Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
I wróg bywa człowiekiem cz.2

Natalia ŁUSZNIENKO–SOBCZAK

 

I wróg bywa człowiekiem

 

Cz.2

            Następny dzień. Coraz głośniej mówi się o ewakuacji naszego oddziału do Śródmieścia. Kiedy, nie wiadomo. Czekamy na łącznika. Po południu znów wizyta Aloszy. On z kwiatami. Znowu przywozi chleb i konserwy. Rozmowa podobna do poprzedniej. Następny dzień. Nasi szykują się do przejścia do Śródmieścia nocą. Po południu znowu wizyta Aloszy. Przyjeżdża sam, bez szofera, narażając swoje życie. W czasie jego wizyt dom zamierał. Wszyscy byli wyciszeni, żeby nie zniszczyć nastroju. On pewnie też się bał. Dalej rozmawiamy o polityce, o powstaniu. Nagle przerywa nam jakieś zdanie i mówi: – Pamiętajcie, jak wejdą tu wojska sowieckie, Polski niezależnej nie będzie. Oni są bardzo groźni, ich strategia jest zupełnie inna niż niemiecka, bardzo podstępna. Nie należy im ufać, stale trzeba się mieć na baczności.– Słuchamy własnym uszom nie wierząc. Przecież Sowieci są z nami, są naszymi sojusznikami, utworzyli nasze wojsko, podpisano traktaty, czekamy, że nas wyzwolą. Cóż nam on mówi? To przecież niemożliwe. Jestem przerażona. Patrzymy z Kryśką na siebie osłupiałe. To jakby cały świat obrócił się do góry nogami. Więc nasza nadzieja na wyzwolenie to miraż. Alosza mówi twardo: – Zapamiętajcie moje słowa, ja jestem stamtąd, dlatego uciekłem.

            Doskonale zapamiętałam tę rozmowę. Treść jej całe życie sprawdzałam – prawdę mówił. Był bardzo dojrzałym człowiekiem. Rozmawiamy dość długo, zapada zmrok. My wcale nie słuchamy tego, co mówi, bo właśnie teraz o zmroku nasz batalion przeprawia się do Śródmieścia. Oby Alosza się z nimi nie spotkał. Jeszcze jakiś czas rozmawia z nami i odchodząc prosi mnie o chwilę rozmowy sam na sam. Pode mną nogi się załamały. Mimo towarzyskich rozmów cały czas byłam spięta i nieufna. Cóż, trudno. Wychodzę z nim przed ganek, pełna strachu, co teraz będzie. A on po prostu mi się oświadcza mówiąc, że mu się podobam i chce się ze mną ożenić. Tego nie spodziewałam się. Prędko myślę, jak odmówić nie urażając go. Odmowa wprost może być wyrokiem dla nas wszystkich. Zgoda nie wchodzi w rachubę, choć chłopak był atrakcyjny, myślący i dobrze wychowany. Chwila milczenia. Znów trzeba zebrać się w sobie. Odważnie mówię, że oczywiście podoba mi się bardzo, rozmowy nasze są mi bardzo bliskie, ale tak mało się znamy, może, jak Bóg pozwoli, spotkamy się jeszcze. Dziś, za chwilę on albo ja możemy nie żyć. Proszę o wyrozumiałość i zrozumienie. Wysłuchał mnie z powagą i z żalem. Powiedział, że rozumie wszystko. Nie nalegał. Był nieśmiały. Mówił że będzie prosił Boga, żebyśmy się jeszcze gdzieś spotkali. Odjechał. Było mi smutno, z drugiej strony byłam zadowolona, że nie uraziłam go.

            Wracając do swoich, zadawałam sobie pytanie, czego on właściwie chciał. Myślę, że było to wołanie o pomoc. Może chciał po prostu uciec i ukryć się między nami i uważał, że mogę mu w tym pomóc. Słowa jego o polityce sowieckiej zapamiętałam dokładnie. Nastaje noc. Z daleka słychać głosy artylerii sowieckiej. Nasi, tzn. Roman z całym oddziałem, odchodzą do Śródmieścia. Zostajemy same z rannymi: Krystyna, Krysia, Basia, Ewa, Zosia i ja. Teraz już naprawdę jesteśmy bezbronne, zdane na własne siły. Musimy radzić sobie same.

            Następnego dnia około godziny 11.00 wpadają Niemcy z okrzykami „Banditen”. Ja z Kryśką tłumaczymy im, że to cywile przypadkowo ranni.

Znamy już to na pamięć (tylko my z Kryśką mówiłyśmy po niemiecku). Wtem wzrok jednego z nich pada na stolik opatrunkowy, na puszki z materiałem sterylnym. Wrzeszczy, że są to ich puszki, z ich punktu sanitarnego z ul. Sędziowskiej – to była prawda. Zaprzeczamy jednak stanowczo, to są nasze puszki i koniec. Niemiec zdenerwował się i krzycząc, wymachując bronią wyskoczył z pokoju z rannymi. Za chwilę wraca prowadząc kolegę, który zapewne był sanitariuszem. Pyta go, czy to są ich puszki. Sanitariusz Niemiec spojrzał na puszki, a potem na nas. Chwilę pomilczał. W końcu powiedział: – Nie, to nie nasze, na naszych nie było napisu STERIL. To na zwykłym przylepcu napisały Kryśka czy Krystyna. Chyba Niemiec doskonale zorientował się, że to są ich puszki, lecz w ten sposób uratował nas. Kolejny łut szczęścia.

            Niemiecki podoficer każe nam natychmiast przenieść rannych do szpitala. Mówi nam, że dziś jest zawieszenie broni: – Wasi nie będą do was strzelać, a nasi mają rozkaz niestrzelania. –Stanowczo jak najprędzej musimy opuścić dom. Cała dzielnica będzie spalona. Znowu ciężkie zadanie. Najbliższy szpital, to Szpital Szkoły Pielęgniarskiej na rogu Al. Niepodległości i Koszykowej. To szkoła Kryśki. Musimy tam iść. Kryśka uczyła się w tej szkole i ma tam znajomości. Nie mam wyboru, przecież nie puszczę jej samej. Naradzamy się chwilę, wyszukujemy patyk i wieszamy na nim białą serwetkę. Bierzemy się pod rękę i maszerujemy. Szpital był blisko, lecz w tym momencie bardzo daleko. Wszędzie cisza, ulice puste, zamarłe. Z ulicy 6 VIII rzucono w naszą stronę granat, potem znów nastała cisza. Na rogu Al. Niepodległości i Koszykowej, tuż przy budynku Szkoły Pielęgniarskiej, otaczają nas Niemcy, obrzucają nas wyzwiskami, grożą rozstrzelaniem. Znamy już to na pamięć. Kryśka tłumaczy im, że jest pielęgniarką z tego właśnie szpitala i koniecznie musi się tam dostać. Wpuszczają ją do środka. Ja zostaję sama z Niemcami na zewnątrz. Rozmawiam z nimi.

            Kryśka długo nie wraca. Nareszcie jest i mówi, że w tym szpitalu miejsca dla naszych nie ma, bo cały szpital został zarekwirowany na potrzeby Niemców. Musimy szukać miejsca dla naszych chorych w Szpitalu Dzieciątka Jezus na ul. Oczki. Idziemy na skróty między domami. Znowu Kryśka idzie do izby przyjęć. Po chwili wraca zadowolona – miejsca dla naszych rannych znajdą się. Wracamy na Kolonię Staszica. Wyszukujemy nosze i ewakuujemy rannych w dwóch czy trzech nawrotach. Z ulicy Koszykowej ciągle obserwują nas Niemcy. Trzeci kurs już im się zupełnie nie podoba. Wrzeszczą: „Banditen, erschiessen”. Celują do nas z karabinów. Sytuacja jest bardzo groźna. Koniecznie muszą nas puścić, zawracam się do nich. – Mamy pozwolenie od stabsarzta, a on jest tego świadkiem – mówię pokazując na grubego Niemca. Spojrzał na mnie zdumiony i chyba kiwnął głową. Inni wzięli to za potwierdzenie. Opuszczają karabiny. Docieramy do szpitala. Tam dostajemy fartuchy, czepki, a ranni łóżka.

            Któregoś dnia robimy z Zosią wypad do opuszczonych domów na tyłach Al. Jerozolimskich. Zdobywamy gar masła solonego, cukier, a nawet puszkę kakao. Kręcimy krem. Nigdy w życiu nie jadłam tak wspaniałego kremu. Basia ma jednak zupełnie inne zdanie. Ze wstrętem mówi: – To jest ohydne, nie nadaje się do jedzenia.

            25 sierpnia Niemcy rozkazują ewakuować szpital. Z ciężko chorymi pozostaje kilka sióstr zakonnych i jeden czy dwóch lekarzy. Opuszczamy szpital razem z innymi chorymi i personelem szpitala. Zabieramy z sobą Aldka, który właściwie nie idzie. Wleczemy go z sobą. Tu Krystyna Jarecka opuszcza nas i odchodzi do Instytutu Geograficznego. Niemcy kierują nas na Dworzec Zachodni. Na ul. Grójeckiej sterczą szkielety wypalonych domów. Czuć swąd spalenizny. Na dworcu stoi działo kolejowe, które bombarduje Warszawę. Wsiadamy do wagonów towarowych. Po kilku godzinach jazdy każą nam wysiadać w Pruszkowie. Idziemy do Szpitala psychiatrycznego w Tworkach. W pustej salce kładziemy się na podłogę i przysypiamy. Nad ranem ktoś zawiadamia nas, że natychmiast musimy opuścić szpital, bo Niemcy szukają powstańców. Po cichutku, ostrożnie opuszczamy szpital. Kolejką EKD jedziemy do Milanówka.

            Aldek jest tak bardzo osłabiony, że ledwo się wlecze. Jesteśmy bardzo głodne. Ewa zastanawia się chwilkę i z paska od spódnicy wypruwa dwa banknoty studolarowe. Daje je nam. – Sprzedajcie je – mówi – będziecie miały co jeść. – Ja odchodzę, spotkałam męża i damy sobie jakoś radę.– Jesteśmy zdumione tym niesłychanie hojnym darem. Kupujemy jakieś jedzenie. Z RGO dostajemy jakąś okropną zupę. Śpimy w pustej willi na rzuconej wiązce słomy. Słoma włazi mi do nosa. Okropna noc. Następnego dnia Aldek spotyka przypadkiem swoich rodziców i opuszcza nas. Bogu dzięki, nareszcie jest pod dobrą opieką.

            Kryśka i ja chcemy walczyć dalej. Chyba jeszcze w Lasach Kampinowskich walczą. Chcemy nawiązać z walczącymi tam kontakt przez państwa Chojnickich. Kontaktu jednak nie udaje się nam nawiązać. Zosia przychodzi z wiadomością, że Niemcy pozwalają pielęgniarkom wrócić do Warszawy do Szpitala Dzieciątka Jezus. Decydujemy się szybko. Wracamy do płonącej Warszawy. Zosia, Kryśka i ja docieramy do szpitala. Jurek Marks, Janek, Bronka zobaczywszy nas, płaczą ze wzruszenia. Nie mogą uwierzyć, że znów jesteśmy z nimi. Gryfa już nie zastajemy. Zmarł w czasie operacji. Zosia siada przy Janku, który jest bardzo szczęśliwy z jej powrotu. Stan jego wyraźnie się pogorszył. W nocy umiera. Tyle zniósł i tyle nacierpiał się ... grzebiemy go na terenie szpitala.

            Opiekujemy się też ciężko chorymi cywilami. Zosia i ja dostajemy przydział na oddział onkologiczny (nomen omen). Trzydziestoma chorymi onkologicznymi opiekujemy się: siostra zakonna, Zosia i ja. Siostra zakonna zajmuje się kuchnią, a my chorymi i sprzątaniem. Słowem od funkcji salowych do ordynatora. W nocy wycieramy podłogi, czyścimy ubikację. Rano robimy obchód, roznosimy leki na zmianę z Zosią. Na szczęście chorzy jakoś zupełnie nie orientują się w sytuacji, że jest powstanie. Jeden z nich wysyła mnie po ciastka. Mówi: – Jestem właścicielem kawiarni na rogu Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej, niech siostra stamtąd przyniesie dużo ciastek.

            Już druga połowa września. Powstanie dogorywa. Strzały stają się coraz rzadsze. Nasi nie mają broni. W ostatnich dniach września po upadku Czerniakowa Niemcy pozwalają służbom sanitarnym pójść po rannych na Czerniaków. Jasne – trzeba iść. Ruszamy całą trójką: Kryśka, Zosia i ja, a razem z nami dr Bogdan Bednarski (późniejszy wiceminister zdrowia), dr Tadeusz Turski, student medycyny Roman Chodorowski i jeszcze kilka osób. Na Czerniakowie docieramy do jakiejś szopy, może garażu. Tam na ziemi leżą razem ranni i zmarli. Duszno od rozkładających się ciał i krwi. Bierzemy rannych nie tylko powstańców, ale i cywilów. Wracamy do Szpitala Dzieciątka Jezus. Nie wszystkich udało nam się wynieść. Obiecujemy wrócić. Na Czerniakowie głośno słychać strzały artylerii sowieckiej, która stoi za Wisłą. Stoją i czekają, aż wykrwawi się Warszawa. Tu dowiadujemy się też, że kilkunastu powstańców usiłowało przepłynąć Wisłę i dotrzeć do armii Berlinga stojącej za Wisłą. Ostrzeliwano ich ostro: jedni dotarli na drugi brzeg, drudzy zginęli od strzałów w wodzie. Tych, co dotarli, wywieziono na Sybir.

            Droga powrotna do szpitala jest bardzo ciężka. Niesiemy rannych. Przeskakujemy jakieś rowy. Skąd na to braliśmy siły, nie wiem. Idziemy przez teren Szpitala Ujazdowskiego. Ze spalonych pawilonów szpitalnych sterczą kikuty. Czasem do nas strzelają. Strzały nie robią już na nas wrażenia. Wiadomo, jak coś gwiżdże koło ucha, to pocisk przeleciał obok. Dźwięku trafiającej kuli nie słychać. Wreszcie docieramy do szpitala. Padamy ze zmęczenia. Jesteśmy głodne i brudne.

            Następny dzień jest pochmurny, trochę kropi. Mam już dosyć całej wojny. Wybieram się z dwoma chłopakami z Czerniakowa do Ogrodu Pomologicznego po jarzyny. Tu dostrzegli nas Niemcy z bunkra na Hożej. Ostrzeliwują nas. Padamy na ziemię. Po chwili czuję, że coś gorącego trafia mnie w nogę. Bólu nie czuję. Szarpię chłopaka leżącego koło mnie, ale on już nie żyje. Teraz pojawia się ból. Jestem ranna. Za chwilę z noszami zjawia się Kryśka i Zosia. Pod ostrzałem zabierają mnie do Szpitala Dzieciątka Jezus.

            Okazuje się, że trafiono mnie rozrywającą się kulą dum–dum. Rana jest bardzo rozległa. Dr Bednarski i Turski pochylając się nade mną, mają bardzo poważne miny. Kiwają głowami. W napięciu czekam na wyrok, czy będą mi amputować nogę, czy nie. Wahają się. Miny mają bardzo poważne. Na razie postanawiają zrobić toaletę rany, nastawić strzaskaną kość. Wiem, że prawdy mi nie powiedzą, więc nie pytam, czy będę mogła chodzić, tylko czy będę mogła tańczyć. Dr Bednarski uśmiecha się: – Tak, będziesz mogła. Po wojnie zabiorę cię na bal. Ja będę we fraku, a ty w długiej sukni. – Z tymi słowami zasypiam. Narkoza zaczęła działać. Budzę się na łóżku, a ułożona wysoko na szynie noga zdaje się sięgać prawie sufitu. Umieszczono mnie w gabinecie doc. Rydygiera. Kryśka i Zosia stale są ze mną. Moi lekarze też. Dr Bednarski mówi śmiejąc się, że choćby tu leżał król angielski, to w tych warunkach nie mógłby mieć lepszej opieki. To prawda. Im to zawdzięczam nogę, a może życie. Na drugi dzień po moim zranieniu dowiaduję się, że Jurek Marks zmarł. Tak chciał żyć i jeździć na nartach. Tego dnia przelatują nad Warszawę samoloty angielskie. To nasi zrzucają powstańcom żywność i środki opatrunkowe. Niestety większość zrzutów trafia na stronę niemiecką.

            Upadek powstania. Po podpisaniu kapitulacji żołnierze AK wymaszerowują z Warszawy jako jeńcy wojenni. Zosia i Kryśka odwiedzają w mieście swoje rodziny. Kryśka przynosi mi od Romana legitymację AK. 25 X Niemcy ewakuują Szpital Dzieciątka Jezus, który zostanie spalony. Dr Bednarski dowiaduje się, że w skierniewickim szpitalu znajduje się jego szef dr Jurewicz, doskonały chirurg. Natychmiast pisze do niego list i prosi o opiekę nade mną. Przyjaciółki moje transportują mnie znowu na Dworzec Zachodni, skąd dojeżdżamy do Grodziska. Tu dogadując się z Węgrami dowożą mnie do szpitala w Skierniewicach. Węgrzy w niemieckich mundurach jadą ze mną bardzo ostrożnie. Przy każdej nierówności bruku odczuwam niesamowity ból. W szpitalu w Skierniewicach pełno rannych powstańców. Leżą na korytarzach. Do mnie przychodzi siostra Wincenta – Szarytka. Patrzy, ocenia, zarządza kąpiel i znajduje dla mnie miejsce nie na korytarzu, lecz w czteroosobowej salce. Widocznie musi być ze mną bardzo źle. Dr Jurewicz i siostra Wincenta opiekują się mną bardzo troskliwie, a w nocy stale czuwa przy mnie siostra zakonna i odmawia różaniec. Cały czas dostaję narkotyki. Czy to już koniec?

            W styczniu 1945 r. nawiązuję kontakt z moją mamą, która uciekła z transportu wiozącego ją do Niemiec. Mama siedzi przy mnie cały czas, zmuszając mnie do jedzenia. Wzbraniam się. Nie mogę jeść – mówię – ja przecież umieram. – Mama na to ostro: – Tylko bez histerii. To twoje życie. – Gorączkowałam wysoko, do 41°C przez 4 do 5 miesięcy. Jakoś wygrzebałam się. W czerwcu 1945 r. Mama zabiera mnie do Torunia. Chodzę z dużą trudnością. Na początku lipca odważam się przyjechać do Gdańska, by zdawać egzamin wstępny na Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Gdańsku. Wchodząc do Akademii spotykam Krystynę Jarecką, która natychmiast otacza mnie opiekuńczymi skrzydłami. Jest siostrą oddziałową na oddziale zakaźnym. W swoim pokoju układa mnie na łóżku. Nie pozwala mi się ruszać – tylko na egzamin. Przynosi mi jedzenie, zmienia opatrunki.

            Egzamin zdałam. Zostałam przyjęta na I rok studiów. Niestety, straciłam pierwszy rok. Rana zaczęła się poszerzać. Zmuszona byłam leżeć w szpitalu. Dopiero w następnym roku rozpoczęłam studia razem z moją Kryśką. W czasie studiów zaczęłam pracować na oddziale radioterapii i onkologii Akademii Medycznej w Gdańsku. Uzyskałam II stopień specjalizacji. W 1965 r. obroniłam pracę doktorską. Po wcześniejszym przejściu na emeryturę z inspiracji mojej Kryśki zatrudniono mnie w Polskich Liniach Oceanicznych jako lekarza okrętowego. Przez 4 lata zwiedzałam świat. Karierę II oficera zakończyłam podróżą dookoła świata. Mam jednego syna i dwoje wnuków: Jakuba i Marcina. Im poświęcam to pisanie, żeby pamiętali, że w życiu do końca trzeba walczyć. Najtrudniej jest pokonać samego siebie, swój strach, tchórzostwo, samotność, bezradność tak, jak robili to nasi chłopcy z palącego się domu na Kolonii Staszica, tak jak chciał Żeliga uciekający przed strzelającym własowcem i wszyscy walczący o wolność.

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82