Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Chirurg i wojna cz.2

Stefan Wesołowski

 

Chirurg i wojna

 

 

Cz.2

 

            Według oświadczenia dr. Tadeusza Hroboniego, chirurga pracującego w Szpitalu im. Karola i Marii, który mieścił się przy ul. Leszno 136 Niemcy zajęli szpital po południu 6 VIII 1944. Cały personel oddziału chirurgicznego wraz z lekko i ciężko rannymi, takimi, którzy mogli chodzić, został wypędzony ze szpitala w godzinach popołudniowych. Ranni pozostali w szpitalu zginęli. Dr Jan Bogdanowicz, ordynator oddziału dziecięcego, mieszczącego się w sąsiednim pawilonie (pawilonie S) pozostał razem z dziećmi do dnia następnego i dopiero wtedy z częścią swoich małych pacjentów został skierowany do Szpitala Wolskiego. Dr Hroboni był świadkiem, jak Niemcy zastrzelili dr. Kmicikiewicza. Żandarm niemiecki wywołał go z maszerującej grupy, a własowiec zastrzelił pod figurą Matki Boskiej na rogu Młynarskiej i Górczewskiej. Grupa prowadzona przez Niemców dotarła do Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej 26 w niedzielę po południu. Doktorowi Hroboniemu towarzyszyli następujący lekarze: Aleksandra Kurowska, Władysław Barcikowski, Jerzy Hagmajer, Marian Rogalski, Jan Chomiczewski i Wanda Makuch. W Szpitalu Wolskim znajdował się wówczas tylko jeden lekarz, dr Zbigniew Woźniewski. Dr Tadeusz Hroboni objął oddział chirurgiczny i prowadził go przez cały sierpień aż do dnia powrotu dr. Leona Manteuffla, to znaczy do dnia 9 IX 1944 r. Potem dr Hroboni współpracował z dr. Manteufflem aż do czasu ewakuacji Szpitala Wolskiego pod koniec października 1944 r. Kiedy dr Manteuffel wyjechał ze Szpitala Zakaźnego, wtedy niejednokrotnie korzystałem z konsultacji dr. Hroboniego, którego Niemcy pod konwojem przeprowadzali z ul. Płockiej 26 na ul. Wolską 37.

            Zdumiało i ucieszyło nas bardzo to, że nasi ranni pacjenci, którzy nie wyszli razem z nami w dniu 5 VIII, ocaleli. Byliśmy przekonani, że zginą wszyscy. Radość jest obopólna, gdyż i oni uważali nas za straconych. Dowiadujemy się również, że wróciły do Szpitala Wolskiego nasze współtowarzyszki instrumentariuszki Basia Wardzianka i Irena Dobrzańska, które pracują teraz na punkcie opatrunkowym niemieckim. Komendantem tego punktu jest lekarz, któremu przypadkowo zawdzięczamy ocalenie, a którego widzieliśmy wówczas w domu na Górczewskiej. Jest to dr Stefan Puchert, Austriak, docent kliniki z Grazu.

            Po tych radosnych powitaniach udajemy się do pokoju dr. Manteuffla, gdzie mieszkaliśmy razem przez ostatnie dni przed katastrofą. Pokoik nie jest obrabowany i, o dziwo! na krześle leży mój zegarek tak, jak go zostawiłem w dniu 5 VIII. Ocalała też moja „wojenna”, pamiątkowa walizeczka z zapasową bielizną i „żelazną porcją” żywności, wziętą na powstanie. Uradowany zabieram ze sobą zegarek i walizeczkę do Szpitala św. Stanisława. Wizyta w Szpitalu Wolskim podniosła nas na duchu i dodała nam sił do dalszego trwania w tych strasznych wówczas dniach.

            Ulicą Wolską od wczesnego ranka przez cały dzień ciągną tłumy ludności Warszawy, prowadzone do Kościoła św. Wojciecha, a potem na Dworzec Zachodni. Obok kościoła na ulicy Sokołowskiej urzęduje gestapo, które wyciąga z transportów mężczyzn i rozstrzeliwuje. Część mężczyzn kierowana jest do takich robót, jak rozbieranie barykad i palenie zwłok, część zaś do budowania umocnień nad Wisłą. Niektórzy z nich, jeśli zostali ranni podczas tych robót, byli kierowani potem do naszego szpitala. Wobec stałego napływu rannych zaczyna nam w szpitalu brakować łóżek i pościeli. Prosimy więc dr. Hartlieba o pozwolenie udania się do Szpitala św. Łazarza na ulicę Karolkową w celu poszukania sprzętu szpitalnego. Zabieramy wóz zaprzężony w konia i pod konwojem żołnierza niemieckiego udajemy się w drogę. Jedziemy Wolską. Na skrzyżowaniu z Młynarską mijamy resztki rozwalonej barykady.

            Wkraczamy na teren wypalonego szpitala. Budynki od ulicy Wolskiej i w środku terenu są spalone. Na podwórzu i w piwnicach walają się szkielety popalonych zwłok. Wśród porozrzucanych sprzętów szpitalnych i resztek bielizny na podwórzu znajduję marynarkę mojego przyjaciela, dr. Mieczysława Justyny, w kieszeni marynarki tkwi jego legitymacja szpitalna. Nie ma już teraz żadnej wątpliwości, że zginął. Budynek główny, stojący na rogu ulicy Leszno i Karolkowej, nie jest spalony. Wchodzimy do dawnego oddziału urologicznego. Ze smutkiem patrzę na porozbijane szafy i na porozrzucane skarby: cystoskopy, słoiki z katgutem, ampułki uroselectanu, które oszczędna felczerka, instrumentariuszka oddziału, p. Janina Hutkiewiczowa, tak pieczołowicie przed nami, asystentami, przez wiele lat chroniła, wydzielając je z aptekarską oszczędnością. Widzę podeptane, z powyrywanymi kartkami, piękne książki urologiczne, tak skrzętnie przeze mnie podczas okupacji skupowane w „Deutsche Buchhandlung”. Wspaniałe ilustrowane tomy „Gynekologische Urologie” Stoeckla. Kwaterujący w tym budynku własowcy porozciągali je po całym szpitalu, delektując się widocznie ginekologicznymi ilustracjami. Zaglądamy ostrożnie z moim towarzyszem p. Jurkiem do ich kwater i, korzystając z ich nieobecności, zabieramy rower i wspaniały kożuch, taki, jakie Niemcy wysyłali swoim żołnierzom na front wschodni. Przynajmniej w ten sposób mścimy się. Zabrane rzeczy ukrywamy szybko pod materacami, których całą furę stąd wywozimy. Wyprawę powtarzamy jeszcze kilkakrotnie, zabierając co się da z wyposażenia szpitalnego. Ratuje to nas na pewien czas w naszej trudnej sytuacji zaopatrzeniowej.

            W tym czasie zamieszkał w naszym szpitalu dowódca jednej z grup SS, atakujących Warszawę, sturmbahnführer Oskar Dirlewanger. W jego ordynansie rozpoznałem podoficera, który w pamiętnym dniu 5 VIII przyniósł nam ową zupę. Pewnego dnia byłem świadkiem, jak ordynans wyniósł na korytarz olbrzymią walizę, wyładowaną srebrnymi sztućcami, i pod kierunkiem Dirlewangera zaczął je segregować.

            W połowie sierpnia stan naszego pacjenta ks. Niczyperowicza pogorszył się znacznie. Wobec tego zdecydowaliśmy się na wykonanie transfuzji. Tak szczęśliwie złożyło się, że tę samą grupę krwi miała siostra szarytka Julia Jankowska ze Szpitala Wolskiego. Wykonana transfuzja znacznie wzmocniła rannego i pozwoliła mu na przetrwanie najgorszego okresu. Choroba księdza ciągnęła się długie miesiące i dopiero po skończonej wojnie doc. Władysław Ostrowski zlikwidował mu operacyjnie ropniak opłucnej, który wytworzył się jako powikłanie rany.

            W czwartek 17 VIII mieliśmy miłą wizytę dr. Woźniewskiego, który skorzystał z okazji transportu do naszego szpitala chorych na czerwonkę i odwiedził nas. Wymieniamy gorączkowo informacje. Około 25 VIII dr Manteuffel otrzymał wiadomość, że żona jego i córeczka żyją i znajdują się w Morach pod Warszawą. Wobec tego, po uzyskaniu przepustki od dr. Hartlieba, dr Manteuffel odjechał do rodziny. Jestem teraz sam. Ledwie mogę podołać nawałowi pracy chirurgicznej wobec olbrzymiego napływu rannych z transportów, opuszczających Warszawę. Ulicą Wolską od wczesnego ranka ciągną tysiące ludzi, wynędzniałych, chorych, ledwie trzymających się na nogach. Dr Kubica organizuje pierwszą pomoc i w bramie szpitala ustawia pielęgniarki, które przede wszystkim dostarczają spragnionym kawy i wody. Ale z tym mamy również kłopoty, bo wody brak.

            Teren Szpitala św. Stanisława sąsiadował z fabryką tapet i papierów znanej firmy „Franaszek”. W dniu 5 VIII Niemcy wpadli na teren fabryki i wymordowali całą tam zgromadzoną ludność, a fabrykę spalili. W drugiej połowie sierpnia pracownicy naszego szpitala zauważyli, że wysoko, w resztkach wypalonych murów fabrycznych ukrywają się jacyś ludzie. Spróbowali z nami nawiązać kontakt, trwało to kilka dni, gdyż ukrywający się bali się zdradzić swoją kryjówkę przed Niemcami. Wreszcie któregoś wieczoru jeden z nich zdecydował się opuścić schronienie i przemknął się chyłkiem do szpitala. Natychmiast wzięliśmy go na salę opatrunkową i dokładnie zbadali. Nie był ranny, jedynie wygłodzony i spragniony. Opowiedział nam, że podczas rzezi kilkanaście osób zdołało się ukryć i w ten sposób ocaleli, zmieniając ciągle swoje kryjówki. Żywili się resztkami znalezionej żywności. Najbardziej dokuczał im brak wody i to zmusiło ich do nawiązania z nami kontaktu dopiero teraz, gdy zorientowali się, że w szpitalu są Polacy. Początkowo myśleli, że cała obsada szpitalna jest niemiecka. Uratowanego nakarmiliśmy i napoili. Aby go zaś uchronić przed Niemcami, założyłem mu na podudzie gips, pozorując złamanie. W ciągu najbliższych dni ściągnęliśmy z terenu „Franaszka” pozostałych, w podobny sposób umieszczając ich jako pseudo–rannych w szpitalu. Byli oni rzeczywiście cudem uratowani. Przez trzy tygodnie przeszło żyli w niepewności będąc naocznymi świadkami dokonywanych mordów i zniszczeń.

            Od przechodzącej ludności dowiadujemy się, jakie dzielnice zostały już opanowane przez Niemców. W pierwszych dniach września zaczynają iść mieszkańcy Starówki. Otrzymujemy więc rannych z tej dzielnicy. Stan ich jest straszny: pokryci pyłem ceglanym, gdyż często byli odgrzebywani z gruzów po nalotach, z brudnymi opatrunkami przedstawiają obraz krańcowego wyczerpania. Wśród nich jest kilku żołnierzy Armii Ludowej. Proszę ich, aby nie zdradzali się przed Niemcami ze swoją przynależnością, gdyż grozi im to większym niebezpieczeństwem. Wśród rannych ze Starówki znajduję zaprzyjaźnionego ze mną od lat studenckich Adama Słomczyńskiego, historyka i archiwistę. Ma on uszkodzenie czaszki i liczne rany szarpane na całym ciele, z nich największa na przedramieniu i w dole podkolanowym. Został ranny odłamkami bomby. Trzeba mu robić trepanację. Ze względu na straszne warunki aseptyki obawiam się, aby po operacji nie wystąpiło zapalenie opon mózgowych. Stan jego jest ciężki. Wraz z nim przybyła jego żona, a moja koleżanka, dr Helena Witkowska–Słomczyńska, która jako lekarka (dr Magdalena) pracowała w szpitalach powstańczych na Starówce. Jest w straszliwym stanie psychicznym: bomba, która ciężko poraniła męża, zabiła ich jedynego syna, Marka.

            W jakżeż tragicznych spotykamy się chwilach! Przypominają mi się czasy studenckie, kiedy razem pracowaliśmy w Sekcji Towarzyskiej Koła Medyków i zarabialiśmy imprezami artystycznymi na budowę Domu Medyków, który potem zbudowaliśmy. Jakżeż piękne przeżywaliśmy chwile, ileż mamy wspólnych wspomnień. A dziś ta Warszawa, w której spędziliśmy naszą młodość, ginie, a z nią giną nasze rodziny i nasze domy. Zginie też pewnie Dom Medyków.

            Po operacji Adam gorączkuje długo. Liczne obrażenia, jakim uległ, wymagają długich miesięcy kuracji. Zły stan fizyczny i psychiczny nie wpływa dodatnio na przebieg choroby. Robię, co mogę, aby ich oboje ratować: jego z rozwijającego się zakażenia – ją z tragicznej depresji. Około 8 IX siostra Łaniewska, która rozdawała przechodzącym ulicą Wolską wodę, zauważyła idącą w tłumie żonę dr. Andrzeja Rusina. Mieszkaliśmy z nimi razem w Szpitalu św. Łazarza jeszcze na Książęcej 2 i żyliśmy z nimi bardzo blisko. Doktorowa Rusinowa poinformowała Łaniewską, że moja żona z dziećmi przebywała ostatnio u nich na ulicy Kopernika 14. Kiedy dom ten został zajęty przez Niemców, ludność cywilną wyprowadzono pod eskortą. Prawdopodobnie w tym transporcie iść będzie również moja żona z dziećmi. Siostra Łaniewska poprosiła doktorową Rusinową, aby chwilę zatrzymała się, a sama pobiegła do mnie do sali opatrunkowej, komunikując mi tę niezwykłą wiadomość. Natychmiast wybiegłem, chcąc osobiście usłyszeć potwierdzenie tych radosnych wieści. Niestety, doktorowej Rusinowej już nie zastałem, żandarmi zmusili ją do udania się w dalszą drogę.

            Ponieważ już wtedy wiedzieliśmy, że ludność opuszczająca Warszawę ulicą Wolską zatrzymywana jest zwykle na pewien czas w Kościele św. Wojciecha, a potem kierowana do pociągów na Dworcu Zachodnim, udałem się do dr. Hartlieba i poprosiłem go o pozwolenie wyciągnięcia z tłumu mojej rodziny i zabrania jej do szpitala. Dr Hartlieb dał mi przepustkę i auto sanitarne z szoferem. Podjechaliśmy do Kościoła św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Niestety, nie znalazłem tam tych, których szukałem. Pojechaliśmy wobec tego wzdłuż wlokącego się tłumu na Dworzec Zachodni. Przyglądałem się bacznie, czy nie dojrzę gdzieś znajomych twarzy. Nie znalazłem nikogo! Biegałem jak oszalały po peronach wśród ludzi ładujących się do wagonów i rozpaczliwie nawoływałem żony i córki: – Zosiu! Aniu! Zosiu! Aniu! ... Na próżno! Nikt mi nie odpowiadał.

            Zrozpaczony, ponury, zawiedziony wróciłem do szpitala. Jadąc na dworzec łudziłem się, że może, ach, znajdę, że może uda mi się ich wyrwać z tego zbiedzonego tłumu i zabrać do szpitala, gdzie znajdą jakie takie schronienie i opiekę. Przechowywałem skrzętnie w mojej walizeczce zabrane z domu skromne zapasy żywności, przeznaczając je na chwilę spotkania z nimi. Wracałem sam. Potem całymi dniami rozmyślałem, skąd żona z dziećmi mogła znaleźć się na ulicy Kopernika. Przecież zostawiłem ją u teściów na Szkolnej, gdzie miała opiekę i zaopatrzenie w żywność! Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jakie wędrówki podczas powstania odbywała ludność Warszawy, szukając i nie znajdując bezpiecznego schronienia.

            Gdy Niemcy zajęli Krakowskie Przedmieście, rozpoczęli opróżniać powstańcze szpitale. Pewnego dnia przybył stamtąd długi korowód rannych na noszach, dźwiganych przez przygodnych sanitariuszy. Na czele tego orszaku szedł młody, wysoki, sympatyczny lekarz w okularach, w białym niegdyś i mocno przykrótkim fartuchu, spod którego widać było krótkie, sportowe spodnie i gołe łydki. Twarz jego wydała mi się dziwnie znajoma: – Przepraszam, skąd ja kolegę znam? – zapytałem. – Jestem Andrzej Bogucki – odparł domniemany lekarz i w tej chwili dopiero rozpoznałem w nim ulubionego przez warszawiaków aktora. Towarzyszyła mu żona, artystka śpiewaczka. Ewakuowali oni rannych i chorych z domu starców „Res sacra miser” na Krakowskim Przedmieściu. Wraz z rannymi przybyło kilku lekarzy, a wśród nich internista Edward Górka i okulista dr Jerzy Morawiecki, towarzysz moich przeżyć wojennych z września 1939 r.

            Witam go z podwójną radością, jako dobrego kolegę i jako okulistę, gdyż mam kilku pacjentów z urazami gałki ocznej, z którymi nie wiem, co robić. Dr Morawiecki został zabrany przez Niemców tak, jak stał, bez żadnych rzeczy. I znów, tak jak we wrześniu, ratuję go dzieląc się z nim osobistymi drobiazgami. Przybył również ginekolog dr Roman Borkowski. Będą oni pomagać mi w pracy, gdyż ledwie mogę wydołać nie kończącym się opatrunkom. Szczególnie dużo czasu wymagają poparzeni, których kilkunastu przybyło jeszcze na początku sierpnia. Między nimi byli ojciec i brat koleżanki, dr Bronisławy Migdalskiej, lekarki Szpitala św. Stanisława. Przybyła ona wraz z nimi i pracuje razem z grupą kolegów internistów. Wśród ciężko rannych mam jeszcze jednego księdza, kapelana powstańców, ciężko poranionego podczas nalotu na Starówce. Jest to ks. Henryk Szklarek–Trzcielski. Między innymi ma olbrzymią ranę szarpaną połączoną ze złamaniem lewej żuchwy. Utrudnia mu to mowę i odżywianie.

            Czasami udaje mi się wpaść na chwilę do Szpitala Wolskiego. Pracuje w nim obecnie obsada lekarska Szpitala Dziecięcego im. Karola i Marii oraz lekarze przybyli z innych szpitali. Na czele Szpitala Wolskiego stoi dr Zbigniew Woźniewski. W dniu 5 VIII, kiedy wszyscy zostali wypędzeni, dr Woźniewski pozostał w szpitalu sam, zatrzymany przez Niemców przy chorej reichsdeutschce, która leżała u niego na oddziale od dłuższego czasu. Wieczorem, kiedy pożar z sąsiednich domów przerzucił się na szpital, dr Woźniewski z jedną szarytką i dwiema salowymi, które nie opuściły oddziału, ugasił ogień. Noc spędził na niesieniu pomocy ciężko rannym i chorym.

            Następnego dnia od rana z jedną pielęgniarką i dwiema salowymi starał się zapewnić rannym niezbędną opiekę i wyżywienie. Los postawił go na czele szpitala pełnego rannych, których trzeba było nakarmić i leczyć! W tej tragicznej sytuacji dr Woźniewski stanął na wysokości zadania i podołał ciężkim obowiązkom, jakie na niego spadły. Dzięki jego osobistej odwadze, energii i przemyślności ocalał Szpital Wolski, a z nim setki rannych i chorych. Zorganizował nad nimi opiekę lekarską i pielęgniarską. Kolosalne wyczucie sytuacji, płynna niemczyzna, wielka śmiałość w pertraktacjach z Niemcami i zaskakująca ich pewność siebie pozwoliły mu na zapewnienie szpitalowi prymitywnych warunków bezpieczeństwa, a w okresie ewakuacji ludności z Warszawy uratowały setki ludzi, wyciągniętych z transportów dzięki jego sprytowi i odwadze. Wśród uratowanych było wielu ludzi nauki i sztuki, pisarzy, znanych lekarzy, naukowców i profesorów. Wśród szalejącego zniszczenia Szpital Wolski stał się względnie bezpieczną wyspą dla warszawskich rozbitków.

            Dr Woźniewski otrzymał od Niemców jako honorarium za leczenie ich konia i wóz. Wyjeżdżał zatem do miejscowości podwarszawskich Pruszkowa, Ożarowa, Babic celem zdobycia żywności dla szpitala. Wracając z jednej z takich wypraw 9 IX przywiózł do szpitala dr. Manteuffla z żoną, dr Barbarą Kampioni, i córką Basią. Odtąd znów mogłem korzystać z konsultacji dr. Manteuffla, prosząc go o pomoc w trudniejszych przypadkach. Powrót dr. Manteuffla z rodziną do ginącej Warszawy, z której każdy z nas pragnął jak najprędzej się wydostać, był jeszcze jednym dowodem jego niezwykłej odwagi i poczucia obowiązku.

            Ciągle nic nie wiem o mojej rodzinie, myśl o nich nie daje mi spokoju. Wśród rannych mam małe dzieci. Niektóre z nich musiałem operować. Jedno z nich ranne odłamkiem bomby to mała, śliczna dziewczynka z pięknymi blond lokami, żywo przypominająca mi moją córeczkę, Anię. Do szpitala trafiła wraz ze swoją matką, również ranną. O ojcu nic nie wiedzą. Opatrując to dziecko nie mogę powstrzymać się od łez. Nie mogę myśleć o mojej rodzinie. Rozpaczliwe myśli staram się odsunąć gorączkową pracą, dzień i noc niosąc pomoc rannym. Wierzę, że za tę pracę Bóg zachowa mi moich bliskich.

            Tymczasem nic nie przemawia za tym, aby walka miała się skończyć szybko. Śródmieście broni się ciągle. Dymy pożarów nie pozwalają na rozróżnienie poszczególnych, znanych przedtem obiektów. Wydaje się, że to, co się jeszcze broni, jest jednym wielkim skupiskiem ognia. W połowie września coraz częściej daje się słyszeć artyleria sowiecka i wreszcie pojawiają się sowieckie myśliwce, odpędzając bezkarnie dotąd hulające niemieckie Stukasy. Zaczyna w nas wstępować otucha. 18 IX przeżywamy wielki nalot amerykańskich samolotów zrzucających zaopatrzenie. Kiedy pojawiły się pierwsze fale samolotów i na niebie poczęły rozwijać się spadochrony, byliśmy przekonam, że to oczekiwany od początku powstania desant. Oszaleliśmy z radości! Niemcy początkowo również myśleli, że to desant. Padła na nich trwoga. Wszyscy Niemcy, znajdujący się na terenie szpitala, gorączkowo poczęli ostrzeliwać samoloty i spadochrony. Rozpoczęła się straszliwa kanonada. Wkrótce radość nasza ustąpiła miejsca rozczarowaniu: okazało się, że są to zasobniki z bronią i zaopatrzeniem, których większość spadła na tereny zajęte przez Niemców. Nadzieja szybkiego uwolnienia skończyła się zawodem. Pod koniec września po upadku Czerniakowa wśród rannych znalazło się kilku berlingowców. Z ciekawością wypytuję ich o nasze wojsko, o którym wtedy tak mało wiedzieliśmy. Ich śpiewny akcent wskazuje na kresowe pochodzenie.

            25 września operowałem w asyście koleżanki Łozianki rannego powstańca, Stanisława Jaskulskiego, lat 28, byłego marynarza. Wraz ze swoją żoną, która go pielęgnowała, przybył po upadku Starówki i oprócz licznych, drobnych ran na całym ciele miał w okolicy podobojczykowej prawej dużą ranę szarpaną, która oczywiście w ówczesnych warunkach musiała ulec zakażeniu. Wytworzyła się rozległa ropowica i po pewnym czasie rana zaczęła obficie krwawić. Krwotok nasilał się i stał się niebezpieczny dla życia. Sądząc, że to krwawi uszkodzona tętnica podobojczykowa (arteria subclavia), postanowiłem ją podwiązać. Groziło to jednak utratą prawej kończyny górnej, o czym musiałem poinformować rannego i jego żonę. Byli zrozpaczeni! Utrata ręki oznaczała koniec jego kariery marynarskiej i pracy na morzu, o których przez cały czas okupacji marzył i o które walczył.

            Z ciężkim sercem przystępowałem do operacji. Podobną wykonałem już raz w szpitalu polowym we wrześniu 1939 r. Wynik był fatalny! I tu na stole operacyjnym miałem młodego, rosłego chłopa, wyniszczonego trudami walki i chorobą, ale który miał szansę po wojnie pływać po morzach. Amputować mu prawe ramię? Straszne! Rozpoczynam operację! Trudno mi orientować się wśród zmienionych, ropnych tkanek. Preparuję ostrożnie, obawiając się, że lada chwila bluźnie śmiertelnym strumieniem krew z tętnicy podobojczykowej. W uszach brzmi ciągle błagalna prośba pacjenta: – Panie doktorze! Niech pan mi nie ucina ręki! Krwawi cała powierzchnia zmienionej zapalnie rany, a poza tym skądś wydobywa się świeża, tętnicza krew. Z trudem daję sobie radę. Chcę jak najprędzej dotrzeć do tętnicy i podwiązać ją, gdyż pacjent wykrwawi się. W trakcie powolnego preparowania znajduję nagle dość dużą gałązkę tętniczą, energicznie tryskającą krwią. Ostrożnie podkłuwam ją. Tętnicze krwawienie ustało. Oddycham z ulgą! (W notatkach mam zapisane, że podwiązałem arterię thoraco–acromialis.) Zakładam opatrunek i ustalam kończynę na szynie odwodzącej. Leczenie trwało wiele tygodni, ręka została jednak uratowana, pacjent wyzdrowiał!

            W rok potem 25 IX 1945 r., kiedy po skończonej wojnie znów pracowałem w Szpitalu Wolskim, zawiadomiono mnie, że jakiś pan chce się ze mną widzieć. Wyszedłem z sali operacyjnej i zobaczyłem czekającego na mnie, wysokiego, mocno zbudowanego, młodego mężczyznę z kwiatami w ręku. Spojrzałem na niego pytająco. – Panie doktorze! Pan mnie nie poznaje? Ta ręka ... Panu ją zawdzięczam. Jaskulski ... z Gdańska. Przyjechałem podziękować w rocznicę operacji! – i łzy poczęły mu płynąć po twarzy. Uściskaliśmy się serdecznie.

            W ostatnich dniach września po upadku Żoliborza otrzymaliśmy następną partię rannych. Ludność Żoliborza nie jest tak wymęczona, jak mieszkańcy Starówki i ranni nie są w tak opłakanym stanie, jak ranni stamtąd. Między rannymi spotkałem panią Jadwigę Gorzechowską z córeczką. Była to żona sławnego z udziału w organizowaniu ucieczki dziesięciu z Pawiaka, pułkownika Jura–Gorzechowskiego. Obie były ranne i musiałem je operować.

            Od dłuższego czasu kierownik administracyjny Walczak wyjeżdżał kilka razy w tygodniu końmi do Pruszkowa po żywność. Przy okazji wywoził po kryjomu po 2–3 osoby lżej ranne lub rekonwalescentów, którzy ulatniali się przed Pruszkowem, unikając w ten sposób obozu. Pewnego dnia miał zabrać moją małą sympatyczną blond pacjentkę z matką. Stan ich poprawił się na tyle, że mogły opuścić szpital. W przeddzień wyjazdu matka przyszła do mnie i rozwinąwszy małe zawiniątko pełne biżuterii prosiła, abym sobie coś z tego wybrał. W ten sposób chciała odwdzięczyć się za doznawaną opiekę. Odmówiłem. Wtedy ona poczęła mnie prosić i przekonywać, że po wyjściu z Warszawy będę musiał z czegoś utrzymać moją rodzinę. I tym razem odmówiłem. Przez cały okres powstania nie pamiętałem o stronie materialnej życia, zapomniałem o tym, że istnieją i są potrzebne pieniądze. Kiedyś przechodząc ulicą Wolską widziałem porozrzucane banknoty ówczesnych „młynarek”. Nie przyszło mi na myśl, by je podnieść. Nazajutrz zapomniałem o propozycji matki mojej małej pacjentki. Kiedy późnym wieczorem po całodziennej pracy uświadomiłem sobie, że matka i córka prawdopodobnie dziś z rana już odjechały, przykro mi się zrobiło, że opuściły szpital bez pożegnania ze mną. Następnego dnia z rana kierownik Walczak wręczył mi duży, dwukopertowy, złoty zegarek z długą, ciężką dewizką i powiedział: – Panie doktorze! Pani z córeczką przesyła to panu. Przepraszają, nie pożegnały się, ale bały się, że pan znów odmówi przyjęcia tego daru! Zostałem więc postawiony wobec faktu dokonanego. Nie wiedziałem wtedy, że pieniądze za ten zegarek uratują nas w okresie popowstaniowej nędzy.

            1 i 2 października uderzyła nas dziwna cisza. Strzelanina we dnie ustała, aby nocami wybuchnąć ze wzmożoną siłą. 3 X dowiadujemy się o kapitulacji. Usiłuję dotrzeć do Śródmieścia. Dochodzę ulicą Chłodną aż w okolicę placu Żelaznej Bramy, skąd własowcy mnie odpędzają. Po powrocie do szpitala zastaję wiadomość, że żona moja i dzieci żyją! Nazajutrz wybieram się razem z kolegą Kuleszą do Śródmieścia inną drogą: przez Dworzec Zachodni, plac Narutowicza, Wawelską, idąc pod prąd ludności, opuszczającej Warszawę, dotarliśmy do barykady zamykającej ulicę 6 Sierpnia między Politechniką a Szpitalem Okręgowym. Z jednej strony barykady stoją posterunki niemieckie, z drugiej – polskie. Patrzę zdumiony. Wreszcie po wielu tygodniach męki widzę żołnierza AK, nie poniżonego, bitego i pędzonego na śmierć, ale stojącego dumnie, dobrze wyekwipowanego, z pistoletem maszynowym i biało–czerwoną opaską na rękawie.

            Z trudem przedzieram się przez barykady, wykopy, ruiny i wreszcie docieram na ulicę Piusa XI 3. Dom stoi! Wpadam do naszego mieszkania. Pusto! Nie ma nikogo! Drzwi stoją otwarte, szyby powybijane, w pokojach pełno szkła i porozrzucanych rzeczy. W jadalnym pokoju na ścianie znajduję wiszącą kartkę, napisaną przez żonę: „Nie niszczcie książek i zabawek, prosi żona lekarza, który zawsze miał na celu najpierw dobro ludzi, był ideałem człowieka i lekarza, a teraz jest gdzieś daleko od żony i dwojga maleńkich dzieci, które idą na straszną tułaczkę. Żegnam miejsce, gdzie byłam szczęśliwa, reszta w rękach Boga, który jest miłosierny!” Od mieszkańców domu dowiaduję się, że żona wraz z dziećmi i rodzicami wyszła z Warszawy w dniu 3 X po ogłoszeniu kapitulacji. Dokąd poszli? Rozglądam się bezradnie po mieszkaniu. Wszystko stoi na miejscu: moje książki, szafy pełne ubrań i bielizny, kredens. Zaczynam szukać mojego dyplomu lekarskiego, nie mogę go znaleźć. Widocznie zabrała go żona. Zabieram albumy z fotografiami dzieci. Patrzę ze smutkiem na książki, których nie mogę zabrać. Biorę do ręki ulubioną „Traité d’urologie” profesora Georges’a Mariona z dedykacją autora dla mnie. Pamiątka z pierwszego pobytu w jego klinice urologicznej w Paryżu. Wyrywam i zabieram z sobą kartkę z dedykacją. Do worka pakuję pośpiesznie nieco bielizny, przede wszystkim dla dzieci. Biorę to na plecy i z ciężkim sercem opuszczam mieszkanie.

            Na ulicy spotykam się z dr Kuleszą i rozpoczynamy powrót do naszego szpitala. Początkowo wszystko było dobrze aż do Dworca Zachodniego, dopóki szliśmy z ludźmi opuszczającymi Warszawę. Potem, kiedy ludzie zostali na dworcu, a my przeszedłszy tory zaczęliśmy iść ulicą Bema i Wolską do miasta, w kierunku szpitala, co parę kroków byliśmy zatrzymywani przez patrole żandarmerii. Niemcy nie mogą zrozumieć, po co tych dwóch ludzi w białych, brudnych fartuchach, uginających się pod ciężkimi workami, idzie do miasta, z którego wszyscy już wychodzą. Początkowo szczegółowo wyjaśniałem, że jesteśmy lekarzami i wracamy do swego „Seuchenkrankenhaus”. To magiczne słowo „szpital zakaźny” zawsze jest przez nich respektowane. Kiedy jednak patrole stają się coraz częstsze i tłumaczenie zabiera nam zbyt wiele czasu, na ich pytania w ogóle nie odpowiadam i, mijając, krzyczę w ich stronę słowa znanej z gimnazjum ballady: – Nach Frankreich zogen zwei Grenadiere, die waren in Russland gefangen ... Skąd mi to do głowy przyszło i, co ciekawsze, dlaczego to pomaga, gdyż Niemcy nas przepuszczają – nie wiem!

            Wieczorem tego dnia zanotowałem z myślą o żonie i dzieciach:

            „Warszawa dnia 4 X 44 r. godz. 22.30

w Szpitalu św. Stanisława, Wolska 37.

 

            1 VIII – 3 X 1944 r. Dziś byłem w naszym mieszkaniu na Piusa. Przeczytałem Twoją kartkę i zapłakałem. Zrozumiałem, ileś przeszła przez te dziewięć tygodni powstania, ileś musiała znieść przy opuszczaniu naszego mieszkania.

            Zosiu! Aniu! Stasiu! od 1 VIII – 3 X 44 nie wiedziałem o Was prawie nic, czy żyjecie jeszcze, czy nie zginęliście z głodu lub od samolotów, które obserwowałem codziennie, rzucające setki bomb na Was! Czy jeszcze żyjecie?

            Drodzy moi! Dwa miesiące męki niepokoju o Was, dwa miesiące udręk myśli o Waszej nędzy, walki, niepewności, czy żyjecie, czy Was jeszcze ujrzę! Wczoraj dowiedziałem się, że żyjecie i że wyszliście z Warszawy. Dziś byłem na Piusa. Dziś myślę, że za parę dni Was zobaczę! Czy znajdę Was żywych, zdrowych, całych w tym piekle wojny?”

 

            W następnych dniach udało mi się wraz z dr. Kubicą dojechać końmi aż do barykady na ul. 6 Sierpnia, naprzeciwko szpitala. Tu zostawiliśmy furę, a sami udaliśmy się do Śródmieścia w poszukiwaniu leków i materiałów opatrunkowych dla naszego szpitala. Odwiedziliśmy szpital powstańczy na ul. Mokotowskiej, gdzie znajduję mojego przyjaciela, znanego aktora, Henryka Borowskiego. Jest ranny w kark. Spotykam również dr. Felicjana Lotha, którego namawiałem, aby nie szedł do niewoli, a jechał z nami do Szpitala Wolskiego, do dr. Manteuffla, którego zna dobrze z czasów, gdy dr Manteuffel pracował w Zakładzie Anatomii jako asystent prof. Edwarda Lotha. Dr Loth przyjmuje moją propozycję. Spotykam również znanego z czasów Koła Medyków kolegę Tadeusza Ogórka, który zdecydował się na pójście do niewoli. Jest on w mundurze podporucznika, ale brak mu czapki. Proponuję, aby udał się ze mną do mojego mieszkania, gdzie mam cały mundur oficerski. Tak więc jeszcze raz wpadam na chwilę do naszego mieszkania, a potem z dr Kubicą biegniemy na chwilę na ulicę Wspólną, gdzie mieszka moja ciotka, Elżbieta Seroczyńska. Nie zastajemy nikogo. Na ulicy natomiast znajdujemy porzuconą staruszkę, którą wynosimy na plac Trzech Krzyży, gdzie gromadzono chorych. Miasto pustoszeje. Ludności cywilnej już niewiele. Po ulicach krążą patrole złożone z żołnierzy AK i Niemców. U wylotu ulicy Śniadeckich napotykamy oddziały AK szykujące się do wyjścia z miasta. Wracamy do szpitala. O rodzinie nic bliższego nie dowiedziałem się. Dalej mam zapisane w moim notatniku:

 

            „7 X 44. Drodzy moi! Gdzie jesteście? Czy prędko i czy w ogóle Was zobaczę? Myślę, że może jesteście w Milanówku u Sewera Bobrowskiego, i nie mogę do Was dotrzeć. Trzeci miesiąc pracuję wśród rannych, wygłodniałych, nerwowo wyczerpanych ludzi, którym muszę dać pomoc lekarską i duchową. Stargane ich nerwy szukają u mnie oparcia, ja mam dać im zdrowie i pocieszenie, którego sam nie mam. Trzeci miesiąc przeżywam golgotę Warszawy!

            Zochno moja kochana! Teraz widzę, jak mi Ciebie brak! Ucichły odgłosy walki o Warszawę, z dala dobiega stłumiony huk dział frontu wschodniego, nad szpitalem przelatują samoloty sowieckie, witane gęstymi salwami niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Dziś pracowaliśmy od godziny 7 rano z krótką przerwą na obiad aż do późnego wieczora. Trzeci miesiąc! 11 X 44. Nareszcie wiem, gdzie jesteście! Koleżanka Pecynianka odnalazła Was w Piotrkowie u Stasia Różyckiego, który, niestety, jest aresztowany. Dwie wieści: jedna radosna – o Was, druga smutna – o Stasiu. Że też radość nigdy nie może być pełna!”

 

cdn

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82