Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
NOTATKI Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Tadeusz POGÓRSKI

 

NOTATKI Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

 

Wola

            Dnia 2 sierpnia, wobec niemożliwości przedostania się na własną placówkę, zgłosiłem się do punktu opatrunkowego batalionu Kiliński, stanowiącego część zgrupowania X, przy ulicy Ogrodowej, w gmachu sądów. Na skutek porozumienia z komendantem punktu, śp. por. Darem, kand. med., objąłem jako chirurg w jego zastępstwie prowadzenie punktu, przekształcając go w szpital. Podkreślam niezwykłą ofiarność społeczeństwa, które samorzutnie ofiarowywało pomoc w każdej postaci – bądź osobistym udziałem w pracy, bądź też przez zdobywanie i dostarczanie środków leczniczych i sprzętu oraz żywności do szpitala. Poza szeregiem młodzieży, zgłosił się do pracy 60–letni profesor chirurgii i znana na terenie stolicy ze swej ofiarnej pracy lekarka, dr Roma (Z. K ... .). Ponadto w skład personelu wchodził medyk, kol. Marek B. (Balin) oraz medyczka śp. Lidia Puchalska z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pielęgniarki wykwalifikowane: Wanda, Zofia, Renata, Balbina; niewykwalifikowane: Burza, Krystyna i około sześciu innych. Liczba tych ostatnich wzrastała z dnia na dzień. Najbliższe punkty opatrunkowe: Elektoralna 16 (tej samej jednostki bojowej), na czele punktu kand. med. Roman (Br ...) i śp. kand. med. Suchorukow oraz Ciepła, gmach Polskiej Policji, punkt prowadzony przez dwie medyczki UW: Elżbietę i Henrykę. Z obydwoma punktami miałem żywy kontakt. Ponadto słyszałem, że miały istnieć punkty opatrunkowe przy ul. Chłodnej, w zakładach ASKO oraz Leszno 81 róg Żelaznej.

            Szpital Maltański przy ul. Senatorskiej przyjmował od nas rannych na laparatomię i trepanację oraz wypadki, w których nieodzowny był rentgen. Transport rannych odbywał się na noszach z obsługą pieszą lub samochodem przez ul. Elektoralną. Tam też sterylizowaliśmy materiał opatrunkowy. Na miejscu załatwialiśmy całą chirurgię, nie wymagającą otwierania jamy brzusznej lub mózgowej. Poza chirurgicznymi mieliśmy dwóch chorych wewnętrznie, zwolnionych z więzienia przy ul. Daniłowiczowskiej: rozpadowa gruźlica i wyniszczający nieżyt całego przewodu pokarmowego. Dnia 5 VIII na skutek zdemolowania lokalu punktu opatrunkowego przy Elektoralnej, przeniesiono go na teren sądów wraz z rannymi. Ranni – w trzech czwartych wojskowi – przeważnie z batalionu Kiliński oraz batalionu Gustaw. Stan w dniu 6 VIII – 35 chorych, 18 osób personelu. Cywilna ludność: przeważnie ofiary nalotów bombowych z rejonu ulic Chłodnej, Waliców, Pl. Mirowski, Solna, Elektoralna, Leszno, Żelazna. Praca od 14 do 24 godzin na dobę.

            Dnia 6 sierpnia przyszedł rozkaz ewakuacji rannych do Szpitala Maltańskiego. Rozkaz wykonano. W ciągu dnia świeży napływ rannych. W nocy z 6 na 7 rozkaz całkowitej ewakuacji szpitala do Szpitala Maltańskiego i demobilizacji personelu. Rozkaz otrzymałem od komendanta punktu por. Dara, który przyniósł go od por. Ostoi. Jak się o tym później dowiedziałem, rozkaz demobilizacji został wydany przez por. Ostoję samowolnie. Już wówczas nie wierzyłem w nieodzowność tego faktu i we własnym sumieniu rozkazu nie uznałem. Dlatego poradziłem odejść do domu tylko najmłodszym piętnasto-szesnastoletnim dziewczętom, które miały w sąsiedztwie własne rodziny. Reszta miała zabrać część naszych rannych i materiał sanitarny i przejść na Stare Miasto na własną rękę, a tam samorzutnie stworzyć szpital polowy opierając się na batalionie Gustaw, którego ranny dowódca był pod naszą opieką. Taki był mój plan, stworzony naprędce w porozumieniu z kpt. Gustawem i dyrektorem Szpitala Maltańskiego, dr. Strehlem. Zanim jednak nasi ranni zostali nakarmieni i zanim wydano nam własny sprzęt sanitarny, szpital został opanowany przez Niemców. Jedynie kpt. Gustaw został zawczasu przeniesiony na noszach przez własny patrol do swojego m. p. na ul. Kilińskiego. Wobec tego personel porozrzucałem po salach, laboratoriach, kuchni itp. określając tymczasem grupę krwi wszystkim członkom personelu, utrzymując jednak ciągłe pogotowie do ucieczki całego personelu.

 
Stare Miasto

            Ucieczka udała się po upływie półtorej doby. Przed tym jednak zabrali nam Niemcy z sali operacyjnej, razem z transportem swoich rannych, pielęgniarkę siostrę Wandę. Na Starówce zostaliśmy serdecznie przyjęci przez zdrowiejącego dowódcę batalionu kpt. Gustawa i dzięki jego pomocy nawiązaliśmy kontakt z szefostwem sanitarnym w budynku Ministerstwa Sprawiedliwości – polecono nam działać na własną rękę. Wcieliłem więc swój zespół jako szpital polowy do zgrupowania Róg, pełniąc jednocześnie funkcję lekarza batalionu Gustaw i komendanta szpitala oraz jego chirurga. Pułkownik Paweł oddał nam dla rannych 100 koców. Dzięki żywej pomocy dr Romy stworzyliśmy w klasztorze sióstr Sakramentek na Nowym Mieście szpital polowy i ośrodek krwiodawców. Podkreślić muszę piękne obywatelskie stanowisko przełożonej klasztoru, która w zrozumieniu sytuacji nie zawahała się zdjąć srogiej klauzuli zakonnej, nienaruszonej od 300 lat, tj. od założenia klasztoru, aby nam umożliwić zajęcie budynku dla rannych żołnierzy.

            Cztery dni pracy w szpitalu „u Sakramentek” to okres ciężkiej próby psychicznej, z której dwie słabsze jednostki nie zdołały wyjść zwycięsko, złamane ostatecznym momentem – ogniem pocisków artyleryjskich i bomb. Stan szpitalika ostatniego dnia wynosił do 30 osób. Personel został uzupełniony przez zwerbowanie dwóch mężczyzn ze schronów. Ranni przybywali ze wszystkich oddziałów Starówki, przede wszystkim jednak z batalionu GustawKiliński. Wobec ustawicznego pośredniego i bezpośredniego ostrzału, rannych na laparatomię odsyłałem do Szpitala Jana Bożego i na ul. Długą 7, podobnie jak i przypadki mózgowe. Po trzech dniach, wobec fatalnych dla operacji skutków ognia artyleryjskiego przenieśliśmy się do ciasnej, bezokiennej piwnicy klasztornej, operując i opatrując rannych w asyście modlących się zakonnic.

            Wkrótce pożar kościoła i zalewanie piwnicy wodą z rozerwanych przewodów kanalizacyjnych zmusiło nas o północy do ostatecznego przerwania pracy, prowadzonej mimo ciężkich warunków bez przerwy. Zawezwana pomoc z batalionu przybyła w porę. Rannych ciężej wyniesiono na ul. Długą 7, lżej rannych zabrano do m. p. batalionu na ul. Kilińskiego 3. Tu wcisnęliśmy się stopniowo w 3 piwniczki oraz korytarze piwniczne i kilka pokoików na parterze.

            Od dnia 12 VIII do 1 IX byliśmy punktem opatrunkowym batalionu Gustaw i równocześnie szpitalem polowym grupy Róg. Obejmowaliśmy odcinek frontu od Katedry św. Jana i Zamku Królewskiego od ul. Miodowej. Rannych donoszono nam jednak z najodleglejszych placówek ul. Mławskiej. Przeciętny stan szpitala: od 40 do 60 chorych. Laparatomie i trepanacje odnosiliśmy na ul. Długą 7 (przeniesiony Szpital św. Jana z ul. Bonifraterskiej). Szpital ten, po zniszczeniu I piętra otworzył filię w Kościele św. Jacka przy ul. Freta. Punkt przy ul. Barokowej, wobec ostrzału z getta został przeniesiony na ul. Miodową 23.

            Mimo braku światła i wody efekty sterylizacji płomieniem spirytusowym były na tyle dobre, że w ciągu całego czasu mieliśmy tylko jeden przypadek tężca. Brak innych zakażeń przyrannych. Żadna amputacja nie skończyła się śmiercią. Rany goiły się dobrze. Niemałą rolę odgrywała tu szybka i sprawna pomoc patroli sanitarnych, szybki i ostrożny transport, wreszcie wczesny zabieg chirurgiczny i uzupełnienie upływu krwi przez transfuzje świeżej krwi, najczęściej od personelu szpitala. Dzięki dr Romie wszyscy mieli grupy krwi określone. Na wezwanie jednego z pism zgłaszają się krwiodawczynie z różnych oddziałów i spośród ludności cywilnej. Nie było ani jednej pielęgniarki, ani sanitariuszki w naszym szpitalu, która by nie dała krwi rannemu.

            „Chłopcy” widzieli efekty i pomagali znosząc materiał opatrunkowy, środki lecznicze, odzież i żywność, a nawet narzędzia lekarskie. Nastrój wzajemny rodzinny i tak serdeczny, jak wśród najbardziej oddanych przyjaciół, mimo że ranni leżeli po dwóch na jednym materacu w ciasnych, wilgotnych korytarzach piwnicznych. Sami brudni i czarni od gruzu i sadzy, rany mieli opatrywane we właściwym czasie. Okresowo stworzono izolatkę dla chorych na epidemiczną krwawą biegunkę o obrazie klinicznym zbliżonym do czerwonki. Zabroniono picia surowej wody. Rannym podawano wodę z sokiem i annogenem. Współpracowali z nami jako lekarze dochodzący specjaliści: okulista – dr Sz., laryngolog – dr Rakieta, miejscowa cywilna lekarka chorób wewnętrznych i miejscowa cywilna dentystka. Dr Rakieta, komendant punktu opatrunkowego Miodowa 24, zginął od bomby lotniczej.

            Praca trwała od świtu do północy lub do rana przy świeczkach. Budynek nasz był dwukrotnie zbombardowany, trzykrotnie się palił. Został trafiony jednym z najcięższych pocisków artyleryjskich oraz wieloma bezpośrednimi i pośrednimi pociskami z miotaczy min, moździerzy, granatników oraz bomb lotniczych zapalających i kruszących. Po tygodniu trzecia część personelu leżała chora (zaziębienie, wyczerpanie, krwawa biegunka). Reszta trzymała się. Fizycznie nie dopisywali prawie wszyscy. Wilgoć, półmrok piwnicy, brak światła, wyziewy rozkładających się pod gruzami zwłok obok lichego odżywiania, braku snu, ciężkich warunków spania – na stołach opatrunkowych i ławkach wśród oparów krwi i ropy – obok niemożności umycia się z braku wody, obok epidemicznej biegunki, wreszcie nieustanne wstrząsy i detonacje, gruz, pył i sadze w zębach i pod powiekami wyczerpywały najsilniejsze organizmy. Siły psychiczne pokonywały wszystko.

            Chorujące pielęgniarki i sanitariuszki uzupełniono przez zmobilizowanie pięciu konspiracyjnych łączniczek – sanitariuszek batalionu: Janki, Krysty, Krystyny, BasiJulii oraz harcerek: Marioli, Oleńki, Sroki(Hali Soroczyńskiej) , DanutyTeresy (Aleksandry Kossowskiej). Wkrótce i te zaczęły chorować. Wszystkie jednak, nawet słaniając się, pełniły do ostatka swoje zadanie, ginąc na posterunku, jak przystało na prawdziwego żołnierza. Dnia 20 VIII ginie od pocisku artyleryjskiego medyczka Lidia Puchalska. Dnia 27 VIII razem z sześcioma rannymi giną od bomby lotniczej SrokaTeresa oraz por. Poleski, intendent szpitala oraz pięć sanitariuszek, które wczesniej odniosły rany 13 VIII od wybuchu nieprzyjacielskiego czołgu naładowanego trotylem.

            Ojciec Tomasz Rostworowski – ideał kapłana-żołnierza – wraz z nami odgrzebywał zasypanych i służył wszystkim swoim nieprzebranym zapasem sił moralnych. Szpital zameldowany szefowi sanitarnemu, płk. dr. Tarło był inspekcjonowany przez niego, płk. Pawła oraz majora Roga. Dnia 24 VIII rozkazem dowódcy Grupy Północ płk. Wachnowskiego otrzymałem Krzyż Walecznych i nominację na podporucznika czasu wojny.

            30/31 sierpnia. Nocna nieudana próba przebicia się z rannymi od Śródmieścia przez Plac Mirowski. Od 26 VIII rozpoczęliśmy ewakuację chorych i rannych kanałami do Śródmieścia. Kanał na Żoliborz został 28 VIII przez Niemców zawalony tak, że tylko jeden nasz ranny przeszedł. Stopniowo odchodzą wszyscy zdolni do transportu. 1 IX z ostatnią partią rannych wchodzimy do kanałów: Janka, Krystyna, Burza i ja. Trzynastu rannych całkowicie niezdolnych do transportu zgodnie z instrukcją szefa sanitarnego, pozostawiliśmy na miejscu pod opieką miejscowej lekarki cywilnej, dentystki oraz przeszkolonych w ostatnich dniach wychowanek tamtejszej bursy.

 
Śródmieście–Północ

            Ranni, wysłani przez nas do Śródmieścia, zostali umieszczeni w szpitalu na ul. Kopernika oraz pojedynczo w szpitalu PCK na ul. Pierackiego i w punktach opatrunkowych Czackiego 21/23 oraz Warecka 11. Wraz z batalionem otrzymaliśmy m. p. Świętokrzyska 10 – Mazowiecka 4. Po objęciu tamtejszego zapasowego punktu opatrunkowego i scaleniu ze zgrupowaniem Harnaś otrzymaliśmy odcinek frontu od ul. Czackiego – Traugutta – Krakowskie Przedmieście z Kościołem św. Krzyża do ul. Świętokrzyskiej.

            Nazajutrz z rana budynek nasz otrzymał w czasie nalotu bombę burzącą i kilkadziesiąt zapalających, z których jedna wpadła do sali opatrunkowej. Po nieudanych próbach ugaszenia pierwszej i serii dalszych bomb, wobec zajęcia przez pożar trzech korytarzy, opuściliśmy punkt ostatnim, którym wyniesiono trzech rannych. W nalocie tym otrzymała postrzał czaszki sanitariuszka Stefa  Preder (stan po trepanacji czaszki w stadium rezolucji porażenia połowicznego). Kwatera na Czackiego w KKO nie była szczęśliwsza. Po zorganizowaniu tam punktu w podziemiach nazajutrz szereg bomb burzących spadł na tę ulicę i naszą kwaterę. Zmusiły nas do przejścia do budynku Czackiego 16.

            Prowadzone w tym czasie poszukiwania szefa sanitarnego doprowadziły po dwóch dniach do odnalezienia go. W dniu 3 IX zameldowałem się u szefa sanitarnego okręgu płk. Bartosza, po czym dotarłem do głównego szefa sanitarnego płk. Bakcyla. Na skutek otrzymanych instrukcji nie przyjąłem proponowanej przez dowódcę zgrupowania komendy szpitala przy ul. Kopernika (dawnego szpitala dziecięcego), lecz zgłosiłem się do szefa sanitarnego Śródmieście–Południe z zamiarem zorganizowania na tym terenie szpitala polowego.

 
Śródmieście–Południe

            Otrzymałem polecenie działania na własną rękę. Żadnych wolnych lokali nie było. Po uciążliwych poszukiwaniach i pertraktacjach z władzami cywilnymi zorganizowałem szpital przy ul. Hożej nr 8 w piwnicach i korytarzach piwnicznych. W tym czasie rannych z Kopernika, wobec natarcia wroga i zajęcia tego szpitala, przeprowadziliśmy do szpitala przy Śniadeckich 11, gdzie komendantem został mianowany szef sanitarny Starówki dr Tarło.

            Świeżo rannych i chorych z odcinka bojowego Śródmieście Północ, który odwiedzałem nocami, przenosiliśmy przez aleje Sikorskiego na ul. Hożą 8 lub, w razie potrzeby trepanacji względnie laparotomii, na Mokotowską 55, Wspólną 27 lub Hożą 13. Materiał opatrunkowy i narzędzia, a nawet materace, sienniki, koce i bieliznę zdobywaliśmy we własnym zakresie. Stan łóżek w dniu 10 IX – 30. Ogromne trudności aprowizacyjne i oświetleniowe zmuszały nas do odsyłania cięższych przypadków do sąsiednich szpitali.

            Od szefa sanitarnego otrzymaliśmy jedynie bardzo skąpe, niewystarczające racje żywnościowe i umiarkowane przydziały leków. Inicjatywa własna personelu, połączona z eksploatacją majątku najbliższych krewnych i przyjaciół, pozwoliła, mimo wszelkich trudności, przy serdecznych słowach zachęty ze strony szefa sanitarnego dr. Jura oraz przy maksymalnej jego, choć skąpej dla nas pomocy, prowadzić szpitalik, który zaczął się na dobre rozwijać, gdy w dniu 13 IX dom nasz został trzykrotnie zbombardowany. Sala opatrunkowa, kuchnia i część mieszkalna zburzone. W efekcie pacjent przy opatrunku zabity, sanitariuszka Jula (Julia Kozerska) ciężko ranna. Sanitariuszka Janka i ja odnieśliśmy lekkie rany i potłuczenia. Sanitariuszka Jula zmarła wskutek krwotoku z postrzału ściennego tętnicy udowej w szpitalu „Sano” przy ul. Poznańskiej. Przy akcji ratunkowej, którą prowadziłem z pomocą zawezwanego plutonu, zginął przy drugim z kolei nalocie jeden z chłopców naszego batalionu. Drugi ciężko ranny został odniesiony na Hożą 13.

            Ciężko rannych odstawiliśmy na ul. Mokotowską 55 i Hożą 13. Mogących iść wraz z całym personelem ewakuowałem do szpitala Maltańskiego na Śniadeckich 11, gdzie płk Tarło przyjął nas serdecznie, po koleżeńsku. Nazajutrz z rana zameldowałem się u szefa sanitarnego podobwodu Śródmieście Południe. Otrzymałem nominację na komendanta i naczelnego chirurga szpitala Piusa XI 24. Dnia 17 IX przy przenoszeniu środków opatrunkowych z tymczasowego m. p. Śniadeckich 11 na Piusa 24 zginął od pocisku artyleryjskiego sanitariusz Kozera – pogrzebany na podwórzu domu Śniadeckich 8. Sanitariuszka Janka ranna po raz trzeci.

            Szpital wojskowy Piusa XI 24 w dniu objęcia posiadał zapas żywności na jeden tylko posiłek, zapas materiału opatrunkowego na trzy dni oraz kompletny brak światła, narzędzi i akcesoriów chirurgicznych oraz gazy sterylizowanej. Stan rannych i chorych – 92, personelu stałego – 30, w tym 3 lekarki, 3 lekarzy, 29 sanitariuszek (połowa chorych) i jeden sanitariusz. Wśród rannych 3 wypadki zgorzeli gazowej. Dzięki życzliwości szefa sanitarnego mjr. Jura, któremu niejedną zatruliśmy chwilę, oraz dzięki ogromnemu wysiłkowi i poświęceniu głodującego personelu – osobiście stwierdziłem, że mięso psa i kota nie jest trujące, natomiast wybitnie wzmacnia siły – zdobywaliśmy stopniowo pewien zapas zboża i cukru oraz materiałów opatrunkowych i właściwe wyposażenie chirurgiczne. Zdobywanie polegało między innymi na nocnej wyprawie do podziemnych rumowisk cmentarnych szpitala w PKO i wygrzebywaniu spośród zwałów gruzu, rozkładających się ciał i połamanych sprzętów, cennych dla nas narzędzi, materiałów opatrunkowych, bielizny szpitalnej i odzieży.

            Na początku października mieliśmy już światło elektryczne, obszerny zestaw chirurgiczny i niezbędne meble, zapas środków opatrunkowych i żywności na 10 dni oraz w stadium realizacji instalację aparatu rentgenowskiego, lokal poszerzony o cztery sale szpitalne oraz prawidłowy, wykwalifikowany zespół chirurgiczny. W ciągu dwóch tygodni pracy przypadki mózgowe i na laparatomię przesyłaliśmy do szpitala Mokotowska 55, w zamian przyjmując przypadki ortopedyczne. Rozszerzeniu ram naszej pracy na całą chirurgię stanęła na przeszkodzie kapitulacja.

            W ostatnim okresie strat w ludziach nie mieliśmy. Jedynie w czasie transportu wody odniosła lekkie rany sanitariuszka Wanda. Godnym podkreślenia jest fakt, że sanitariuszki, z reguły głodne lub chore, poza zajęciami przy chorych i transportem rannych nosiły nocą zboże z ul. Prostej przez wszystkie przekopy i gruzy z narażeniem życia, biorąc worki do 32 kg wagi. One też nocą po kilka godzin stały w ogonkach przy studni, aby dostać wody dla rannych. Teoretycznie bowiem był przewidziany przydział wody dla szpitali. Praktycznie należałoby mieć do dyspozycji co najmniej 2 żandarmów.

            Ogrom poświęcenia i pracy naszych sanitariuszek– dzielnie walczących żołnierzy –całkowicie usprawiedliwia mój wniosek, złożony na ręce płk. Tarło jako szefa sanitarnego Starówki, o przyznanie Krzyża Walecznych siedmiu sanitariuszkom- żołnierzom Starego Miasta. Kapitulacja przerwała ostatnie stadium formalności. Niewątpliwie przyzna im go Przyszła Polska.

Bilans strat

            Ppor. kand. med. Dar (batalion Kiliński, zgrupowanie X) zginął od bomby lotniczej w pierwszej połowie września przy ul. Marszałkowskiej 129 po przejściu ze Starego Miasta.

            Por. Poleski (Jerzy Wiszniowski), intendent szpitala polowego batalionu Gustaw zgrupowania Róg, ranny 13 VIII od wybuchu czołgu niemieckiego załadowanego trotylem, zabity od bomby lotniczej 26 VIII w bramie domu Kilińskiego 3. Zwłoki jego leżą prawdopodobnie pod gruzami tego domu, ewentualnie pochowane na podwórzu.

            Jędrzej Augustyński, kwatermistrz batalionu i szpitala (zam. Ogrodowa 44, kierownik tartaku przy ul. Niemcewicza) i żona jego Janina, oboje zginęli 13 VIII przez bramą domu Kilińskiego 3 od wybuchu czołgu. Żadnego śladu po nich nie znaleziono.

            Lidia Puchalska kand. med., szpital w sądach przy ul. Ogrodowej, szpital polowy zgrupowania Róg i batalionu Gustaw u Sakramentek i Kilińskiego 3. Zginęła od pocisku artyleryjskiego najcięższego kalibru w dniu 24 VIII na terenie szpitala Kilińskiego 3. Pochowana na podwórzu tego domu przez ojca Tomasza R. i zespół personelu szpitala.

            Jula (Julia Kozerska), sanitariuszka szpitala polowego zgrupowania Róg i batalionu Gustaw oraz szpitala wojskowego Hoża 8, zmarła  2 X od odłamka bomby lotniczej w szpitalu „Sano”. Raniona 13 IX na terenie szpitala Hoża 8. Pochowana przez ojca i narzeczonego.

            Teresa (Ola Mężatka –Aleksandra Kossowska), sanitariuszka szpitala polowego zgrupowania Róg i batalionu Gustaw, zasypana gruzami domu Kilińskiego 3 wraz z salą chorych w dniu 26 VIII. Nie odgrzebano ich (zwały gruzu do wysokości półtora piętra).

            Sroka (Halina  Soroczyńska), harcerka 16 lat, sanitariuszka szpitala polowego zgrupowania Róg i batalionu Gustaw, zginęła razem z poprzednią, podobnie jak wiele innych.

            Władysław Kozera (Jerzy Unieszowski), harcerz, nauczyciel, sanitariusz szpitala Kilińskiego 3 i Hoża 8, zginął od pocisku artyleryjskiego w czasie służby na ul. Koszykowej 45. Pochowany na podwórzu domu Śniadeckich 8. Data śmierci 17 IX. Zegarek i dokumenty oddano szefowi kompanii harcerskiej batalionu Gustaw.

            Kozak (Halina Śliwińska), sanitariuszka batalionu Gustaw, ranna 13 VIII od wybuchu czołgu na ul. Kilińskiego 3, oderwanie i amputacja lewego uda, otwarte złamanie prawego podudzia, bardzo liczne rany szarpane całego ciała z odłamkami metalu i kości ludzkich, tężec i zapalenie płuc. Jako nienadająca się do transportu, po przejściu zapalenia płuc i w stadium rezolucji tężca (forsowne leczenie surowicą dolędźwiowo) pozostawiona 1 IX pod opieką lekarek cywilnych w szpitalu Kilińskiego 3. 2 IX po wejściu oddziałów niemieckich zamordowana.

            Irka (n.o. Gąsiorowska – Estera Borenstein),  sanitariuszka batalionu Gustaw, ranna 13 VIII, rany szarpane całego ciała, odniesione wraz z Kozakiem, zasypana gruzem w dniu 27 VIII wraz z całą salą chorych. Odkopana po kilkunastu godzinach. W stanie bardzo ciężkim zostawiona wraz z poprzedniczką na Starym Mieście. 2 IX po wejściu oddziałów niemieckich zamordowana.

            Baśka (Barbara Wajszczukówna), sanitariuszka batalionu Gustaw, ranna 13 VIII od wybuchu czołgu, zginęła zasypana gruzami 26 VIII, jak wyżej. Nie odgrzebana.

Janka (Janina Krzemieniecka), sanitariuszka batalionu Gustaw, ranna 13 VIII od wybuchu czołgu, zginęła 26 VIII, jak poprzednia.

Hala (n.o. Halina Gąsiorowska – Chaja Borenstein), sanitariuszka batalionu Gustaw, ranna i zginęła jak poprzednie.

 

            Relacja pisana w listopadzie 1944 r.

           

Informacja o losach popowstaniowych

            Mając do wyboru obóz jeniecki lub opiekę lekarską nad ludnością cywilną, ewakuowałem trzon szpitala AK na ul. Piusa XI do szpitala Dzieciątka Jezus w Piastowie. Wróciłem zatem do funkcji asystenta II kliniki chirurgicznej. We wrześniu 1945 r. zostałem wysłany w ramach ekipy PCK do brytyjskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Odnalazłem żonę wywiezioną do obozu koncentracyjnego w czasie powstania. W 1946 r. zostałem przydzielony do dywizji gen. Maczka w Nordhom.

            Po demobilizacji i weryfikacji dyplomu lekarza w Anglii odbywałem staż i specjalizację w Weymouth, Lincoln i Londynie. W 1950 r. otworzyłem praktykę lekarską w Nottingham. W 1952 r. wyemigrowałem do USA. Na nowo odbyłem staż i specjalizację, tym razem w szpitalach USA, w stanie New Jersey. Przeszedłem też wymagany intensywny kurs medyczny w Nowym Yorku. W 1954 r. zdałem egzamin uzyskując stopień MD w stanie Ohio.

            Wraz z żoną i dwojgiem dzieci, urodzonych już w Stanach Zjednoczonych, osiadłem w mieście Cleveland w Ohio. Rezygnując z dalszej specjalizacji w chirurgii z powodu konieczności utrzymania rodziny i chęci poświęcenia się pracy społecznej, otworzyłem ogólną praktykę lekarską w Cleveland. Tam też pozostałem przez następne 20 lat.

            Zostałem członkiem Academy of Medicine w Cleveland, członkiem szeregu towarzystw zawodowych i polonijnych. Byłem współzałożycielem i aktywnym uczestnikiem koła AK nr 2 w Cleveland. Organizowałem dochodowe imprezy na rzecz ofiar powstania i reżimu komunistycznego w Polsce. Wspierałem katedrę języka polskiego na uniwersytecie w Pensylwanii. Współorganizowałem szkoły języka polskiego, obozy i wakacje dla polskich dzieci, wspierałem harcerstwo polskie w USA.

            W 1973 otrzymałem dyplomy lekarskie w stanach Wyoming, New Mexico, Colorado i Maine. W 1974 r. przeniosłem swą praktykę lekarską do Santa Fe w Nowym Meksyku. W latach 1981–1984 kierowałem Ośrodkiem Zdrowia w Saco w stanie Maine, na wybrzeżu Atlantyku. W 1984 r. powróciłem do Gór Skalistych, gdzie w Raton w Nowym Meksyku prowadziłem ogólną praktykę lekarską. Po krótkim czasie zostałem wybrany przez lekarzy w mieście i pełniłem obowiązki głównego lekarza szpitala. W 1988 r. Academy of Medicine w Cleveland, Ohio uroczyście nadała mi specjalną odznakę i dyplom 50. lecia pracy lekarskiej.

            Od 1965 r. odwiedzałem kraj, rodzinę, bliskich i przyjaciół z czasów okupacji i powstania. Przywoziłem do Polski również swe „amerykańskie” dzieci. Od 1992 r. powoli likwidowałem swoją praktykę lekarską w USA, aby w 1993 r. powrócić do Polski do swojej ukochanej Warszawy.

 

 

35 lat później – sierpniowe wspomnienia

 

            Poprzez odchyloną połę namiotu – rozgwieżdżona noc. Jodłowa puszcza Gór Skalistych Kanady. Sierpień, rok 1979.

            Spoza fantastycznie obramowanej ściany skał powoli wysuwa się księżyc, oświetlając drzemiącego towarzysza. Tak. To on. Podchorąży AK Miś. ten sprzed 35 laty, ranny w pierwszych dniach walki. Rok 1944. Powstanie Warszawskie.

            Głowa ówczesnego lekarza walczących oddziałów AK opada na śpiwór. Na sklepienie namiotu nasuwa się film. Ściany skał przyjmują zarysy ruin i zgliszcz. Przed oczyma suną obrazy, jak koraliki świetlnych pocisków i rozbłyski rakiet nad walczącą Wolą, Wolą Warszawy, nad Starym Miastem. klasztor i kościół Sakramentek. Kopuła w płomieniach. Bomby, dławienie tchu, trzask sklepień i ścian, gryzący pył i cisza ... Budzą mnie jęki i rzężenie ... Wraca tempo akcji.

            Dawajcie światło – prędzej. Ucisk! Doktor Roma, nasz anioł krwiodawstwa, przytomnieje. Surowice wzorcowe ocalały. Kto daje krew? Zawinięte rękawy: ojciec Tomasz, sanitariuszki (który to już raz?). Znowu łoskot, brak powietrza. Pożar. Ewakuacja, nosze ... Za mało? Raport: obsługa zabita przez nalot w drodze do nas ... Na Kilińskiego! – do kwatery batalionu Gustawa! Narzędzia, surowce, sprzęt, materiały, skokami naprzód! Za noszami! Znów nalot! Wyżej! Nie wolno ci zemdleć. Oddychaj głęboko! Amputacja. Nie opuszczaj mu nogi! Wyżej! Nie wolno ci zemdleć. Oddychaj głęboko! Tak! ... Reszta biegiem do noszy! ...

            Parskanie koni przerywa film. I znowu cisza ... Podchorąży Miś śpi nieporuszony. Powoli film wraca inny, jaśniejszy ... atak na bunkier getta. Róg Żelaznej i Leszna. Skok naszych pod wrogi bunkier z karabinem maszynowym. Granaty ... słabnącemu wrogowi nadchodzi pomoc – sztukasy ...

            Pamiętam ten dzień – 4 VIII 1944 r. Do szpitala polowego AK w Sądach Grodzkich, na Lesznie i Ogrodowej przynoszą 17 noszy, jedne po drugich. Ranni i dogorywający. Następuje szybki przegląd, selekcja do operacji, instrukcje, rozkazy. Przy dziesiątych noszach komentarz pielęgniarki: – On nie żyje, zostawmy go na boku! Dlaczego? Mózg na wierzchu – cała głowa i twarz jest nim pokryta. Nie oddycha, nie ma tętna ...

            Sprawdzam tętno ... rzeczywiście – nic ... i nagle ... jakby drgająca nitka – tylko tu i ówdzie czuję coś pod palcami. Nie jestem pewien, może to moje własne tętno ... – Obmyjcie mózg z twarzy, natychmiast! Wzruszenie ramionami. On nie żyje, szkoda czasu! Tylu innych czeka ... jego mózg jest cały na zewnątrz! Wybucham niecierpliwie. A skąd my wiemy, że to mózg jego własny? Rozkaz! ... wykonany ...

            Tym razem miałem rację. Mózg był z wnętrza hełmu niemieckiego przeciwnika, rozciągniętego na asfalcie ulicy. W drugiej fali nalotu ręka sięgnęła po hełm trupa obok. Nakryła własną głowę. To jest ostatnie, co podchorąży Miś pamiętał. Po wyjściu z szoku, mimo lekkiego porażenia, wrócił do akcji. Uciekł ze szpitala tam, gdzie był prospekt walki. Na Starówce, jako dowódca plutonu został awansowany na oficera. Następnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari.

            Obecnie profesor stosunków międzynarodowych w Kalifornii, autor sławnej książki o Katyniu „Death in the Forest”, profesor Janusz K. Zawodny jest także autorem świeżo wydanej dokumentalnej książki o ... tamtych dniach – dniach Powstania: „Nothing But Honour”. Żyje i pisze, bez tęczy i aureoli. Nie dla fetyszystów historii.

            Brzemienna w treści, historia Powstania Warszawskiego po angielsku, napisana przez szermierza intelektualnej uczciwości i naukowej analizy. Na pierwszej stronie, znamienna dedykacja, cytat Burkego. Inspirująca myśl dla syna Romana Janusza: „Dla tryumfu zła – wystarczy bezczynność ludzi dobrych”. Następne 328 stron to dedykacja niewypowiedziana:

            – dla obcojęzycznych, żeby poznali prawdę, widzianą przez świadka i zbadaną przez naukowy autorytet,

            – dla tych dalekich, swoich, w kraju, głodnych prawdy.

            Siedemnaście lat pracy, utrudnianej przez obcych i przez swoich, pracy nad prawdą o Katyniu i o Powstaniu!

            Księżyc już zapadł, ale noc jest rozgwieżdżona ... Mój kowbojski towarzysz namiotu budzi się. Wsparty na łokciu Miś mówi w zadumie: Pomyśl – trzydzieści pięć lat ...

            Rozkaz Bora spełniony!

            „... Ale trudno zapomnieć 11–letniego chłopca: Panie poruczniku, ja z barykady nie zejdę bez rozkazu! Skonał na moich rękach. Trudno zapomnieć 22000 straconych żołnierzy AK, tych wspaniałych, bohaterskich chłopców i dziewcząt. Trudno zapomnieć o ponad 200000 poległych cywilów ... (czy rzeczywiście – cywilów?) ...”

            Myśli wracają do ostatniego rozkazu dowódcy AK:

            „... Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą! ...”

            Ten rozkaz trwa.

            „Death in the Forest” i „Nothing But Honour” – dwa pomniki dla Polski, dowodzą tej myśli i wiary, że ten rozkaz trwa. Po 35 latach, w dalekich górach Kanady, w hołdzie dla tych, co odeszli, obydwaj milczymy.

            Jest gwieździsta noc sierpniowa. Spokój i cisza. Na brzegu polany pasą się nasze konie, obok nich – sarna z dwiema małymi ... Myśli – jak echo wracają od skalnych ścian – rozkaz trwa.

 

            Kanadyjska puszcza, sierpień 1979 r.

 

            Dr Tadeusz Pogórski (Doktor Morwa)

 

PS. Dr Tadeusz Pogórski mieszkał w ostatnich latach w Warszawie. Zmarł 17 listopada 2001 r.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82