Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Wolność wśród walk. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego. cz.2

Hanna ODROWĄŻ–SZUKIEWICZ

 

Wolność wśród walk. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego.

 

Cz.2

 

            W kilka dni po wybuchu powstania Niemcy zorganizowali dla wypędzanej ludności z zajmowanych dzielnic Warszawy obóz przejściowy w Pruszkowie, tzw. Dulag 121, mieszczący się na obszarze warsztatów naprawczych taboru kolejowego. Na wiadomość o organizującym się tam polskim sanitariacie dla niesienia pomocy tysiącom bezdomnych warszawiaków, Maryla wraz z Kazimierą Drescherową (żoną Bogusza) oraz lekarką dentystką Ireną Klukowską, zgłosiły się do pomocy. Wszystkie trzy mieszkały w Podkowie. Maryla rozpoczęła tę pracę 9 VIII i prowadziła nieprzerwanie do końca powstania. Swoich dwoje dzieci, siedmioletniego Jacka i czteroletnią Martynkę, zostawiła pod opieką naszej mamy. Uratowała w tym czasie setki ludzi przed wywiezieniem do Rzeszy przeprowadzając ich bądź na tzw. jedynkę (halę nr 1), skąd ludność wywożono pociągami na teren Generalnego Gubernatorstwa pod opiekę RGO, bądź na tzw. dwójkę (halę nr 2), gdzie mieściła się izba chorych i urzędowała niemiecka komisja lekarska. Stąd transportowano ludzi furmankami do szpitali w rejonie podwarszawskim. W słynnym wagonie urzędowała gestapowska komenda obozu. Tam można było w drodze wyjątku uzyskać przepustkę z pieczątką gestapo i podpisem ss–oberscharführera Worra dla uwolnienia członka najbliższej rodziny. Maryla wykorzystywała tę okoliczność, jak się tylko dało. Niewiele brakowało, a przypłaciłaby życiem tę brawurową grę. Jeden z gestapowców zapamiętał w końcu jej twarz. Gdy mijała się z nim wybiegając po schodkach z zielonego wagonu warknął, że jeśli jeszcze ją tu raz zobaczy, zastrzeli jak psa.

            Po pewnym czasie wróciwszy do niezłej kondycji fizycznej włączyłam się do pracy w Pruszkowie. Pojechałyśmy z Marylą, obie w białych fartuchach. Maryla zgłosiła mnie p. Kiełbasińskiej udającej lekarza, która weszła w dobrą i pomocną dla polskiego personelu komitywę z Niemcami. Otrzymałam bescheinigung z fotografią i pieczątkę oraz podpisem komendanta obozu Worra. Grono personelu polskiego, mimo że dość liczne, wydawało się kroplą w morzu wobec liczby napływającej ludności. Kiedyś w tym młynie roboty spotykam w południe Marylę. Spieszymy w dwie różne strony. Podaje mi kartkę papieru. – Masz tu przepustkę z zielonego wozu. Wykorzystaną, ale może uda ci się wyciągnąć jeszcze kogoś. – Kartka 10 x 10 cm, pieczątka gestapo i podpis Worra. Data z tego dnia i trzy nazwiska: starszego mężczyzny i dwóch kobiet w średnim wieku. Staję z boku sunącej ławicy ludzkiej i szukam kandydatów do mojej przepustki. Dostrzegam profesora Kazimierza Jabłczyńskiego kierownika Katedry Chemii Nieorganicznej UW, jego córkę i gosposię. Płeć i wiek pasują jak ulał. Wciągam ich do najbliższej latryny i podaję im ich czasowe personalia. W Podkowie jest wnuczka profesora. Idę z nimi na dwójkę i przekazuję w opiekuńcze ręce Zuli Drescherowej, pełniącej rolę tłumacza przy komisji lekarskiej. Jeszcze tego dnia znaleźli się w Podkowie.

            Przepustkę zatrzymałam. Jutro już nie będzie aktualna. Zaświtał mi pomysł dużo lepszy od biegania do zielonego wozu i perspektywy „zastrzelenia jak psa”. Wcześniej wróciłam do domu. Zasiadłam do roboty. Arkusze białego papieru pocięłam na kartki 10 x 10. Przy pomocy czarnej kalki bez trudu skopiowałam podpis Worra. Do wykonania przepustki dobrałam monetę takiej wielkości, a fioletowy kolor z przedwojennego kompletu kredek Majewskiego. Stylizowanego orła niemieckiego i napis Dulag 121 wykonałam ręcznie. Po paru godzinach miałam plik przepustek „z zielonego wozu”. Na pierwszy rzut oka nie różniły się do oryginału. Teraz mogę wyprowadzać kogo chcę, zwłaszcza ludzi młodych, najbardziej zagrożonych. W nosie mam komendę obozu. Nazajutrz Maryla zachwycona jest moim dziełem. Nic dziwnego. Ona była zawsze prostolinijna a ja – przebiegła. Pomijam tu szereg naszych działań i epizodów w Pruszkowie. Opisałam je w książce „Powszednie dni – niepowszednich lat”.

            Pragnę na zakończenie dodać dwa nasze wspólne z nią wypady do Warszawy już po kapitulacji, lecz jeszcze przed wyjęciem formacji wojskowych i szpitali, kiedy był zakaz niemiecki wchodzenia do Warszawy pod groźbą kuli w łeb. Ponieważ jednak ona groziła wszędzie, nawet w Pruszkowie, więc i wrażliwość na nią była stępiona. Właśnie miało wychodzić z miasta Śródmieście, tj. ludność cywilna. Maryla odnajduje mnie w Pruszkowie. Proponuje wypad do Warszawy. W Śródmieściu jest jej szwagierka z dziećmi i teściowie, którzy nie wiedzą, że ona działa w Dulagu i mogą się tu nie odnaleźć. Zgadzam się. W Śródmieściu jest moja grupa WSK. W Tworkach wsiadłyśmy do służbowego wozu EKD, zwanego „rezerwą”, którym dowożono z Grodziska termosy z posiłkiem dla załogi dyżurującej w budynku u skrzyżowania kolei radomskiej z torami EKD. Dla patriotycznie zaangażowanych ekadowców biały personel był wówczas na specjalnych prawach. W ten sposób od Szczęśliwic już ruszyłyśmy pieszo. W białych fartuchach z zaświadczeniami z Dulagu 121 przecięłyśmy aleję Krakowską i doszłyśmy do Alei Żwirki i Wigury. Dzień pogodny. Pustka wokół kompletna. Obszar między Ochotą a Okęciem był cały czas w rękach niemieckich.

            Jesteśmy na niedozwolonym terenie. Nagle za nami z ul. Rakowieckiej wyjechała zza miejskich ogrodów podwoda konna z kilkoma żołnierzami. Napięcie wzrosło. Wehrmacht czy żandarmi? Wyminą czy zatrzymają? Niemieckie Schwestern mają inny strój. Pomyłka wykluczona. Jedyna szansa to pewność siebie. Idąc w tej zaplanowanej pewności z głową uniesioną, przestałam patrzeć pod nogi. Podwoda skręciła już w aleję Żwirki i Wigury i za chwilę zrówna się z nami. Nagle czuję, że zaczepiam nogami o przeklęty drut niemieckiej poczty polowej, przeciągnięty tuż nad ziemią, i jak długa walę się na chodnik. Maryla pomaga mi się podnieść. Oba kolana mam starte do krwi. Robię pierwszy, kuśtykający krok, ona pochylona ogląda te otarcia. Jest coś tak pospolicie jawnego w tej niezdarności, że mijający nas właśnie żołnierze kiwają współczująco głowami i coś tam żartobliwie przygadują. Ja też kiwam do nich z twarzą skrzywioną przez ból, a gdy wózek się oddalił mówię: – Wiesz, całkiem niegłupi był ten drut. W samą porę się wywaliłam.

            Dochodząc do Wawelskiej napotykamy tłum ludzi kierowanych do Dworca Zachodniego. Wnikamy w środek tłumu i posuwamy się pod prąd, w stronę Śródmieścia. Stwierdzamy, że jest to doskonały sposób, nieuchwytny dla eskortujących poboczem żandarmów, dotarcia do centrum miasta. Wkrótce jesteśmy u celu. W głównym punkcie opatrunkowym Poznańska 11 jest Edward Drescher. Zamierza z rannymi iść do niewoli, co nastąpi za kilka dni. Skarży się, że chleba im brak. Dobrze – mówimy – będzie chleb za dwa dni, jak załatwimy dzisiejsze sprawy. Tu rozdzielamy się z Marylą. Ona idzie na poszukiwanie krewnych, ja – na Hożą 39 do grupy WSK. Zastaję tam Misię (Marysię Kobuszewską), Stenię, Zofię Ziembińską, Halinę Komorowską (Izolę) i obie Haliny III, oraz Halę Reszkę. Witają mnie zdumionym okrzykiem: – Hanka, ty tu? Skąd się wzięłaś – Przyszłam po was – odpowiadam. Trafiam właśnie na naradę. Mówię o sytuacji w Pruszkowie. Podaję alternatywę: rejon podwarszawski lub wyjazd na kraj. Marysia ma w Warszawie rodziców, młodszą siostrę i małego brata. Ziembińska i Komorowska też. Każda ma dziewięcioletnią córeczkę. Druga ewentualność im odpowiada. Marysię jako najbardziej energiczną w tym gronie informuję, że przy hali rozdzielczej, do której się dostaną, jest boks dla etranżerów, do którego niech przejdą wewnętrznym przejściem i czekają na mnie, bo ja najpierw urywam się z Halą Reszke jako najmłodszą, najbardziej narażoną. Ustalam plan: spakować ręczny bagaż i spać. A jutro o 5 rano zbiórka na placu przed Politechniką. Z Halą idziemy na Śniadeckich 18 do mieszkania teściów. Wiemy już, że dom ocalał i oni też. Maryla już tam jest. Ona również swoją grupę umówiła na 5 w tym samym miejscu. Żona teścia daje Hali jakiś biały fartuch, a Maryli swoją nocną przepustkę z Pruszkowa, żeby jakoś ucharakteryzować ją na osobę z personelu sanitarnego z obozu.

            Rankiem po wczorajszym marszu i źle przespanej nocy bolą nas mięśnie, trzęsą dreszcze i palą powieki. U teściów nie ma nic do jedzenia i brak wody. Na placu przed Politechniką rozdzielamy się. Maryli grupa to troje starszych ludzi, dwie młode kobiety i czwórka dzieci od 1 roku do 6 lat. Ja z moją grupą idę szybciej. Wstaje dzień słoneczny, ciepły, choć to już początek października. Zbliżamy się do Dworca Zachodniego. Podstawiają pociąg. Ładujemy się do odkrytego wagonu towarowego. Pociąg rusza, mija Włochy i zbliżając się do Ursusa zwalnia. Truchleję. Jeśli nas tu wyładują moje papiery nieważne, jesteśmy zdane na łaskę losu. Tymczasem moje podopieczne całą ufność złożywszy we mnie delektują się pędem powietrza i kwiatem bożym nie oglądanym od dwóch miesięcy. A ja stoję w kącie wagonu stopiona z rytmem kół. Zwalnia ... Zwalnia, mijamy dawny PZInż – przyspiesza. Oddycham z ulgą.

            W Pruszkowie po wyskoczeniu z wagonu podchodzę do żandarma strażującego między ostatnim wagonem a 14 bramą. Pokazujemy zaświadczenia pruszkowskie. Informuję go, że do sklepiku naprzeciw torów odnosimy tłumoczek Hali, aby mieć wolne ręce przy wyładunku nowego transportu ludzi. Udało się. Przechodzimy przez tory i znikamy za opłotkami polnej drogi wiodącej do stacji EKD w Tworkach. W Podkowie przekazuję Halę w matczyne ręce, połykam obiad, chwytam zapasowy fartuch i wracam do Pruszkowa. Grupę WSK zastaję w hali rozdzielczej, przechodzimy do boksu dla etranżerów wewnętrznymi drzwiami. Boks ma także osobne wyjście na teren ogrodzenia. Ustalam, że będę każdą prowadzić pojedynczo, w białym fartuchu jako towarzyszącą mi osobę z polskiego personelu sanitarnego. Twarze ich są zielonoblade, w oczach tli się jeszcze dramat przeżytych dni. Proszę, aby mijając żandarma w furcie ogrodzenia starały się spokojnie i w sposób pewny minąć żandarma jak osobę z polskiego personelu sanitarnego. Najpierw przeprowadzam Marysię Kobuszewską, potem Stenię. Wracam po Zofię Ziembińską i Halinę Komorowską. Ich córeczki prowadzimy rzekomo na „dwójkę” do lekarza. Poprzednie i pozostałe – wszystkie prowadzę do hali nr 1. Tylko Misię prowadzę na „dwójkę”, gdyż w Podkowie Wschodniej ma znajomych i u nich będzie mogła zamieszkać.

            Gdy tak kursuję wahadłowo między halą rozdzielczą a „jedynką” kojarzy mi się to z kocicą przenoszącą swoje kocięta. Dnie są krótkie, wcześnie zapada zmrok. Wkrótce całą grupę mam już przeprowadzoną. Pozostają tylko rodzice i rodzeństwo Marysi – jedni i drudzy w wieku raczej nieprodukcyjnym według norm okupanta. Jakąś ochroną dla nich jest także boks dla cudzoziemców. Umawiam się, że przeprowadzę ich jutro z rana. Dziś już walę się z nóg. Zabieram z „dwójki” Misię i jako moją matkę przeprowadzam przez wartownię z przepustką własnej roboty. Przyjeżdżamy do Podkowy tuż przed godziną policyjną. W domu tłoczno jak na jarmarku. Maryla przyprowadziła już całą swoją dziesiątkę. W czterech niedużych pokojach gnieździ się teraz 26 osób, gdyż są jeszcze „podopieczni” wcześniej przyprowadzeni przez Marylę, gdy powstanie trwało. Mama bierze mnie za rękę: – Chodź, coś ci pokażę, tylko cichutko. – W sypialnym pokoju siostry na meblowym łóżku śpi rządkiem w poprzek ułożona szóstka dzieci: sześcioletnia Małgosia i trzyletnia Manola Kościszewskie, pięcioletnia Asia Pilitowska i jej rówieśniczka Zosia Gabrysiak, Martynka i Jacek. Jacek jest najdłuższy, ma dostawiony w nogach taboret. Obok w koszykowym dawnym łóżeczku Martynki, ściągniętym ze strychu, śpi roczny Krzyś Pilitowski. W podobnej sardynkowej sytuacji spędza tę noc i następne reszta osób.

            Nazajutrz skoro świt jadę do Pruszkowa finalizować swoją „kocią robotę”. Państwa Kobuszewskich prowadzę jako swoich rodziców. Przepustki własnej roboty zdają egzamin. Potem rodzeństwo Marysi, jako rzekomo chorych, przeprowadzam niby to na komisję lekarską. Wkrótce wszyscy są w komnacie na „jedynce”. Odnajdujemy się z Marylą, bo przecież dziś mamy dostarczyć na Poznańską 11 obiecany chleb, na który tam nasi pilnie czekają. W plecaku mamy kilka świeżutkich bochenków chleba. Wsiadamy do kolejki. Dojeżdżamy do Opacza. Idziemy dalej wzdłuż torów, polną drogą. Jest słoneczne popołudnie. W Salomei mija nas konna podwoda. Zatrzymuje się. Żołnierze zapraszającym gestem proponują podwiezienie nas. Ładujemy się szybko. Siadamy w tyle wozu i okrutnie chce się nam śmiać. My nielegalnie szwarcujemy się do Warszawy, pod groźbą kuli w łeb, a tymczasem sam wehrmacht – psiakość – oszczędza nasze nogi i podwozi do miasta. Przy Alei Krakowskiej drogi rozchodzą się. Dziękujemy za podwiezienie, zeskakujemy z wozu. Podwoda skręca na Okęcie, a my kierujemy się ku miastu. Aleją Krakowską od Ochoty płynie tłum ludności cywilnej. Jest to końcowy dzień ewakuacji.

            Znów idziemy pod prąd, ale natrafiamy w pewnym miejscu na posterunek żandarmerii, strzegący wejścia do Warszawy. Przy ulicy stoi nieduży, pojedynczy dom. Kilka kroków przed nami, na skraju chodnika wyrasta okrągły słup ogłoszeniowy. Zatrzymuje nas żandarm. Jak zwykle jesteśmy w białych fartuchach. Maryla niesie plecak, ja mój szarozielony płaszcz przewieszony na ręku. Tłumaczę, że część chorych gdzieś nam tam – pokazuję w stronę miasta – ugrzęzła. Musimy wrócić, żeby im pomóc. – Nie wolno – ucina żandarm. Na chorych każe nam czekać tu i nie ruszać się z miejsca. Diabli nadali. Stoimy zatem i czekamy, ale nie na żadnych „chorych”, tylko na jakiś pomysł. Od Okęcia nadjeżdża ciężarówka. Żandarm wychodzi na środek jezdni, zatrzymuje wóz i przegląda papiery. Zwraca je kierowcy i przepuszcza auto. – Jest na niego sposób – mówi szeptem Maryla. – Przy następnym samochodzie skoczymy za ten słup. – Tymczasem stoimy nieruchomo i potulnie. Niedługo nawet czekamy na tę kolejną okazję. Gdy żandarm idzie ku jezdni, błyskawicznie znajdujemy się po drugiej stronie słupa ogłoszeniowego. Puszczam siostrę przodem, na ramiona narzucam płaszcz i szeroko rozstawiam łokcie, aby, gdy żandarm się obejrzy, nie dostrzegł śladu białych fartuchów. Z obu stron mijają nas ludzie. Środkiem kolumny pod prąd szybko zanurzamy się w tłumie.

            Niedaleko Wawelskiej kończy się korowód ludzi opuszczających Warszawę. Przed nami puste ulice. Bocznymi uliczkami Kolonii Staszica dochodzimy do Nowowiejskiej. Przez gmachem Szpitala Okręgowego, zajętym od 1940 r. przez wehrmacht, sanitariusze i pielęgniarki ładują na ciężarówki sprzęt szpitalny. Na nas nie zwracają uwagi. Z placu przed Politechniką skręcamy Lwowską ku Poznańskiej. Zostawiamy chleb dla szpitalika i żegnamy się z Drescherem. Kierujemy się na Śniadeckich 17 do siedziby szefostwa sanitarnego AK. Po drodze widzimy, jak Niemcy przy Wilczej i Pięknej podpalają ocalałe domy. Na Śniadeckich odwiedzamy płk. dr. Leona Strehla. Pułkownik martwi się o los żony i córki. Wie, że razem ze Szpitalem Ujazdowskim przedostały się na Sadybę, lecz słyszał także, że pijani lotnicy niemieccy pastwili się nad miejscową ludnością. Sam w tych dniach jedzie do niewoli z rannymi powstańcami. Uspokajam go, że ostatniej niedzieli widziałam je obie w kościele w Podkowie. Jest uradowany wiadomością. W Podkowie Głównej mieszka rodzina jego żony. Podaje nam adres i przekazuje swój żołd, który jemu nie będzie potrzebny, a żonie i córce może się bardzo przydać. Żegnamy się i wyruszamy z Marylą w drogę powrotną. Słońce zaszło. Zapada szybki zmierzch. Teraz dopiero opustoszałe miasto wygląda przerażająco. Martwota kompletna.

            Gdy wychodzimy na Grójecką jest prawie ciemno. Ruinę miasta podkreślają jeszcze migotliwe języki ognia dogasających tu i ówdzie belek w głębi domostw. Przebiega pod murem zostawiony na łasce losu pies. Gdzie indziej przemyka spłoszony bezdomny kot. Wygląd Ochoty kojarzy się nam z cyklem grotgerowskich obrazów „Wojna”. Na posterunku żandarmerii, tego koło słupa ogłoszeniowego, ale załoga już inna, okazujemy zaświadczenia z Pruszkowa i mówię po niemiecku, że spieszymy na dyżur nocny do obozu. To oczywiście zupełnie nie tłumaczy naszej obecności w Warszawie. Żandarm w świetle latarki ogląda dokumenty. Widać pieczątka i podpis Worra robią swoje, bo nas przepuszcza. Drogą przez Szczęśliwice i wiadukt kolejki EKD zbiegamy do skrzyżowania torów. W budce ekadowców nikogo już o tej porze nie ma, ale po drugiej stronie toru kolei radomskiej w baraku bahnschutzów pali się światło i blask z okna oświetla tor EKD, wzdłuż którego prowadzi nasza trasa. Jeśli dojrzą nas przez okno, mogą zatrzymać i znów tłumacz się człowiecze, nigdy nie wiadomo z jakim skutkiem. Och, ten ustawiczny taniec na linie!

            Wpada nam pomysł, który powinien chwycić. Obchodzimy barak, wbiegamy po schodkach, stukamy do drzwi. – Bitte – odpowiada głos z wewnątrz. Wchodzimy śmiało do środka. Wokół stołu przy oknie, właśnie przy oknie siedzi trzech umundurowanych strażników.

            – Guten Abend – mówię dziarsko – Entschuldigen Sie. Konnen wir etwas Wasser trinken?

            – Bitte sehr – mężczyźni wskazują kubek zawieszony na łańcuszku nad zlewem. Napełniając kubek odwracam się do nich tyłem, żeby nie widzieli, że to tylko pozór, że przez ściśnięte z emocji gardło łyk wody przepycha się jak jajo na twardo łykane w całości. Podaję kubek Maryli zasłaniając ją sobą i widzę, że ona ma też same trudności. Starannie płuczemy kubeczek, zawieszamy na miejscu.

            – Danke Ihnen – zwracam się do gospodarzy – Auf wiedersehen – i wychodzimy.

                        Teraz już ze spokojem możemy przedefilować w smudze światła na torach. Mijamy Raków, Salomeę i zdążamy na ostatnią kolejkę w Opaczu. W Podkowie Głównej odnajdujemy według adresu panią Strehlową. Przekazujemy pieniądze i wiadomość o pułkowniku. Jest wzruszona do łez. Ona też nie miała wieści o mężu, a tu nagle relacja z rozmowy z nim zaledwie sprzed kilku godzin i ta pociecha, że on jadąc do niewoli otrzyma aktualne informacje o nich.

            Gdy znów znajdujemy się same przemierzając w ciemności torami ostatni odcinek dzielący nas od domu, uparcie powraca w myślach widok spiętrzonych barykad, zwałów gruzu, wypalonych domów, bez śladów życia, pustych ulic, w których cmentarnej ciszy słychać tylko odgłos naszych kroków. I nagle przypominają się nam nasze sny. Wiosną tego roku w jednym czasie Maryli przyśniło się wymarłe jakieś wielkie miasto, mnie – gwałtowne jak ulewa naloty na Warszawę, po których zostało pustkowie ruin, bez śladu człowieka, z górującą nad tą martwotą jakąś skrzywioną latarnią. Makabryczne sny przyszły, minęły. Rzecz poszła w zapomnienie. To nie były reminiscencje rozmów, gdyż one w tamtym czasie tchnęły pewnym optymizmem. Do zabobonnej wiary w sny nasz stosunek był zawsze negatywny, lecz jak wytłumaczyć u dwóch osób równocześnie wizję, która na kilka miesięcy wyprzedziła rzeczywistość?

            Maryla zastanawia się, jak wyjaśnić naukowo stany psychiczne określane mianem „przeczucie”. Mnie, oczytanej w książkach Stanisława Majewskiego, przychodzi na myśl, czy nie zaszło tu zjawisko bioradiokomunikacji. Skoro każdy żywy organizm wytwarza pole elektromagnetyczne, być może jakaś nocna narada, podczas której planowano lub przewidywano zniszczenie Warszawy, zadziałała jako „nadajnik”, a my przy wyłączonej świadomości stałyśmy się przypadkowymi „odbiornikami”. W korowych ośrodkach wzroku powstał, nieco inny u każdej, ale adekwatny do sygnału obraz totalnej zagłady. Kto wie, może złożona przyczyna takich zjawisk zależy od określonych parametrów fal elektromagnetycznych poszczególnych ludzi. A odległość nie odgrywa tu roli. Ta zmiana tematu przynosi nam obu odprężenie. – W każdym razie żaden wróżbita złamanego grosza u mnie nie zarobi – śmieję się otwierając furtkę przed domem. Nazajutrz po południu razem z Jackiem odprowadzamy Misię do jej znajomych w Podkowie Wschodniej. W miejscach ciemniejszych, gęściej zadrzewionych Jacek oświetla drogę latarką. Misia mówi o nim ciepło: – Mój mały świetlik.

            Powstanie wybuchnąć musiało z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że nie tylko armii sowieckiej zawdzięczamy wyzwolenie stolicy, lecz Polacy sami też protestują zbrojnie przeciwko niemieckiemu okupantowi. Drugi powód, który się z reguły pomija, to ogłoszenie niemieckie w końcu lipca wzywające 100 tysięcy mężczyzn na roboty, czyli wszystkich w przedziale wieku zdolnych do walki, co tym samym pozbawiłoby Warszawę możliwości zbrojnego wystąpienia. Gdy wybuchło powstanie wojska sowieckie stały z bronią u nogi na wschodnim przedpolu Pragi, mając już swój rząd lubelski i nie mając zamiaru pomagać Armii Krajowej podległej rządowi londyńskiemu. Na nas runęła armia niemiecka. Polacy mieli tylko broń ręczną, trochę granatników przeciwko niemieckiej artylerii, moździerzom, lotnictwu i działu kolejowemu, którego pocisk zamieniał w gruzy kilkupiętrowe domy.

            – Walkę prowadzi się dotąd, dopóki są racje polityczne i szanse militarne. Dla przykładu: obrona Westerplatte trwała 7 dni. Mjr Sucharski uwzględniając oba powyższe warunki nie wydawał na zatratę swoich żołnierzy. Warszawa w 1939 r. skapitulowała po trzech tygodniach. Miasto tworzyło zwarty teren, otoczony pierścieniem wyszkolonego wojska, mając artylerię polową i przeciwlotniczą. Spełniono oba warunki, lecz brak światła, żywności i wody skłonił rozumne dowództwo do kapitulacji. Powstanie Warszawskie powinno trwać nie dłużej jak dwa tygodnie. Tymczasem gen. Tadeusz Bór–Komorowski popełnił karygodny błąd ciągnąc walki przez dwa miesiące. Tym samym bez żadnych szans na zwycięstwo spowodował śmierć wielu tysięcy ofiar, w tym wartościowego patriotycznie elementu ludzi i tych walczących i ludności cywilnej. Umożliwił Niemcom totalne zniszczenie stolicy i jej skarbów kultury (bibliotek, archiwów, zabytków). Taka ślepota dowódcy powstania sprawia, że ocena gen. Bora–Komorowskiego, nie tylko moja, jest całkowicie negatywna.

            – Nie widzę żadnego powodu do apoteozy Powstania Warszawskiego. Nie widzę go zwłaszcza w sytuacji, gdy warszawiacy pomijają, wręcz ignorują rocznice powstania wielkopolskiego z 1918 r., jedynego z polskich zrywów uwieńczonego pełnym zwycięstwem i to w czasie krótszym (53 dni) niż tragiczne Powstanie Warszawskie, po 63 dniach zakończone zagładą miasta.

            Jestem rodowitą warszawianką, w 1939 r. byłam na froncie północnym, a w Powstaniu Warszawskim też wiele działałam. Lata okupacji upłynęły mi w szpitalach wojskowych: do 1940 r. w okręgowym nr 1, potem w szpitalu Ujazdowskim oraz w tajnym nauczaniu medycyny (wykłady dla kompletów tajnego UW i UZZ).

 

Życiorys

 

Hanna Odrowąż-Szukiewicz urodziła się w 1916 r. w Warszawie. Po uzyskaniu matury ukończyła w 1936 r. roczny kurs dla Sióstr Pogotowia Sanitarnego PCK. W 1936 r.  rozpoczęła studia Lekarskie na UW, w 1938 r.– prace dydaktyczno-naukową w Zakładzie Akademii Prawidłowej (1946-1949), a następnie w Instytucie Reumatologii w Warszawie, a od 1950 r.– w Zakładzie Anatomii Czynnościowej, którym kierowała do 1986 r., to jest do emerytury.

Hanna Odrowąż-Szukiewicz uzyskała doktorat w 1951 r., habilitację w 1955 r., a tytuł profesora w 1963 r. Autorka 135 prac i publikacji. Za swoją działalność uzyskała liczne nagrody i odznaczenia, miedzy innymi Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski i in.

Zmarła 11.03.2003.

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82