pielęgniarka musi być przytomna i gotowa do nowych wezwań. Nic nie pomogło, wlał we mnie szklankę, a ja, już nie czekając, uciekłam za bramę. Poważnie zakręciło mi się w głowie. Bałam się, że mnie ktoś zobaczy. Chyłkiem pod murami dotarłam do domu i powiedziałam mamie, że muszę się przespać.

            Działania wojenne nasilały się z każdym dniem. Na skutek silnych wstrząsów posypały się stare mury i powypadały szyby. Poraniły pacjentów i personel. Lokal okazał się niebezpieczny. Trzeba było przenieść chorych i cały nasz szpital na ulicę Freta, do magazynów przylegających do klasztoru oo. Dominikanów. W pośpiechu przeniosłyśmy naszych chłopców i sprzęty. Chorzy w miarę swoich możliwości pomagali nam przenosić rzeczy i rozkładać łóżka. Zdawało się, że już prawie wszystko zrobione, jeszcze tylko ułożyć leki. Nasi ranni odpoczywali po trudach przeprowadzki. Aż tu nagle huk, kurz. Ranni zerwali się z łóżek i wyskakiwali przez okna. Na szczęście parter był stosunkowo niski. Nawet ranni z nogami w gipsie poradzili sobie. Ja z Tomkiem Lubiczem stałam pod piecem koło szafki z lekami. Wszyscy ranni zaśmiewali się do rozpuku, patrząc na nas, zasypanych czarną sadzą z pieca. Tylko białka oczu nam błyszczały, nie było śladu białego fartucha.

            Miejsce na szpital znowu okazało się niefortunne. Trzeba było przenieść rannych do piwnic. Najpierw należało je opróżnić z różnych towarów tam zgromadzonych. W tych piwnicach obok klasztoru chłopcy przebywali już do końca powstania na Starówce. Znowu zostaliśmy częściowo przysypani, odcięci od dowództwa i od zaopatrzenia. Głodni, w dusznym, ciemnym i wilgotnym pomieszczeniu czuliśmy się fatalnie. Brakowało wody i jedzenia. Mieliśmy tylko tabletki cebionu, jedną faskę marmolady z buraków i jedną faskę miodu sztucznego z melasy. Czuliśmy niesmak w ustach. Rany chorych przestały się goić, zaczęły sączyć i ropieć.

            Postanowiłyśmy obie z Baśką udać się w poszukiwaniu jedzenia dla naszych chorych. Zabrałyśmy ze sobą dwa wiaderka. „Na nos” trafiłyśmy do jakiejś kuchni na ulicy Świętojerskiej. Była to siedziba Czwartaków Armii Ludowej. Nie wiedziałyśmy, że takie zgrupowanie istnieje. Kapitan bardzo uprzejmie zgodził się nam dać dwa wiadra wspaniale pachnącego krupniku, ale właśnie w tym momencie wpadły łączniczki i ze złością czyniły mu wymówki, że obcym rozdaje jedzenie. Wrzask uczyniły niesamowity! Kapitan mrugnął na nas, dał nam duże pudło papierosów, dwa wiadra wina i obiecał, że za dwie godziny będzie miał krupnik specjalnie dla nas. Dumnie przyniosłyśmy tę zdobycz. A chłopcy w niedługim czasie zaczęli się wygłupiać i śmiać radośnie, ale żaden z nich nie był w stanie podnieść się z posłania. Byłyśmy przerażone: oni są pijani i tacy słabi! Na szczęście kapitan dotrzymał obietnicy i po wspaniałym krupniku, chłopcy odzyskali formę.

            Po strasznej tragedii na ulicy Kilińskiego, kiedy to wybuch czołgu-pułapki pozabijał i poranił setki ludzi, wszystkie punkty sanitarne miały pełne ręce pracy, brakowało łóżek. A na ulicy leżeli umarli, poszarpani. Szczątki ludzkie wisiały na murach i balkonach, wszędzie pełno krwi. Ulica Kilińskiego i Długa zapełniły się mogiłami. 16 VIII przeniesiono mnie na izbę przyjęć do głównego szpitala na Starówce przy ulicy Długiej 7. Tu już pracowałam do upadku powstania. Nie zapomnę ciężko poparzonych siedmiu osób, od bomby burząco-zapalającej. Skóra czarna na nich kruszyła się i zwijała płatami. Nie mogli leżeć ani stać, przybierali pozycję „kociego grzbietu”. Nie umieliśmy im pomóc. Umierali w straszliwych mękach. Przyniesiono na drzwiach zamiast noszy mężczyznę z wielkim odłamkiem tkwiącym w pośladku. Na szczęście żelazo nie wbiło się głęboko, tylko na zewnątrz wyglądało przerażająco. Po usunięciu odłamka i założeniu szwów pacjent szczęśliwy, że może poruszać nogami, pokuśtykał z kolegami do swojego oddziału. Przyprowadzono do nas chłopca, który podobno stracił oczy podczas bombardowania. Kilka dni leżał gdzieś w piwnicy, zabandażowany. Po zdjęciu brudnych, zaropiałych opatrunków, oczyszczeniu oczodołów z larw muszych i usunięciu kilku odłamków, które tkwiły w skórze powiek pacjent nagle upadł na kolana i dziękował za cudowne uzdrowienie, bo był przekonany że już nigdy nie zobaczy tego świata. Chłopcy produkujący butelki zapalające – broń przeciwczołgową – byli naszymi codziennymi gośćmi. Mieli ręce poranione i poparzone, owinięte w brudne szmaty. Rany nie chciały się goić. Lekarz kilka razy był wzywany do kobiet rodzących. Żal mi było tych młodych matek i ich dzieci. Nasi dowódcy z różnych ugrupowań wpadali czasem na izbę przyjęć, by zmienić opatrunek lub założyć nowy. Zawsze z uśmiechem i optymizmem.

            Podczas bombardowania na ulicy Długiej podmuch był tak silny, że worki z okna powyrywał jak piórka, a szafki i leki posypały się w różne strony. Lekarze i magister farmacji wsunęli się pod stół, a ja młoda dziewczyna bez poczucia lęku i wyobraźni, widziałam w tej sytuacji groteskę i zaczęłam się śmiać. Dopiero doktor wrzasnął: – Lotnik, kryj się, jeśli głupia nie chcesz stracić głowy. Chłopcy od Roga (mjr. Stanisława Błaszczaka) bardzo żałowali, że nie jestem z nimi na Freta. Czasami ich odwiedzałam. Sprawdzałam, jak się goją ich rany. Nie zapomnę, jak kiedyś Ziutek od Parasola recytował im swoje wiersze: – Czekamy na ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci ...

            Kończył się sierpień. Zaczęto mówić, ze chłopcy przejdą kanałami do Śródmieścia. Pytano i mnie, czy zechcę z nimi opuścić Starówkę. Ale co będzie z rannymi? Postanowiłam zostać. Ksiądz Kaniowski, mój katecheta gimnazjalny, kilkakrotnie przechodził kanałami z pałacu Biskupiego przy ulicy Książęcej na Stare Miasto. Ale ja mam klaustrofobię i bałam się, że nie pomogę chłopcom, tylko narobię kłopotu w kanałach. Postanowiłam zabrać moją mamę do pomocy. Dostałam przepustkę i pobiegłam na Rynek Starego Miasta 18. Mama właśnie pomagała gasić nasz dom. Położyłam się na chwilę w piwnicy, by odpocząć i zasnęłam. Obudziła mnie mama i kolega, który miał wartę na rogu Krzywego Koła. Niemcy weszli na Rynek i obstawiają wszystkie domy. Nie dostaniemy się już do szpitala.

            Zdejmujemy opaski i palimy legitymacje. Niemcy rewidują nas, grabią co się da, wyprowadzają z domów, a inni żołnierze niemieccy wnoszą do domów kanistry z benzyną. Ustawiają nas w kolumny, prowadzą na Plac Zamkowy, na ulicę Bednarską, a potem przez całą Warszawę tłumnie poganiani idziemy w nieznane. Co z nami będzie? Od czasu do czasu własowcy wyskakują z boku i wyciągają młode kobiety. Mama ze strachu zarzuciła mi kocyk na głowę. Obie z matką prowadziłyśmy babcię pod rękę. W pewnym momencie podskoczył do babci jakiś wojak skośnooki i chciał jej zdjąć obrączki z palca. Niemcy podczas rewizji nie zdążyli ich zabrać, a myśmy w tym zamieszaniu nie dopilnowały, żeby je schować. Byłyśmy bardzo zdenerwowane, gdy podbiegł ten typ, jednocześnie wrzasnęłyśmy „won!” Widocznie nie spodziewał się takiej reakcji, bo zostawił nas w spokoju.

            Po miesięcznym siedzeniu w piwnicach i na głodowej diecie, ludzie byli słabi i z trudem dźwigali swoje tobołki, które w takim marszu były ponad ich siły. Wielu porzucało je po drodze. Biedne matki niosły swoje dzieci. Po drodze spotkałam koleżankę ze szpitala. Pocieszała mnie, żebym się nie martwiła, że nie wróciłam do szpitala, bo i tak już nic bym nie mogła pomóc naszym rannym. Z wielkim trudem dotarliśmy do Dworca Zachodniego. Załadowali nas do wagonów i zawieźli do przejściowego obozu w Pruszkowie. Podzielono nas na trzy grupy wiekowe. Widziałam, jak Niemcy prowadzili tłum księży zakonników i zakonnic z różnych zgromadzeń na wywózkę. Postanowiłam dostać się do baraku dla starców, bo ich do Niemiec nie wywiozą. Odszukałam babcię i starego wujka. Babcia przytomnie zaczepiła jakąś panią w białym fartuchu i zapytała, czy zna dr. Józefa Maya z Warszawy, bo to jej syn. Powinien być na letnisku w Komorowie. Okazało się, że wuj dał jej długą listę rodziny i znajomych. Jeszcze tego dnia babcia Ludwika May i wuj Jan May opuścili obóz. Mnie z mamą przeniosła ta pani do baraku dla ciężko chorych, by uchronić przed wysłaniem do Rzeszy. Na brudnych, zaropiałych matach leżeli ciężko ranni. Raz dziennie przyjeżdżał beczkowóz z zupą. Trzeba było dopchać się z menażką, by zdobyć upragniony posiłek. Po wodę, trzeba było stać w długiej kolejce i mieć mocne łokcie. O myciu można było tylko marzyć. Ubikacji nie było, tylko niebezpieczne, cuchnące, zupełnie odsłonięte latryny.

            Po kilku dniach udało się nam opuścić obóz na zawsze. Szczęśliwie dojechałyśmy do wujostwa w Komorowie. Zamieszkałyśmy z babcią w domku letniskowym. Ja pracowałam w szpitalu dla warszawiaków, który zorganizowali lekarze warszawscy, wujka koledzy. Niestety długo to nie trwało. Niemcy zaczęli poszukiwać powstańców, nie mogliśmy narażać gospodarzy. Dostałam polecenie, by zawieźć sieroty i dzieci zagubione w powstaniu do Częstochowy i Krakowa. Z całym transportem szczęśliwie dotarliśmy do Częstochowy. Siostry zakonne już czekały na nas i zaopiekowały się dziećmi. Pierwszy raz w życiu byłam na Jasnej Górze. Z następną grupą dzieci udałyśmy się do sióstr zakonnych w Krakowie. Zamieszkałam u krewnych w Słomnikach pod Krakowem. Pracowałam społecznie w RGO, prowadziłam listy poszukiwań rodzin przez Czerwony Krzyż, pomogłam założyć szpitalik dla chorych i rannych warszawiaków i pełniłam tam dyżury.

            Po wejściu wojsk sowieckich pojechałam do Krakowa. W szpitalu przyjął mnie prof. Józef Kostrzewski i zatrudnił na oddziale gruźliczym, który mieścił się w willi prof. Szafera przy ul. Lubicz. Siostra oddziałowa przydzieliła mi duży pusty pokój z zepsutym piecem. Piec nie grzał, ale dymił potwornie. Zapowiedziała też, że nie dostanę posiłków szpitalnych, bo jeszcze nie jestem na liście. Kupiłam płatki owsiane, grysik i suszone jarzyny. Dostałam maszynkę elektryczną i tak sobie gotowałam. A tu ciężko chorzy z gruźlicą prosówkową jamistą, z krwotokami. Dopiero jeden z lekarzy zwrócił uwagę, że troska o personel i jego kondycję jest rzeczą bardzo ważną. Wkrótce zniszczone baraki przy ul. Kopernika 17 wyremontowano i tam nas przeniesiono. Mieliśmy teraz oddział zakaźny. W baraku męskim przybywało chorych z Armii Ludowej WP, a w moim baraku żeńskim kobiety zwożono z obozu w Oświęcimiu. Były bardzo ciężkie stany.

            Gdy otwarto Uniwersytet Jagielloński, zapisałam się na drugi rok wydziału lekarskiego, mimo że miałam już wysłuchany w Warszawie, ale nie zdążyłam zaliczyć wszystkich egzaminów. Wolałam pracować i spokojnie zdawać egzaminy, nie chodząc na wykłady. Parę razy pojawiłam się na uczelni, by zobaczyć jak wygląda profesor. Nasz rocznik był bardzo nietypowy, bo do Krakowa zjechali studenci ze Lwowa, Poznania, Warszawy, z Ludowego Wojska Polskiego, z Armii Andersa i z obozów jenieckich. Byli też koledzy starsi, którzy przed wojną zaczynali studia, niektórzy już pracowali i założyli rodziny. Nasza grupka Zaorszczaków trzymała się razem.

            Pożyczyłam sobie zestaw preparatów histologicznych i nocami w pracowni szpitalnej uczyłam się do egzaminu. Kilka razy przebiegło coś korytarzem, a nawet w łazience. Okazało się, że to są szczury. Pacjenci z sąsiedniego baraku prześcigali się w polowaniu na te zwierzęta. Profesorowi żal było tych młodych ozdrowieńców i odwlekał ich powrót do jednostki, by nie poginęli pod Berlinem. Młodych wojaków energia roznosiła i robili różne figle. W maju obdarowali pielęgniarki pięknymi bukietami azalii z pobliskiego ogrodu botanicznego. Na nasze protesty tłumaczyli się, że właśnie ogrodnik musiał te krzaki przyciąć i chętnie im ofiarował.

            Egzamin z histologii zdałam dobrze, ale prof. Akerman zwróciła uwagę, że mam gorączkę i powinnam się położyć. Wróciłam do siebie, zasnęłam i już mało pamiętam. Zachorowałam bardzo poważnie na dur brzuszny z wszystkimi możliwymi powikłaniami. Dr Józwa, mój najbliższy lekarz, opowiadał mi później, że takiego przebiegu choroby jeszcze nie widział. Prof. Kostrzewski poradził mamie, by zamówiła za mnie mszę świętą. Jeden z pacjentów powiesił nad moim łóżkiem swój ryngraf z Matką Boską Ostrobramską. We mszy świętej w kościele oo. Dominikanów licznie uczestniczyli pacjenci i ich koledzy z wojska, a kilku służyło do mszy. Modły pomogły i po trzech miesiącach wyszłam ze szpitala. Byłam bardzo osłabiona. Na szczęście, mama miała już stałą pracę i mieszkanie, nie musiałam już pracować.

            W 1948 r. otrzymałam absolutorium. Odłożyłam egzaminy i podjęłam pracę w sanatorium przeciwgruźliczym dla dzieci w Rabsztynie. W pięknym otoczeniu, wśród wspaniałych ludzi doszłam do zdrowia psychicznie i fizycznie. Nauczyłam się tam bardzo dużo. Dr Aleksander Daniłowski (Dziadzia), nadzwyczajny człowiek, wszechstronny. Nie było dziedziny, która byłaby mu obca, a przy tym człowiek niezwykle skromny, opiekuńczy, o wielkim sercu. Profesor Groer przyjeżdżał do nas raz w tygodniu. Omawialiśmy z nim sprawy naszych chorych. Ale nie tylko. Każda taka konsultacja była ciekawa i pouczająca dla studenta. Raz w tygodniu przyjeżdżali do nas rentgenolog dr Pawlak i laryngolog dr Cyprian Szczurkowski z Krakowa. Dyrektor Stefan Bayer, były oficer, świetny administrator i gospodarz. Wszyscy ci panowie znali się na muzyce, niektórzy nawet ją uprawiali i przyjaźnili się ze słynnym pianistą prof. Drzewieckim. To też koncerty w sanatorium były na wysokim poziomie, niezapomniane.

            Musiałam wrócić do Krakowa, zabrać się do nauki i zdać ostatnie egzaminy. Po dyplomie pracowałam w klinice zakaźnej na oddziale dziecięcym. Wysłano mnie na kurs Heine–Medina do Warszawy, a następnie w styczniu 1951 r. dostałam nakaz pracy do szpitala zakaźnego na oddział Heine–Medina dla dzieci w Bytomiu. Miałam szczęście, bo spotkałam w szpitalu grupę jak ja młodych, zapalonych lekarzy. Z Warszawy dostali nakaz pracy pp. Molscy, których poznałam jeszcze na kursie Heine–Medina w Warszawie. Konsultantem miejskim był doc. dr Tadeusz Nowak. On też dostał nakaz pracy z Krakowa do Bytomia i odwiedzał nasz oddział raz w tygodniu. Konsultantem wojewódzkim był prof. Chwalibogowski i przyjeżdżał do nas co miesiąc. Co tydzień jeździłam z naszą kierowniczką kuchni mlecznej do kliniki w Zabrzu. Obie uczyłyśmy się bardzo pilnie. Pan profesor oprowadzał mnie po oddziałach na wizycie, a następnie w swoim gabinecie udzielał rad i wskazówek, dawał skrypty i podręczniki. Był nadzwyczaj życzliwy.

            Po południu pracowałam jeszcze w przychodni rejonowej dla dorosłych. Bardzo mi pomogła doświadczona, taktowna pielęgniarka. Pacjenci na Śląsku byli zdyscyplinowani. Z szacunkiem odnosili się do lekarzy. Codziennie o godzinie 18, po ambulatorium, spotykaliśmy się w kawiarni „Ludowej” i przy kawie lub herbacie dzieliliśmy się doświadczeniami. Radziliśmy się w trudniejszych sprawach. Doc. dr Nowak wspierał nas nie szczędząc swych rad. Tak pokrzepieni na duchu, biegliśmy na wizyty domowe do pacjentów. Kiedyś w czasie mojego nocnego dyżuru, stanęły żelazne płuca. Nasz technik nie mógł sobie poradzić. Salowe na zmianę, przy pomocy ręcznej dźwigni starały się je uruchomić. Wezwałam na oddział mojego męża inżyniera Jerzego Nowińskiego – szczęśliwie akurat tego dnia przyjechał z Krakowa mnie odwiedzić – który szybko naprawił silnik. Pacjent został uratowany.

            Po wyjściu za mąż postarałam się o zmianę nakazu pracy. Ministerstwo Zdrowia przekazało mnie do dyspozycji władz wojewódzkich w Krakowie, to znaczy do lecznictwa otwartego. Zatrudniono mnie w przychodni dziecięcej w Podgórzu na obrzeżu Krakowa. Teren rozległy: Wola Duchacka, Prokocim, Kozłówek, Piaski Wielkie, a ja sama. Na szczęście przydzielono mi na wizyty domowe auto służbowe. Praktykę szpitalną w ramach specjalizacji odbywałam jako wolontariusz. Z kliniki dojeżdżałam pociągiem do przychodni. Miasto szybko się rozbudowywało. Powstały liczne bloki i osiedla, przedłużono linie tramwajową i autobusową.

            Miałam wielką satysfakcję cieszyć się szczęściem moich pacjentów, którzy z biednych chałupek, ze strychów i piwnic przenosili się do nowych bloków. Na Kozłówku wybudowano dużą nowoczesną przychodnię. Już nie byłam sama. W Prokocimiu powstał piękny polsko-amerykański instytut pediatrii. Pracowałam tam jako wolontariusz. Miałam też pod opieką dzieci w szkołach, przedszkolach, domach dziecka i poradni zdrowia psychicznego.

            Po 25 latach zmieniłam dzielnicę, by pracować bliżej domu i dzieci, bo babci zabrakło już do pomocy. Nareszcie poznałam moją najpiękniejszą dzielnicę Krakowa, Zwierzyniec, i mieszkających tu ludzi. Tu przepracowałam 15 lat. Od 1993 r. jestem już na emeryturze. Mam troje dzieci i trzech wnuków. Dziś już nie zawsze poznaję swoich pacjentów, bo dorośli, zmienili się, mają już swoje dzieci, a nawet wnuki. To oni mnie poznają. Miło z nimi porozmawiać i dowiedzieć się o ich losach.

            Jako członek Klubu Powstańców Warszawy Armii Krajowej, mieszkających w Krakowie, uczestniczę w spotkaniach koleżeńskich. Przez kilka lat pracowałam z grupą kolegów nad ekspozycją fotogramów i eksponatów Powstania Warszawskiego 1944 dla muzeum Armii Krajowej w Krakowie.

 

Życiorys

            Urodzona 22 X 1923 r. w Warszawie z rodziców Dezyderiusza Zawistowskiego i Leonardy z domu May. Do 1939 r. ukończyła trzy klasy gimnazjum i liceum ogólnokształcącego państwowego im. Marii Konopnickiej w Ostrogu nad Horyniem. Po śmierci ojca, który poległ w kampanii wrześniowej 1939 r. jako oficer WP, zamieszkała z resztą rodziny w Warszawie. Na tajnych kompletach ukończyła gimnazjum i liceum humanistyczne J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Warszawie, uzyskując świadectwo dojrzałości w 1942 r. W tym samym roku wstąpiła do Warszawskiej Szkoły Pielęgniarek przy ul. Koszykowej. W 1943 r. zdała wstępne egzaminy do Prywatnej Szkoły Sanitarnej doc. J. Zaorskiego w Warszawie i rozpoczęła tajne studia medyczne. Powstanie Warszawskie w 1944 r. przerwało jej naukę. Po powstaniu dostała się do obozu w Pruszkowie, a następnie została przesiedlona do województwa krakowskiego.

            W 1945 r. rozpoczęła pracę w Szpitalu św. Łazarza na oddziale zakaźnym w Krakowie jako pielęgniarka, a po otwarciu Uniwersytetu Jagiellońskiego, została przyjęta na drugi rok wydziału lekarskiego. W 1948 r. otrzymała absolutorium, a w 1951 dyplom lekarza medycyny. W 1956 r. otrzymała specjalizację I stopnia w zakresie pediatrii. W latach 1948–1950 pracowała jako lekarz asystent w sanatorium przeciwgruźliczym dla dzieci w Rabsztynie. W 1950 r. pracowała w Państwowym Szpitalu Klinicznym na oddziale chorób zakaźnych dla dzieci w Krakowie przy ul. Kopernika 17. W 1951 r. została przeniesiona nakazem pracy do szpitala dla zakaźnie chorych w Bytomiu na oddział H 14 i błonicy dla dzieci. Jednocześnie objęła pracę lekarza w przychodni rejonowej Nr 4 dla dorosłych przy ul. Warszawskiej. W 1952 r. zawarła związek małżeński z mgr. inż. Jerzym Nowińskim, starszym asystentem Akademii Górniczo–Hutniczej w Krakowie.

            W 1953 r. po uzyskaniu zmiany nakazu pracy przeniosła się do Krakowa i objęła pracę w poradni dziecka chorego i zdrowego. Jednocześnie jako pediatra sprawowała opiekę nad dziećmi w żłobkach, przedszkolach, szkołach, w domu dziecka oraz w poradni zdrowia psychicznego. W latach 1953 –1956 odbyła specjalizację I stopnia z zakresu chorób dzieci jako wolontariusz Kliniki Chorób Dziecięcych AM w Krakowie. W 1959 r. odbyła staż w chorobach zakaźnych w zakresie pediatrii II stopnia w szpitalu specjalistycznym na ul. Prądnickiej 80 w Krakowie.

            W latach 1966–1969 odbywała staże jako wolontariusz kliniki chorób dzieci w Instytucie Pediatrii w Prokocimiu, a następnie na oddziałach noworodków i wcześniaków w I Klinice Położnictwa i Chorób Kobiecych AM w Krakowie. W latach 1950–1970 uczestniczyła w wielu kursach w zakresie pediatrii w Krakowie, Warszawie, Bydgoszczy, Łodzi, ale do egzaminu II stopnia specjalizacji nie przystępowała. W 1993 r. przeszła na emeryturę i przestała pracować.      

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82