Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
WSPOMNIENIA OKUPACYJNE (1941–1945)

Zygmunt PIESIEWICZ

 

WSPOMNIENIA OKUPACYJNE (1941–1945)

 

            Mój „flirt” z medycyną – niech mi autor książki pt. Flirt z Melpomeną wybaczy plagiat tytułu – zaczął się w 1941 r., gdy dowiedziałem się o otworzeniu szkoły doc. dr. Jana Zaorskiego. Zgłosiłem się natychmiast do budynku medycyny teoretycznej w gmachu Uniwersytetu Warszawskiego ul. Krakowskie Przedmieście 26/28. Rozmawiał ze mną sam dyrektor szkoły, prof. dr Franciszek Czubalski, fizjolog, który wpisał mnie na listę słuchaczy, a którego wykłady pamiętamy do dziś. W mojej grupie powtarzało się sławne zdanie Profesora: „Feliks pompuje, woda leci, Feliks przestał pompować, woda nie leci.” (Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Feliks to długoletni laborant Zakładu Fizjologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1936–1939 Uniwersytetu im. Józefa Piłsudskiego). Zdanie to przyjęliśmy z humorem. Profesor wykładał fizjologię, anatomię prawidłową prof. dr E. Loth, chemię nieorganiczną, organiczną i fizjologiczną prof. Przyłęcki, histologię doc. dr Elkner.

            Po złożeniu egzaminów z I i II grupy przystąpiłem do zajęć z anatomii patologicznej i histopatologii w pracowni prowadzonej przez doc. Stefanię Chodkowską w Szpitalu Wolskim na ul. Płockiej nazywaną „mamą”. Tu zbieraliśmy się codziennie i pod kierunkiem pani docent wykonywaliśmy sekcje i uczyliśmy się histopatologii. „Mama” urządzała częste kolokwia, a przed egzaminem u prof. Ludwika Paszkiewicza kolokwium, na którym nas dopuszczano do egzaminu z anatomii patologicznej. Równolegle słuchałem wykładów przewidzianych na III roku studiów wydziału lekarskiego Uniwersytetu Ziem Zachodnich. Szczególnie pamiętam wykłady profesora Modrakowskiego z farmakologii z uwagi na charakterystyczny styl i sylwetkę profesora.

            Po złożeniu kolokwium końcowego u doc. Chodkowskiej i złożeniu egzaminu z zakresu anatomii patologicznej u prof. L. Paszkiewicza, przystąpiłem do pracy w oddziale chorób wewnętrznych doc. dr. J. Roguskiego w Szpitalu Wolskim, gdzie odbywały się kolokwia z diagnostyki, interny i badań laboratoryjnych. Pan docent Roguski, późniejszy profesor chorób wewnętrznych w Poznaniu, był bardzo surowym i wymagającym szefem oddziału. Był uczniem profesora Witolda Orłowskiego, autora wspaniałej wielotomowej interny.

            Wybuch Powstania Warszawskiego zastał mnie w mieszkaniu Tadeusza Krzeskiego, późniejszego profesora urologii w Warszawie, gdzie również był jeszcze jeden kolega, Ruszkarski, późniejszy ordynator oddziału chorób wewnętrznych w Częstochowie. Po uspokojeniu się silnej strzelaniny, wieczorem rozeszliśmy się każdy do swoich obowiązków. Ja, ponieważ ul. Grzybowska, na której mieszkał kol. Krzeski, była blisko miejsca zamieszkania moich rodziców, wróciłem na noc na Okopową, a rano zgłosiłem się 2 VIII 1944 r. do Szpitala Wolskiego na oddział doc. J. Roguskiego. W oddziale zastałem znanych mi lekarzy. Pamiętam, że był m. in. doc. L. Manteuffel, dr Woźniewski. Obłożenie oddziału chorymi było pełne. Na ulicy Płockiej panował wówczas jeszcze względny spokój. Siostry zakonne ze zgromadzenia szarytek pełniły swoje obowiązki. Najlepiej pamiętam siostrę Reginę, którą nazywałem „Reginką”. Była to pielęgniarka całym sercem oddana chorym. Zwracałem się do niej per „Siostro Reginko”, za co zostałem skarcony przez starszą zakonnicę.

            Muszę wrócić pamięcią do miesięcy sprzed wybuchu Powstania. W okresie mojej pracy w oddziale wewnętrznym doc. J. Roguskiego, wiosną 1944 r. w Warszawie szalał niesamowity terror hitlerowski. Codziennie pojawiały się różowe plakaty z nazwiskami rozstrzelanych. Otóż, nasz dom posiadał z bramy wejście od ul. Leszno 115 i od ul. Okopowej 9. Pewnego dnia zostałem dłużej w szpitalu, żeby wykąpać się. Wracam później, a dom jest obstawiony przez żandarmów. Ludzi widocznie przed tym wyprowadzono. Stanąłem na przystanku tramwajowym, aż zwinęli posterunki, wróciłem do domu. Zastałem rodziców bardzo zdenerwowanych, gdyż nie wiedzieli, co się ze mną dzieje. Podobny „kocioł” powtórzyło gestapo po kilku tygodniach, tak że byłem cały czas w szpitalu i wróciłem, gdy po „hyclach” nie było śladu. Jak dowiedziałem się później, w naszej kamienicy odbywały się zebrania komunizujących pracowników piekarni i ktoś musiał ich zadenuncjować.

            Wracając do pierwszych dni powstania, w Szpitalu Wolskim w trzecim lub czwartym dniu powstania zaczęło się piekło. Ulicą Płocką jeździły czołgi i samochody pancerne, ostrzeliwując poszczególne domy stojące przy samej ulicy. W nocy z powodu strzelaniny ani chorzy, ani personel nie mogli spać. Po pięciu dniach sytuacja stała się tragiczna. Na noc wchodziłem spać do mieszkania rodziców. Ale piątego czy szóstego dnia, kiedy rano chciałem wrócić do szpitala, dowiedziałem się od żołnierzy AK, którzy zajęli naszą kamienicę, że własowcy zajęli Szpital Wolski i Szpital św. Łazarza, gdzie rozstrzelano chorych i personel szpitalny. Jak się później dowiedziałem, w pobliskim Szpitalu św. Łazarza zginęła moja znajoma łączniczka AK Ada Wodnicka. Tragedia Szpitala Wolskiego została dokładnie przekazana w raporcie lekarza dyżurnego szpitala dr. Woźniewskiego.

            Ponieważ nasz dom znajdował się bardzo blisko Szpitala św. Łazarza, zajętego przez własowców, a ostatnia barykada broniąca dostępu do Śródmieścia była przy naszej kamienicy, polecono ludności opuszczać mieszkania. I teraz zaczęła się nasza tragiczna wędrówka w kierunku Starego Miasta. Początkowo zatrzymaliśmy się u przyjaciółki mamy na ul. Żurawiej, ale po kilku dniach pozornego spokoju zaczęło się piekło. Potworny ostrzał artyleryjski wzdłuż ulicy Żurawiej i bombardowania lotnicze. Dalsze przebywanie w lokalu na piętrze było bardzo niebezpieczne. Postanowiliśmy wszyscy wędrować w kierunku Starego Miasta, gdzie podobno było jeszcze zupełnie spokojnie. Początkowo zatrzymaliśmy się u znajomych na ul. Freta, ale wtedy zaczęło się ostrzeliwanie przez tzw. krowy. Schroniliśmy się wówczas w kościele św. Jacka, tuż obok kościoła była piwnica firmy Meinla. Były to sklepy zaopatrujące w żywność i delikatesy dla Niemców – zaopatrzenie „nur für Deutsche”. W piwnicy istniał już zorganizowany szpital AK dla lżej rannych i rannych operowanych w pobliskim dużym Szpitalu przy ul. Długiej. Zgłosiłem się do lekarza szpitala i pozostałem w nim aż do zakończenia działań na Starym Mieście.

            Pracy było dużo. Zgłaszali się również chorzy z ludności cywilnej. Wszyscy byli sprawnie załatwiani. Z wyżywieniem było coraz gorzej, a ostrzał artyleryjski i bombardowania przez stukasy stały się potworne. Pewnego dnia – było to, jeśli pamięć mnie nie myli we wrześniu – Niemcy zaczęli wyjątkowo silne naloty na Starówkę. Bomby spadły w pobliżu Kościoła św. Jacka i szpitala w piwnicy Meinla przy ul. Freta. Zginął wówczas cały sztab AL, zniszczono wielki ołtarz, zginęli ranni leżący w kościele. Rodzice cudownym zbiegiem okoliczności ocaleli w zbombardowanym kościele. Również ranni w przylegającej do kościoła piwnicy Meinla nie odnieśli obrażeń.

            Powstanie na Starówce dogorywało. Oddziały AK szykowały się do opuszczenia Starego Miasta. Jedyne połączenie ze Śródmieściem było kanałami. Pewnego spokojniejszego popołudnia wyszliśmy z ojcem na ulicę Długą, gdzie było zejście do kanału prowadzącego do Śródmieścia. W tym czasie, przypominam sobie dobrze, reporter gazety powstańczej robił zdjęcia czekającym do zejścia żołnierzom AK i objął nas tym zdjęciem. Zdjęcie to zostało później zamieszczone w książce pt. „Powstanie Warszawskie”. Rok wydania trudno mi dokładnie podać, ale były to lata sześćdziesiąte. Ze zdjęcia w tej książce zrobiono mi odbitkę, którą przechowuję w swoim domowym archiwum (zdjęcie jest wyjątkowo udane). Tymczasem ludność cywilna Starówki dostała nakaz opuszczenia dzielnicy. Walki zamierały z uwagi na brak amunicji i żywności. Do przejścia kanałami byli uprawnieni tylko żołnierze AK z bronią. Rodzice z uwagi na wiek nie mogli być wpuszczeni do przejścia. Nie mogłem ich zostawić, postanowiliśmy zatem przy okazji opuścić Starówkę. Ludność cywilna wypędzana ze Starego Miasta była gromadzona głównie na placu przed Wytwórnią Papierów Wartościowych, której załoga zapisała się bohatersko w walkach na Starówce. Gdy staliśmy w dużej grupie na placu przed Wytwórnią Papierów Wartościowych miałem przy sobie mały tobołek zapakowany w cienki koc. Rodzice również mieli małe bagaże.

            Wtedy, przypominam sobie, podszedł do mnie własowiec i wpakował mi rękę do małej kieszeni w kamizelce. Myślał, że znajdzie tam zegarek kieszonkowy, ale kieszeń była pusta. Zegarka nie miałem, kałmuk zaklął po rusku. Następnie zjawił się gestapowiec, który wybrał 20 mężczyzn, w tym trafił na mnie. Popędzono nas przed czołgiem do jednej z ostatnich barykad przy ul. Długiej w pobliżu kościoła garnizowego, który szczęśliwie ocalał, ale żołnierze AK nie mieli już amunicji ani żywności i oddali barykadę bez walki. Nakazano nam ją rozebrać. Wtedy podszedł do nas jakiś starszy żołnierz wehrmachtu i zażądał ode mnie i kolegi, który również rozmawiał trochę po niemiecku, żeby przynieść dla jego jednostki kawę w konwiach i prowiant. Pod konwojem żołnierza wehrmachtu przytaszczyliśmy do tej jednostki kawę i pieczywo. Po pewnym czasie przynieśli dla nas pół bochenka chleba i trochę kawy, a starszy feldfebel zapytał mnie, co robiłem. Odpowiedziałem, że pracowałem w szpitalu jako pielęgniarz. Miałem przy sobie legitymację od Zaorskiego. Niemiec powiedział: – możesz nam się przydać. Nie mamy sanitariusza, a ten drugi zostanie do pomocy.

            Noc przespaliśmy w jakimś kącie pod konwojem żołnierza wehrmachtu. Byli to starzy, wysłużeni ludzie wyglądający na emerytów. Rano kazano nam przenosić trupa żołnierza wehrmachtu do wyznaczonego miejsca Zwłoki leżały już kilka dni i były zniekształcone. Jakoś uporaliśmy się z tym poleceniem. Wieczorem dali nam trochę chleba i kawę. Pomyśleliśmy sobie, że teraz oddadzą nas gestapo albo w najlepszym razie popędzą do obozu przejściowego przy kościele na ul. Wolskiej. Jak się później dowiedziałem, moi rodzice przez ten obóz w kościele trafili do Pruszkowa, a następnie po kilku dniach wywieziono ich pod Częstochowę.

            Rano przywieziono nam chleb. Po kawę musieliśmy iść sami pod konwojem. Wtedy, gdy mieliśmy kawę, ktoś z dużej odległości „pyknął” nam nad głową. W murze pod ścianą był ślad po kuli karabinowej. Popędziliśmy z tą kawą do ruin, gdzie czekali nas wehrmachtowcy. Polecili nam sprzątać ich kwatery, przenosić różne toboły i tak minął następny dzień. Wieczorem cała jednostka dostała rozkaz wymarszu. Polecili nam pakować ich toboły i czekaliśmy, co z nami zrobią. Dali nam jakieś płachty od deszczu i kazali iść za wozem i pilnować, żeby nic nie zginęło. Nie wiedzieliśmy, gdzie nas poprowadzą, ale po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że idziemy w kierunku Saskiej Kępy. Wehrmacht rozlokował się w willach wzdłuż ulicy Francuskiej. Nam nakazano siedzieć w jakiejś małej izbie i pilnować wozu z ich rzeczami. W mieszkaniach były tylko kobiety bardzo wystraszone. Bały się z nami rozmawiać, a i my baliśmy się rozmawiać z nimi.

            Rano mieliśmy trochę rozrywki. Na niebie pojawiły się samoloty, które dotąd były nam nieznane z wyglądu. Panowie w mundurach z wrzaskiem „Iwan, Iwan” chowali głowy, gdzie było można. Samoloty skierowały się na Powiśle. W drodze na Saską Kępę zatrzymano nas z furmankami. W okolicy Zachęty nakazali nam przejść w ruiny pałacu Kronenberga i tam dali trochę chleba i coś do popicia. Nagle przybiegł do nas jakiś sierżant i krzyczał, żeby zrobić opatrunek żołnierzowi postrzelonemu w brzuch. Zrobiłem opatrunek lege artis. Jelita były przestrzelone. Wytłumaczyłem temu starszemu podoficerowi, że ranny wymaga natychmiastowej operacji. W czasie opatrywania rannego żołnierza obserwowali mnie bacznie, ale widocznie nie podpadłem, bo przynieśli nam dodatkowe pieczywo i marmoladę.

            Wracając do okresu koczowania na Saskiej Kępie – samoloty sowieckie coraz częściej przelatywały w kierunku Powiśla, a „panowie” zawsze z okrzykiem „Iwan, Iwan” kryli się w piwnicach. Nagle dostali rozkaz do wymarszu, a nam nakazali pilnować wyładowanych wozów. Przeszliśmy na Grochów. Było późne popołudnie. Zatrzymali nas na ulicy Grochowskiej w okolicy placu Szembeka, a tu rozszalała się już kanonada artyleryjska. Ostrzał wzdłuż ulicy był bardzo silny. W pewnym momencie zapalił się jeden wóz. Zginęło kilku Niemców, my chroniliśmy się w rowach (na Grochowskiej były jeszcze „rowy salwowe”). Piekło było niesamowite. W pewnym okresie poczułem spadające na grzbiet drobne odłamki od sznapneli. Niemcy potracili głowy, jakieś wrzaski, pokrzykiwania, jęki rannych. Postanowiliśmy z kolegę uciekać. W tym zamęcie wpadliśmy w ulicę Zamieniecką i dalej do jakiegoś domu, opuszczonego przez mieszkańców, rozdzieliliśmy się, ja do jednej piwnicy, kolega do innej. Schowałem się za węgłem, kryjówka była dość dobra. Próbowałem zasnąć. Następnego dnia kanonada artyleryjska nieco zmniejszyła się, ale nie wychodziłem z kryjówki.

            Dopiero po dwóch dniach wychyliłem się i zobaczyłem żołnierzy sowieckich. Z piwnic zaczęły wychodzić pozostałe kobiety, mężczyzn nie było. W jednej piwnicy był rosyjski kapitan. Kobiety przedstawiły nas, że udała nam się ucieczka od Niemców, a ten wojskowy zapytał, dlaczego nie przyprowadziliśmy Niemców, na co pokazałem mu gołe dłonie. Zrozumiał. Po pewnym czasie postanowiłem przenieść się z Grochowa do domku letniskowego rodziców w okolicach Garwolina. Akurat w bocznicy ul. Grochowskiej stała ciężarówka rosyjska, a kierowca zachęcał do przejazdu do Garwolina. Nie miałem bimbru, ale miałem kilka paczek papierosów. Dałem kierowcy, który wpuścił mnie pod plandekę. Do Garwolina dojechaliśmy bez większych niespodzianek. Odwiedziłem stryjka. Pożyczyli mi stary rower, na którym dotarłem do Łaskarzewa. Tu zastałem dom zajęty przez tutejszych mieszkańców, którym spaliły się domy we wrześniu 1939 r. Ludzie mieszkali po dwie rodziny w każdym pokoju. Przygarnęli mnie w rodzinie sekretarza gminy wiejskiej. Od zaufanych ludzi dowiedziałem się, że komitet lubelski ogłosił już na tym terenie mobilizację czterech roczników od 1920 do 1924 r. Jedynymi dokumentami, jakie miałem przy sobie, była kennkarta niemiecka i legitymacja szkoły prof. Jana Zaorskiego, w dodatku z fałszywą datą urodzenia wstawioną celowo.

            Zaczęli nachodzić mnie ludzie współpracujący z NKWD, szczególnie jeden z mieszkających w pobliżu. Dotarła do mnie wiadomość o aresztowaniu przez Rosjan zasłużonego lekarza z Garwolina wywiezionego do Rosji. To mnie dobiło do reszty. Po długich naradach i rozważaniach polecono mi jednak dla bezpieczeństwa własnego opuścić Łaskarzew. Dla wyjaśnienia: brat ksiądz w obozie koncentracyjnym w Dachau, rodzice nie wiedziałem, gdzie zostali przewiezieni przez Niemców, o mnie wiedzieli więcej niż przypuszczałem, okazało się, że ktoś przeżył Starówkę i trafił do Łaskarzewa. Jedyną możliwością uniknięcia aresztowania było wojsko organizowane przez komitet lubelski. W wojskowej komendzie rejonowej zabrano mi kennkartę, którą później wyrwałem od nich już w 1945 r. po wojnie. Obejrzeli legitymację od Zaorskiego i skierowano mnie do szefostwa służby zdrowia I Armii pod Otwockiem. Tu ruski major w mundurze oficera WP zaczął mnie egzaminować, pytać o zdane egzaminy. W końcu napisał mi skierowanie do baonu sanitarnego 2 Dywizji Piechoty. Miałem trudności z odnalezieniem tej jednostki, ale w końcu dotarłem przed oblicze „kombata” (komandira bataliona). Podobno laryngolog z Odessy. Chodził w polskim mundurze majora, nie umiał po polsku, lubił alkohol i chodził wiecznie na rauszu. Ten komandir przekazał mnie pod opiekę bardzo młodego lekarza, który niedawno ukończył Wojenno-Miedicynską Akademię w Leningradzie. Ten umiał trochę po polsku i tak stało się, że zamieszkałem z tym lekarzem i sanitariuszem w „szokowej pałatce” – tak ją nazywali miejscowi. Był początek października 1944 r. Baon sanitarny był rozlokowany na terenie „Pocisku” w Rembertowie i znajdował się stale pod ostrzałem niemieckiej artylerii kolejowej z okolic Dworca Gdańskiego. Pobliska wieża kościoła w Aninie stanowiła dla Niemców doskonały punkt natarcia.

            W baonie szpitalnym i sali operacyjnej był stosunkowo mały ruch. Pułki dywizji stały w drugim rzucie. Do medsanbatu – taka była również używana rosyjska nazwa baonu – trafiali jedynie ranni i zatruci spirytusem metylowym wyszabrowanym w wytwórni leków Spiessa. Ci ostatni zazwyczaj ginęli, gdyż trafiali zbyt późno do szpitala. Wchodzę kiedyś do namiotu. Leży jeden nieprzytomny. Odczuwam zapach jak w najlepszej perfumerii. Nachylam się nad żołnierzem, a tu cała gama wód pachnących. Zatruł się wodą kolońską sporządzoną na alkoholu metylowym. O ile sobie przypominam, według danych toksykologa w dywizji zginęło ponad 100 osób zatrutych alkoholem metylowym. Działania frontowe na większą skalę nie były prowadzone na naszym odcinku. Listopad i grudzień 1944 r. były nieco spokojniejsze. Nawet działo kolejowe, które nam psuło krew wyciszyło się. Święta Bożego Narodzenia były obchodzone skromnie, ale nie zapomniano o nich. Kapelan dywizji odprawił nawet mszę św.

            Ofensywa zimowa 1945 r. ruszyła około 14 I 1945 r. i  17 I 1945 r. została uwolniona Warszawa lewobrzeżna. Postanowiliśmy z laborantką zatrudnioną w baonie – była również rodowitą warszawianką – wybrać się do Śródmieścia. Przeszliśmy Wisłę po lodzie i znaleźliśmy się na Żoliborzu. Warszawa przedstawiała straszliwy widok. Pamiętam króla Zygmunta leżącego na bruku i roztrzaskaną kolumnę. Na ruinach domów, gdzie mieszkali znajomi nasi, porozlepiałem kartki z apelem do znalazców, żeby zawiadomili rodziców, że żyję i podałem numer poczty polowej. Połowę baonu sanitarnego ulokowano w ocalałym domu dziecka na Żoliborzu. Po 23 dniach podstawiono ciężarówkę i pojechaliśmy w kierunku Włocławka, następnie do palącej się jeszcze Bydgoszczy. Po pewnym czasie przekroczyliśmy dawną granicę polsko–niemiecką. Pierwszym miastem zajętym był Flatow. W domach same starsze kobiety bardzo wystraszone. Następnie przerzucono nas na teren Wału Pomorskiego. Tu broniły się jeszcze duże, dobrze zorganizowane oddziały niemieckie. Podzielono baon sanitarny na dwie części. My trafiliśmy do leśniczówki. Naokoło walczyli jeszcze Niemcy z Rosjanami. W pewnym momencie powstała panika. Duża jednostka wehrmachtu zbliżała się do nas. Rozdano nam bron i mieliśmy zorganizować obronę rannych i chorych leżących. W ostatniej chwili uratował nas duży oddział armii rosyjskiej. Niemcy wycofali się na północ. Przez cały okres walk na Wale Pomorskim bronił się duży garnizon niemiecki w Pile. W ciężkich walkach dotarliśmy do Kamienia Pomorskiego. Była wiosna. Bronił się Kołobrzeg, gdzie walczyły oddziały naszej dywizji. Stanęliśmy nad Odrą. Pojawiały się pojedyncze samoloty niemieckie, a artyleria niemiecka ostrzeliwała cały front. Przerzucano nas na południe i przygotowano do przeprawy przez Odrę. Odrę przekroczyłem w sanitarce po rozchwianym moście pontonowym ostrzeliwanym przez artylerię niemiecką. Dotarliśmy do miejscowości pod Berlinem. W oddali na pogodnym niebie widzieliśmy ogromne ilości czteromotorowych superfortec amerykańskich bombardujących Berlin. Zajęliśmy obóz koncentracyjny Oranienburg–Sachsenhausen. W obozie pozostali nieliczni więźniowie, którzy nie mogli maszerować na zachód.

            W osiedlu specjalnym dla esesmanów położonym na terenie obozu zastałem w jednym pokoju napoczęte śniadanie i leżący obok „Volkischer Beobachter” z poprzedniego dnia. Walki toczyły się dalej. Zbliżał się 1 V 1945. Politrucy przygotowywali się do obchodzenia uroczystości pierwszomajowych. Staliśmy na północ od Berlina, w niewielkiej odległości. Samolotów artyleryjskich nad Berlinem już nie było widać. Zbliżaliśmy się do Łaby. Po drugiej stronie stali już Amerykanie. Dwa dni kwaterowałem we wsi leżącej nad samą Łabą. Później wycofano nas w okolice Cottbus. Kwaterowaliśmy na przedmieściach tego niewiele zniszczonego miasta. Następnie przerzucano nas do Cosel (miejscowość ta została włączona do Kędzierzyna). Tu był szpital zakaźny wojskowy. Było sporo duru brzusznego – pracowałem w oddziale. Jesienią 1945 r. przerzucono całą dywizję do Kielc.

            W Kielcach dowiedziałem się, że ukazał się rozkaz dowódcy I Armii o zwolnieniu studentów celem dokończenia zaczętych studiów. Otrzymałem od dziekana Prof. Butkiewicza zaświadczenie stwierdzające, że mogę być przyjęty na IV rok Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Po powrocie do Kielc przedstawiłem to zaświadczenie w sztabie 2 Dywizji. Następnego dnia zostałem zdemobilizowany przez dowódcę I Armii. W początkach października 1945 r. przystąpiłem do kontynuowania przerwanych studiów lekarskich, jako student IV roku Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

            Absolutorium Wydziału Lekarskiego otrzymałem w początkach 1949 r. w Uniwersytecie Warszawskim. Kończąc studia musiałem zacząć pracować, gdyż rodzice moi nie byli w stanie utrzymywać mnie. Już w 1947 r. jesienią zgłosiłem się do odrabiania stażu z interny w zakresie chorób wewnętrznych. Pracowałem w oddziale chorób wewnętrznych Szpitala Sióstr Elżbietanek. Po 9 miesiącach na internie, przystąpiłem w tymże szpitalu do odrabiania chirurgii. Staż z ginekologii i położnictwa odrobiłem w oddziale ordynator dr Bulskiej, późniejszej profesor ginekologii i położnictwa w Warszawie. Staże były wówczas bezpłatne. Dyżurowałem w zastępstwie starszych kolegów, zarabiając w ten sposób na utrzymanie i wyżywienie.

            Po otrzymaniu dyplomu lekarza w początkach 1950 r. otrzymałem etat asystenta w Instytucie Radowym. Dyrektorem Instytutu był wówczas dr Franciszek Łukaszczyk, który specjalizował się z rentgenoterapii u M. Skłodowskiej-Curie i uratował rad od zagrabienia przez Niemców. Krótka była moja satysfakcja z otrzymanego etatu. Po kilku miesiącach wezwano mnie do wydziału zdrowia przy ul. Bagatela i wręczono rozkaz pracy na 2 lata do szpitala powiatowego w Będzinie (województwo katowickie). Nakazy wręczał sam dyr. Pacho, późniejszy wiceminister zdrowia, klepiąc przy tym bzdury ideologiczne. Ponieważ pracowałem w dwóch instytucjach, prosiłem obu dyrektorów o interwencję w Ministerstwie Zdrowia. Jedynie dr Uszkiewicz, dyrektor PZWL napisał odpowiednie odwołanie do Departamentu Kadr MZiOS, ale bez powodzenia. Musiałem w ciągu 2 tygodni zlikwidować swoje mieszkanie, zostawić rodziców wymagających stałej opieki – brat po powrocie z obozu w Dachau nie mógł wiele im na razie pomagać – i przeniosłem się do Szpitala w Będzinie. Tu zamieszkałem w jednym pokoju z innym lekarzem, przysłanym nakazem pracy z Akademii Medycznej w Poznaniu.

            Kolega ten pracował na chirurgii, ja na internie. Szpital z końca XIX w., mały, podstawowe oddziały plus oddział zakaźny zlokalizowany w trzypiętrowej pożydowskiej czynszówce. Wyposażenie szpitala ubogie, braki kadrowe potworne. Co tu biadolić, trzeba pracować. Zdawało się, że trzeba było dyżurować czasem nawet i 3 doby. Za dyżury płacono wtedy śmiesznie niski ryczałt, nie licząc godzin pracy.

            Zbliżał się termin zakończenia nakazu pracy. Wojewódzki wydział zdrowia w Katowicach nie chciał rozmawiać na temat powrotu do Instytutu Onkologii w Warszawie. Zaproponowano mi oddział onkologii w Gliwicach. Miałem zgodę dyrektora Łukaszczyka. Był dla mnie etat w Instytucie Onkologii w Warszawie, ale Katowice były nie do pokonania. Wreszcie trochę szczęścia. Któryś z urzędujących wiceministrów załatwiał coś w Instytucie. Jeden z lekarzy poprosił go o interwencję w mojej sprawie. Wyraził zgodę. Wróciłem do pracy na Wawelską. I znów ciężka praca, przynajmniej w dwóch instytucjach. Dyżury wcale nie lekkie, prace redakcyjne zlecone z PZWL zabierałem do domu. Aby otrzymać godziwe pobory musiałem całe moje życie zawodowe pracować w dwóch, a czasem w trzech instytucjach.

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82