Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
***

Stefania Wanda KRYSIEWICZ–TARNAWSKA

 

***

 

            Od chwili zajęcia przez Niemców naszego kraju świadomie szukałam możliwości przygotowania się do dalszej z nimi wojny w roli sanitariuszki. Udało mi się w grudniu 1939 r. dostać do Warszawskiej Szkoły Pielęgniarek, którą ukończyłam w styczniu 1942. Od jesieni 1942 r. do lata 1944 r. miałam za sobą dwa lata studiów medycznych na Uniwersytecie Ziem Zachodnich w Warszawie. Wykładowcami byli profesorowie z Poznania, z profesorem Wrzoskiem jako dziekanem. Równocześnie pracowałam jako pielęgniarka, aby zarobić na swoje utrzymanie. Od początku 1943 r. po przysiędze należałam do batalionu Wigry jako szeregowiec-sanitaruszka.

            1 sierpnia o godzinie 15 po powrocie z pracy, w domu (Leszno 94) zastałam powiadomienie, aby zgłosić się w punkcie sanitarnym batalionu Wigry przy ul. Kilińskiego 1. Idąc okrężną drogą, aby uniknąć placówek niemieckich, zatrzymałam się w pierwszym napotkanym punkcie sanitarnym na ul. Zielnej pod PAST-ą (drugi od niej budynek), gdzie byli już pierwsi ranni. Jednym z nich był Leszek Betman (lub Badmann), raniony przed powstaniem w akcji na Wedla. Punkt na Zielnej służył jako miejsce wypoczynku między akcjami. Główne siły były w budynku między PAST-ą a nami. Sanitariuszka Kama bardzo ucieszyła się z materiałów opatrunkowych, strzykawek i leków, które ze sobą przyniosłam. Do jedzenia były tylko „pijane wiśnie” zdobyte w akcji na Wedla. W akcjach na PAST-ę od początku było sporo rannych. Lżejsze obrażenia opatrywałyśmy same. Ciężej chorych, wymagających interwencji chirurga, odsyłaliśmy do szpitala na Śliską. W końcu pierwszego tygodnia powstania chłopcy przynieśli mężczyznę rannego w brzuch z widocznym tylko jednym małym wlotem od kuli. Wielki, silny, powyżej 40 roku życia był już bardzo osłabiony krwotokiem wewnętrznym. Słabym głosem szepnął: – powiedzcie, że zginął Budowniczy, zmarł zanim zdążyliśmy odtransportować go do szpitala.

            Około 7 IX spotkałam przypadkowo moją przyjaciółkę Basię Piotrowską pseudonim Pająk. Okazało się, że miała ten sam przydział na Kilińskiego 1, co ja. W okresie konspiracji była również w batalionie Wigry. O tym się wtedy oczywiście nie mówiło. Na Starówce w pierwszym tygodniu jej grupę rozpuszczono, bo nie było nic do roboty. Postanowiła przyłączyć się do nas. Dodatkowa sanitariuszka bardzo by się przydała. Po wojnie wyjaśniła, że kiedy wróciła na Stare Miasto, aby odmeldować się, już przejście na Zielną było niemożliwe, a wkrótce Niemcy przypuścili zmasowany atak i zaczęło się tam piekło, które na szczęście przeżyła. Na nas też przyszły cięższe chwile i wreszcie udany atak na PAST-ę, po którym było wiele ofiar. Najbardziej utkwił mi w pamięci widok dwóch chłopców piętnasto– lub szesnastoletnich, którzy do ataku poszli tylko z butelkami z benzyną. Jakieś zabłąkane kule trafiły w te butelki. Jak dwie płonące żagwie trafili do nas z oparzeniami drugiego i trzeciego stopnia obejmującymi 80% powierzchni ciała. Brak wanny i wody. Tylko oliwa. Kilka dni później widziałam ich w szpitalu na Śliskiej, gdzie przeniosłam się, gdyż na Zielnej już nie czułam się potrzebna. Chłopcy leżeli obok siebie, prawie nadzy pod rodzajem moskitiery z gazy dla ochrony przed muchami. Pachniało mocno ropą. Rozmawiali ze mną dość pogodnie, będąc prawdopodobnie pod działaniem środków znieczulających. Szanse przeżycia wiadome.

            W szpitalu na Śliskiej spotkałam dr. Tetera (to jego nazwisko), znanego mi ze Szpitala Dzieciątka Jezus. Zaproponował mi pracę w zorganizowaniu szpitala ewakuacyjnego na Złotej 22 w pustym budynku po Urzędzie Miar i Wag. Chętnie się zgodziłam, bo pielęgniarek i sanitariuszek na Śliskiej nie brakowało. Dr Teter był prawdopodobnie szefem sanitarnym w Śródmieściu. Szybko zdobył co potrzebne do wyposażenia sali operacyjnej i sali chorych na około 20 łóżek. Ten mały szpitalik urządzony w kilka dni, zlokalizowany był na pierwszym piętrze. Komendantką szpitala była Wera, zaopatrzeniowcem Beata, sanitariuszką chyba Irena. Kucharką bardzo dzielna pani z trzema córkami od siedmiu do czternastu lat. Najstarsza została sanitariuszką, młodsze pomagały w kuchni. Ja zostałam przełożoną szpitala jako jedyna pielęgniarka dyplomowana, powszechnie nazwana siostrą Wandą (używałam drugiego imienia). Dr Teter ściągnął do szpitala również trzech lekarzy i siostrę jednego z nich, mającą pełnić funkcję sanitariuszki. Wszyscy oni zostali uwolnieni z getta. Nie powiedzieli, jaką mieli specjalizację, ani jakim cudem przeżyli w getcie. My nie naciskaliśmy zdając sobie sprawę, że dla nich mogą to być zbyt wstrząsające wspomnienia. Jeden z nich używał pseudonimu dr Judym. On i jego siostra byli, o dziwo, w bardzo dobrym stanie psychofizycznym. Pozostali dwaj lekarze nie podali nam żadnych nazwisk ani pseudonimów. Byli wychudzeni, bardzo nerwowi, lękliwi. Później okazało się, że jeden z nich był morfinistą.

            Chorych początkowo nie było wielu, ponieważ intensywność walk na razie w tym rejonie nie była wielka. Stary kloszard po postrzale krtani z rurką tracheotomijną, którą trzeba było oczyszczać i kilku lekko rannych żołnierzy. Pierwszą wizytę lekarską z dr. Teterem odbyłam w czyściutkiej sali, przy oknach otwartych na słoneczne wrześniowe niebo. Udaliśmy, że nie słyszymy zgrzytów granatnika tzw. szafy lub krowy. Kilka dymiących odłamków, które padły na koc leżącego przy nas rannego ujęłam spokojnie w ligninę i szybko wyrzuciłam przez okno. Już następnego dnia dobrze wycelowane armatnie niemieckie strzały zniszczyły nam całe pierwsze piętro i szpitalik. Na szczęście, nikt nie zginął. Niemcy musieli mieć dobry wywiad na naszym terenie, gdyż szpital był nie oznakowany czerwonym krzyżem. Wiedzieliśmy, że to są ulubione cele Niemców. Ponieważ parter był nie zniszczony, tam urządziliśmy salę chorych zasłaniając okna workami z piaskiem.

            Od tego momentu zaczęły się dla mnie bardzo ciężkie i trudne problemy. Dr Teter z niewiadomych powodów nie pojawił się więcej. Dr Judym z kolegami i siostrą tak zaszyli się w jakimś kącie naszego budynku, że byli nieosiągalni. Nie pojawili się na sali chorych praktycznie do końca powstania. Rannych przybywało i znowu z braku chirurga przypadki operacyjne trzeba było odsyłać do szpitala na Śliskiej. Pod moją wyłączną opieką był jeden przypadek tężca, jeden przypadek postrzału czaszki, którego w naszym rejonie nie podjęto się operować, liczne przypadki mnogich ran odłamkami granatników. Pojawiły się też pierwsze przypadki zachorowań na czerwonkę.

            Dowiedziałyśmy się, że w okolicy Marszałkowskiej mieszka jakiś chirurg. Udałyśmy się do niego z Werą, przedstawiły sytuację i emerytowany dr Rutkowski (lub Rudkowski – poznałam to nazwisko jedynie ze słuchu) wraz z żoną, byłą pielęgniarką operacyjną, tuż przed 1 X pojawili się w naszym szpitalu. Pierwszy zabieg, szycie rany szarpanej, odbył się na stole w jadalni. Ostrzeliwanie budynku spowodowało posypanie operowanego, narzędzi i nas tynkiem. Jednak rana wygoiła się per primam. Z ocalałych resztek wyposażenia zrujnowanej sali operacyjnej urządziliśmy nową w piwnicy, blisko wejścia. Tam oboje pp. Rutkowscy ciężko pracowali operując niekiedy non stop kilkanaście godzin dziennie, gdyż rannych z dnia na dzień przybywało. Ja zajęłam się rannymi na oddziale, sama robiłam ranny obchód, relacjonowałam dr. Rutkowskiemu, zwykle już przy stole operacyjnym, szczęśliwa, że mogę się z kogoś poradzić co do postępowania lekarskiego, przystępowałam do zmiany opatrunków, iniekcji itp.

            Z komendantką Werą chodziłyśmy w nocy po leki i materiał opatrunkowy na plac Napoleona, przynosząc je workami do szpitala. W jednej z wypraw udało mi się zdobyć surowicę przeciwtężcową. U chorego z tężcem skurcze toniczne pojawiały się coraz częściej i choć dawka była za mała dr Rutkowski zdecydował się podać ją dokanałowo. Niestety, bez efektu. W dawnym garażu w podwórzu składane były amputowane kończyny i zwłoki zmarłych. Ewidencję zmarłych prowadziła Wera. Mówiła mi, że chodzą tam żołnierze, aby zaopatrzyć się głównie w buty, które były żywym niezbędne, by chronić stopy przed poranieniem lub oparzeniem w ruinach i pogorzeliskach.

            Niepostrzeżenie dla mnie, dość rozległe piwnice naszego budynku zostały zamieszkane przez ludność cywilną, pozbawioną dachu nad głową i własnego dobytku. Służyły też jako schrony. Ludzie ci pochodzili z różnych domów, nie znali się wzajemnie. Nie widać było wśród nich chęci do wzajemnej, spontanicznej pomocy, która cechowała ogół warszawiaków. Zostałam kiedyś tam poproszona do położnicy. Okazało się, że ma gorączkę popołogową, noworodek niknie w oczach z braku pokarmu. Chora była głodna, spragniona, leżała w cuchnącej ropą pościeli, bez nikogo z bliskich. Nikt ze stłoczonej w piwnicy gromady ludzi nie podał jej nawet kubka wody. Dałam jej Prontosil, picie, a przede wszystkim zaproponowałam przeniesienie na parter, gdzie była możliwość jej pielęgnacji. Odmówiła. Dlaczego? Strach przed ostrzeliwaniem!

            Wcześniej, pod koniec słonecznego września, do holu szpitala wpadła kobieta z dwuletnim dzieckiem, pięknym, świetnie odżywionym. Zostało postrzelone w brzuch przez niemieckiego snajpera. Kobieta krzycząc z oburzeniem: – To wy chcieliście wojny! Teraz je ratujcie – położyła mi dziecko na rękach. W tym momencie na błękitne oczy dziecka opadły powieki, wydało ostatnie tchnienie. Przyłożyłam ucho do serca. Nie biło. Nie byłam w stanie wydobyć głosu ze ściśniętej krtani. Oddalam jej dziecko. Zrozumiała, że to koniec. Bez słowa z kamienną twarzą odeszła. Jeszcze jedna polska Niobe. Innym, bulwersującym niektóre osoby kontaktem z ludnością cywilną, było wtargnięcie do naszego szpitala Lodki, prostytutki z ulicy Chmielnej. Szaroczarna od gruzu jak wszyscy przysypani walącymi się i palącymi budynkami, w twarzy jaśniały tylko oczy. Wniosła na rękach szesnastoletniego chłopca obficie krwawiącego. Sama go wygrzebała z gruzów. Na sali operacyjnej okazała się konieczna amputacja obu rąk. Oczu nie dało się uratować. Został ślepy. Ponieważ w pierwszej chwili były trudności ze znalezieniem dla niego wolnego łóżka, Ludka krzyknęła: – Siostruniu zaraz się zrobi.– W ciągu jednego dnia zapełniła nam dodatkową salę, łóżkami, materacami, pościelą zebranymi z sąsiadujących domów. Wszystko sama wniosła na własnych plecach, w międzyczasie doglądając chłopca Jurka. I już Lodki oderwać się od niego nie dało. Pokochała go jak matka i pielęgnowała z całym poświęceniem. Karmiła zdobytą nie wiadomo jak „prawdziwą żywnością”, nie „kaszą plujką”. Włączyła się dzielnie do pracy w naszym szpitalu, jednak nikt już poza Jurkiem się nie liczył. Zjawisko to nazwałam „sublimacją uczuć”, która trwała, dopóki nie oddzielono jej od Jurka. Gdzieś w połowie października zaoferował nam swoją pomoc lekarz, Żyd, dr Zieliński (takie podał nazwisko) z żoną i córką. W odróżnieniu od dr Judyma i jego kolegów, rzetelnie pracował na oddziale. Jego żona i córka pomagały jako sanitariuszki.

            Narażając się na zarzut antysemityzmu, czuję się jednak zobowiązana opisać zachowanie grupy lekarzy z dr Judymem na czele. Jak uprzednio wspomniałam znikali na cały dzień nie wykazując żadnego zainteresowania stanem rannych i pracą na oddziale. Można to było wytłumaczyć strachem przed ostrzeliwaniem z samolotów, granatników, dział, zwłaszcza po przejściach w getcie. Wieczorem jednak, gdy Niemcy zaprzestawali ognia, niejednokrotnie widziałam wychodzących dwu z nich bez morfinisty, z jakimiś teczkami. Spytałam Werę: – Wiesz gdzie oni odważają się iść? Oczywiście – odpowiedziała Wera. – Idą do pacjentów z wizytą prywatną, każąc sobie płacić złotymi 10–rublówkami lub żywnością. – Relata refero.

            Lekarz morfinista wyciął nam niezły kawał. Któregoś dnia w październiku sanitariusze ze szpitala na Śliskiej niespodziewanie wnieśli nam około 10 noszy z rannymi, już zaopatrzonymi chirurgicznie. Okazało się, że lekarz morfinista za ileś ampułek morfiny, potrzebnej jakoby dla naszego szpitala, w zamian przyjął do nas rannych, nie uprzedzając o tym. No cóż, oni nie byli winni. Musieliśmy ich przyjąć, kładąc niektórych pierwszej nocy, na „waleta”, a było to w okresie ostrych walk o Dworzec Główny, gdzie siły powstańcze poniosły dużo strat w zabitych i rannych i każde łóżko było na wagę złota.

            W czasie powstania nie prowadziłam żadnych zapisków. I tak by zginęły z ukradzionym mi plecakiem na Złotej. Nie wiem, ilu rannych udało się uratować lub pomóc. Nie pamiętam imion, pseudonimów ani twarzy. W opisie moich wspomnień uwzględniłam głównie, choć nie wszystkie, sprawy szczególnie dla mnie bolesne lub nietypowe. Najgorsze, że wokół nas, ludzi ze służby sanitarnej było tylko cierpienie, umieranie, śmierć tylu wspaniałych, ofiarnych, młodych ludzi. Nie śpiewaliśmy piosenek powstańczych. Jedyna radosna dla mnie chwila to widok naszych chłopców idących w udanym ostatnim ataku na PAST-ę śpiewających „Jeszcze Polska nie zginęła”. Poza tym „Jeno wyjmij mi z mych oczu, szkło bolesne, obraz dni ...” – jak proroczo napisał Kamil Baczyński jeszcze przed powstaniem.

            Jak wynika z opisu działalności Szpitala Ewakuacyjnego Złota 22, był to raczej szpital polowy ze względu na świadczone usługi, głównie przez W. Rutkowskiego. Działalność naszą prowadziliśmy do końca, to jest do czasu wywiezienia nas do stalagu. Po kapitulacji komendantka Wera wręczyła pracownikom szpitala odpowiednie zaświadczenia upoważniające do bycia traktowanym jako jeniec wojenny, nie pytając o uprzednie zaprzysiężenie w AK (nawet po małej dyskusji z Lodką). Dr Judym, jego siostra i koledzy, mimo propozycji, odmówili przyjęcia zaświadczenia. Twierdzili, że przedostaną się do Rosjan. Dr Zieliński z rodziną zdecydował się pójść razem z nami. Mimo że łącznie kilkadziesiąt osób personelu i rannych żołnierzy wiedziało, że jest Żydem, nikt się z tym nie zdradził. Przeżył w niewoli niemieckiej do chwili wyzwolenia obozu przez Rosjan. Dr Rutkowski z rodziną jako oficer wyjechał do oflagu wcześniej. 8 X 1944 r. Niemcy zaczęli wywozić ciężarówkami do pociągu osobno chodzących rannych, osobno personel z chorymi na noszach. Oczywiście Lodka zalana łzami dogoniła wolno jadącą po gruzach ciężarówkę z Jurkiem i siłą się do niej wcisnęła. W pociągu towarowym Niemcy porozmieszczali nas, rozdzielając poszczególne grupy i jednostki. Straciłam kontakt z rannymi i personelem naszego szpitala. Byli inni ranni, mniej lub bardziej chorzy, wszyscy nasi kochani dzielni chłopcy z AK.

            Miałam propozycję ucieczki z transportu, ale odmówiłam, czując się nadal potrzebna. W Łodzi przykra niespodzianka. Gestapo chciało przejąć władzę nad nami i grupie kilkudziesięciu lub więcej chodzącym nakazało maszerować w ciemności i deszczu do opustoszałego obozu koncentracyjnego, podobno w Radogoszczy. Stojąc pod bramą obozu, gdzie rozdzielono nas do poszczególnych baraków, w słabym świetle zobaczyłam Jurka pod opieką Lodki. Noc przesiedzieliśmy na resztkach słomy, rozważając najgorsze z możliwych rzeczy. Rano radosna niespodzianka. Wsadzono nas do tramwajów. Od polskich konduktorów dostaliśmy kartki i ołówki, aby zawiadomić swe rodziny, że żyjemy. W ten sposób moi rodzice w Częstochowie dostali pierwszą wiadomość. Pod ławkami były dla nas paczki z jedzeniem. W ogóle Łodzianie byli nadzwyczajni.

            Nas dołączono do transportu, którego kierownictwo – pułkownik dr Strehl, wspaniały, nieustępliwy, świetnie władający językiem niemieckim, późniejszy komendant naszego obozu – powołując się na Konwencję Genewską zdołało wybronić nas z rąk gestapo. W kilka dni dojechaliśmy do obozu w Zeithain. Był to szpital jeniecki (Stammlager IV B), gdzie pracowałam jako pielęgniarka oddziałowa w baraku nr 16. Dr Stanisław Bayer opisuje w swej książce „Nie byłem Kolumbem” dzieje jego transportu do tego obozu, nadmieniając, że „następny z resztą rannych i personelu z płk. Strehlem i Będkowskim przeszedł Łódź bez zatrzymywania się”. Otóż to zdanie nie zgadza się z faktami, które osobiście przeżyłam. W jego książce opisane jest nasze życie obozowe. Ja tylko wspomnę o losach Lodki: osoby moralne i kulturalne zabroniły jej bezwzględnie jakiegokolwiek kontaktu z Jurkiem i wtedy wróciła do swego zawodu.

            W kwietniu 1945 r. wyzwoleni zostaliśmy przez Rosjan. Pułkownik Strehl, któremu wcześniej wycofujący się Niemcy oddali „klucze” od całego obozu, zorganizował pomoc medyczną dla wszystkich chorych jeńców, różnych narodowości. Ja trafiłam do jeńców rosyjskich, którzy masowo wręcz, poza ogólnym wyniszczeniem, chorowali i umierali na gruźlicę. Rosjanie z batalionu medycznego, przyjaźni nam, przerażali swoją dzikością. Pod koniec maja z czterdziestoosobową grupą, udając Francuzów – Polakom Rosjanie nie pozwalali iść na zachód – przeszliśmy 40 km na stronę amerykańską. Autostopem dotarliśmy z przystankiem w Nordheim, gdzie był powrześniowy obóz jeńców polskich, potem do Murnau – znanego oflagu polskiego, stąd ciężarówkami z Korpum dojechaliśmy do Ancony. Tam z koleżankami ze szkoły pielęgniarskiej, Anitą Serini i Aliną Walewicz, zostałyśmy zweryfikowane jako pielęgniarki i następnie zatrudnione w szpitalu dla ludności cywilnej w Trani koło Bari (340 Szp. Wojenny). Kiedy tylko dowiedziałam się o możliwości dalszych studiów medycznych we Włoszech zdobyłam odpowiednie zaświadczenia: od SS Nazaretanek w Rzymie, potwierdzenie uzyskania matury w 1939 r. w Częstochowie, od koleżanek z Warszawy o studiach medycznych w Warszawie. Poszłam w Bolonii ponownie na II rok ze względu na nieznajomość włoskiego. Pomogła mi znajomość francuskiego i łaciny.

            W grudniu 1946 r. nasz ośrodek akademicki, podobnie jak cały drugi korpus zostały przeniesione do Anglii. W drugim korpusie byłam formalnie w instytucji paramilitarnej PCK. Miałam w Saint John’s Camp mieszkanie (beczki śmiechu) i wyżywienie, ale bez żołdu. Zatrudniłam się więc jako pielęgniarka w domu dla inwalidów wojennych w Luffnes Haus w Aberlady (Szkocja), następnie w Ballochmyle Hospital (pod Glasgow). Straciwszy nadzieję na dalsze studia na zachodzie wróciłam do kraju w lipcu 1947 r. We Wrocławiu dostałam się na III rok studiów medycznych. W 1948 r. na IV roku studiów wyszłam za mąż za kolegę z uniwersytetu bolońskiego, który drogą przez Kozielsk z szczęśliwym ominięciem Katynia, podobnie jak Józef Czapski („Na nieludzkiej ziemi”) dotarł do Armii Andersa i brał udział w całej kampanii włoskiej. W 1951 r. urodziłam córkę, w 1953 r. – syna. Dyplom lekarski uzyskałam w 1952 r.

            Pracowałam kolejno w Szpitalu Wojewódzkim im. Babińskiego we Wrocławiu, w przychodniach lekarskich, w I Klinice Pediatrycznej we Wrocławiu, następnie jako ordynator Oddziału Dziecięcego Szpitala nr 2 w Wałbrzychu aż do przejścia na emeryturę w 1977 r.

 

Życiorys

            Urodzona 5 VI 1921 r. w Silniczce (dawny powiat Radomsko). Od czwartego roku życia mieszkała w Częstochowie, gdzie po ukończeniu szkoły i liceum sióstr Nazaretanek uzyskała w 1939 r. świadectwo maturalne. Od grudnia 1939 r. do lutego 1942 r. w Warszawskiej Szkole Pielęgniarek dającej status pielęgniarki dyplomowanej. W okresie od marca 1942 r. do września 1943 pracowała w oddziale noworodków szpitala przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie, następnie dyżurowała prywatne głównie na chirurgii w Klinice dr. Webera. W roku akademickim 1942/1943 i 1943/1944 odbywała studia medyczne na kompletach tajnych Uniwersytetu Ziem Zachodnich w Warszawie. W lutym 1943 r. zaprzysiężona w AK jako szeregowiec była sanitariuszką batalionu „Wigry”, ps. „Janicka”. Brała czynny udział w Powstaniu Warszawskim od 1 VIII do kapitulacji w batalionie „Kiliński”. 8 X 1944 r. została wywieziona transportem sanitarnym do szpitala jenieckiego w Zeithain (Stalag IV B), gdzie pracowała jako pielęgniarka oddziałowa.

            Pod koniec maja 1945 r. autostopem poprzez strefę okupacji amerykańskiej z około dwumiesięcznym pobytem i pracą w szpitalu polskim w Nordheim, przedostała się do Włoch, gdzie jako pielęgniarka PCK przy 2. Korpusie, dostała przydział pracy w szpitalu wojennym nr 340 w Trani. W roku akademickim 1945/1946 kontynuowała studia medyczne w Bolonii. W grudniu 1946 r. z bolońskim ośrodkiem akademickim została przeniesiona, podobnie jak cały Drugi Korpus do Anglii. Od stycznia 1947 r. pracowała jako pielęgniarka w domu dla inwalidów wojennych w Luffnes Haus, a następnie w Ballochmyle Hospital na terenie Szkocji. W lipcu 1947 r. powróciła do Polski.

            Od roku akademickiego 1947/1948 kontynuowała studia medyczne w Uniwersytecie Wrocławskim. Dyplom lekarski uzyskałam w styczniu 1952 r. W czasie studiów w 1948 r. wyszła za mąż. Pół roku przed dyplomem urodziła córkę. Od maja 1952 r. do 18 X 1953 pracowała jako lekarz w oddziale dziecięcym Wojewódzkiego Szpitala im. Babińskiego we Wrocławiu. 18 X 1953 r. urodziła syna. Następnie pracowała w poradni dziecięcej w VI Przychodni Obwodowej we Wrocławiu (początkowo wolontariat, następnie etat w I Klinice Pediatrycznej we Wrocławiu, gdzie uzyskała I i II stopień specjalizacji w zakresie pediatrii). Od października 1958 r. była ordynatorem oddziału dziecięcego w Szpitalu nr 2 im. Batorego w Wałbrzychu. W 1977 r. przeszła na wcześniejszą emeryturę ze względu na zły stan zdrowia. Od lutego 1978 r. do jesieni 1982 r., rezygnując z emerytury, pracowała jako dyrektor w sanatorium dla dzieci ze schorzeniami dróg oddechowych w Zagórzu Śląskim.

            Od 1969 r. pracowała społecznie w TPD jako przewodnicząca „Koła Pomocy Dzieciom Specjalnej Troski”, przyczyniając się do zorganizowania w Wałbrzychu „Klas Życia” przy szkole specjalnej oraz grupy przedszkolnej dla dzieci z umiarkowanym niedorozwojem umysłowym. Organizowała wielokrotnie kolonie letnie dla dzieci z umiarkowanym i głębokim upośledzeniem umysłowym. Zajmowała się również problemem niepowodzeń szkolnych u dzieci z mikro zaburzeniami takimi jak dysleksja, dysgrafia i inne, co było nowością w latach 70. Odznaczenia: Krzyż Powstańczy, Złota Odznaka TPD (1982) i Medal Komisji Edukacji Narodowej (1974).

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82