Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Tamte lata, tamte dni

Zofia KOWALSKA–STEGAWSKA

 

TAMTE LATA, TAMTE DNI

 

            Lata okupacji, matura, studia na tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich to wspomnienia, pomimo upływających lat, ciągle żywe i wzruszające. Lata młodzieńczych marzeń, wytężonej pracy, odwagi i głębokiego patriotyzmu.

            Do pracy konspiracyjnej w ZWZ zostałam zwerbowana jako łączniczka na tajnym komplecie gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie w 1941 r. Moim zadaniem było przenoszenie meldunków z Mokotowa do Śródmieścia na ul. Żurawią. Nie znałam ani ich treści, ani przeznaczenia. Po kilku miesiącach kontakty te urwały się, a 14 II 1942 r. ZWZ został przekształcony w AK. Ponownie wstąpiłam do AK wiosną 1944 r. z poleceniem zorganizowania i przeszkolenia małego oddziału sanitarnego dla potrzeb IV oddz. obw. II, którego terenem działalności w planowanym powstaniu miał być Plac Narutowicza, a ściśle mówiąc zdobycie obsadzonego przez Niemców domu akademickiego. Byłam wówczas studentką medycyny II roku tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, działającego w Warszawie i teoretycznie byłam nieźle do tego zadania przygotowana. Zabrałam się żywo do pracy i przeszkoliłam trzy młode dziewczyny: Bożennę Malarską, Halinę Owczarek i Krystynę Szymczyk.

            Wiosna 1944 r. była w Generalnej Guberni okresem szczególnych napięć. Załamywał się front wschodni, a w Warszawie panował niezwykły ruch. Niemcy organizowali przejściowe szpitale dla swoich rannych. Widziało się całe transporty powracających z frontu, obdartych i wynędzniałych żołnierzy niemieckich i nowe oddziały młodych, niepełnoletnich chłopców i pielęgniarek ciągnących na wschód. Ucisk władz niemieckich nieco zelżał, a przygotowania do powstania stawały się coraz bardziej gorączkowe. W czerwcu zdawałam końcowe egzaminy II roku studiów. Nie było to łatwe w czasie, kiedy ulicami przeciągały liczne kolumny uciekinierów niemieckich ze wschodu z całym dobytkiem, ulokowanym na furmankach, stadami bydła wlokącymi się za wozami i dziesiątkami psów szukających swych właścicieli. Nocami dudniły kolumny pancerne ciągnące na wschód lub syreny alarmowe dzikim wyciem wyrywały z łóżek i zmuszały do zbiegania do schronu. „Żyrandole” rzucane przez pilotów sowieckich unosiły się w powietrzu jak choinki, oświetlając mosty, obiekty wojskowe lub kolumny żołnierzy. Do schronu zabierałam notatki dotyczące aktualnie zdawanych egzaminów i tak starałam się wykorzystać czas pomimo grożącego niebezpieczeństwa.

            Pod koniec lipca całe podziemie Polski Walczącej było w stanie ostrego pogotowia i niecierpliwego oczekiwania. Na ulicach widziało się młodych ludzi w długich butach i płaszczach, pod którymi „coś” skrywali. Niemcy wydawali się ich nie dostrzegać, ale my nie mieliśmy wątpliwości, kim byli. Czekaliśmy na sygnał i pełniliśmy dyżury dzień i noc. 29 VII przyszłam po rozkazy do naszego punktu na Wspólnej i zastałam chłopców przygotowujących różną broń. Jeden z nich przestrzelił sobie stopę, nieumiejętnie manipulując pistoletem. Był pierwszym moim pacjentem jeszcze przed wybuchem powstania. Wreszcie wiadomość: powstanie 1 VIII, godzina W –17. Ja mam się stawić wcześniej w punkcie zbornym, w mieszkaniu mojej koleżanki Krystyny Cybulskiej na ul. Jotejki. Krystyna wraz z matką będą sanitariuszkami na Mokotowskiej.

            W dniu 1 VIII około godz. 15.30 wysiadłam z tramwaju na Placu Narutowicza wraz z moją siostrą. Pozornie nic się nie działo, tylko przechodniów było nieco mniej niż zwykle. Kilku Niemców krzątało się w pobliżu wejścia do akademika. Stały tam dwa betonowe bunkry i kilkanaście kozłów z drutu kolczastego. Ogarnął mnie niepokój. Jak możliwe będzie zdobycie tak ogromnego gmachu bez ciężkiego sprzętu bojowego? Środkiem jezdni ciągnęły ze wschodu na zachód potężne samochody pancerne z silnie uzbrojoną załogą.

            Zainstalowałam się wraz z pozostałymi dziewczętami w mieszkaniu koleżanki Cybulskiej w napięciu oczekując wybuchu powstania. Około 16.50 dały się słyszeć pierwsze strzały, później serie z karabinów maszynowych i wybuchy granatów dochodzące z Placu Narutowicza, od którego dzielił nas teren sierocińca Antoni oraz plac przy Kościele św. Jakuba. Po latach okupacji jutrzenka swobody. Na ul. Jotejki panował jednak spokój. Nie widać było Niemców ani powstańców. W bramach domów pojawili się komendanci ochrony przeciwpożarowej i nieliczni spóźnieni przechodnie docierali do swoich domów. Nie mogąc znieść bezczynności wyruszyłam na sąsiednie ulice w poszukiwaniu rannych.

            W bramie na ul. Barskiej spostrzegłam samotnego mężczyznę, w długim tramwajarskim płaszczu, z opaską AL na ramieniu. Na głowie miał granatową rogatywkę z paskiem zapiętym pod brodą, a na plecach karabin o muzealnym wyglądzie. Stanęłam zdumiona. Przed oczami przesunęły mi się potężne kolumny pancerne, które ledwie przed półtorej godziny widziałam na placu Narutowicza. Ten samotny powstaniec z archaiczną bronią – coś jak z obrazu Grottgera – tamci ... Jakie mamy szanse? Czy wystarczy sam zapał naszych chłopców, którzy rwali się do walki? Rannych nie znalazłam, więc wróciłam na ul. Jotejki. Wkrótce dotarły do nas smutne wieści. Atak na dom akademicki załamał się, wielu powstańców zginęło.

            Wieczorem przeniosłam się wraz z moim małym oddziałem do fabryki Nasierowskiego na Kaliską, nazwanej później „Redutą Kaliską”, gdzie w piwnicach umieszczono już pierwszych rannych. Z własnym oddziałem AK nie mogłam nawiązać kontaktu, bo Niemcy trzymali Pl. Narutowicza pod ostrzałem z bunkrów i akademika. Do rannych i zabitych, którzy leżeli na placu, nie można było dotrzeć. W drugim dniu Powstania padał niewielki deszcz. Przechodzenie przez ogródki i parkany, żeby dotrzeć do rannych, było utrudnione. Pobrudziłam sobie ubranie i wieczorem, kiedy wróciłam do fabryki Nasierowskiego, byłam głodna zmęczona i brudna. Początkowo krępowałam się prosić panią Nasierowską o jedzenie. Przygotowywała ona posiłki dla powstańców, ale głód wziął górę. Pani Nasierowską nakarmiła mnie i zaproponowała kąpiel w swojej łazience i lokum w sypialni, gdzie obiecała zostawić koc na tapczanie. Światła nie można było palić, bo okna wychodziły na dom akademicki, poruszałyśmy się więc w ciemności. Po kąpieli, już bardzo senna, dotarłam do tapczanu i natychmiast zasnęłam. Obudziłam się około 5 rano zesztywniała z zimna. Okazało się, że spałam pod jedwabnym japońskim szlafrokiem pani Nasierowskiej.

            2 sierpnia oddziały Grzymały (ppłk Mieczysław Sokołowski) wycofały się z okolic Pl. Narutowicza i po zdobyciu wagonu kolejki dojazdowej elektrycznej dotarły do Pęcic z zamiarem przebicia się do Lasów Sękocińskich. Tam zostali jednak otoczeni przez silny oddział niemiecki stacjonujący w tamtejszym majątku. 96 osób zostało rozstrzelanych – najmłodszy miał 14 lat. Nielicznym udało się dotrzeć do lasu. Jeden z powstańców ukrył się w piecu chlebowym i ocalał.

            Trzeciego dnia powstania przybył do fabryki Nasierowskiego dozorca z sierocińca „Antoni” prosząc o pomoc dla rannych „wychowanków” zakładu, którzy rzekomo mieli się tam znajdować. Zabrałam swoją torbę sanitarną i pobiegłam za nim. Zauważyłam, że przed przejściem przy ul. Kaliskiej zdjął czapkę i pomachał nią. Niemcy nie strzelali, chociaż ul. Kaliska była z obu stron obstawiona karabinami maszynowymi. Nie zastanawiałam się nad tym, bo już wchodziliśmy do sierocińca, gdzie w piwnicach zgromadził się tłum kobiet i dzieci. Ranni okazali się być oficerami niemieckimi. Jeden miał przestrzeloną wątrobę i był w ciężkim stanie, a drugi miał rozległe rany lewego ramienia. W pierwszej chwili poczułam się oszukana. Chciałam uciekać. Ranni patrzyli na mnie wyczekująco. Po chwili opanowałam się i nałożyłam opatrunki. Dozorca poprowadził mnie następnie do małej stajenki, gdzie już na pewno mieli być ranni powstańcy. Weszliśmy i zdrętwiałam z przerażeniem: w stajence znajdowało się 8 bardzo młodych, uzbrojonych po zęby Niemców. Jeden z nich, może 18–letni, siedział pod ścianą i był bardzo blady. Sytuacja była niezwykła: w trzecim dniu walki polska sanitariuszka z powstańczą opaską na rękawie, Niemcy, konfident. Nie było wyjścia ani możliwości ucieczki. Spokojnie opukałam klatkę piersiową siedzącego pod ścianą żołnierza. Miał przestrzelone z pistoletu prawe płuco. Mały wlot znajdował się pod obojczykiem. Wylotu nie było. Kula tkwiła w klatce piersiowej, a stłumienie odgłosu opukanego w dole klatki piersiowej po prawej stronie przemawiało za krwiakiem w opłucnej. Powiedziałam, że stan chorego wymaga natychmiastowej hospitalizacji i nałożyłam opatrunek.

            Opuszczając stajenkę poczułam nagle strach, czy Niemcy strzelą mi w plecy? Miałam wrażenie, że mój kręgosłup wygina się na kształt łuku, a nogi dziwnie zesztywniały i zniemrawiały. Powrotna droga do sierocińca wydawała się dłuższa i męcząca. Nikt jednak nie strzelił. Konfident przeprowadził mnie przez korytarz sierocińca i wypuścił mnie do ogrodu. – Teraz panienka może już iść sama – powiedział. W ogrodzie leżały trupy powstańców. Po kilku krokach spostrzegłam leżące na ziemi „hand granaten”. Schyliłam się, żeby je pozbierać dla naszych chłopców. Po chwili zaniepokoiłam się dziwnymi odgłosami pękających liści. Szybko zorientowałam się, że jestem ostrzeliwana z akademika. Nigdy przed tym nie doświadczyłam czegoś podobnego. Porwałam moją torbę sanitarną, którą uprzednio postawiłam na trawie i co sił w nogach pobiegłam do wyrwy w murze, którą poprzednio przechodziłam z konfidentem. Biegłam nie po linii prostej, lecz zygzakiem, jak to czynili aktorzy w filmach kowbojskich, widzianych przed wojną. Zadziwiające z jaką szybkością myśli się w takich sytuacjach i jak można skorzystać z doświadczeń zakodowanych w mózgu. Stanęłam na chwilę, żeby zaczerpnąć tchu, a następnie pędem przebiegłam na drugą stronę ulicy i wtuliłam się w mały występ muru przy bramie do fabryki Nasierowskiego. Brama była zamknięta, a strzelanina nie ustawała. Pociski padały tuż obok moich nóg i podrywały małe obłoczki pyłu z chodnika i jezdni. Waliłam pięścią w bramę, za którą słyszałam głosy. Ktoś wołał portiera, ktoś inny go szukał, a mnie wydawało się, że czekam całą wieczność. Wreszcie brama uchyliła się i znalazłam się w bezpiecznym miejscu. Myślałam, że stracę przytomność, nogi miałam jak „z waty”, drżałam jak w febrze. Po południu wyruszyłam jak zwykle do piwnic, żeby zmienić opatrunki pielęgnowanym rannym i wstrzykiwać im środki przeciwbólowe.

            Następnego dnia mały czołg niemiecki wtargnął na ul. Kaliską i ustawił się vis–à–vis fabryki, spokojnie nas ostrzeliwując z działka umieszczonego na przedzie. Fabrykę oddzielał od ulicy mur wysokości ok. 2 m i żelazna brama. Z każdym pociskiem spustoszenie fabryki stawało się coraz straszliwsze. Cienkie ścianki nowoczesnego budynku rozpadały się na kawałki, sypały się szyby, pękały rury wodociągowe. Woda lała się po ścianach i schodach, a tumany pyłu ceglanego tamowały oddech. Zgromadzeni w piwnicach razem z rannymi, spodziewaliśmy się ataku piechoty niemieckiej. Tymczasem czołg, wystrzeliwszy wszystkie pociski, zawrócił i próbował odjechać w kierunku ul. Sękocińskiej. Wówczas jeden z powstańców skoczył na mur i celnym rzutem granatu przeciwczołgowego unieruchomił go. Załoga, nie mogąc go naprawić, otworzyła właz i zaczęła uciekać. Było ich trzech. Dwóch zastrzelili powstańcy, natomiast trzeci dobiegł do Sękocińskiej i tam zginął zastrzelony przez inny oddział powstańczy. Po naszej stronie nikt nie zginął ani nie był ranny.

            Z każdym dniem sytuacja na naszym odcinku pogarszała się. Niemcy i oddziały ukraińskie opanowywali coraz to bliższe ulice. Przybywało rannych w piwnicach. Całe dnie spędzałam przy chorych, pracując z dr. Dobrowolskim, lekarzem z Instytutu Marii Curie–Skłodowskiej, któremu udało się uciec, zanim Ukraińcy zdobyli Instytut. 10. dnia powstania Niemcy i Ukraińcy zaczęli zajmować kolejno domy na ul. Jotejki, Kaliskiej i Sękocińskiej, wypędzali ludność cywilną. Nie było już żadnej walki, bo powstańcy wycofali się w kierunku Śródmieścia. Ja z moimi dziewczętami znalazłam się w tłumie, który popędzono na plac przy fabryce czekolady „Plutos”. Ustawiono nas pod murem. Miałam wrażenie, że zostaniemy rozstrzelani. Po dłuższym oczekiwaniu sformowano jednak długą kolumnę, którą skierowano na plac zwany „Zieleniakiem”. Po drodze żołnierze ukraińscy rabowali ludności zegarki i kosztowności. Ukraińcy mieli na rękach po kilkanaście zegarków. Na ulicy leżały złote monety, których nikt nie odważył się podnieść. Jeden z żołnierzy ukraińskich przetrząsnął moją torbę. Był tam sterylizator i strzykawki. Nie zainteresował się tym, na szczęście. Zabrał mi tylko buteleczkę z wodą kolońską i cukierki. Pierścionki, które miałam, sprytnie ukryłam.

            Po drodze mijaliśmy wypalone domy ziejące okropnym zapachem. Na chodnikach leżały rozkładające się zwłoki mężczyzn i kobiet, dziecięce wózki, rozprute materace, połamane sprzęty, bezpańskie koty i psy. Niezapomniany obraz straszliwego zniszczenia. Po jednej nocy przespanej na ziemi, głodne i zziębnięte, zostałyśmy ustawione znowu w kolumnę i popędzone na Dworzec Zachodni, skąd pociągami elektrycznymi wywieziono nas do Pruszkowa. Tam, cudem zdobyty, biały fartuch uratował mnie od wyjazdu do Niemiec.

            Rozpoczęłam pracę w sanitariacie na terenie obozu. Opiekowałam się rannymi, chorymi i starcami. Pierwszą noc przespałam na stosie szklanej waty na strychu drewnianego baraku. Rano wszystkie odsłonięte części mojego ciała były gęsto pokłute igiełkami z waty szklanej. Wyglądało to jak czerwona wysypka. Po trzech dniach głodówki pierwszy posiłek w obozie: zupa z białej kapusty z ziemniakami i nielicznymi skwarkami. Jadłam tę zupę razem z siostrą, a łzy kapały nam do miski. W domu nigdy nie chciałyśmy jeść skwarków. Ojciec mój, który był w niewoli japońskiej i cierpiał straszliwy głód, oburzał się na nas i często mówił, że mogą przyjść czasy, że będziemy je jadły, bo nic innego nie będzie. Sprawdziło się. Teraz połykałyśmy je przez „rozum”, żeby zaspokoić głód. Z obozu nie starałyśmy się wydostać, bo nie miałyśmy się gdzie podziać. Siostrę moją zatrudniono w kuchni, przy obieraniu ziemniaków. Liczyłyśmy również, że w obozie, do którego zaczęły napływać tłumy ludzi z Warszawy, uda nam się spotkać matkę i brata, którzy pozostali na Starym Mieście. Nadzieja była znikoma, ale spełniła się. Matkę ulokowałyśmy w baraku, w którym spałyśmy, a brata schowałyśmy w warsztacie koło kuchni, w klatce po królikach. Chorował na anginę i wysoko gorączkował. Później pracował również w obozie przy rozdawaniu posiłków.

            Tłumy napływającej ludności z Warszawy Niemcy kierowali do baraków nr 4 i 5, a następnie segregowali starców, kobiety z dziećmi oraz niezdolnych do pracy gromadzili w baraku nr 1, skąd wywożono ich do Generalnej Guberni. Zdolnych do pracy załadowywano do wagonów towarowych i wysyłano do Rzeszy, chorych i rannych kierowano do baraku nr 2, skąd wywożono ich do szpitali w Tworkach, Pruszkowie, Milanówku, Grodzisku i Leśnej Podkowie. Dostanie się do baraku nr 1 równało się pozostaniu na terenie GG. Pewnego dnia przybył do obozu cały personel lekarski, pielęgniarski oraz nieliczni cywile Szpitala Czerwonego Krzyża. Wszyscy byli ubrani na biało. Groziło im wywiezienie do Niemiec. Nagle zrodził się w mojej głowie szaleńczy pomysł, żeby przeprowadzić ich do baraku nr 1. Sporządziłam na własną rękę listę około 30 osób. Ustawiłam ich w dwuszeregu i na oczach wartowników i Niemców siedzących w tzw. zielonym wozie, czyli w wagonie komendantury obozu, przeprowadziłam ich przez teren obozu do baraku nr 1. Spokój i pewność siebie, z jakim to uczyniłam, sprawił, że nikt z Niemców nas nie zatrzymał. Strach obleciał mnie dopiero później. Nie wyobrażałam sobie, co by Niemcy ze mną zrobili. W baraku nr 1 zdjęli fartuchy i zmieszali się z ludnością cywilną. Jednego z tych lekarzy, chirurga, spotkałam po wojnie w Szpitalu Czerwonego Krzyża. Poznał mnie i dziękował. Od niego dowiedziałam się, ze wszyscy szczęśliwie pozostali w GG.

            W czasie pracy w obozie pomogłam wielu ludziom i mam nadzieję, że zachowali mnie we wdzięcznej pamięci. Jednym z nich był młody człowiek. Przypominam sobie nazwisko Siudecki – zdrowy o kwitnącym stanie zdrowia. Co tu zrobić, żeby go wyciągnąć z obozu? Z lekarzami uradziliśmy, żeby wstrzyknąć mu morfinę. Rozchorował się po tym na dobre. Wymiotował i miał wygląd obłożnie chorego. Wywieziono go do Szpitala w Komorowie. W kwietniu 1945 r., jeszcze przed końcem wojny, pojechałam do Poznania, gdzie rozpoczął działalność Uniwersytet Poznański. Tam, w czerwcu 1947 otrzymałam dyplom lekarza.

 

Życiorys

 

Urodziła się 1 maja 1923 r. w Warszawie.

W 1937 rozpoczęła naukę w Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie . Wybuch II Wojny Światowej spowodował, że naukę kontynuowała na tajnych kompletach tegoż gimnazjum. Maturę zdała w 1942 r. W tym samym roku rozpoczęła studia medyczne na tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich w Warszawie.

Pracą konspiracyjną zajmowała się od 1940 r. pełniąc funkcję łączniczki w ZWZ, a następnie w AK.

Po opuszczeniu Warszawy pracowała w sanitariacie obozu przejściowego w Pruszkowie.

Po oswobodzeniu Poznania kontynuowała studia na Uniwersytecie Poznańskim. Dyplom lekarza otrzymała 27 czerwca 1947 r. Staż lekarski odbyła w Gorzowie Wielkopolskim, Lesznie Wielkopolskim  i Warszawie.

Od 1948 r. pracowała nieprzerwanie w szpitalach i ambulatoriach warszawskich.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82