Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

 powrót
Trudne decyzje

Janina Więcko

 

Trudne decyzje

 

            W czerwcu 1944 r. zdałam maturę po pięciu latach tajnego uczenia się na kompletach gimnazjum i liceum im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie. Dziękując wspaniałemu zespołowi profesorskiemu za naukę powiedziałam, że pragnę się dalej uczyć, chcę zostać lekarzem. Ktoś z grona nauczycielskiego podał mi adres na ulicę Skorupki. Z uczuciem strachu i niepewności zadzwoniłam do dużych, ciężkich drzwi mieszkania starej warszawskiej kamienicy. Po krótkiej rozmowie usłyszałam, że jestem już studentką medycyny. Wśród ogromu nieszczęść, które nas wówczas otaczały, poczułam się bardzo szczęśliwa. Tamtego roku wakacje były krótkie. 1 VIII wyszłam z domu rodzinnego, by nigdy już do niego nie powrócić.

            Na ulicy Sosnowej pod numerem 8 (dziś teren wokół Dworca Centralnego, nie istnieje już ten dom i ulica) został zorganizowany w pomieszczeniach sklepowych punkt sanitarny, który później, wobec dużej ilości rannych, posiadał nawet łóżka. Dostałam szary mundur: spódnicę i bluzkę z biało-czerwoną opaską na ramieniu. I tak dzień i noc, z krótkimi przerwami na odpoczynek, biegałyśmy z noszami po rannych w okolice ulicy Złotej, Siennej, Żelaznej lub na dyżurach „w szpitaliku” robiłyśmy opatrunki. Umiałam już wówczas bandażować rany i robić zastrzyki, nie dawać pić rannym w brzuch, ale jakże często byłam bezradna.

            Każdy następny dzień powstania stawał się cięższy, groźniejszy. Więcej nalotów, samoloty niemieckie pikowały tuż nad domami, strzelanina wzmagała się, waliły się domy, wybuchały pożary. Tumany kurzu i dymu przesłaniały w dzień słońce. Ludność cywilna siedziała w piwnicach. Na podwórku w kącie ksiądz spowiadał ludzi stojących w długiej kolejce. Inni przed podwórkową kapliczką z figurą Matki Boskiej modlili się i śpiewali pieśń o ratunek i pomoc „Pod Twoją obronę...”

            Już trzeci tydzień trwa powstanie. Coraz częściej myślę o domu i rodzicach. Pewnie się martwią o mnie. Czy oni żyją? Dochodzą wieści, że w Śródmieściu jest względnie spokojnie, że Marszałkowska w okolicach placu Zbawiciela jest w rękach powstańców. Mam kilka godzin wolnych, postanawiam iść do rodziców. Biegnę Złotą do Marszałkowskiej, kino „Palladium”, dalej już droga tylko piwnicami, wszędzie wskazówki, strzałki, ludzie się informują, którędy iść, gdzie są przejścia. Długie korytarze piwnic, poprzebijane przejścia z domu do domu, miasto żyje pod ziemią. W piwnicach dużo cywilnej ludności. Posuwamy się z wolna jedno za drugim, od czasu do czasu robimy miejsce dla przechodzących grup powstańczych. Często piwnice są niskie, idziemy pochyleni, niekiedy zatrzymujemy się na dłużej, wszyscy zmęczeni, siadamy w kucki pod ścianą, już nie wiadomo, czy to dzień czy noc. Siadam i natychmiast zasypiam. Ktoś mnie trąca, wstawaj, idziemy dalej.

            Wreszcie wychodzimy na ulicę, orientuję się, że jestem w Alejach Jerozolimskich niedaleko ulicy Brackiej. Cisza, nie można rozmawiać. Teraz trzeba przeskoczyć Aleje Jerozolimskie na drugą stronę. Na chodniku ustawione worki z piaskiem – to początek barykady. Jezdnia jest odsłonięta. Na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej są Niemcy. Gęsty obstrzał w kierunku Nowego Światu. Każdy, kto chce przebiec ulicę, musi wziąć worek z piaskiem i rzucić go na jezdni. Trzeba dalej budować barykadę. Już blisko kolej na mnie, denerwuję się, że to długo trwa, ale ruch odbywa się w obie strony na zmianę. Gdy już byłam gotowa biec, kierujący ruchem powstaniec zatrzymuje mnie.– Poczekaj.– Orientuję się, że dziewczyna, która biegła przede mną, nie miała szczęścia, padła. Dłuższa przerwa, rzucam swój worek na ziemię i czekam. Ściągnęli ciało dziewczyny. Nagle pada pytanie: –Lecisz? – Lecę – odpowiadam, łapię worek, rzucam go w połowie jezdni. Udało się. Wpadam do bramy naprzeciwko i dalej znów piwnicami. Patrzę na zegarek, dużo straciłam czasu. Wreszcie widzę dom – cały. Szczęśliwa wpadam w bramę, pierwsze podwórko, drugie podwórko, nasze schody, nasze mieszkanie. Rzucam się w ramiona matki. Zaraz dała znać ojcu, który właśnie miał dyżur na dachu. Pilnowali domu przed zapalającymi pociskami. –Córeńko jesteś?!– Usłyszałam głos ojca. Później mycie, zmiana bielizny, jedzenie, jak dobrze w domu!

            Czas leci szybko, muszę już wracać. Jak dzielne były matki w to powstanie! Nie zatrzymała mnie ani jednym słowem, wiedziała, że tak musi być. –Pamiętaj, w razie czego spotykamy się w Żyrardowie u Wuja Stefana. Pamiętasz, ulica Kamienna numer 1. –Wracam tą samą drogą, było już bezpieczniej, barykada była większa.

            Koniec sierpnia. W piwnicy kobieta urodziła dziecko – śliczny, zdrowy chłopiec. Po kilku dniach okazało się, że matka ma zakrzep w nodze, gorączkuje, a w dodatku zanika jej pokarm. Czym karmić noworodka? Brakuje wody. Trzeba ją nosić z odległej studni. Wszędzie gęsty ostrzał, tylko w nocy nieco spokojniej. W kilka dni później mam dyżur nocny. Gotuję na rano zupę dla powstańców. Woda, suszona włoszczyzna i trochę pęcaku. Moja zupa nie znalazła uznania, ale zjedliśmy wszystko. Tego dnia okazało się, że nowo narodzony Andrzejek jest synem jednego z naszych powstańców. Dostał imię po ojcu. Sytuacja coraz gorsza. Już początek września. Wieczorem ojciec Andrzejka zwierzył mi się ze swoich planów: – Jeśli pozostaniemy dłużej w Warszawie, dziecko umrze z głodu, a matka z zakażenia, nie mieliśmy już nawet sulfonamidów. –Padło straszliwe pytanie: –Czy pomożesz mi wyprowadzić rodzinę z miasta?– Żonę, nowo narodzonego Andrzejka, jego 3–letniego brata Maćka i półprzytomną z przerażenia babcię. Ta prośba zwaliła się na mnie jak ogromny kamień. Całą noc nie spałam. Co robić? Jaką podjąć decyzję? Przecież jestem żołnierzem, jestem tu potrzebna. Postanowiłam o tym powiedzieć swojej komendantce, ale właściwie już byłam zdecydowana – pomogę. Odpowiedź komendantki była krótka i stanowcza:– Nie zgadzam się.

            Wczesnym rankiem zaczęliśmy się szykować do opuszczenia Warszawy. Słyszeliśmy już o masowych rozstrzeliwaniach na Woli ludności cywilnej opuszczającej Warszawę. Pierwszą, najcięższą chwilą było zdjęcie mundurów. Pozostały w piwnicy. Założyłam znów swoją perkalową sukienkę. I tak rozpoczęła się całodniowa wędrówka do Pruszkowa. Ja niosłam małego Andrzejka, Andrzej – ojciec, starszego syna, bo cięższy, a matka wsparta na ramieniu męża lub babki. Szliśmy wolno, gdyż spuchnięta noga bardzo ją bolała, a gorączka osłabiała. Jedynym naszym bagażem były pieluszki dla małego. Pierwsza chwila przerażenia ogarnęła mnie na Woli. Idący obok nas jako eskorta skośnooki, o żółtej cerze żołnierz niemiecki chwycił mnie za rękę, wyciągnął z szeregu. Andrzej powiedział: – Oddaj mu zegarek.– Zdjęłam zegarek szybko z ręki i dałam mu. Uratowałam się. Odszedł. Późnym popołudniem doszliśmy do Pruszkowa. Olbrzymia hala z betonową podłogą, na której pokotem leżały setki ludzi, wydała się nam w pierwszej chwili rajem. Byliśmy głodni, chciało się pić. Postanowiłam poszukać jedzenia. Przeszłam do następnej hali oddalonej o kilkadziesiąt metrów, gdzie miał się znajdować punkt Czerwonego Krzyża. Wszędzie rozstawione posterunki niemieckie. Już nie pamiętam, czy coś zdobyłam do jedzenia. W każdym razie chciałam wrócić do swoich. Nie mogłam. Usłyszałam: „Halt!” Po drugiej stronie widzę stojącego Andrzeja. Dzieli nas te kilkadziesiąt metrów. Niemiecki żołnierz zmierza w moim kierunku. Krzyczy: –Raus!–  I rozkazuje biec na drugą stronę. To były sekundy. Padł strzał, upadłam na trawę, odruchowo może ze strachu. Podnoszę się, nie jestem ranna, biegnę dalej. Andrzej dał Niemcowi sygnet, strzał był w powietrze.

            Na drugi dzień zajechały pociągi. Opuszczamy Pruszków. Ustawia się długa kolejka, tysiące ludzi. Selekcja – młodzi i zdrowi do Niemiec, starzy i dzieci – transportem w głąb Polski. Co robić dalej? Babcia i chora matka idą razem, one na pewno trafią do transportu w kraju. A my? Andrzej bierze na rękę noworodka. Tak małe dziecko może go uratuje, ja trzyletniego Maćka. I nagle znów ogarnia mnie strach i przerażenie, opuszcza nadzieja na szczęśliwe zakończenie. Każdy musi pokazać kennkartę. Mam 18 lat, przecież to nie może być moje dziecko! Jak zachowa się Maciek? Może będzie wyrywał się do swojej matki? Idziemy tuż przy sobie, udajemy, że się nie znamy. Nagle błyskawiczna myśl: nie czekam na wezwanie Niemca, sama wyciągam rękę i zdecydowanym ruchem podaję swoją kennkartę. Odtrąca moją rękę, nie przeczytał roku urodzenia. Wrzasnął: – Gdzie jest ojciec?– Wzruszyłam ramionami: – Skąd mogę wiedzieć?– Pchnął mnie do towarowego wagonu, który miał nas zawieźć w głąb Polski. Rozpoczęła się kilkudniowa podróż odkrytym wagonem do Opoczna. Andrzejek jadł grubą, zimną kaszę z odrobiną mleka, którą dostaliśmy od ludzi na postoju. Nawet nie dostał biegunki. Dziecko uratowane. Matka wyzdrowiała po kilku tygodniach. Pożegnałam się z nimi i z Opoczna pojechałam do swojej dalekiej rodziny w Żyrardowie. Okazało się, że w kraju pozostałam sama. Rodzice wywiezieni do Niemiec, brat Tadeusz już od dwóch lat był w Oświęcimiu.

            Koniec wojny. Jadę do Warszawy. Miasto w gruzach, mój dom rodzinny wypalony, znajduję tylko jeden porcelanowy, stary talerzyk. Ale Warszawa znów powstawała do życia. Ktoś mi powiedział, że na Grochowie, na ulicy Boremlowskiej działa Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Postanawiam tam iść. Na Wiśle jest już most pontonowy, ale trudno nim przejść, jedzie przede wszystkim wojsko. Przeprawiam się na drugi brzeg po zamarzniętej Wiśle. Na Boremlowskiej dużo młodzieży. Niektórzy się uczą, inni leżą odpoczywając lub śpią na podłodze. Nie znajduję tu możliwości dla siebie. I znów przez zamarzniętą Wisłę, przez pustą i ciemną Warszawę wracam do Żyrardowa. Wkrótce dostaję wiadomość, że „rodzina z powstania” przyjechała z Opoczna do Łodzi. Zapraszają mnie. Jadę. Pomogli. W Łodzi działał już Uniwersytet, był Wydział Lekarski. Zdaję egzamin. Znów jestem studentką medycyny. Później dostałam miejsce w domu akademickim i stypendium. Zaliczam dwa lata studiów w Łodzi. Na trzeci rok przenoszę się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Znów jestem w Warszawie.

            Po otrzymaniu dyplomu lekarza w 1950 r. rozpoczęłam pracę w klinice otolaryngologii Akademii Medycznej w Warszawie. Do dziś zadaję sobie pytanie: czy postąpiłam wówczas słusznie? Po powstaniu często zadawano nam młodym uczestnikom, prawie dzieciom, pytania, czy się nie baliśmy, co wówczas myśleliśmy? Wychowani w ideałach wolności Ojczyzny przez dom, szkołę i Kościół II Rzeczpospolitej stanęliśmy do walki, nie pytając za jaką cenę. Towarzyszący pierwszym dniom walki entuzjazm świadczył o tym, że wierzyliśmy w zwycięstwo. Dziś po kilkudziesięciu latach zdajemy sobie sprawę, ilu ludzi w kraju i zagranicą, ile okoliczności politycznych, zdecydowało, że powstanie wybuchło. Analizują to historycy, spór będzie zawsze trwał. Nie mnie to rozstrzygać. Dlatego też dziś mogę wyrazić swoje myśli w bezpośrednim odniesieniu do tamtych wydarzeń, do tamtych sześćdziesięciu trzech dni powstania, w którym uczestniczyłam.

            Była sprawa do załatwienia. Zniszczyć wroga, uwolnić się od tego straszliwego zła, postawić kres wszystkim niewyobrażalnym okrucieństwom. Tak, bałam się, ale nie pocisków, huków armat, nadjeżdżającego czołgu, pikującego nad głową samolotu, biegnąc z noszami najwyżej schylałam się bliżej ziemi. Nie bałam się śmierci, byłam jeszcze zbyt młoda, aby w pełni zdawać sobie sprawę z wartości życia. Bałam się „człowieka”, tego niemieckiego żołnierza, tych przeraźliwych krzyków własowców, które słyszałam przez ścianę szpitalika, podczas gdy ja z cierpliwością oczyszczałam straszliwe rany poparzonej twarzy chłopaka, twarzy, na której nawet nie mogłam rozróżnić rysów. Bałam się, gdy jakiś żołnierz „zwycięskiej armii” wyciągał mnie z szeregu, aby zgwałcić i pewnie zabić. Zadowolił się zegarkiem, tyle wówczas byłam warta. Bałam się, gdy drugi żołnierz „nadludzkiej rasy” za pierścionek strzelił w powietrze, a nie we mnie. Bałam się, gdy przystojny oficer niemieckiej armii zdecydował, że nie pojadę do obozu lub pracować dla III Rzeszy, tylko zostanę w kraju, ale za to z jaką pogardą i siłą pchnął mnie, że z trudem utrzymałam trzymane na ręku dziecko.

            Jak można było nie walczyć? Tak. Przegraliśmy politycznie, ale nie tylko z naszej winy. Wygraliśmy moralnie, zostawiliśmy ślad w historii, że walczyliśmy nie tylko dla siebie, ale dla ogólnoludzkich ideałów. Odnieśliśmy zwycięstwo nad klęską. Miasto zostało odbudowane ogromnym wysiłkiem tych, którzy pozostali. Straciliśmy zabytki przeszłości, niektóre z wielkim trudem zostały zrekonstruowane. Nie wróciło ponad dwieście tysięcy ludzi. Cena ogromna. Wojska sowieckie zatrzymały się nad Wisłą. Nie otrzymaliśmy pomocy z żadnej strony, a tak na nią liczyliśmy. Złamano przyrzeczenia. Pomoc z zrzutów była znikoma, a na rozkaz Hitlera spalono opustoszałe miasto. Tego nie przewidzieliśmy, ale czy można było?

            1 maja 1945 r. zabłysły pierwsze uliczne latarnie. Jesienią 1945 r. uruchomiono już Główną Bibliotekę Publiczną na ulicy Koszykowej, a w 1947 odbył się pierwszy po wojnie Międzynarodowy Konkurs Chopinowski. Czy to nie zadziwiające miasto?

 

            Wspomnienie w formie skróconej ukazało się w: Biuletyn Okręgowej Izby Lekarskiej Puls, Warszawa, VII–VIII 1994 (25).

 

 

Życiorys

            Urodzona 19 I 1924 r. w Warszawie. Uczęszczała do gimnazjum i liceum im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie. W czasie Powstania Warszawskiego uczestniczyła w walkach jako sanitariuszka w zgrupowaniu AK „Chrobry II”. W 1945 r. rozpoczęła studia lekarskie na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Łódzkiego. Na trzeci rok studiów przeniosła się do Warszawy na Wydział Lekarski AM.

            Absolutorium uzyskała w 1950 r. i rozpoczęła pracę w Instytucie Onkologii w Warszawie jako młodszy asystent. Dyplom lekarza otrzymała 30 XI 1951 r. i rozpoczęła pracę w Klinice Otolaryngologicznej AM w Warszawie, a następnie przeniosła się do Studium Doskonalenia Lekarzy. Pracowała również w Przychodni Rejonowej w Otwocku. W 1954 r. uzyskała specjalizację I stopnia, a w 1956 r. specjalizację II stopnia z otolaryngologii. W 1961 r. uzyskała stopień naukowy doktora medycyny.

            W 1962 r. rozpoczęła pracę w Klinice Otolaryngologicznej AM w Warszawie na stanowisku adiunkta. W 1974 r. uzyskała stopień doktora habilitowanego. Odbyła kilka staży zagranicznych i brała udział w wielu krajowych i zagranicznych zjazdach naukowych otolaryngologów i chirurgów plastycznych. Była członkiem Komisji Transplantologii PAN. Organizowała kursy szkoleniowe z chirurgii plastycznej dla otolaryngologów.

            Jest autorem 54 prac, monografii i rozdziałów w podręcznikach oraz 2 filmów naukowych. Przez wiele lat była konsultantem Ośrodka Naukowo–Badawczego Kliniki Otolaryngologicznej AM w Warszawie, a także przewodniczącą Zespołu Naukowego Uzdrowiska Ciechocinek. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Otolaryngologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej i Rehabilitacji.

            W latach 1984–1988 była Przewodniczącą Zarządu Głównego Warszawskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Otolaryngologicznego. Jest odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką „Za wzorową pracę w służbie zdrowia” oraz Złotą Odznaką „Zasłużony dla Uzdrowisk Polskich”.

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82