Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
I wróg bywa człowiekiem cz.1

       

Natalia ŁUSZNIENKO–SOBCZAK

 

I WRÓG BYWA CZŁOWIEKIEM

cz.1

 

     Dzień 1 VIII 1944 r. Jadę tramwajem na punkt zborny naszej sekcji mieszczący się przy ulicy Filtrowej 33. Plecaki nasze z rzeczami osobistymi złożyłyśmy tam przed dwoma dniami. Dzień 1 VIII był pochmurny. Chwilami padał drobny deszcz. Tramwaj pełen jest młodych ludzi. Miny mają posępne, skupione. Wyczuwa się atmosferę pełną napięcia. Ludzie na ulicy są spięci, poważni. Patrole niemieckie wzmocnione do czterech, a nawet do sześciu żołnierzy. Są niepewni. Z daleka zza Wisły słychać strzały armatnie. To artyleria sowiecka. Są więc blisko. Dojeżdżam do Filtrów. Stąd idę na Filtrową 33. Zbiórka wyznaczona była na godzinę 15. Dziewcząt jest jeszcze niewiele. Nie znam ich. Są z innej sekcji. Ale już zjawia się Zosia, Krystyna Jarecka – nasza szefowa, Basia, Ewa, nareszcie przychodzi moja Kryśka. Bałam się już, że nie przyjdzie. Grupa nasza staje się coraz liczniejsza. Wydaje mi się, że jest nas za dużo. Krystyna obejmuje komendę. Zbieramy swoje rzeczy i przenosimy się na ul. Prezydencką 10, gdzie zajęła swoje stanowisko nasza komenda. Stamtąd Roman, nasz dowódca, wydaje rozkazy. Patrzymy na zegarki. Już jest 16.30. Z Prezydenckiej 10 przenosimy się na przygotowany dla nas punkt sanitarny na ulicę Langiewicza 5. Ulice są puste. Nikt do nas nie strzela. Jesteśmy na miejscu. Willa jest pusta i piękna. Na parterze w salonie, może jadalni, leżą materace, koce. Na stole trochę materiałów opatrunkowych, a w kącie pokoju nosze. Jest też nasz lekarz Marek, który nie budzi zaufania. Sam jest ciężko przestraszony. W holu czekamy w napięciu. Nasi chłopcy biegają, wypatrując transportu broni. Broni nie ma.

            Czas się wlecze. Czekamy na godzinę W. Gdzieniegdzie słychać pojedyncze strzały. Pytam się któregoś z chłopców, jakie mamy zadanie. Pada odpowiedź – Połączyć się z naszymi oddziałami na ulicy Rakowieckiej, to znaczy trzeba przejść przez całe Pole Mokotowskie, gdzie nie ma żadnej osłony.– Własnym uszom nie wierzę. Jak dojdziemy na Rakowiecką? Przecież na Rakowieckiej są koszary pełne Niemców. W gmachu WSH – Niemcy, w Instytucie Kartografii (może się mylę co do nazwy) – Niemcy i dalej na rogu Rakowieckiej i Puławskiej koszary pełne Niemców. My, nasz mały oddział, ma przejść przez całe Pole Mokotowskie, dojść do koszar niemieckich i połączyć się z naszymi oddziałami w górnym Mokotowie? Wydaje mi się to nieprawdopodobne. Kto to wymyślił? Broń nie nadchodzi. Moje ponure rozważania przerywa dźwięk wyjących syren. Wyją długo, złowieszczo.

            Zaczęło się. Jest godzina 17 – godzina W. Słychać strzelaninę. Ktoś krzyczy.– Do rannego!– Z Kryśką chwytamy nosze, biegiem w stronę ul. Wawelskiej. Słońce wychyliło się zza chmur, oślepia nas. Biegniemy dalej na oślep. Nagle słyszymy: – Zawracać natychmiast, tam są Niemcy.– Strzały padają gęsto. Wracamy. Po drodze ktoś leży w ogrodzie. To nasz Jurek Marks. Zabieramy rannego na nosze. Tu musimy z Kryśką dokonać wyczynów sportowych przenosząc go przez dach garażu. Udało nam się go nie upuścić. Na Langiewicza oddajemy rannego Jurka w doświadczone ręce Krystyny. Znowu słychać nawoływania, biegamy jak automaty. Strzały, wybuchy granatów. Właściwie już nic nie widzę, strzałów nie słyszę, tylko głosy rannych – Nosze, ratunku! – Na punkcie rannych coraz więcej. Kładziemy ich prawie na gołej podłodze. Koców już brak. Chłopcy jęczą z bólu, a środków przeciwbólowych mało. Krystyna Jarecka z Kryśką starają się panować nad sytuacją. Ja boję się rannych, boję się urazić niezręcznym ruchem – tak cierpią. Staram się pomóc i słuchać poleceń Krystyny i Kryśki. One znają się na tym. Byle nie przeszkadzać. Raczej coś przynoszę, wynoszę, biegam na polecenia, boję się myśleć. Są już bardzo ciężko ranni: Jurek Marks – otwarte popostrzałowe złamanie kości udowej, Żegota, zastępca Romana – ranny w brzuch, śmiertelny postrzał, Janek (Stanisław Kołakowski) – z olbrzymią raną pod lewym barkiem, sanitariuszka Bronka – ciężko ranna z rozległą raną szarpaną podudzia i wielu innych. Cały salon wielkości ok. 30 m2 wypełniony rannymi. Dziewczyny biegają, zwijają się jak w ukropie. Zaczyna się wieczór. Strzały jakby nieco ucichły. Wracamy z Kryśką z jakiegoś kolejnego wypadu z rannym. Patrzymy, a cały róg domu, w którym mieścił się nasz punkt, jest rozerwany. Czy to Niemcy wrzucili granat? Morze granatów w czasie naszej nieobecności. Dobrze, że w tych pomieszczeniach nikogo nie było.

            Powoli zapada noc. Dziewczęta zmęczone, o twarzach zszarzałych, siedzą na schodach prowadzących na pierwsze piętro. Ranni są niespokojni. Jęczą z bólu. Na „sali chorych” jest duszno, gorąco. Boimy się jednak uchylić okna. Otwieramy drzwi do holu. Boże, jak duszno, powietrza brak. Jurek Marks narzeka głośno, jest niecierpliwy, boli go ogromnie. Chce prawdziwego lekarza, chce do szpitala. Uspakajamy go, jak możemy. Niestety, właściwie nic nie możemy. Zapada noc. Oczy nam się kleją, padamy ze zmęczenia. Szukamy z Kryśką spokojnego kąta, by choć na chwilę zdrzemnąć się, ale wszystkie lepsze miejsca są już zajęte. Wchodzimy na piętro, tu jest zakątek w holu ograniczony z trzech stron drzwiami do wc, łazienki i drzwiami prowadzącymi na mansardę. Tylko zimno wieje ze zburzonego pokoju. Kładziemy się na podłodze przytulone ciasno do siebie. Bardzo zimno. Idę do sypialni i zrywam wiszące tam firanki. Złożone w kilka warstw służą nam za koc. Boimy się bardzo. Kryśka pisze list do swego taty. Pewnie stąd już żywe nie wyjdziemy, pisze. Ja też wyciągam jakąś kartkę i piszę do mamy. Może ktoś kiedyś te kartki znajdzie. Patrole niemieckie co jakiś czas przechodzą blisko nas, tupiąc głośno podkutymi buciorami o chodnik, krzycząc donośnie „Hände hoch”. Pewnie zaraz wejdą. Będzie masakra. Słychać pojedyncze strzały i znowu głośne kroki, niemieckie wołania. To będzie nasz koniec. Nie weszli, pewnie też się bali. Ta noc była bardzo, bardzo długa. Nareszcie świt. Jesteśmy już na dole u rannych. Dziewczyny, które były z nimi w nocy, muszą chwilę odpocząć. W nocy niektórzy zmarli. Po cichu wyniesiono ich tak, żeby żywi nie widzieli tego. Zaczynamy się krzątać. Tak minęła pierwsza noc powstania. Podobny był drugi i trzeci dzień. Mamy coraz mniej amunicji, a transport z bronią nie nadchodzi.

            Trzeciego czy czwartego dnia kilku naszych chłopców i dziewcząt, z nimi moja Kryśka, robią wypad na niemieckie kwatery przy ul. Sędziowskiej. Długo nie wracają. Bardzo martwiłam się o Kryśkę. Nareszcie są. Niosą materiały opatrunkowe, lekarstwa, koce, poduszki, a nawet kołdrę i coś z jedzenia. Powoli zagospodarowujemy się. 4 VIII z powodu zagrożenia pożarem musimy ewakuować naszych rannych na ulicę Langiewicza 11. Janek Gosk przeniesiony zostaje na punkt przy ul. Jesionowej 13, a Jurka Marksa z Basią Gajewską przyjmują państwo Lorentowiczowie na ul. Langiewicza 4. My z rannymi rozlokowujemy się w willi pani Gebertowej, znakomitej i bardzo wymagającej mojej nauczycielki historii z tajnych kompletów z gimnazjum im. Królowej Jadwigi. Znakomita i bardzo wymagająca. W domu nie zastaliśmy jej. Była tylko jej rodzina. Zajmujemy największy pokój na parterze. Stan Aldka Żegoty jakby się nieco poprawiał. Janek też ma się jakby nieco lepiej. Nasza Bronka nadal wysoko gorączkuje, cierpi ogromnie, a przy tym jest niezwykle cierpliwa. Jakoś przyzwyczajam się do sytuacji. Ciągle czekamy na broń. Może ci z Baszty do nas dojdą, może oni mają więcej broni? Nadal mamy nadzieję. Nawet działa strzelające zza Wisły – stoją tam wojska sowieckie – są jakby głośniejsze, bliższe. Boże, żeby nareszcie przyszli, wypędzili Niemców, są przecież tak blisko. To niemożliwe, żeby nas zawiedli. W głowach to nam się nie mieści.

            Któregoś dnia na Langiewicza po obiedzie, tzn. po zupie, którą pewnie Zosia, ugotowała siadamy na schodach. Jest nas około pięciu dziewcząt, nie pamiętam które, pewnie Kryśka, Basia, Ewa i ja. Zaczyna się dyskusja: w jakiego koloru mundurach będziemy maszerowały w defiladzie po skończonej wojnie ... Żadnej nie przyszło do głowy, że za chwilę możemy już nie żyć. Spór był pełen emocji. Mundury granatowe czy zielone. Zaiste głupie dziewczyńskie rozmowy. Dyskusja byłby bardzo długa, gdyby nie przerwała jej Krystyna J. Przypomniała nam brutalną rzeczywistość, że to nie salon, a wojna. Zrywamy się i biegniemy do naszych chłopaków, którym jest duszno i niewygodnie, którzy leżą na podłodze, jęczą z bólu i umierają.

            Z raportami do Romana na Prezydencką biegamy wczesnym rankiem lub o zmroku – tak bezpieczniej. Przyszła kolej na mnie. Biegnę z raportem około 5 rano. Ranek jest pogodny. Kwiaty i zieleń pachną. Jest cicho. Nikt nie strzela. Wtem wszystkie gwiazdy stanęły mi przed oczyma. Ból okropny. Tak zachwyciłam się pięknym rankiem, że nie zauważyłam metalowej ramy płotu. Uderzyłam się mocno. Przybiegam na Prezydencką, a chłopcy pytają zatroskani: – Co ci? Ranna jesteś? Czuję się bohaterką.– Niestety, jestem gapa, uderzyłam się.– Śmieją się razem ze mną.

            6 sierpnia musimy się przenieść z rannymi na ulicę Langiewicza 9. Nasze dotychczasowe schronisko będzie spalone. Jest cisza. Z daleka słychać pojedyncze strzały. Zagospodarowujemy się w nowym miejscu. Janek i Aldek czują się nieco lepiej, tylko Bronka nadal wysoko gorączkuje. Krystyna w mig urządziła kącik opatrunkowy. Jak ona to robi – zadziwiające. Czegokolwiek dotknie, porządek sam się robi. Jest dość spokojnie. Usiadłam na schodach koło Wróbla, on zawsze jest wesoły, dowcipny, nie ma dla niego sytuacji tragicznych. Wróbel częstuje mnie alkoholem. Każe wypić pół szklanki wódki. Nie chcę. Nagle przybywa ktoś z komendy, mówiąc do mnie – Natalia, do raportu karnego do Romana. Wróbel nalega na wypicie dla kurażu. Raport karny – nic przecież nie zbroiłam, dlaczego? – Na chwiejących się nogach idę na ul. Prezydencką jak na ścięcie. Melduję się u dowódcy. Roman do mnie coś mówi, wymyśla. Ach, to chodzi o sprawę Wojtka, brata Kryśki, który przeniósł się do innego oddziału, a ja miałam zawiadomić ojca Kryśki i Wojtka, że za dezercję grozi mu kara śmierci. Oczywiście tego nie powtórzyłam. Uważałam, że to niepoważne. Słucham nadal wymyślań dowódcy i dziwię się. Broni nie mamy, za chwilę możemy wszyscy zginąć, a tu sprawa sprzed sześciu miesięcy – śmieszne. Słyszę jak przez mgłę, że zostałam skazana na karę śmierci za niewykonanie rozkazu. Tu się załamałam. Co za hańba. Mam umierać rozstrzelana przez swoich. Zaczęłam płakać, nie wiem, czy z żalu nad sobą czy z powodu alkoholu. Płaczę. Roman każe mi odmaszerować do przedpokoju i czekać. Już nie płaczę, zastanawiam się, kiedy zostanę rozstrzelana.

            Minęło chyba 10 min. Chłopcy patrzą na mnie jakoś podejrzanie. Znudziło mi się chodzić tam i z powrotem. Proszę któregoś z wartowników, by spytał Romana, jak długo mam tu sterczeć, chcę być rozstrzelana. Chłopak wrócił z rozkazem dla mnie. Mam odmaszerować na swój punkt. Wracam zgorzkniała, dotknięta do żywego niesprawiedliwością i nierozwagą dowódcy. Nie lubię jego zimnych i bezwzględnych oczu. Wracam na swój punkt sanitarny. Tu sytuacja zmieniła się. Dociera do nas wieść, że od placu Narutowicza własowcy idą, mordują i palą. Już pierwsze domy na Kolonii Staszica płoną, mieszkańców rozstrzeliwują. Piekło, a tu taki pogodny dzień. Niedługo czekaliśmy. Zjawiają się i u nas. Kilku żołdaków własowców rozczochranych, pijanych, brudnych. Dyszą chęcią zabijania. Oto ich raj: zabijać, rabować, palić – dokładnie w takiej kolejności. Są już przed naszym domem. Nie wiadomo skąd, pojawiają się trzej, może dwaj żołnierze niemieccy z obsługi działa przeciwlotniczego umieszczonego na ulicy Wawelskiej od strony Pola Mokotowskiego. To oni ostudzają chęć mordu własowców, a nam każą ewakuować się do willi po drugiej stronie ulicy. Willa, w której ledwo jako tako urządziliśmy się, zaraz zostanie spalona. Zbieramy się. Własowcy wymachują bronią. Niemcy ich uspokajają.

            Stoimy w drzwiach z Kryśką, Krystyną i chyba Zosią. Patrzymy, o zgrozo, jeden z rozkudłanych żołdaków mierzy lufą karabinu w górę między gałęzie drzewa, w postać drapiącą się w górę, jakby szukającą schronienia w niebie. Boże, gdzie ten chłopak chce dojść. On wspina się coraz wyżej, własowiec mierzy do niego. Strzela, nie trafia. Strzela ponownie jeszcze raz, tym razem trafia. Z drzewa spada piękny chłopak z ryngrafem na piersiach. Ryngraf lśni w słońcu, a chłopak pewnie już jest w niebie. To brat Aldka– Żeliga. Aldek nie może się o tym dowiedzieć, przecież sam walczy o życie. Żołnierze niemieccy ponaglają nas, żeby jak najprędzej przenieść rannych do następnego domu. Boję się, że za chwile własowcy mogą przestać ich słuchać. Jeden z Niemców nawet mówił po polsku, pochodził spod Gliwic. Spieszymy się. Z szeregu lżej rannych, którzy nam pomagali nieść ciężko rannych, własowcy wyprowadzają dwóch czy trzech chłopców. Po chwili słychać strzały, to własowcy rozstrzelali. Wszystkich ciężko rannych zdążyliśmy przenieść i ulokować na pierwszym piętrze leżącej po przeciwnej stronie ulicy willi. Ranni nareszcie leżą w łóżkach. Jesteśmy bardzo zmęczone, przerażone. Czekamy na śmierć, bo cóż innego nas może spotkać? Nie mamy sił rozmawiać z sobą. Dom, z którego ewakuowaliśmy się, zaczyna palić się, a w przylegającym do niego domu siedzą nasi chłopcy bez broni. Palą się. Cieknie na nich gorąca woda z popękanych kaloryferów. Niestety, nie możemy im pomóc. Jesteśmy bezsilne.

            Mija godzina, może dwie od naszej przeprowadzki. Z daleka słyszymy warkot samochodów. Pod nasz dom podjeżdża łazik, a za nim mała ciężarówka z własowcami. Są między nimi elektorzy. Byli tu wcześniej, bo to był tylko zwiad. Teraz dopiero się zacznie. Przedtem była to tylko uwertura. Z dołu słyszę głos Kryśki – Natalia schodź, znowu są własowcy.– Wychodzę z zacisznego pokoju z rannymi ze świadomością, że to już nasz koniec. W połowie drogi na schodach natykam się na lufę pistoletu wymierzonego we mnie. Patrzę oczom nie wierząc. Pistolet wymierzony we mnie trzyma ręka niezwykle przystojnego młodego, eleganckiego człowieka. Ten niezwykle przystojny oficer nosi czapkę esesmana. Ma nieskazitelnie czysty mundur i przeraźliwie czystą jasnoniebieską koszulę. Skąd się tu wziął. To postać z zupełnie innej sztuki. Pistolet w jego ręku wydał mi się śmiesznym, nierealnym rekwizytem. Jednak najbardziej byłam zdumiona niewiarygodnie czystym mundurem i koszulą. Patrzymy na siebie. Szybko mówię chyba po polsku – ale już nie pamiętam: – O jak dobrze, że pan Niemiec, bo z tymi żołdakami nie można się porozumieć. – Kakoj ja Niemiec, a ci żołdacy to moi żołnierze.– Rozkazuje ostro i brutalnie: – Prowadzić do rannych i bandytów. – Jacy bandyci, to cywile przypadkowo ranni – tłumaczę. – My nie mamy nic wspólnego z tym, co się tu dzieje.– Komendant patrzy na mnie ironicznie: – Prowadzić do rannych bandytów.– Jeszcze raz rozkazuje, popychając mnie lufą pistoletu.

            Wchodzę pierwsza na górę. Za mną komendant i dwóch żołdaków brudnych, podpitych. Poznaję. Jeden tu już był wcześniej. Stajemy w pokoju rannych. Oni na środku, ja z tyłu, a z boku przyciśnięte do siebie Krystyna, Kryśka i jeszcze ktoś, może Zosia. Lufy automatów skierowane są na rannych. Mówię szybko i głośno, że to przypadkowo ranni z ulicy, pokazuję na bladą Bronkę. Mówię dużo i bezładnie. Komandir przerywa, każe mi być natychmiast cicho, bo zaraz mnie rozstrzela. Nastaje cisza. Oddechy nasze zamarły. Cisza jest długa jak wieczność. Ranni leżą nieruchomo. Nikt nie oddycha. Strzelą – nie strzelą. Nagle komendant szybkim ruchem odwraca się. Daje swoim znak do odwrotu. Grozi, że jeszcze tu wróci. Coś mówię do niego szybko i bezładnie. Odwraca się do mnie i wpycha mnie na pół piętrze do jakiegoś pomieszczenia. Rozkazuje krzycząc, że jeśli stąd wyjdę, sam mnie rozstrzela. Zostaję sama. Oni schodzą na parter. Pomieszczenie, w którym się znalazłam, okazuje się być łazienką. Siadam na sedesie, staram się ochłonąć z przerażenia. Jak wyjść z tej opresji?

            Zdana jestem na własny pomyślunek. Wyglądam przez okno. Wyskoczyć. Przecież to tylko 3–4 metry. Pod oknem widzę krzaki. Wyskakując słychać będzie trzask łamanych gałęzi. Ten trzask usłyszy stojący przed domem wartownik. Natychmiast będzie strzelał. Zły pomysł z tym oknem. Znów siadam i myślę. Chwila ciszy. Wtem słyszę serię strzałów z karabinu maszynowego. (Kryśka twierdzi, że ich nie było – tylko, że ona w tym czasie była w innej stronie domu.) Potem znów cisza. Pewnie naszych wyprowadzili i rozstrzelali. Rannych rozstrzelają później, a ja zdrowa zostałam z nimi sama. Czuję, że włosy stają mi na głowie (miałam wtedy warkocze).

 Przekonałam się, że uczucie stania włosów na głowie to rzeczywistość, a nie fikcja literacka. Co robić? Zbieram się na odwagę, patrzę przez dziurkę od klucza, klucz jest w drzwiach. Czy zamknął mnie na klucz, powoli naciskam klamkę. Nie. Drzwi są otwarte. Powolutku, uchylam je. Na dole jest przeraźliwie cicho. Myślę z przerażeniem, że pewnie już wszyscy trzymający się na nogach zostali rozstrzelani. Ja jednak muszę się stąd wydostać. Ostrożnie, bezszelestnie wychodzę z łazienki. Teraz już słyszę dochodzące z dolnych pokoi jakieś szepty czy ciche rozmowy.

            Powoli schodzę do kuchni. Tam jest gosposia państwa Geberthów. Pytam, gdzie piwnica. Nie chce mi powiedzieć. Nalegam. Po wahaniu pokazuje mi drzwi. Błaga jednak, żebym tam nie schodziła. Po pod koksem schowała swojego narzeczonego, a moja obecność może go zgubić. Jednak schodzę. Widzę stertę koksu, obok ziemniaki. Mam wejść pod koks? To zupełnie mi nie odpowiada. Wychodz po cichutku i idę do jednego z pokoi na dole. Widzę, że naprzeciwko pokoju, do którego chcę wejść, przy stole siedzi komendant, Kryśka, mieszkańcy domu. O nie, tam nie wejdę. Pokój naprzeciw wydaje mi się bezpieczniejszy. Tam na tapczanie leży babcia, a w jej nogach pod kołdrą schowana dziewczyna. W koszu na bieliznę przykryta kocem ukrywa się druga – może to była Maryla. Za dużym fotelem – trzecia. Dla siebie miejsca nie widzę. Co robić? Nie mogę stać na środku pokoju, bo zwrócę uwagę własowców i sprowadzę na ukrywające się tu dziewczęta nieszczęście. Długa chwila wahania. Zbieram się w sobie.

            Wchodzę do jadalni. Koniecznie chcę się usadowić koło komendanta. Odpycham Kryśkę, a może kogoś innego i siadam obok niego. On w czapce SS. Przed nim pistolet i szklanka wody. Słucham, o czym rozmawiają. Nic do mnie nie dociera. W drzwiach staje pijany, brudny, rozczochrany szofer i kiwa na mnie palcem. Wiem, co to znaczy. Wpijam się palcami w rękę komendanta. Błagam go, żeby kazał mu odejść. Błagam i coraz mocniej szarpię jego rękaw. Wreszcie spojrzał na mnie ironicznie, prawie z pogardą: – A cóż się wam stanie? – mówi. Znów skomlę, że jestem tu potrzebna, że nie mogę stąd odejść, niech mnie ratuje. Po chwili jednak daje znak szoferowi, żeby odszedł. Udało się. Słyszę, że mówi do Krystyny, że jest dziennikarzem z Kijowa. Wtrącam się do rozmowy, staram się zwrócić na siebie uwagę. Mówię, że właśnie w czerwcu zdawałam maturę. Z polskiego pisałam o walce dobra ze złem na podstawie „Irydiona” i „Nie–boskiej Komedii” Krasińskiego, że nasz poeta Adam Mickiewicz napisał „Sonety Krymskie”, piękne wiersze o Ukrainie. Zaczyna się rozmowa o literaturze. Polska literatura nie jest mu obca. Na Boga, prowadzimy salonową rozmowę, a tam nasi siedzą w palącej się willi, a przed zaledwie kilku godzinami rozstrzelali naszych chłopaków. Co z nami będzie, nie wiadomo, a my tu o literaturze. Sceneria jak nie z tego filmu, czy klatki filmu się pomieszały. Po blisko godzinnej „kulturalnej” rozmowie komendant daje znak do odwrotu. Odjeżdżają. Jesteśmy ocaleni, na jak długo, nie wiemy. Napięcie opada. Jesteśmy bardzo, bardzo zmęczone. Nawet z sobą nie rozmawiamy. Idę na górę do naszych. Tam już jest Zosia. Siadam przy Aldku, rozmawiamy szeptem, boimy się powrotu zabójców naszych chłopaków. Przecież ocaleliśmy tylko na chwilę.

            Tak mija noc. W dzień docierają do nas wieści, że nasza jednostka musi odejść do Śródmieścia. Broń nie nadeszła. Tu walka skończona. – Co z rannymi? – pytamy same siebie. Po południu słychać warkot samochodu. O nie, to znowu oni. Pod domem staje łazik, a w nim komendant tylko z szoferem. Czego oni tu chcą? Wołają mnie z dołu. Przyjechał komendant i chce się widzieć tylko z Natalią. – Czego on ode mnie chce? – Kryśka podejrzanie cofa się. Łapię ją za rękę. – Musisz przy mnie być, nie zostawiaj mnie z nim samej – błagam. Ociągając się, Kryśka zgadza się. Obie boimy się bardzo. Wychodzimy do komendanta, który elegancko salutując wita się z nami, przedstawia się. Salon czy co? Przyjechał prywatnie zobaczyć się ze mną, mówi. – Zwariował – myślę. Prosimy go do pokoju. Zdejmuje czapkę, którą razem z pistoletem kładzie na krzesło, wcale nie stojące najbliżej. Cóż za konwenanse ... Z mapnika wyjmuje konserwy, chleb, wino – to dla nas. Niczego już nie rozumiem. Sam prosi o wodę, alkoholu nie pija. Zaczyna się towarzyska, salonowa rozmowa jak przy herbatce. Rychło jednak wracamy do rzeczywistości. Pytam, skąd się tu wziął. Nazywał się Alosza Nikitin, miał 24 lata pochodził z Kijowa, gdzie ukończył studia dziennikarskie. Ojciec jego był dyplomatą sowieckim w ambasadzie w Rzymie, matka Włoszką. Gdy miał parę lat ojciec został odwołany z placówki z Rzymu, rodzice wraz z nim wrócili do Kijowa. Tu rodziców aresztowano, a jego oddano do domu dziecka. Już nigdy nie zobaczył rodziców. Pytam, dlaczego nie walczy z Niemcami razem Armią Czerwoną, przecież zdradził swój kraj. Uśmiechnął się ironicznie. – Wolę Niemców – odpowiedział. Jesteśmy oburzone, a on mówi dalej, że wie doskonale, że wkrótce zginie, może z ręki swoich żołnierzy, bo ledwo go tolerują – nie pije z nimi, nie rabuje. Rozkazy rozstrzeliwania, palenia musi wydawać. Ze strony Niemców grozi mu rozstrzelanie, bo pewnie wszystkich własowców rozstrzelają po wykonaniu zadania, wreszcie zabić go mogą powstańcy – to prawda, jest przecież naszym wrogiem. Przyrzeka nam, że póki on żyje, to ze strony własowców nic nam nie grozi, będzie nas bronił. Cała ta rozmowa jest tragiczna. To węzeł gordyjski. Robi nam się bardzo smutno. Zaczynamy w nim widzieć człowieka zagubionego w chaosie wojny. Odjeżdża.

cdn.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82