Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Wspomnienia z udziału w Powstaniu Warszawskim i losy popowstaniowe

Barbara GRZEGORZEWSKA–SZELIGIEWICZ

 

WSPOMNIENIA Z UDZIAŁU

W POWSTANIU WARSZAWSKIM

I LOSY POPOWSTANIOWE

 

            Dochodziła godzina 5 po południu 1 sierpnia 1944 r. Właśnie siedziałam przy biurku pod zalanym słońcem oknem mansardowego pokoju mieszkania na II piętrze, które zajmowaliśmy wraz z moim ojcem i jego siostrą, Marią Grzegorzewską, przy ulicy Ursynowskiej 14 na Mokotowie. Będąc po ukończeniu drugiego półrocza Szkoły dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego doc. Jana Zaorskiego, przygotowywałam się do egzaminu z biologii. Mimo ponurego okresu okupacji niemieckiej prawie całkowicie pochłonięta byłam nauką. Nagle w tej ciszy letniego popołudnia stało się coś niezwykłego. Usłyszałam wycie syren, a za nimi kilka wybuchów i wystrzały. Siostra ojca, Marylka, bo chciała, żeby wszyscy tak ją w rodzinie nazywali, była gdzieś w mieście.

            W domu poza mną tylko ojciec. Za chwilę wpadła nasza, niewiele ode mnie starsza, pomoc domowa, Litwinka, Marysia Pikucis, której drugim zaprzyjaźnionym domem była mieszkająca obok pod numerem 12. rodzina doktora Alfreda Piotrowskiego, jak później okazało się, komendanta służby sanitarnej rejonu Mokotowa. Ona to, należąc już przedtem do organizacji, powiadomiła nas o wybuchu powstania i dzięki niej i doktorowi Piotrowskiemu od razu zgłosiłam moje uczestnictwo. W pełni młodzieńczych sił i zapału dziewiętnastolatki uważałam mój udział walki z wrogiem za święty i niepodważalny obowiązek, a ze strony mego ojca spotkałam się z całkowitą aprobatą. Otrzymałam różową legitymację z pseudonimem Grażyna, jako reminiscencję poematu Adama Mickiewicza, i przydział do szpitala mieszczącego się w podziemiach Klasztoru Sióstr Franciszkanek przy ulicy Misyjnej, służącego początkowo potrzebom grupy artyleryjskiej Granat, a następnie innych oddziałów i ludności cywilnej.

            Pomieszczenia szpitalne składały się z dwóch piwnicznych komnat o łukowych sklepieniach, z okienkami w przyziemiu, pokoju zabiegowego z kozetką, szafką na narzędzia i materiały opatrunkowe i biegnącego wzdłuż nich korytarza, na końcu którego było kilka zlewozmywaków. Na wprost schodów prowadzących do tych pomieszczeń znajdowały się ubikacje, a ponad całym szpitalem na wysokim parterze była obszerna kaplica. Wśród rannych pamiętam z pierwszej sali, leżącego na pierwszym łóżku od wejścia i strony lewej, Piotra, rannego w klatkę piersiową, Ołówka, szczupłego i leżącego ciągle nieruchomo oraz pod oknem na wprost wejścia wesołego Sierżanta z przestrzelonym kolanem, a w drugiej sali na pierwszym łóżku od wejścia na lewo, w pozycji siedzącej, rannego w głowę i z raną postrzałową szyi, a przy nim siedzącą stale w białym fartuchu podobno jego ciotkę. Na korytarzu wzdłuż prawej ściany leżeli ranni cywilni, a między innymi kobieta w zaawansowanej ciąży, ranna w brzuch, która po kilku dniach zmarła. Zmarłych kładło się na podłodze w znajdującej się nad nami kaplicy bez ławek. Pod osłoną nocy grzebani byli w przydomowych ogródkach, a przede wszystkim w Parku Dreszera.

            Oprócz mnie rannymi opiekowało się kilka sanitariuszek, z których najlepiej pamiętam rosłą i dobrze zbudowaną Makę oraz o niskim wzroście chirurga Mikrusa z przyboczną wysoką i szczupłą pielęgniarką instrumentariuszką, chyba Anną. To właśnie doktor Mikrus z powodu zaistniałego, a dokuczającego mi panaritium środkowego palca ręki prawej, którego nabawiłam się w czasie pełnienia moich funkcji, dokonał na żywo zdjęcia paznokcia, co miało ważny wpływ na dalsze moje popowstaniowe losy. Pewnej nocy Piotr, gdy siedziałam przy jego łóżku, powiedział mi, że tak chętnie zjadłby bułkę z szynką. Nie pamiętam, żebyśmy w tym czasie coś jadali. Może tylko siostry Franciszkanki jakoś czasem o to zadbały. Pamiętam tylko, że kiedyś jadłyśmy surowe mięso padłego konia z cebulą i że przed wyjściem ze szpitala dostałyśmy od sióstr po pudełku cukru w kostkach i słoik sztucznego chyba miodu.

            Otóż Piotr powiedział mi także, że ma brata w „Alkazarze”, wysokim budynku na rogu Al. Niepodległości i ul. Odyńca. Obiecałam mu, że dam znać o nim bratu od razu, tego samego ranka. Gdy właśnie szłam, po drodze wstępując do mojego domu na Ursynowskiej 14, usłyszeliśmy nadlatujące bombowce i wybuchy bomb bardzo blisko, bo dom nasz zatrząsł się, a klatka schodowa wypełniła tynkowym pyłem. Za chwilę wyszliśmy na zewnątrz i zobaczyli na wprost naszego domu puste miejsce wśród bloków na ulicy Odyńca i puste miejsce, gdzie do tej pory znajdował się „Alkazar”.

            Do domu wstępowałam od czasu do czasu, aby zobaczyć ojca. W początkowym okresie, kiedy jeszcze przebywał na górze, widywałam go z Tadeuszem Brezą, który musiał zatrzymać się gdzieś nieopodal, może u Jerzego Zawieyskiego i Trembaczkiewicza na sąsiedniej ulicy, grających w starorzymską „Saltę”. Na kilka dni zatrzymały się też w naszym mieszkaniu pani Kromkowska (może pomyliłam pisownię nazwiska), dawna koleżanka Marylki, ze swoją kuzynką ze Lwowa. Następnie, wskutek zburzenia przez pocisk narożnego pokoju, ojciec przeniósł się zabierając materace i pościel na parter, do mieszkania właścicieli domu, państwa Ryszarda i Marii Carlsonów, którzy mieli jedynego syna Jerzego, także w akcji, i tam wpadałam czasem, aby przespać się na naszych materacach na podłodze ich jadalnego pokoju. Któregoś słonecznego dnia przez otwarte i oplecione dzikim winem okna wpadła rykoszetowa kulka i uderzyła mego Ojca, który powiedział, że „zły to znak”. I rzeczywiście, nie doczekał już następnego lata.

            Pamiętam, kiedyś szłam Ursynówką o zmroku w stronę ulicy Kazimierzowskiej. Usłyszałam dziarskie zawołanie: – Stój, kto idzie, zbliżyć się dla podania hasła! – Oczywiście musiałam jakoś odpowiedzieć. Bardzo mnie to uszczęśliwiło i podniosło na duchu. Kiedy indziej, idąc ulicą Puławską koło Kościoła św. Michała u wylotu ulicy Dolnej, wzdłuż wykopów i barykad, spotkałam profesora Edwarda Lotha. Jakże byłam z tego powodu szczęśliwa. Po radosnym powitaniu powiedział mi, że te góry piachu przypominają mu jego wyprawę do Afryki. Nie przypuszczałam, że było to ostatnie widzenie tego wspaniałego profesora anatomii, na którego wykładach wszystkie stojące i siedzące miejsca były zawsze szczelnie wypełnione. W kilka dni później dowiedziałam się, że poległ ze swoją rodziną w willi na Malczewskiego.

            Któregoś ranka Maka poprosiła mnie, bym ją zastąpiła, bo źle się jakoś czuje. Oczywiście zgodziłam się z ochotą, a Maka położyła się na deskach przykrywających zlewozmywaki w końcu korytarza i otuliła kocem. Co pewien czas zaglądałam do niej i zauważyłam, że stan jej gwałtownie się pogarsza. Powiadomiłam cały personel, łącznie z siostrami zakonnymi. Maka miała malinowy język i gardło, bardzo wysoką temperaturę, chyba ponad 40°C. Zmarła w obecności nas wszystkich około godziny 20.00. Następnego ranka poszłam zobaczyć ją położoną na podłodze w kaplicy, prawie całej obłożonej już ciałami zmarłych. Uderzyło mnie ciemnosine zabarwienie jej powłok. Biedna, wspaniała i dzielna Maka. Według oceny autorytetów, mogła to być piorunująca szkarlatyna.

            Pięćdziesiąt siedem dni powstania na Mokotowie przesunęło się jak nigdy niezapomniany sen i wielka karta historii. Tyle radości, zapału i nadziei na odzyskanie wolności i tyle zawodu po jego upadku. Jeszcze przed samą kapitulacją doktor Mikrus z wysoką asystentką i grupą żołnierzy z naszego rejonu mieli udać się kanałami do Śródmieścia. Pojawili się też jacyś nowi żołnierze z opaskami i literami AL (Armia Ludowa) na rękawach. Jednak żadna konkretna pomoc nie nadeszła. Raz tylko niebo pokryło się czerwono-niebieskimi spadochronami ze zrzutami ze strony Aliantów, które w znacznej części dostały się podobno w ręce wroga i raz usłyszałam też warkot jakiegoś „kukuruźnika”. A tak tylko słychać było wybuchające pociski „ryczące krowy”, naloty bombowców i celne strzały z pozycji ukrytych niemieckich snajperów, w tym zwłaszcza wzdłuż ulicy Kazimierzowskiej. Park Dreszera pokrywały ciągle świeże mogiły. Kolejka ludzi do studni na podwórzu fabryki kotłów Makarewiczów na ulicy Wiktorskiej położona została salwą z karabinu maszynowego z przelatującego nisko samolotu.

            Na tym podwórzu w przewróconym, stalowym kotle, w ostatnich dniach powstania, znalazł schronienie mój ojciec u swego przyjaciela ze studiów w Akademii Leśnej w Tharandtcie, p. Makarewicza, i z całą jego rodziną razem dotrwali tam do dnia swojej ewakuacji, o dzień czy dwa wcześniej przed nami. My ze szpitalem zostaliśmy przewiezieni, ściągniętymi przez Niemców konnymi furkami, na Służewiec, gdzie po przenocowaniu na ziemi w drewnianych barakach, zostaliśmy załadowani do bydlęcych wagonów i ewakuowani do Milanówka. Tu na stacji, dzięki sprawnej działalności Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) dowiedziałam się o miejscu pobytu moich wujostwa Pożaryskich (prof. Mieczysław Pożaryski był dziekanem Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej) w Kadach niedaleko Milanówka i Marii Grzegorzewskiej, chyba w Podkowie Leśnej.

            Z sanitariuszkami wymieniłyśmy nazwiska i adresy, które niestety zaginęły. Ja z nowo poznaną sanitariuszką, Marią Boglewską, udałyśmy się pieszo do wujostwa Pożaryskich na Kady, gdzie tego samego dnia dotarła siostra wuja Mieczysława Pożaryskiego, doktor Felicja Łuniewska, z kartką od mego ojca, wywiezionego do Jędrzejowa i bardzo niespokojnego o moje i całej rodziny losy. Po przespaniu nocy na strychu i zakopaniu mojej legitymacji AK z pseudonimem Grażyna wraz z opaską z czerwonym krzyżem w jakimś pudełku w narożniku ogrodzenia domku gospodarzy – Frani i Władysława Żaczków – wyruszyłyśmy z powrotem do Milanówka, aby stąd, po rozstaniu z towarzyszką, udać się pociągiem do mego ojca w Jędrzejowie. Niestety, na dworcu kolejowym w Kielcach, do pociągu weszli Niemcy i wszystkich pasażerów spędzili przed budynek dworcowy od strony torów. Tu pod strażą uniemożliwiających ucieczkę żołnierzy ukraińskich z karabinami dokonano selekcji, odbierając kennkarty. Małą grupkę osób, w tym profesora, którego nazwiska już nie pamiętam, mówiącego biegle po niemiecku, wyłączono, widać do uwolnienia. Naprędce napisałam na kartce papieru wiadomość dla mego ojca z jego adresem i, dołączając małą walizeczkę zabraną z kotła, poprosiłam profesora o doręczenie, z czego, jak się później okazało, wywiązał się bardzo szybko i solidnie.

            Całą naszą dość liczną grupę pod eskortą wspomnianych Ukraińców zaprowadzono do fabryki świec samolotowych, mieszczącej się w piętrowym budynku nieopodal stacji. Tu, na pierwszym piętrze dużej sali ze stołami w środku i wzdłuż prawej ściany, przy zapadającym zmroku, mieliśmy oczekiwać dalszego naszego losu. Na drugiej ścianie biegły pojedyncze okna, nawet dwa z nich po stronie lewej wpółotwarte i wychodzące na połączony z naszym budynkiem dach niższego domu. Wydawało się, że może to być droga do ucieczki. Ustawiłam się w kolejce jako trzecia. Przede mną dwóch młodych mężczyzn skoczyło i prawie natychmiast usłyszeliśmy strzały, ruch na dole i niemieckie okrzyki. Oczywiście zostali trafieni. Noc spędzona po ciemku w tłocznej sali pozwalała na nawiązywanie znajomości. Porozmawiałam z braćmi Chałaczkiewiczami (nie wiem, czy dobrze zapamiętałam nazwisko). Kartka do jednego z nich, adresowana do Sędziszowa (widocznie miał tam rodzinę), ale nie wysłana, przeleżała w jakiejś mojej starej torebce.

            Wczesnym rankiem zapakowano nas do kilku bud i wywieziono, jak się potem okazało,  do wsi Krasocin pod Włoszczową, gdzie znajdował się otoczony kolczastymi drutami obóz na roboty okopowe. W barakach, prawie na gołej ziemi, bo słomy było tam niewiele i zupełnie wygniecionej, miało się spędzać noce. Tu właśnie w czasie pierwszej nocy grupa młodych chłopców, z którymi nawiązałam rozmowę, powiedziała mi o trybie dnia pracy przy łopatach i możliwościach kontaktów na trasie w wypadku udanej ucieczki. Miałam w chlebaku zabraną z domu mapę, co bardzo ułatwiło mi orientację w terenie. Dzięki prawej ręce na temblaku po niedawnym panaritium i zabiegu chirurgicznym, miałam stanąć w grupie osób kierowanych do lekarza, która była wyprowadzana poza druty. Zamiast do lekarza zaprowadzono nas do pomocy w kuchni, mieszczącej się na wzgórzu, także poza drutami. Tu były piece, na nich wielkie kotły i przydział do obierania i krajania brukwi. Mnie przypadło zdejmowanie liści z kapusty. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam koleżankę ze studiów w Szkole Zaorskiego (nazwiska celowo nie wymienię) w charakterze kierowniczki sąsiadującej kuchni dla żandarmerii, która od razu mnie poznała i zaraz przyniosła talerz z porcją naleśników z cukrem pudrem. Niestety, gdy powiedziałam jej o planie mojej ucieczki, natychmiast przestała mnie widzieć.

            Kierownikiem kuchni dla obozu był średniego wzrostu Niemiec, blondyn, o łagodnym usposobieniu i wyglądzie. Pomocnice mogły najeść się ugotowaną zupą, co po okresie powstaniowej głodówki było przynętą nie do odparcia. Noc jednak, spędzona już na strychu i sianie, ponad kuchnią, wraz z kilkoma młodymi Polkami, okazała się koszmarem, bo kilkakrotnie schodziłam z drabiny, potężnie wymiotując. Od rana znowu kuchnia, ale już z dobrym rozeznaniem rozkładu dnia i możliwości ucieczki. A więc fryzjerowi, który odwiedzał naszą kuchnię i miał możność swobodnego poruszania się po wsi, oddałam mój chlebak ze zwiniętym kocem i prośbą, aby pozostawił to w wiejskim sklepie. Pod wieczór, w czasie mycia kotłów w przebiegającej pod górką rzeczce, kobiety z rąk do rąk podawały sobie naczynia. Ja ustawiłam się możliwie nisko i po zakończeniu mycia ukryłam w nadbrzeżnych zaroślach. Kiedy ściemniło się zupełnie, doszłam do wsi i szybko trafiłam do jedynego tam sklepu. Po otwarciu drzwi uderzyło mnie światło i głośne rozmowy Niemców w mundurach siedzących przy stolikach i pijących piwo. Na szczęście kontuar był na lewo przy samym wejściu i gospodarz od razu podał mi niewielki mój pakunek.

            Zaraz za drzwiami narzuciłam na siebie koc i poszłam drogą przez wieś, w kierunku stacji kolejowej. I choć było to zupełnie po ciemku i około dwunastu kilometrów, nigdy nie czułam się tak lekko i swobodnie. Niedaleko torów kolejowych trafiłam na zagrodę gospodarza, który przyjął mnie życzliwie, poczęstował kubkiem ciepłego mleka i dał mi możliwość przespania się w stodole. Wiedział, że nad ranem przejeżdża tędy pociąg w kierunku Kielc i Jędrzejowa. Obudził mnie, a ja za tę gościnę odwzajemniłam się częścią mego cukru w kostkach dla jego dzieci. Na platformę jednego z wagonów wiozących na wschód sanitarne samochody wskoczyłam szybko. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy w szoferce zobaczyłam dwóch ubranych w mundury Niemców. Zapytałam więc po niemiecku, czy mogę przejechać z nimi do Jędrzejowa, co bez żadnych zbędnych pytań potwierdzili. Podczas gdy siedziałam w tyle sanitarki, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi, rozmawiali ze sobą i oglądali jakieś fotografie.

            Jazda trwała długo, bo dopiero wieczorem pociąg dojechał do Jędrzejowa. Podziękowałam i śmiało wyszłam na peron. Tu nowe zaskoczenie: dwóch niemieckich żandarmów z psami podchodzi do mnie i pyta o kennkartę. Nie tracąc animuszu po niemiecku mówię, że przyjechałam w celach służbowych do nadleśnictwa, gdzie wiedziałam, że przebywa mój ojciec i proszę o przeprowadzenie mnie do mego celu. Po krótkim porozumieniu między sobą jeden z żandarmów zgodził się, aby mnie poprowadzić. I znowu poczucie tryumfu. Idziemy przez błotniste, z rzadka zabudowane ulice ku górze, gdzie stoi budynek nadleśnictwa. Tu w kręgu światła i licznej rodziny, nadleśniczy, pan Joniec informuje, że ojciec mój zamieszkał w sekretarzówce, na sąsiedniej ulicy. Idziemy tam już wszyscy razem we troje: pan nadleśniczy, żandarm i ja, szczęśliwa. Otwierają się drzwi i wpadam w objęcia tatusia, a sekretarz nadleśnictwa pan Simon częstuje Niemca kieliszkiem. Takich zdarzeń nie zapomina się do końca życia.

            W Jędrzejowie u państwa Simonów wysiedlonych z Reichu, to jest okolic Poznania, przebywaliśmy około pięciu miesięcy. Dla mnie początkowo był to okres domywania się wieczorami w tamtejszej kuchni i pozbywania się pod lampą wszy odzieżowych oraz świerzbu za pomocą siarkowej maści Wilkinsona. Z dużego kamiennego garnka stojącego w rogu stołu pod ścianą, wyjadałam przy tej okazji po kilka łyżek gęstej śmietany, która widać była dla mnie wtedy prawdziwym lekarstwem. Sypialiśmy na łóżkach w jadalnym pokoju na pościeli otrzymanej częściowo od przyjaciela mego ojca z czasów gimnazjalnych w Siedlcach, Antoniego Dobrowolskiego, który po opuszczeniu Warszawy zatrzymał się wówczas u swojej rodziny w Kielcach. Wielką pomoc okazała nam też mieszkająca prawie naprzeciw sekretarzówki rodzina nauczycieli pp. Nawrotów.

            Co dzień na obiad przychodziło dwóch umundurowanych niemieckich treuhänderów (zarządców) i co dzień niezmiennie była ta sama potrawa (mięso, kapusta, ziemniaki). Na wigilię pojechaliśmy do Kozłowa do państwa Daszkiewiczów, bliskich memu ojcu z czasu pracy w Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu. Pan Daszkiewicz był wtedy Naczelnikiem Rachuby – chyba kimś w rodzaju leśniczego. Mieszkali z żoną bardzo skromnie w jakiejś leśnej gajówce, dokąd idąc przez las ojciec mój zbierał dla nich gałęzie do pieca. Przy mglistym świetle naftowej lampy była to ostatnia wigilia mego ojca.

            W Jędrzejowie, w drugiej połowie stycznia 1945 r. byliśmy świadkami szybkiego wycofywania się, a właściwie ucieczki Niemców przed wojskami sowieckimi, które w dość luźnych oddziałach, mimo pośpiechu, wstępowały do domów, aby skorzystać z posiłku czy możliwości przespania. Przynosili jakieś niemieckie konserwy z pozostawionych magazynów, które służyły za podstawę gotowanej im przez nas strawy. Spali pokotem na podłodze w kuchni i w budynkach gospodarczych, po czym dalej spieszyli na zachód. Nie wyglądali groźnie, ani wrogo. Dopiero od wymedalowanej sowieckiej generalicji, która pewnego dnia nawiedziła naszą sekretarzówkę, powiało niebezpieczeństwem. W pewnej chwili widać uznali mego ojca za wyraźnego inteligenta, bo jeden z nich z groźnym błyskiem w oczach kazał mu wyjść na podwórze. Dopiero jakaś okoliczność z moim udziałem udaremniła złe zamiary.

            Po przejściu frontowych wojsk, w pierwszych dniach marca, postanowiliśmy z ojcem udać się do Krakowa. Ojciec w celu dowiedzenia się o pracę, ja o możliwość kontynuowania studiów lekarskich. Z powodu uszkodzenia tunel był nieprzejezdny, wobec czego pociągi jeździły wahadłowo i drogę przez zalesioną górę trzeba było przechodzić na piechotę. W Krakowie zatrzymaliśmy się w przepełnionym rodziną przybyłą z Warszawy domu wujostwa Zarembów i stąd zamierzaliśmy poczynić pierwsze kroki. Chciałam też spotkać się z moją przyjaciółką gimnazjalną i zarazem ze Szkoły Zaorskiego, Hanką Zawistowską. Przedtem byliśmy po poradę w klinice dermatologii, bo wywiązało się u mnie dokuczliwe zapalenie sutków i właśnie kiedy szliśmy po lekarstwo do apteki, przy przechodzeniu na drugą stronę pod mostem na ulicy Lubicz, potrącił ojca jakiś pędzący, zdaje się rosyjski samochód. Ojciec upadł i zaraz przy nas przystanęła dorożka wioząca chirurga do kliniki na ulicę Łazarza, gdzie po kilku godzinach ojciec zmarł z rozpoznaniem złamania podstawy czaszki.

            Przez pierwsze miesiące po zapisaniu się na drugi rok studiów lekarskich UJ u przemiłego sekretarza p. Gertnera (pisownia według fonetyki) mieszkałam w domu wujostwa Zarembów (ul. Potockiego 3, II p.). Mimo dużego mieszkania – wuj był profesorem ortopedii i wykładał nam potem na V roku – jak wspomniałam, dom był przeludniony osobami z najbliższej rodziny, co nakładało na mnie pewne obowiązki i nie sprzyjało intensywnej nauce na przyspieszonym II roku moich studiów. Przeniosłam się więc do domu akademickiego „Jedność” na ulicę Reymonta, otrzymując stypendium i dogodną, trzygodzinną dziennie pracę w Dyrekcji Lasów Państwowych (ulica Słowackiego 15). Lata te do absolutorium w 1948 r. wspominam bardzo dobrze, tak ze względu na przyjazne stosunki w biurze, gdzie wielu było dawnych współpracowników mego ojca, jak i życie w domu akademickim w atmosferze wzajemnej pomocy i nawiązywanych przyjaźni.

            Ze względu na bliskość budynków klinicznych z boiskami oraz pomieszczeniami 3–letniego studium wychowania fizycznego UJ, uzyskawszy zgodę dziekanów i zaliczenie pierwszego roku z medycyny, przebyłam pomyślnie w ciągu dwóch lat i te studia wraz z kilkoma obowiązującymi obozami letnimi i zimowymi w Złocieńcu i Szczyrku. Uczestniczyłam też w obozach akademickich, letnich w Nowej Wsi koło Międzyzdrojów, gdzie opiekowałam się ambulatorium, oraz narciarskim AZS–u w Kuźnicach, gdzie poznałam uroczego instruktora, z którym w trzy lata później zawarłam związek małżeński.

            Szczęście sprzyjało nam obojgu, a właściwie in spe już naszej trójce, bo przed końcem roku akademickiego 1948/1949 spotkałam się ze strony dziekana SFW, prof. Szabuniewicza z propozycją objęcia pracy w charakterze adiunkta Zakładu Fizjologii AWF w Warszawie, kierowanym przez prof. Włodzimierza Missiuro. Jakaż była nasza radość, gdy memu mężowi, który ukończył Państwowy Instytut Robót Ręcznych i Rysunku w Bielsku i Warszawie oraz Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, zaproponowano w tej uczelni kierownictwo Pracowni Pomocy Dydaktycznych. Otrzymaliśmy też mieszkanie o powierzchni 36 m2 na ostatnim, VI piętrze wysokiej wieży bez windy, dobudowanej do komina pływalni, składające się z dużego, zakrzywionego pod kątem pokoju, małej kuchenki i przedpokoiku oraz WC z klatki schodowej. I mimo, że nie dochodziło tam centralne ogrzewanie, a wodę trzeba było łapać późnymi wieczorami i paliło się w kuchni węglem przynoszonym z piwnicy jednego z sąsiednich bloków, a prawie całe umeblowanie wykonywane było rękami mego męża, a ja sama intensywnie przygotowywałam się do końcowych egzaminów z interny, pediatrii, chirurgii, laryngologii, okulistyki, dermatologii i medycyny sądowej, to lata te na pewno były dla mnie bardzo szczęśliwe. Tu przyszło na świat troje naszych dzieci.

 

Życiorys

            Urodzona w Wilnie 3 I 1925 r. jako córka Władysława i Aleksandry Ostroróg–Sadowskiej. W czasie okupacji ukończyła szkołę średnią w czerwcu 1943 r. i rozpoczęła studia w Szkole Zaorskiego, gdzie ukończyła do sierpnia 1944 r. dwa  semestry. W Powstaniu Warszawskim brała udział jako sanitariuszka w zgrupowaniu „Granat” w Szpitalu SS Franciszkanek na ul. Misyjnej. Po kapitulacji została wywieziona do obozu pracy pod Włoszczową, skąd uciekła w październiku 1944 r.

            W 1952 r. ukończyła Wydział Lekarski UJ oraz studium wychowania fizycznego w 1954 r. Pracowała w Zakładzie Fizjologii, Anatomii i Biomechaniki AWF, potem w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, w Przemysłowym ZOZ Warszawa–Śródmieście, WZOZ Warszawa–Żoliborz. Od 1992 r. jest na emeryturze i pracuje społecznie na Uniwersytecie III wieku przy CMKP w Warszawie.

            Jest podporucznikiem. Odznaczona Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Armii Krajowej, Medalem Wojska Polskiego (Londyn), odznaką „Granatu” i Weterana Walk o Niepodległość oraz Krzyżem za Warszawę.

           

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82