Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Powstanie Warszawskie

Józef TOWPIK

 

Powstanie Warszawskie

 

            W dniu wybuchu powstania cała rodzina znajdowała się w domu przy Brackiej 23. W pierwszych godzinach patriotyczny entuzjazm udzielił się nawet moim starszym kuzynkom. Jadzia, pomimo podeszłego wieku i słabych sił, brała udział w budowaniu barykady wznoszonej w pobliżu naszego domu, w poprzek ulicy Brackiej u wylotu ulicy Widok. W pierwszych godzinach powstania Niemcy opanowali Aleje Jerozolimskie i większość domów w tym rejonie została przez nich podpalona. Znajdowaliśmy się w bardzo bliskiej od nich odległości. Pomimo to Niemcy nie ryzykowali ataku w głąb Brackiej, gdzie z każdej bramy i każdego okna mogli oczekiwać obrony, a nawet ataku za pomocą granatów ręcznych i butelek z benzyną.

            W moim mieszkaniu na trzecim piętrze dwa balkony od ulicy Brackiej zostały zajęte przez oddział AK. Umieszczono na nich worki z piaskiem i karabin maszynowy. Stanowiły dogodną pozycję do odparcia ewentualnego ataku od strony Alei Jerozolimskich. W parę godzin po zorganizowaniu tego punktu oporu wjechał od Alei Jerozolimskich czołg niemiecki. Nie zapuszczał się w głąb ulicy Brackiej, lecz stanął u wylotu i wycelował w nasz dom. Wkrótce tam, gdzie były uzbrojone balkony, pozostały tylko dwa ziejące otwory w ścianie domu. Po czym czołg wycofał się w kierunku Alei. Przewidując możliwość ostrzału od strony ulicy, zajęliśmy nieco bezpieczniejsze pomieszczenia na pierwszym piętrze od strony podwórza. Po kilku dniach udzielił nam schronienia pan Wabia–Wabiński – w kuchni swojego mieszkania, na parterze w pierwszej oficynie. W najgorszych dniach, w czasie bombardowania, kryliśmy się w piwnicy tego domu.

            Dom przy ulicy Brackiej 23 dzięki swojemu położeniu stał się jakby naturalną twierdzą nie tylko dla jego mieszkańców, ale i dla oddziałów powstańczych oraz działań związanych z dalszym przebiegiem powstania. Prócz budynku frontowego, w którym zajmowaliśmy pięciopokojowe mieszkanie na trzecim piętrze, do posesji tej należały trzy duże oficyny przebiegające równolegle do ulicy, pomiędzy którymi znajdowały się obszerne podwórza. Od strony północnej stał duży gmach domu towarowego braci Jabłkowskich oraz dalsze domy wzdłuż ulicy Chmielnej. Od strony południowej osłaniały domy położone wzdłuż ulicy Widok.

            Wobec zajęcia Alei Jerozolimskich przez Niemców już w pierwszych dniach powstania zaszła konieczność nawiązania łączności z południową częścią Śródmieścia znajdującą się po drugiej stronie Alei. Pod osłoną nocy i obstrzału ze strony oddziałów AK przekopano tunel (odkryty) łączący te dwie dzielnice. Tunel ten zaczynał się od trzeciego podwórza naszego domu i piwnicami prowadził do Alei, a następnie w poprzek Alei na drugą stronę ulicy i dalej przebiegał piwnicami wypalonych domów. W ten sposób wszystkie trzy podwórza należące do posesji Bracka 23 stały się głównym traktem łączności. W dzień i w nocy wędrowały grupy ludzi, pragnących z różnych powodów przedostać się do południowej części Śródmieścia. Na terenie naszej posesji zatrzymywały się przejściowo różne oddziały AK i innych formacji. W tej sytuacji, od pierwszych dni Powstania, stało się konieczne zorganizowanie pomocy lekarskiej dla rannych i chorych.

            W pierwszej oficynie, na parterze, mieszkał pułkownik Gorczycki, dyrektor Polskiego Czerwonego Krzyża. W tymże domu mieszkała Janina Kołodziejska (internistka) i dr Jankowska (pediatra). Po krótkiej naradzie postanowiono zorganizować punkt opatrunkowy PCK. Objąłem kierownictwo tego punktu. Kolejno pełnili w nim dyżury miejscowi lekarze. Moja siostrzenica, osiemnastoletnia Halina Osiecka, pracowała jako pielęgniarka. Miała w tym zakresie sporo doświadczenia, gdyż przed przyjazdem do Warszawy od paru lat pracowała jako pomoc w gabinecie okulistycznym dr Pacewiczowej w Brześciu nad Bugiem. Wkrótce zaczęli zgłaszać się pacjenci, zarówno osoby cywilne jak i ranni żołnierze. Po upływie kilku dni liczba rannych zaczęła się szybko powiększać. W miarę trwania powstania ciężkie, a nieraz śmiertelne przypadki zranienia były coraz liczniejsze. Na wewnętrznych podwórzach naszej posesji coraz częściej zaczęły się pojawiać groby. Duży napływ rannych i chorych osób cywilnych zmusił nas do zorganizowania oddziału szpitalnego w pomieszczeniach przylegających do punktu opatrunkowego. Wśród przebywających tam chorych znajdowała się również znana pisarka Maria Rodziewiczówna. Ciężkie przypadki zranień, wymagające interwencji chirurgicznej, transportowano w miarę możliwości do zaimprowizowanych szpitali chirurgicznych przy ulicy Chmielnej.

            W pierwszych dniach powstania na pierwsze podwórze naszego domu spadł pocisk granatnika. Znajdowało się tam sporo ludzi, którzy przywędrowali z dalszych okolic, zajętych już przez Niemców. Niektórzy z nich oczekiwali na możliwość przejścia w porze nocnej przez tunel na drugą stronę Alei Jerozolimskich. Pod osłoną otaczających murów czuli się zabezpieczeni przed atakiem i odpoczywali trzymając przy sobie ocalałe tobołki. Nieoczekiwany wybuch rozpryskującego się pocisku spowodował masakrę. Niewielu z nich ocalało. W tym czasie przebywałem na balkonie mieszkania na drugim piętrze od strony podwórza, gdzie czasowo koczowała moja rodzina. Rozprysk pocisku poszedł jednak niżej i osoby będące na wysokości drugiego piętra ocalały ...

            Któregoś dnia, pracując w punkcie opatrunkowym, przez okno, z którego było widać całe podwórze aż do bramy wejściowej, zobaczyłem dziwne, słaniające się postacie idące wolnym i niepewnym krokiem. W miarę jak się zbliżali, rozpoznałem w nich mieszkańców naszego domu. Byli to żołnierze AK, którzy po upadku Starówki, kanałami przeszli do Śródmieścia. Ich widok był wstrząsający. Brudni i ociekający błotem, słaniali się ze zmęczenia i skrajnego wyczerpania, nie mogli mówić.

            Pierścień atakujących wojsk niemieckich coraz bardziej zacieśniał się koło Śródmieścia. Po upadku Starego Miasta Niemcy kolejno zajmowali dalsze tereny – Ogród Saski, Królewską, Powiśle i Nowy Świat. Którejś nocy wybuchł pożar prawie naprzeciw naszego domu, przy ulicy Brackiej 18 (20 ?). Płonął pałacyk Brzozowskich znajdujący się w głębi tej posesji. Okazało się, że nieoczekiwanie, przez zaskoczenie naszych oddziałów AK, wtargnęli do tego domu Niemcy. Aby ich wykurzyć, dom został podpalony. Przed powstaniem mieszkali w nim moi znajomi (dr Czarnota–Bojarska z rodziną), których czasami odwiedzałem. Pożar tego niewielkiego domu jakoś szczególnie utkwił w mojej pamięci. Przyglądaliśmy się mu z Mają – moją żoną – z głębi naszego mieszkania na pierwszym piętrze. Dom pełen antyków płonął jak zapałka. Patrzyliśmy z uczuciem rezygnacji i z dotkliwą świadomością tragizmu naszego położenia, gdyż podobnych pożarów dokoła było więcej. Z okien naszego mieszkania, przez ulicę Zgoda, widać było płonące domy na rogu ulicy Moniuszki, Sienkiewicza i Placu Napoleona.

            To, że przez cały czas powstania nie bombardowano naszych domów z powietrza, należało chyba przypisać szczególnemu ich położeniu w pobliżu pozycji niemieckich w Alejach Jerozolimskich (gmachu banku BGK i innych ważnych obiektów i punktów oporu wojsk niemieckich). Z drugiej strony ta bliskość pozycji niemieckich od chwili wybuchu powstania stanowiła dla nas stałe zagrożenie i możliwość ataku każdego dnia lub nocy. Z dalszego przebiegu walk można było domyślić się, że Niemcy przyjęli taktykę koncentrycznego ataku na Śródmieście, a niewielkie stosunkowo siły znajdujące się w Alejach Jerozolimskich miały być ewentualnie użyte w fazie końcowej. W każdym razie przez cały czas trwania powstania nie było ani jednej próby ataku od tej strony.

            Od początku powstania miałem głęboką świadomość klęski. Ani przez chwilę nie mogłem myśleć optymistycznie. Kwestią były tylko rozmiary tej klęski: czy całkowita zagłada, czy też ocalenie fizyczne po przegraniu tego tragicznego zrywu? Głęboką rozpaczą napełniały mnie ogromne ofiary – przede wszystkim najlepszej młodzieży, która z pełną wiarą i entuzjazmem szła do walki. Zdawałem sobie sprawę, że nad ich losem zawisło tragiczne fatum i że nie ma od niego odwrotu.

            Do punktu opatrunkowego przynoszono coraz częściej przypadki ciężkich i śmiertelnych zranień. Szczególnie utkwił mi w pamięci przypadek, kiedy zbliżyłem się do leżącego na noszach ciężko rannego kapitana, dowódcy jednego z walczących oddziałów stacjonujących na naszym terenie. Przy delikatnym dotknięciu jego głowy poczułem specyficzny chrzęst popękanych kości czaszki. Na trzech podwórkach naszej kamienicy zaczynało brakować miejsca na groby poległych.

            Pewnego dnia zaczęła krążyć uporczywa pogłoska, że w najbliższym czasie nastąpi atak na nasz odcinek. Rozpoczęła się dość chaotyczna ucieczka przez tunel do części południowej Śródmieścia. W ciągu jednego dnia zrobiło się pusto na naszym terenie. Nawet niektórzy stali mieszkańcy tego domu ulegli panice i uciekli. Na gwarnych i pełnych dotychczas ludzi podwórzach nagle zrobiło się cicho i pusto. Postanowiliśmy jednak nie ruszać się z miejsca. Wraz z Haliną i żoną nadal pełniliśmy nasze obowiązki w ambulatorium i szpitalu, oczekując na dalsze wydarzenia wojenne. Po paru dniach uciekinierzy zaczęli powracać. Okazało się, że zapowiedź ataku na nasz teren nie sprawdziła się, natomiast dzielnica, do której uciekli, była ciężko bombardowana.

            W przeciągu tych dwóch miesięcy trwania powstania zdarzały się też drobne wydarzenia, które – gdyby nie ich tragiczne tło – można byłoby uważać za „zabawne”. Lokatorzy mieszkający na czwartym piętrze mieli piękną suczkę – owczarka –, która nazywała się Molly. Niemal od pierwszych dni powstania były trudności z jej wyżywieniem, ale wspólnym wysiłkiem utrzymywano ją w dobrej formie. Pewnego dnia Molly zginęła. Poszukiwania na terenie całej posesji nie dały wyników. Właściciele dotkliwie odczuwali utratę swojego przyjaciela. Dopiero przypadek wyjaśnił przyczynę zaginięcia Molly. Znaleziono jej skórę na najwyższym piętrze opuszczonego mieszkania w trzeciej oficynie (wszyscy raczej chronili się do piwnic lub najniżej położonych mieszkań). Okazało się, że Molly została zjedzona przez stacjonujący przejściowo oddziałek żołnierzy. Znaleźli się nawet świadkowie tej uczty. Z ich relacji wynikało, że nie wszystkim uczestnikom kęski sporządzone z Molly przechodziły przez gardło. Inna grupa żołnierzy, poszukując resztek żywności w opuszczonych mieszkaniach, znalazła w kredensie sporo kaszy w blaszanej puszce. Podczas wysypywania kaszy do garnka posypały się również liczne złote monety, zamaskowane w tym „schowku” przez właścicieli. Przez kilka dni na naszym terenie stacjonował mały oddziałek AK. Do jego składu, prócz kilkunastu żołnierzy, należał czarny „podpalany” pies (gordon seter). W czasie zbiórki ustawiał się w pierwszym szeregu obok swojego pana. Któregoś dnia znalazłem ich śpiących razem na naszym posłaniu w kuchni, w której mieszkaliśmy. Dalsze ich losy nie są znane. Wiem tylko, że ocaleli, a po kapitulacji razem poszli do niewoli.

            Dalsze trwanie na Brackiej 23 było coraz trudniejsze. Bombardowania obejmowały coraz bliższe tereny. Szczególną grozą napełniały ryki i wybuchu tzw. krów oraz pocisków z potężnych dział kolejowych, rozmieszczonych na peryferiach Warszawy. Powodowały one ogromne zniszczenia. Przelotom pocisku towarzyszył napełniający grozą ryk, po którym następował potężny wybuch. Stałem się mimowolnym świadkiem skutków takiego wybuchu, który zniszczył górne piętra „Prudentialu”, tzw. przed wojną „drapacza chmur” na placu Napoleona (obecnie Hotel Warszawa). Pod gruzami zawalonych przez „krowy” domów zginęło wiele ludzi. Wybuchy te, poza zniszczeniami, terroryzowały ludność swoją grozą i nasileniem zniszczeń. Siła uderzenia powodowała zawalenie się domów łącznie z piwnicami służącymi jako schrony dla ludności.

            W czasie trwania ciężkich walk odwiedził nasz punkt opatrunkowy i szpital major Węgrzynowski (Bartosz), szef służby zdrowia tego odcinka, w towarzystwie pułkownika Lenka oraz innych towarzyszących mu osób. Wypytywał szczegółowo o wszystko, co było związane z naszą służbą. Przed odejściem zwrócił się do kogoś z osób towarzyszących mu z poleceniem: – Proszę przedstawić doktora Józefa Towpika i Halinę Osiecką do odznaczenia „Złotym Krzyżem Zasługi”. – Nie zostało to przez nas wyegzekwowane w późniejszych latach. Początkowo ze względu na znany stosunek władz do powstania i powstańców. Potem sprawa ta coraz bardziej odchodziła w niepamięć. Z czasem zarówno Bartosz (późniejszy profesor ftyzjatrii) jak i pułkownik Lenk odeszli. Teraz żałuję, że nie dopilnowałem tej sprawy będąc zajętym mnóstwem bieżących spraw zawodowych i społecznych. Nie ze względu na mnie, ale na Edwarda, który na pewno doceniłby tę pamiątkę.

            Jak już wspomniałem, w mieszkaniu na parterze, sąsiadującym z naszym punktem opatrunkowym i oddziałem, mieszkał pułkownik Gorczycki – prezes Zarządu Głównego Polskiego Czerwonego Krzyża. W okresie powstania była tu siedziba zarządu. Dzięki temu nasz punkt opatrunkowy był placówką PCK. Prezes, pomimo słabego zdrowia, cały czas nie tylko żywo interesował się naszą pracą, ale w miarę możliwości kierował działalnością Polskiego Czerwonego Krzyża. Przychodzili do niego na narady niektórzy członkowie zarządu. Widywaliśmy często pana Wielowieyskiego, pana Kronenberga, panią Chrzanowską i, o ile się nie mylę, panią hr. Tarnowską. Po kapitulacji Zarząd Główny PCK został ewakuowany do Piotrkowa Trybunalskiego. Tak się złożyło, że nas również w tym okresie los zaprowadził do Piotrkowa, gdzie w zorganizowanym przez PCK ambulatorium miałem możność przez jakiś czas pracować (od listopada 1944 do grudnia 1945 r.).

            Pomimo bohaterskich walk na wszystkich powstańczych barykadach i ogromnych ofiar powstanie zbliżało się ku końcowi. Brakowało amunicji, brakowało żywności, a często również i wody, którą trzeba było przynosić z odległych, ocalałych jeszcze zbiorników. Wobec oblicza klęski, wyczerpywała się również odporność psychiczna ludzi. Wreszcie nadszedł moment kapitulacji. Pomimo jej tragicznej wymowy, wszyscy odczuli pewną ulgę. Ucichły strzały, ustała groza zagłady. Zostało ocalone życie tych, którzy przetrwali. Zaczęto przygotowywać się do wyjścia z Warszawy. Armia Krajowa uzyskała status jeńców wojennych. Natomiast inne, lewicowe formacje, które początkowo nie były uznawane przez okupanta, znalazły się w trudniejszej sytuacji.

            Na parę tygodni przed kapitulacją przyśnił mi się sen, który wywarł na mnie duże wrażenie. Z rana opowiedziałem o tym żonie. Śniło mi się, że jestem na podwórzu naszego domu przy ulicy Brackiej i że wojna już się skończyła. Jest cicho i pusto. Nagle z otwartych okien mojego mieszkania na trzecim piętrze, wśród ciszy i ciemności, rozlega się muzyka. Ktoś gra na fortepianie, i to bardzo pięknie, etiudę „Rewolucyjną” Szopena. Minęło od tego czasu parę tygodni. Było już po kapitulacji. Odgłosy walk całkowicie ustały. Ludność już zaczęła opuszczać Warszawę. Zapadła ciemna noc. I nagle wśród ciszy usłyszeliśmy, jak z okien mojego mieszkania rozlegają się tony „Rewolucyjnej”. Ktoś, nieznany nam, wszedł do opuszczonego przez nas mieszkania i wypełnił dokładnie to samo, co przeżyłem we śnie przed paru tygodniami.

            Po kapitulacji ludność cywilna opuszczała Warszawę według wydanych przez okupanta instrukcji. Wszyscy mieli przejść przez tzw. obóz przejściowy w Pruszkowie, gdzie dokonywano selekcji. Część ludności mogła udać się w głąb kraju, innych zabierano na roboty do Niemiec. Szpitale podlegały stopniowej ewakuacji w miarę dostarczania środków transportu. Zostaliśmy na Brackiej jak na małej wysepce wśród opustoszałej i zrujnowanej Warszawy. Zapadła dokoła nas martwa cisza. Nie wolno było oddalać się od miejsca pobytu. Po zrujnowanych ulicach krążyły nieliczne patrole niemieckie, mające rozkaz zatrzymywania każdego, kto by się pokazał wśród ruin. Ta cisza była ulgą po przebytym piekle bombardowania, ataków i stałego zagrożenia, ale miała też jakąś niesamowitą wymowę. Była to cisza śmierci, klęski i ruin.

            Dni mijały w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń. Nadszedł 15 X, dzień imienin mojej kuzynki Jadwigi Osieckiej, matki Haliny. Halina z Mają postanowiły zrobić jej niespodziankę. Ubrały się w białe fartuchy ze znakiem Czerwonego Krzyża i z koszykiem udały w kierunku ulicy Marszałkowskiej. Ulice były puste, jakby wymarłe. Nigdzie żywego ducha. Nie napotykając nikogo po drodze, doszły do Politechniki. Na Polu Mokotowskim, zamienionym na ogródki działkowe, znalazły wielką obfitość warzyw, o których przez dwa miesiące nie można nawet było marzyć. Nazbierały pomidorów i cebuli, ile tylko mogły udźwignąć. Narwały też pełne naręcza kwiatów. W tym czasie rozpoczął się gwałtowny obstrzał Pragi. Przerażone gwałtowną kanonadą pośpiesznie udały się w drogę powrotną. Na Brackiej niepokoiliśmy się już ich przedłużającą się nieobecnością i powitaliśmy z uczuciem ulgi. Przyniesione kwiaty i pomidory były dla nas przypomnieniem, że poza ruinami istnieje świat, gdzie kwitną kwiaty i dojrzewają owoce, w którego istnienie przestaliśmy już wierzyć. Po dwóch następnych dniach, 17 X, pojawiła się ciężarówka przeznaczona do ewakuacji czerwonokrzyskich leków, sprzętu medycznego i personelu. Zabrano też całą naszą rodzinę oraz trochę ocalałych rzeczy.

           

Życiorys

            Urodzony w 1908 r. w Berezie Kartuskiej na Polesiu, studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Warszawskim (dyplom w 1935 r.). Doktorat uzyskał w 1948 r., habilitację w 1954, tytuł profesora nadzwyczajnego w 1965 r., a profesora zwyczajnego w 1977 r. Asystent Kliniki Dermatologicznej UW od 1942 r., prowadził zajęcia w ramach tajnego nauczania studentów medycyny. Podczas powstania kierownik punktu opatrunkowego PCK z oddziałem szpitalnym przy ul. Brackiej 23. Wicedyrektor i kierownik działu klinicznego Państwowego Instytutu Dermatatologii i Wenerologii w Warszawie (1950–1957), docent (1958–1964) i profesor (1965–1979) AM w Warszawie. Dyrektor Instytutu Wenerologii i kierownik II Kliniki Dermatologicznej (1970–1979), profesor emerytowany od 1979 r.

            Przewodniczący rady programowej „Polskiego Tygodnika Lekarskiego” (1955–1992), konsultant krajowy Ministerstwa Komunikacji (1964–1982) przewodniczący krajowego zespołu nadzoru specjalistycznego w zakresie wenerologii (1974–1979), członek prezydium rady naukowej przy ministrze Zdrowia i Opieki Społecznej (1970–1974), członek komisji ekspertów WHO (1955–1984), sekretarz generalny Polskiego Towarzystwa Lekarskiego (1952–1958), prezes ZG (1959–1961 i 1970–1978), prezes honorowy (od 1978), wiceprezes rady Zrzeszenia Polskich Towarzystw Medycznych (1955 –1980), członek komitetu wykonawczego Międzynarodowej Unii Zwalczania Chorób Wenerycznych i Krętkowic (1955–1992), członek korespondent i honorowy towarzystw naukowych duńskiego (1970), francuskiego (1974), szwedzkiego (1976), Związku Lekarzy Polskich w Ameryce (1976), Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego (1982). Odznaczony m. in. Krzyżem Kawalerskim i Oficerskim OOP, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”, Krzyżem Powstańczym, Medalem „Glora Medicinae”, Złotą Odznaką Honorową „Za zasługi dla Warszawy”, Zasłużony Lekarz PRL.

            Autor i współautor ponad 200 prac, podręczników dla lekarzy i studentów, licznych artykułów z zakresu medycyny społecznej.

Zmarł w Warszawie w 1992 r.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82