Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Chirurg i wojna CZ.1

Stefan WESOŁOWSKI

 

CHIRURG I WOJNA

 

            We wtorek 1 VIII 1944 r. byłem lekarzem dyżurnym oddziału chirurgicznego. Przed południem dr Marian Piasecki spotkał dr. Leona Manteuffla i mnie na korytarzu szpitalnym i zatrzymawszy się przy nas szepnął: – Dziś o piątej powstanie, bądźcie w szpitalu.– Staliśmy oniemiali przy oknie wychodzącym na ulicę Górczewską. Widać było stąd mury fabryki, pod którymi w dniu 23 XII 1943 r. odbyła się egzekucja. Ukryci wtedy na strychu szpitalnym, gdyż Niemcy strzelali do okien zauważywszy ludzi przyglądających się egzekucji, patrzyliśmy przerażeni i odrętwiali z bólu, jak Niemcy ustawili pod ścianą rząd więźniów ze związanymi rękami i zalepionymi gipsem ustami i rozstrzelali ich. Salwa plutonu egzekucyjnego wywołała u mnie bolesny skurcz wstrzymujący akcję serca, przez chwilę wydawało mi się, że ginę razem z mordowanymi pod murem. Ciężko zwaliły się ciała rozstrzelanych. Oficer podszedł do nich i, kopiąc butem, sprawdzał, czy jeszcze żyją. Ruszających się dobijał strzałem z rewolweru. Inni więźniowie, ciągnąc bezwładne ciała za ręce i nogi, powrzucali je do ciężarówek, które odjechały. Za nimi odjechali Niemcy. Byliśmy pełni bólu, żalu, uczucia poniżenia i bezsilności i myśleliśmy, kiedy nadejdzie chwila odwetu, kiedy nadejdzie dzień, w którym Warszawa zapłaci wrogom za Wawer, Pawiak, Aleję Szucha i publiczne egzekucje. I oto teraz patrzyłem na to samo miejsce, na którym ginęli nasi bracia, i myślałem, że nadszedł dzień odwetu.

            Poprosiłem dr. Manteuffla, żeby mnie zwolnił na kilka godzin, gdyż chciałem iść do domu i pożegnać rodzinę. Mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Piusa XI nr 3 (Pięknej). Z domu zabrałem trochę bielizny, kawałek boczku i księgę pamiątkową, w której notowałem ważniejsze wydarzenia w naszej rodzinie. Zapakowaliśmy to z żoną do maleńkiej walizeczki, z którą wyruszałem już raz na wojnę 31 VIII 1939 r., a która dziwnym trafem ocalała, i udaliśmy się do rodziców żony na ul. Szkolną 1. Tam były nasze dzieci: Ania, licząca wtedy 3 lata i 4 miesiące i Staś – 10 miesięcy. Po drodze wstąpiłem jeszcze do mieszkania mojego dawnego szefa, dr. Wacława Lilpopa przy ul. Nowogrodzkiej 27, gdzie znajdowała się jego małżonka, lekarz stomatolog, Wanda Lilpopowa. Dr Lilpop był wtedy chory i od paru miesięcy przebywał w Podkowie Leśnej. Pani doktorowa pozostawała w Warszawie, mając cały czas zajęty usiłowaniem uwolnienia dwudziestoletniego, jedynego syna, którego Niemcy aresztowali w ramach represji po zamachu na Kutscherę. W pośpiechu wpadłem do niej: – Pani doktorowo! proszę natychmiast wyjechać do Podkowy, gdyż o piątej zaczyna się powstanie!

            Kolejka elektryczna odchodziła wtedy z Nowogrodzkiej tuż przy Marszałkowskiej, tak że z mieszkania doktorostwa Lilpopów było do stacji dosłownie parę kroków. – Nie mogę, proszę pana, właśnie dziś o piątej ma przyjść jeden pan, który ma mi przynieść pewne wiadomości o Staszku! Naprawdę nie mogę – odparła doktorowa. Jeszcze kilkakrotnie ponawiałem prośby o niezwłoczny wyjazd, niestety, próżne były moje namowy. Biedna matka dręczona niepokojem o syna, w tym czasie już nieżyjącego, gdyż zamordowany został w ulicznej egzekucji, od miesięcy łudzona przez różnych spryciarzy, którzy w tym czasie z nieszczęścia ludzkiego zrobili sobie korzystny proceder, nie chciała zrezygnować z cienia nadziei. Jakże gorzko za to odpokutowała. Ciężko ranna w staw kolanowy przeszła całą gehennę powstania, przenoszona z jednej piwnicy do drugiej, z jednego pseudoszpitala do drugiego, aby wreszcie po wielu tygodniach, gorączkująca, w zakażeniu ogólnym, znaleźć się wspólnie z mężem w Podkowie Leśnej.

            Zasmucony nieudanymi usiłowaniami udałem się do teściów. Pożegnałem ich, ucałowałem leżącego w wózku synka i pobiegłem do tramwaju. Odprowadziła mnie żona z Anią, która nucąc coś wesołego podskakiwała na jednej nodze, potrząsając cudnymi blond lokami. Ten widok szczęśliwego, pięknego dziecka, wesoło podskakującego wśród pełnej niepokoju ulicy, pozostał mi w oczach przez cały czas powstania. Wskoczyłem do tramwaju na Marszałkowskiej przy Świętokrzyskiej. Nastrój pasażerów w tramwaju był odzwierciedleniem nastroju panującego od paru dni w Warszawie, kiedy przez miasto zaczęły przeciągać w popłochu i nieładzie cofające się wojska niemieckie. Była to radość z klęski wroga i przeczucie zbliżającej się wolności! Niemców w tramwajach prawie nie widziało się, konduktorzy coraz rzadziej wydawali pasażerom bilety, inkasując opłatę za przejazd do własnego użytku. W tramwaju panował niefrasobliwy nastrój ogólnej życzliwości.

            – Panie konduktorze! Dokąd idzie ten wagon?

            – A dokąd pan chcesz, żeby szedł, panie szanowny?

            – Na Wolę!

            – Na Wolę? Proszę bardzo! Panowie! Kto na Wolę? – przeprowadził błyskawiczną ankietę konduktor. Większość rąk podniosła się do góry.

            – Panowie! Kto ma Żoliborz, wysiadać! Jedziemy na Wolę – zadecydował konduktor i tramwaj, który powinien iść na Żoliborz, skręcił w lewo Królewską, a potem Graniczną. Jechaliśmy szybko Chłodną, Wolską. Ulice pustoszały. Przemykali się pośpiesznie nieliczni przechodnie, wśród nich wielu młodych ludzi. Czuć było w powietrzu niepokój. Około godziny czwartej po południu dotarłem do Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej 26. Zainstalowałem się na drugim piętrze oddziału chirurgicznego, w sympatycznym pokoiku nr 18, którego okna wychodziły na ul. Górczewską, drzwi zaś znajdowały się naprzeciwko służbowego mieszkania dr. Manteuffla, mieszczącego się po drugiej stronie korytarza.

            W szpitalu zgromadzonych było wielu lekarzy, pielęgniarek i personelu pomocniczego. Nad porządkiem czuwał dyrektor szpitala, dr med. Marian Piasecki. Zwiększył on obsadę izby przyjęć i oddziałów wewnętrznych, licząc się z możliwością kładzenia rannych nie tylko na chirurgii. Na korytarzu spotkaliśmy prof. Janusza Zeylanda, który podzielił się z nami niezbyt pocieszającymi wiadomościami, że pod Wołominem Rosjanie zostali odepchnięci przez świeżo przybyłe niemieckie dywizje pancerne. W złym momencie rozpoczyna się powstanie. Wkrótce po czwartej rozległy się pojedyncze strzały. Zaczęło się ... Pomału strzelanina zaczęła narastać.

            Natychmiast po moim przybyciu dr Manteuffel zakomunikował mi, że trzeba zoperować chorego, który został dziś z rana przyjęty z powodu zupełnego zatrzymania moczu, wywołanego całkowitym zwężeniem cewki. Kiedy więc rozległy się pierwsze strzały powstańcze, ja – jak na ironię – wykonywałem typową operację urologiczną, otwarcie pęcherza (cystostomia). Pomyślałem sobie, że to jakieś fatum urologiczne. W tak wzniosłym momencie, kiedy Warszawa zerwała się do walki o wolność, wykonywać tak prozaiczną operację pacjentowi, u którego zwężenie cewki wystąpiło na skutek jakichś dawnych grzechów młodości.

            Wieczorem zaczęli przybywać pierwsi ranni. Początkowo były to rany niegroźne, powierzchowne, styczne postrzały, nieznaczne skaleczenia odłamkami. Udzielaliśmy pierwszej pomocy. Pracy na razie było niewiele. Całą noc trwała strzelanina. Spaliśmy snem niespokojnym, powierzchownym, budząc się co chwila i nasłuchując odgłosów walki i nawoływań ludzi budujących barykady na ul. Górczewskiej, jedną na wysokości ul. Płockiej, drugą w przedłużeniu Działdowskiej. Drugiego sierpnia walki nasiliły się. Niemcy sprowadzili pociąg pancerny, który jeżdżąc po torze kolejowym na przejeździe ponad Górczewską rozpoczął ostrzeliwanie naszych barykad. Tego dnia również zjawiły się czołgi, które posuwając się ulicą Wolską i Górczewską rozbiły pierwsze słabe barykady.

            Przed południem zjawili się w szpitalu Niemcy i zażądali trzech lekarzy. Poszliśmy z nimi: profesor Zeyland, dr Manteuffel i ja. Ulicą Płocką doszliśmy do Wolskiej. Na rogu Wolskiej stały czołgi i działa pancerne. Na środku ulicy stał na krześle oficer niemiecki i komenderował: – Ten dom na prawo, wysokość drugiego piętra! Feuer! Widzieliśmy, jak po salwie wali się ściana i powstaje olbrzymia dziura. Niemcy rozmawiali z profesorem Zeylandem i po kilkunastu minutach zwolnili nas mówiąc, że na razie nie będziemy im potrzebni. Z westchnieniem ulgi wracamy do szpitala. Po przejściu drzwi szpitalnych czujemy się bezpieczni.

            Profesor Zeyland pozostaje w izbie przyjęć wraz z dyrektorem Piaseckim, który wziął na siebie ciężki obowiązek przebywania w portierni i w izbie przyjęć. Profesor Zeyland służył mu pomocą jako tłumacz i pomagał segregować rannych. Po południu przedziera się do szpitala dr Zbigniew Woźniewski wraz z żoną, Marysią Gepnerówną, studentką medycyny. Nie bardzo pomyślnie układają się ich pierwsze dni po ślubie, który właśnie odbył się w dniu 31 VII.

            Rannych przybywa coraz więcej, operujemy bez przerwy. W nocy przynoszą do szpitala postrzeloną dziewczynę, z licznymi ranami, operuję ją. Opowiada, że do domu ich, znajdującego się na krańcach Woli, wpadli Niemcy, wyciągnęli wszystkich mieszkańców i przed domem rozstrzelali. Kiedy Niemcy oddalili się, ona korzystając z ciemności wypełzła spod trupów i doczołgała się do szpitala. Jestem wstrząśnięty jej opowiadaniem i tragicznymi przeżyciami. Oto jest niemiecki odwet. Ci, co zdecydowali się rozpocząć walkę, musieli wiedzieć, że tu jest tylko jedna możliwość – zwycięstwo! W przeciwnym razie zginiemy wszyscy. Surowo zakazuję rannej opowiadać o swoich przeżyciach. Niech ludzie zgromadzeni w szpitalu dowiedzą się o swoim losie jak najpóźniej.

            3 sierpnia otrzymujemy coraz więcej rannych. Przybywa nam do pomocy przysłany przez komendę AK dr Włodzimierz Kmicikiewicz, oficer zawodowy, lekarz, wychowanek Szkoły Podchorążych Sanitarnych. Znam go jeszcze z czasów studiów, a mam szczęście spotykać w ciężkich chwilach, gdyż ostatnio spotkaliśmy się w czasie bitwy pod Kutnem we wrześniu 1939. Przez okna wychodzące na Górczewską widzimy doskonale, jak blisko podjeżdżają czołgi i bezkarnie ostrzeliwują naszą barykadę na Górczewskiej przy Działdowskiej. Ogień czołgów wspomagany jest przez pociąg pancerny, który tak celnie wstrzelał się w barykadę, że co strzał, to z barykady znoszą do nas kilku rannych.

            Wreszcie powstańcy zmuszeni są kryć się w sąsiednich domach i piwnicach. Dopadają rowu za barykadą tylko wtedy, kiedy czołgi zbytnio zbliżają się. Sytuacja obrońców barykady staje się coraz trudniejsza. Nie mają czym walczyć z czołgami. Wprawdzie od dziś wśród wystrzałów z barykady rozróżnić można jakiś nowy huk przypominający krótkie trzaśnięcie z bata. Wydaje się nam, że właśnie te strzały powstrzymują zbliżanie się czołgów, które z pewnym respektem trzymają się dziś nieco dalej. A może powstańcy otrzymali karabin przeciwpancerny? Ze smutkiem jednak patrzymy na naszą barykadę. Dzielnych obrońców jest coraz mniej na barykadzie, a coraz więcej w szpitalu.

            3 sierpnia przybywa ze Starówki dr med. Józef Grzybowski, przed wojną profesor chirurgii operacyjnej, a podczas okupacji starszy asystent oddziału chirurgicznego w Szpitalu Wolskim. Wobec tego dr Kmicikiewicz zostaje odkomenderowany do Szpitala im. Karola i Marii, gdzie potrzebują pomocy chirurgicznej. Organizujemy dwa zespoły chirurgiczne, które zmieniają się co 6 godzin: jeden na czele z dr Manteufflem, drugi – z prof. Grzybowskim. Praca operacyjna trwa bez przerwy. Ze względu na narastającą strzelaninę od ul. Górczewskiej przenoszę się z mojego pokoiku nr 18 do pokoju dr. Manteuffla. Pokój ten znajduje się od strony podwórka i jest mniej narażony na ostrzał. Mieszkamy tam we dwóch.

            2 czy 3 sierpnia do akcji wchodzą samoloty niemieckie i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwe piekło. Samoloty hulają bezkarnie, gdyż nic im nie grozi, żadna obrona przeciwlotnicza nie istnieje. Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. Szpital znajduje się pomiędzy liniami walczących. Z jednej strony dochodzą do niego Niemcy, z drugiej – powstańcy. Coraz więcej rannych i coraz więcej ludności cywilnej, która opuściła swoje domy szukając bezpiecznego schronienia i łudząc się, że szpital ją ocali. Zdaję sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa, jakie nam grozi z chwilą, gdy szpital opanują Niemcy.

            Gdzieś w podświadomości tkwi jednak słaba nadzieja, że może dla szpitala mieć będą jakieś względy. Przypomina mi się moment dostania się do niewoli niemieckiej we wrześniu 1939 r., kiedy naprzeciw wkraczającego do naszego szpitala polowego patrolu niemieckiego wybiegli nasi pacjenci – ranni żołnierze i oficerowie niemieccy i chcąc nas wtedy uchronić przed nieprzyjemnościami ze strony zwycięzców, zaczęli krzyczeć: – Das sind unsere Arzte. I poczęli opowiadać, jak to troskliwie nimi zajmowaliśmy się. Pamiętam o tym. Ale wtedy to były jeszcze czasy, kiedy nawet pokonanemu przeciwnikowi okazywano pewną rycerskość. Co będzie dziś? Pamiętam o tym i kiedy 2 czy 3 VIII przyniesiono do szpitala dwóch rannych w mundurach niemieckich, ja się nimi opiekuję. Jednym z rannych jest Niemiec, którego nazwisko pamiętam do dziś: Schliffacke. Drugim jest Ukrainiec.

            Wraz z dr. Manteufflem operuję Niemca. Usuwamy mu kulę z pośladka. Rana nie jest groźna. Ranny jest jednak tak przerażony, że nie można się z nim dogadać. Jest przekonany, że za chwilę będzie rozstrzelany. Mimo powierzchownej rany ciągle jęczy, a zdenerwowanie jego objawia się w krzykach i trosce o żonę. – Oh! meine arme Frau! Uspokajam go, tłumacząc, że nic mu nie grozi, niewiele to pomaga. Opiekuję się nim, aby zrozumiał, że jest w szpitalu i że jest traktowany na równi z naszymi rannymi.

            Nadchodzi tragiczny dzień 5 VIII. Pogoda jest piękna. Od rana strzelanina straszliwa. Rozpoczyna się natarcie niemieckie. Przed południem wpada do szpitala dwóch żołnierzy niemieckich. Zakurzeni, brudni, czarni od dymu, owinięci wstęgami nabojów, pytają o rannych żołnierzy niemieckich. Prowadzę ich do mojego pacjenta, który, jak tylko ich zobaczył, zaczął krzyczeć: – Zabierzcie mnie stąd! O! meine arme Frau! Jeden z przybyłych, niski, chudy, szczupły, o twarzy szczura, uspokajał go: – Nic się nie bój! Wkrótce my tu przyjdziemy, zabierzemy ciebie und das alles wird gesprengt! – Zakończył: – Szpital zostanie wysadzony w powietrze!

            A co z nami? – pomyślałem. Powróciłem do pracy pełen niepokoju i złych przeczuć. Zaraz po obiedzie usłyszałem hałas. Wybiegłem. Na korytarzu roiło się od mundurów niemieckich. Byli to esesmani, a wśród nich dużo o azjatyckim wyglądzie: – Alles raus! Los! Los! Wypędzili wszystkich z sal szpitalnych kierując do holu. Idąc przez korytarz, w momencie kiedy już mieliśmy schodzić na dół, spojrzałem na schody, wiodące ku górze: A może na strych? – pomyślałem. Ale z góry również schodzili Niemcy. – Za późno! Za późno!

            Idziemy do holu, gdzie gromadzą się wszyscy wypędzeni z oddziału i piwnic. Kłębi się tłum ludzi, rannych, personelu. W głębi spostrzegam leżącego na noszach mojego pacjenta Schliffacke, koło niego stoi jakiś oficer. Przepycham się do noszy, nachylam się i mówię do rannego: – Powiedz temu oficerowi, że my ciebie operowaliśmy, powiedz mu, że polscy lekarze opiekowali się tobą. Schliffacke patrzy na mnie nieprzytomnie i jest równie przerażony jak ja.

            Żołnierze wypędzają nas z holu na ulicę Płocką i zaczynają ustawiać w czwórki. Wychodzą ludzie cywilni, mężczyźni, kobiety z dziećmi, siostry szarytki, salowe, grupa lekarzy i lekko rannych. Wśród nich idzie zupełnie nago ranny z ręką na szynie odwodzącej. Kiedy wypędzano chorych, był na sali opatrunkowej, koszuli nie zdążył włożyć, kalesony zgubił po drodze. Zaraz po wyjściu ze szpitala zbliża się do mnie podoficer niemiecki, wydaje mi się, że z wehrmachtu, w okularach, o twarzy bardziej ludzkiej niż wściekłe mordy własowców. Zbliża się i pokazując na nagiego coś do mnie mówi. Nie słyszę słów oficera wśród huków wystrzałów i trzasku palących się domów, ale domyślam się, o co chodzi. Podchodzę do rannego, zdejmuję fartuch lekarski i chcę go okryć.

            – Kolego! Nie oddawajcie fartucha – krzyczy do mnie z tłumu dr Manteuffel. Rozumiem, co ma na myśli. Może ten biały fartuch, symbol pracy lekarskiej, nas ochroni. Ponieważ jesteśmy wzięci wprost z pracy, mam na sobie biały strój chirurga. Zdejmuję więc koszulę i wciągam ją na rannego. Podoficer obserwuje to z boku. Czoło naszej kolumny już skręca w lewo w ulicę Górczewską. Kiedy wyszliśmy za róg budynku szpitalnego, Azjaci zaczynają coś do nas krzyczeć i układać nas w płytkim rowku, powstałym po zerwaniu chodników wziętych na barykady. Kładziemy się na ziemi myśląc, że to już koniec. Wreszcie z okrzyków naszej eskorty zaczynamy rozumieć:– Partisanen schiessen!– Aha! więc wykazują pewną troskę o naszą całość, boją się, aby partyzanci nas nie zranili. Po chwili każą nam wstać. Idziemy Górczewską w lewo, w stronę przejazdu kolejowego. Kiedy ten smutny orszak ukazuje się na Górczewskiej, ogień z naszej barykady zamiera. Co muszą przeżywać powstańcy, patrząc na ten korowód ludzi z ich szpitala, wiedzionych na śmierć?

            Pochód nasz przesuwa się w milczeniu. W grupie naszej idą lekarze: profesor Józef Grzybowski, Olgierd Sokołowski, Kazimierz Drozdowski, felczer Stanisław Łempicki, instrumentariuszki z sali operacyjnej Barbara Wardzianka i Irena Dobrzańska. Obok mnie idzie dr Manteuffel, na przedzie siostry szarytki. Razem pracowaliśmy, razem zginiemy – myślę sobie. W pewnej chwili któryś z towarzyszących nam własowców coś zaczął do mnie krzyczeć. Usłyszałem słowo „Bandit!” – Nein! – odkrzyknąłem – ich bin Arzt!

            Dr Manteuffel wciągnął mnie w tłum, kryjąc przed rozwścieczonym dzikusem. Niewiele wtedy było trzeba, ażeby zginąć! Posuwamy się wolno. Wokół palą się domy. Idziemy jak nieprzytomni. Przechodzimy pod przejazdem kolejowym, po czym skierowują nas na prawo, na wolną od budynków przestrzeń i zaczynają nas segregować i ustawiać: – Hier Arzte! Hier Frauen! –Nasza grupa lekarska trzyma się razem: obok mnie stoi dr Manteuffel, instrumentariuszki Barbara Wardzianka i Irena Dobrzańska, za nim dr Olgierd Sokołowski i profesor Józef Grzybowski. Stoimy na zboczu ulicy, która leży niżej na skutek wykopu, jaki dla przebiegu ulicy zrobiono pod torem kolejowym, znajdujemy się nieco za przejazdem kolejowymi. Za nami na polu stoi tłum wygarnięty ze szpitala. Wokół palą się domy, słychać wystrzały karabinowe, artyleryjskie, huki bomb. Na drugiej skarpie naprzeciwko nas ustawiono karabin maszynowy.

            – No, teraz to już ... – myślę spokojnie. Rozglądam się po otoczeniu, widzę profesora Grzybowskiego, wzrok jego jest nieprzytomny. Spoglądam w oczy dr. Sokołowskiego. Jest spokojny, góruje nad tłumem wyniosłą postawą. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy i ze zrozumieniem pokiwaliśmy ku sobie głowami: Tak, to już koniec ...

            Koniec teraz, kiedy wojna ma się ku końcowi, kiedy klęska Niemiec jest nieuchronna. Ginąć teraz, zostawić żonę, dzieci, cudne dzieci ... Boże! Gorączkowe myśli przebiegają mi przez głowę: Nie! Nie! Ja muszę stąd wyjść, ja muszę wydostać się z tego tłumu. Kto tu zostanie, ten zginie! Wśród takich myśli spostrzegam tego samego feldfebla w okularach, który kazał mi ubrać rannego. Z rewolwerem w dłoni segreguje tłum ustawiając oddzielnie kobiety, oddzielnie mężczyzn. Wybiegam z tłumu i mówię do niego: – Ich habe mit meinem Kollege einen deutschen Soldaten operiert. –Ten, nie patrząc, odgarnia mnie rewolwerem w tłum. Nie rezygnuję: podchodzę jeszcze raz do niego i powtarzam to samo. On patrzy na mnie chwilę, potem znika. Wraca za chwilę i mówi: – Unser Stabsarzt braucht zwei Chirurgen.– Wtedy chwytam za rękę dr. Manteuffla i dwie pielęgniarki Wardziankę i Dobrzańską i idziemy za feldfeblem, który przechodzi z nami przez ulicę i wprowadza nas do jednego, nie palącego się domu przy ul. Górczewskiej nr 53, w którym mieści się niemiecki punkt opatrunkowy. Mijamy małe podwórko, a następnie wchodzimy do domu. Poza nami pozostały pożary, czekający w niepewności tłum, przycichły odgłosy strzałów ...

            W pokoju na noszach leży nasz pacjent Schliffacke, nad nim pochyla się wysoki mężczyzna bez kurtki, w rozpiętej koszuli, długich butach i wojskowych spodniach. Domyślam się – lekarz. Kiedy wkraczamy do pokoju, lekarz podnosi głowę i tak jak na zewnątrz widzieliśmy rozkrzyczane, wściekłe mordy własowców lub dyszące nienawiścią pyski esesmanów, tu nagle, wyciągnięci z piekła, w ciszy tego pokoiku spotykamy twarz człowieka ... Patrzy na nas przez chwilę i mówi ze współczuciem: – Ach, das sind Sie, Herren Kollegen.

            „Koledzy”, nie „Banditen”, czy dobrze słyszymy? Potem pyta, jakiego rodzaju ranę miał żołnierz, jaką operację robiliśmy. Po tej krótkiej rozmowie kończy: – Przejdźcie do drugiego pokoju, jesteście zmęczeni, odpocznijcie chwilę, bo zabiorą was wkrótce na inny punkt opatrunkowy. Przechodzimy do drugiego pokoju i siadamy na podłodze pod ścianą. Przed oczyma przesuwają nam się sceny z ostatnich chwil. Jesteśmy śmiertelnie zmęczeni! Wytężona praca operacyjna od początku, ciągłe napięcie nerwowe, tragiczne przeżycia ostatnich dni, wszystko to odzywa się teraz. Siedzimy w milczeniu. W pewnej chwili dr Manteuffel mówi: – Niech te wspólne przeżycia będą dowodem naszego wspólnego braterstwa, mówmy sobie odtąd po imieniu.

            Po pewnym czasie sanitariusz niemiecki zabiera nas dwóch trzyosobowym motocyklem i wiezie gdzieś na krańce Woli. Teraz dopiero możemy dojrzeć zniszczenia. Wszystko wokół się pali. Wszędzie gęsto od żołnierzy niemieckich i własowców. Pędzimy motocyklem drogą wśród pomidorów, dr Manteuffel siedzi w koszu, a ja z tyłu za kierowcą. Przypomina mi się pan Zagłoba: fortele, fortele. „A gdyby rąbnąć pięścią w łeb kierowcę? Ale jest w hełmie, niewiele mu zrobię, a jeśli nawet, to co potem? Wokół pełno żołnierzy.” Okrężną drogą przez krańce Woli docieramy do ulicy Wolskiej, a następnie pędzimy Wolską wśród palących się domów, jedziemy do miasta. Przed domami leżą zwały trupów rozstrzelanej ludności cywilnej. Na wysokości przejazdu kolejowego przechodzącego nad Wolską, skręcamy przed nim w lewo i podjeżdżamy od niemieckiego punktu opatrunkowego, który, ulokowany z tej strony toru kolejowego, chroniony jest nasypem przed ostrzałem z miasta.

            Na wolnym powietrzu, przy stoliku obficie zastawionym butelkami z alkoholem, siedzą oficerowie SS. Nasz sanitariusz melduje im o naszym przybyciu: przywiózł dwóch chirurgów. Częstują go kieliszkiem wódki i odpowiadają, że żadnych chirurgów nie potrzebują! Każą nam dołączyć do grupki czekających nad nasypem kolejowym cywilów. Podchodzimy bliżej i poznaję wśród nich mojego kolegę kursowego dr. Mieczysława Rygalskiego. Towarzyszy mu nieznajoma młoda pani, jak później okazało się, studentka medycyny Joanna Kryńska. Oboje są ze Szpitala Zakaźnego przy ulicy Wolskiej nr 37. Zmęczeni siadamy na ziemi i milcząc czekamy. Czekamy dość długo. Nie wiemy, na co. Jest już późne popołudnie. Zaczyna się robić chłodno, jestem w cienkich, białych spodniach chirurgicznych bez koszuli, fartuch mam włożony na gołe ciało. Do stolika stale podprowadzają lżej rannych, którym udzielenie pierwszej pomocy polega przede wszystkim na daniu porządnej porcji alkoholu. Po dłuższym oczekiwaniu w pewnej chwili kapral, którego już wcześniej zauważyłem, a który kręcił się między stolikiem a stojącym w pobliżu ocalałym budynkiem, przyniósł nam wiadro zimnej zupy. Zrozumiałem, że było to wyrazem czegoś, co przechyliło szalę na naszą korzyść, dawało nam znów cień nadziei.

            Dopiero później dowiedziałem się, że nasze oczekiwanie było oczekiwaniem na dalszą decyzję co do naszego losu: rozstrzelać czy nie? Decyzję ułaskawienia od władz uzyskał stabsarzt Hartlieb z Kampfgruppe Reinefarth, który poruszony słowami koleżanki Kryńskiej, że zaręczono jej słowem honoru oficera niemieckiego, iż jej się nic nie stanie, udał się w naszej sprawie do dowództwa. Jak to? Wśród tej rzezi i tego zniszczenia jest jeszcze ktoś, kto wierzy w honor oficera niemieckiego. Jak było w rzeczywistości – nie wiadomo. Jedno jest pewne, że później od tego samego Hartlieba doznaliśmy wiele uprzejmości. Ale to było później. Obecnie siedząc pod nasypem kolejowym usiłuję przełknąć twardy, zimny kartofel, którego zdrętwiałe szczęki nie potrafią rozgryźć. Nie dokończyliśmy tej pamiętnej zupy. Nadszedł patrol złożony z kilku starszych wiekiem żołnierzy. Ulicą Wolską prowadzono nas w stronę Śródmieścia.

            Idziemy znów ulicą Wolską, z obu stron palą się domy, przed nimi leżą zwały trupów rozstrzelanej ludności cywilnej. Idąc wolno możemy teraz dopiero zobaczyć, co się dzieje w tym pamiętnym dniu 5 VIII na Woli. Prowadzący nas żołnierze rozpoczynają rozmowę: – Warum haben Sie das gemacht? Das ist ja verruckt. Jetzt mussen Sie alle sterben! Wir haben unseres Führers Befehl bekommen: Alles umiegen! Alles: Leute, Baume, Gebaude! Ganz Warschau soll zerstort sein. – Tak. Idąc przez płonącą ulicę, jakby wąwozem wśród palących się domów i widząc te stosy trupów, wierzymy, że rozkaz ten będzie wykonany do ostatka. Nic się nie oprze miażdżącemu uderzeniu pancernych dywizji atakujących Warszawę, która musi zginąć.

            Przechodzimy koło rozwalonej barykady na wysokości ulicy Skierniewickiej i wchodzimy do Szpitala im. św. Stanisława, skąd przed kilku godzinami zabrano dr. Rygalskiego i koleżankę Kryńską. – Chirurdzy, nareszcie mamy chirurgów – z radością rzucają się na nas koledzy w Szpitalu św. Stanisława. Jako szpital zakaźny, nie przewidziany dla rannych, nie miał obsady chirurgicznej i swoich rannych odsyłał kobiecymi patrolami sanitarnymi do nas, do Szpitala Wolskiego. Ale nie wszystkich rannych można było odesłać, a ostatnio ze względu na natarcie niemieckie było to niemożliwe mimo ofiarności i bohaterstwa sanitariuszek, które z narażeniem własnego życia dźwigały rannych na operację na ulicę Płocką. Ucieszyli się wszyscy tym bardziej, że przybyliśmy wkrótce po rozpoczęciu egzekucji nad personelem i ludnością, zgromadzoną w tym szpitalu. Po zdobyciu barykady na wysokości ulicy Skierniewickiej i opanowaniu Szpitala św. Stanisława ustawiono wszystkich czwórkami twarzą w kierunku bramy wychodzącej na ulicę Wolską i kiedy pierwsze czwórki zaczęły wychodzić, rozpoczęto je rozstrzeliwać. Zginął wtedy dobrze mi znany kolega, dr Jan Barcz, a z nim kilkanaście osób; ciężko ranny został ksiądz Stanisław Niczyperowicz.

            Kiedy rozpoczęto egzekucję, zaalarmowano dr. Pawła Kubicę, który pełnił obowiązki dyrektora szpitala. Dr Kubica, wysoki, silnie zbudowany, w białym fartuchu, w białej czapce, dobrze władający niemieckim, podbiegł do oficera kierującego egzekucją. – Mensch! Was machen Sie? Człowieku! Przecież to szpital! Pan łamie przepisy Czerwonego Krzyża! – Gromki głos, płynna niemczyzna, okazała postać i władcza pewność siebie zdetonowały oficera. – Rzeczywiście, stąd nie strzelano, obserwowałem to miejsce, kiedy zdobywaliśmy barykadę, to jest naprawdę szpital! – dorzucił jeden z Niemców. To przechyliło szalę. Egzekucję wstrzymano. Tak, to dzięki osobistej odwadze dr. Pawła Kubicy ocalały tysiące ludzi, zgromadzonych w Szpitalu św. Stanisława. A przecież jeden ruch palca oficera rozmawiającego z rewolwerem w dłoni z dr Kubicą mógł zdecydować nie tylko o życiu samego doktora, ale o losach szpitala.

            Kiedyśmy więc przyszli, ledwie żywi po naszych tarapatach, stanęliśmy od razu do roboty. Sytuacja była trudna, gdyż szpital nie posiadał oddziału ani wyposażenia chirurgicznego. Zaczynamy udzielać pomocy chirurgicznej w miarę naszych skromnych możliwości. Opatrujemy powierzchowną ranę dr. Stanisława Kuleszy, a następnie księdza Stanisława Niczyperowicza. Otrzymał on styczną serię z rozpylacza, która otworzyła mu lewą połowę klatki piersiowej. Przez otwartą ranę widać bijące serce, szczęśliwie nie uszkodzone, i oddychające płuco. Rana rozległa, stan rannego ciężki. Na razie robimy prowizoryczne opatrunki i zaczynamy gromadzić narzędzia chirurgiczne. Potem pomyślimy o organizacji sali operacyjnej. Pracujemy z dr Manteufflem do późnej nocy, nie mamy czasu myśleć o tym, co się dzieje, pracujemy. Ratujemy naszych ludzi, to najważniejsze!

            Niedziela 6 sierpnia. Noc była niespokojna, pełna krzyków i strzelaniny. Od rana z dr. Manteufflem obchodzimy sale, chcąc zorientować się w rodzaju chorych i rannych. Z lekarzy wraz z nami są tu: Paweł Kubica, Stanisław Kulesza i Józefa Pakulska, asystenci Szpitala św. Stanisława, którzy zajmują się chorymi, my zaś będziemy opiekować się rannymi. Oprócz lekarzy są tu jeszcze studentki medycyny Joanna Kryńska i Maria Łozianka. Do grupy naszej należy również kierownik administracyjny szpitala Władysław Włodowski. W tej grupie przez najbliższe tygodnie wspólnie będziemy przeżywać naszą niedolę, troski i obawy.

            Wizytując salę chorych spostrzegamy kilku młodych ludzi ubranych w długie buty z cholewami, strój modny podczas okupacji. Prosimy, aby buty te co prędzej zdjęli, gdyż Niemcy będą uważali ich za powstańców. Następnego dnia, kiedy esesmani robili przegląd chorych, jeden z młodych ludzi, który zlekceważył nasze ostrzeżenie, został zastrzelony.

            Pomału organizujemy salę operacyjną. Przychodzi nam to z dużym trudem. Dużych operacji nie będziemy mogli tu wykonywać, jedynie mniejsze zabiegi, jak amputacja, trepanacja, toaleta ran itp. Mamy również trudności ze sterylizacją materiału opatrunkowego: gazu i wody nie ma! Szczęśliwie odkryliśmy, że w suterenach pralni można jeszcze z kranów zdobyć trochę wody. Opuszczenie jednak głównego budynku i poruszanie się po terenie szpitala jest niebezpieczne, gdyż część szpitala zajęta jest przez własowców, którzy strzelają do ludzi cywilnych. Zajęli oni budynek od ul. Wolskiej, a poza tym roztasowali się na podwórzu szpitalnym od ul. Młynarskiej, rozpalili duże ognisko i przy dźwiękach ustawionego obok patefonu ucztują, tańczą i śpiewają. Wszystko to dzieje się wśród odgłosów walk, strzelaniny i odblasku pożarów, wśród leżących obok trupów. Na drzewie koło kuchni szpitalnej esesmani powiesili dwóch młodych chłopców – powstańców, których schwytali z biało–czerwonymi opaskami na ręku. Obraz apokaliptyczny!

            W szpitalu panuje nastrój grozy i niepokoju. Nie wiemy, czy jesteśmy ocaleni. Co nas czeka za chwilę, czy jutro będziemy jeszcze żywi? Chcąc w tym czasie zostawić jakiś ślad po sobie pisałem na kartkach wyrwanych z kieszonkowego kalendarza, że jeszcze żyję, i chowałem je w zakamarkach szpitalnych łudząc się, iż może kiedyś ktoś je odnajdzie i dostarczy mojej rodzinie. Oto leży przede mną stara, pomięta kartka z wydrukowaną czerwoną datą, z poniżej napisanym przeze mnie adresem żony i krótką notatką:

„Sierpień 1944 rok – dnia 31, niedziela.

            Przem. Pańskie

            Zofia Wesołowska Szkolna 1 m. 16 lub Piusa XI 3 m. 12

            Zosiu! Aniu! Stasiu! całuję Was! Byłem w Szpitalu św. Stanisława

            5 VIII godz. 20.00, 7 VIII 44. Stefan”

 

i następna kartka pisana na moim firmowym receptariuszu z datą 10 VIII 44, g. 17 i na odwrotnej stronie:

            „Byłem jeszcze w niedzielę dnia 13 VIII 44 Wesołowski.”

 

            W tym czasie wszyscy szukaliśmy pociechy w modlitwie. W piwnicy głównego gmachu została urządzona kaplica, dokąd w miarę wolnego czasu chodziłem modlić się. Wierzyłem, że jeśli przeżyję do dnia 15 VIII, święta Matki Boskiej, to będę ocalony!

            Do szpitala po kryjomu napływają ranni z sąsiednich domów, nie dobici w egzekucjach. Jeden z nich poinformował nas, że niedaleko w piwnicy leży kilku ciężko rannych, nie mogących poruszać się o własnych siłach. Mimo wielkiego ryzyka, jakie wtedy stanowiło udzielenie pomocy niedobitkom i poruszanie się poza obrębem szpitala, dr Manteuffel zorganizował patrol sanitarny. Wieczorem po kryjomu opuścił szpital, odnalazł rannych i przetransportował ich do nas. Było to dowodem wielkiej odwagi. Pamiętam, kiedy po przybyciu do naszego szpitala niemieckiego punktu opatrunkowego, jego komendant, dr Hartlieb, zapytał nas o nazwiska i wtedy rzekł do dr. Manteuffla: – Ihre Name ist Manteuffel, Sie sind also Deutsch!–  A wtedy dr Manteuffel odparł spokojnie: – Es gibt verschiedene Manteuffels: Deutsche, Russen und Polen. Ich aber bin Pole! –Był to dla mnie obraz prawdziwego bohaterstwa! Przecież w tym okresie, kiedy wysłanie do obozu w Oświęcimiu wydawałoby się nam ocaleniem, jedno niedomówienie ze strony dr. Manteuffla mogło radykalnie zmienić jego sytuację. Takie zaś proste oświadczenie: „Jestem Polakiem!” równało się wyrokowi śmierci.

            Usiłujemy odpędzić dręczące nas obawy gorączkową pracą, której mamy coraz więcej. Ratujemy naszych rannych. Wśród nich w najcięższym stanie jest ks. Stanisław Niczyperowicz. Otwarta rana uległa zakażeniu, zaczyna ropieć. Również w ciężkim stanie jest młody powstaniec, Bohdan Jeziorny – postrzał klatki piersiowej. Oprócz opatrunków i pociechy słownej niewiele możemy mu pomóc. Nie rozporządzamy żadnymi lekami. Po przybyciu niemieckiego punktu opatrunkowego SS mamy teraz jeszcze więcej pracy, bo jakkolwiek ranni Niemcy opatrywani są przez ich lekarzy, to w chwilach większego napływu rannych, Niemców, własowców i Kozaków, jesteśmy wzywani do pomocy. W godzinach zaś popołudniowych i wieczornych, kiedy w tym czasie ich chirurg, dr Schauffler, jest zwykle pijany, cała praca na punkcie opatrunkowym niemieckim spada na nas. Nastąpiło to jednak dopiero po paru dniach, kiedy dr Hartlieb przyjrzał się naszej pracy i zorientował się w naszych kwalifikacjach fachowych.

            Chirurg, dr Schauffler, jak się potem okazało, mówił po czesku. Początkowo nie zdradzał się jednak z tym i rano, kiedy był jeszcze trzeźwy, mówił wyłącznie po niemiecku, zwracając się do nas bardzo oficjalnie. Dopiero pod wieczór i później stawał się bardziej koleżeński, zaczynał mówić po czesku i przyznawał się do pobratymstwa z nami. Pewnego razu około północy asystowałem mu do operacji, kiedy to zupełnie pijany miał robić amputację nogi rannemu esesmanowi; chwycił nóż amputacyjny i – zamachnąwszy się nim niepewnie – osunął się na rannego, mamrocząc przez sen: – Gott sei Dank!– Amputację musiałem dokończyć sam. Nic też dziwnego, że ranni niemieccy niezbyt chętnie poddawali się jego opiece i woleli być opatrywani przez nas. Podobnie było i z chorymi żołnierzami, którzy w tym czasie masowo zapadali na biegunkę.

            Przez kilka dni przychodził do mnie jako pacjent esesman, olbrzymi chłop, z kompanii miotaczy ognia, który mnie sobie upodobał jako lekarza i prosił, aby mu dać leki skuteczne na „Durchfall”. Początkowo bałem się z nim gadać, bo istniał surowy zakaz leczenia żołnierzy niemieckich przez Polaków, więc mu odmawiałem. Kiedy jednak zaczął kląć lekarzy niemieckich i wojnę, dałem mu parę tabletek tanalbiny. Wtedy on z wypchanych obficie kieszeni swej „panterki” wyciągnął butelkę koniaku i chciał mi ją ofiarować. Oczywiście nie wziąłem. Wobec tego rozpoczął ze mną przyjacielską rozmowę i zaczął informować mnie o walkach. Po raz pierwszy wtedy usłyszałem z ust Niemca, mówiącego o żołnierzach Armii Krajowej, zamiast stale używanego słowa „Banditen” określenie „AK–Leute”. Było to jakby uznanie wroga za równowartościowego przeciwnika i przyznanie mu praw żołnierskich wcześniej niż zrobili to nasi brytyjscy i amerykańscy sprzymierzeńcy, gdyż dopiero w dniu 30 VIII 1944 r. uznali powstańców Warszawy za kombatantów. Cóż więc się dziwić Niemcom, że rozwalali wszystkich młodych ludzi schwytanych z bronią w ręku lub z biało–czerwonymi opaskami powstańczymi, jeśli nasi sprzymierzeńcy, korzystający od lat z usług Armii Krajowej w Polsce, nie mogli zdecydować się na uznanie jej za wojsko walczące.

            Od mojego pacjenta esesmana miałem odtąd codzienne informacje, gdzie odbywają się walki uliczne, w których brał czynny udział jego oddział, i w ten sposób dowiadywałem się, jakie ulice są już zajęte przez Niemców. Pacjent mój informował mnie również o stratach swego oddziału, który w chwili przybycia pod Warszawę liczył 120 ludzi, obecnie zaś po dwóch tygodniach walk pozostało zaledwie kilkunastu. Wreszcie zniknął mi z oczu. Czy podzielił los swych towarzyszy i zginął z rąk „AK–Leute”, dla których w trakcie walk nabrał takiego szacunku, czy też może pomogła mu tanalbina?

            Pamiętam również inny fakt, kiedy ranny żołnierz niemiecki, którego opatrywałem, wyciągnął zawiniątko pełne zrabowanych kosztowności i prosił, abym to przechował, a po wojnie odesłał jego żonie. Gdy mu odmówiłem i poradziłem, aby zwrócił się z tym do swoich, odparł, że nie chce, gdyż oni to ukradną. Pewnego razu, kiedy opatrywałem rannych, od stojącego z boku stolika, przy którym siedzieli i pili wódkę oficerowie SS, podszedł do mnie jeden z nich, młody, przystojny, dobrze zbudowany i rzekł czystą polszczyzną, tonem pełnym szyderstwa: – No cóż, mój młody? Sen o Polsce się prześnił! Skończyło się!– Pochyliłem z goryczą głowę. Straszne te słowa tym były boleśniejsze, że wypowiedziane w języku polskim, przez kogoś, kto – należy sądzić – otrzymał wychowanie w duchu polskim. W parę dni później przyniesiono go do sali opatrunkowej ze śmiertelnym postrzałem szyi.

            Z zajętego przez Niemców Szpitala św. Łazarza, w którym kiedyś pracowałem, przybyła do nas nieliczna grupka ocalonych, wśród nich dobrze mi znane pielęgniarki, Maria Łaniewska i Wanda Tomaszewska, oraz dermatolog, dr Piotr Zalewski. Wypytuję ich o losy mojego przyjaciela, dr. Mieczysława Justyny, asystenta oddziału urologicznego, który w dniu wybuchu powstania znajdował się na terenie szpitala. Niestety, nic o nim nie wiedzą. Nasuwa mi to smutne przypuszczenia. Obie pielęgniarki, wykwalifikowane w pracy chirurgicznej, przydały się nam bardzo.

            Trudno mi powiedzieć, kiedy zostały wstrzymane masowe rozstrzeliwania ludności cywilnej. Wydaje mi się jednak, że po 10 VIII rzadziej to się zdarzało. Jakkolwiek mordy licznych grup ludności ciągle jeszcze miały miejsce, to nie robiono tego już tak masowo. Ginęli ciągle jeszcze mężczyźni, szczególnie młodsi, rzadziej mordowano kobiety. Tym groziło jednak ciągle niebezpieczeństwo gwałtów. Kiedy zaprzestano już masowych rozstrzeliwań i ludność cywilną ze zdobytych ulic zaczęto wyprowadzać z Warszawy ulicą Chłodną i Wolską do kościoła św. Wojciecha na Woli, własowcy z idącego tłumu poczęli wyciągać kobiety w ruiny i tam je gwałcili. Pewnego dnia przyprowadzono do szpitala matkę z dwunastoletnią córeczką, obie zgwałcone i – jak się potem okazało – zakażone. Leczeniem ich zajął się przebywający już wtedy w naszym szpitalu dermatolog ze Szpitala św. Łazarza dr Zalewski. Widząc całą tragedię ludności cywilnej z trwogą myślałem o losach naszych rodzin. Żona moja z dziećmi znajdowała się w Śródmieściu, zaś żona dr. Manteuffla z córeczką na Mokotowie.

            Wieczorami wchodziliśmy na strych szpitala i z rozpaczą spoglądaliśmy na płonącą Warszawę. Nie wierzyliśmy, aby ktoś z naszych bliskich zdołał ocaleć z szalejącego tam piekła. Niepokój o losy naszych najbliższych dręczył nas straszliwie. Nie wiedzieliśmy wtedy również, co się stało ze Szpitalem Wolskim, jego personelem, naszymi kolegami i naszymi instrumentariuszkami, które pozostały na niemieckim punkcie opatrunkowym przy ul. Górczewskiej. Prosiliśmy więc dr. Hartlieba, aby pozwolił nam udać się do Szpitala Wolskiego, na co on zgodził się i dał nam jako eskortę podoficera SS.

            Jest piątek 11 VIII. Idziemy pełni niepokoju, w białych fartuchach, prowadzeni wypaloną ul. Wolską. Wszędzie pełno Niemców i własowców. Skręciwszy z Wolskiej w Płocką widzimy z daleka, że gmach szpitala ocalał, budynek nie jest spalony. Przyśpieszamy kroku, aby po chwili znaleźć się wśród swoich na oddziale chirurgicznym. Ze łzami w oczach witamy siostry szarytki Julię Jankowską i Aleksandrę Lewkowicz, a ze starej obsady znajdujemy również cudem ocalałego dr. Zbigniewa Woźniewskiego. Reszta lekarzy to personel Szpitala Dziecięcego im. Karola i Marii, który został przyprowadzony tu w dniu 6 VIII. Ze smutkiem dowiadujemy się o śmierci dyrektora, dr. Mariana Piaseckiego, profesora dr. Janusza Zeylanda i kapelana ks. Kazimierza Ciecierskiego, zamordowanych w szpitalu w dniu 5 VIII. Lekarze Szpitala im. Karola i Marii informują nas o śmierci dr. Włodzimierza Kmicikiewicza, którego własowcy zamordowali w drodze do Szpitala Wolskiego.

            cdn.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82