Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Pamiętnik TLW 2008

 powrót
Ocalić od zapomnienia

Słanisłwa Olędzka-Chyra

 Ocalić od zapomnienia

 

Wspominając lata okupacji 1939-1945 mówi się o AK, Szarych Szeregach i innych zgrupowaniach. Opisuje się ich działalność, odwagę, o tych, którzy oddali swoje życie, czy też je narażali, ale bardzo mało, prawie nic, nie mówi się o ludności cywilnej, wspaniałej,  która również narażała często swoje życie i w różny sposób niosła pomoc.

Ludność cywilna, bardzo często, całym sercem  bezinteresownie, jak tylko mogła- pomagała. Chociażby nasze mamy, które przeważnie  o wszystkim wiedziały i często podtrzymywały nas na duchu.

Pracując 2 lata i 5 miesięcy / od listopada 1939 do kwietnia 1942 / w szpitalu wojskowym Ujazdowskim miałam kontakt z dużą ilością osób i chcę o tym opowiedzieć.

W listopadzie 1939 r. zgłosiłam się do PCK do p. Sołtanowej na terenie szpitala Ujazdowskiego z prośbą o przydzielenie mi jakieś pracy. Zostałam zatrudniona w charakterze opiekunki na oddziale 6 B – chirurgicznym. Przydzielono mi na początek separatkę z  pięcioma ciężko rannymi żołnierzami. Ponieważ warunki w szpitalu były bardzo ciężkie, postanowiłam przynosić codziennie podwieczorki. Obeszłam wszystkich znajomych, którzy mieli względne warunki, z prośbą, aby raz w tygodniu dali coś na podwieczorek dla rannych.

Moja dobra znajoma, żona redaktora Stanisław Salińskiego - Maria, skontaktowała mnie z reżyserem p. Iwanow, który dał mi polecający bilecik do kawiarni „Filmowców” przy ul. Złotej 7 do p. Ireny Malkiewicz-Domańskiej. Po krótkiej naradzie u „Filmowców” z p. Malkiewicz-Domańską, Jerzym Gabryjelskim, Lidią Wysocką, Jerzym Pichelskim, Brodniewiczem, postanowili dawać raz w tygodniu podwieczorek / bułka, chleb, kawa, wędlina, masło i jakieś ciasto / dla całej  mojej separatki. Byłam szczęśliwa- udało mi się tak załatwić, że codziennie miałam podwieczorek dla moich podopiecznych – „synków”.

Przyszły Święta Bożego Narodzenia – pierwsze Święta w czasie okupacji. Mama moja przyniosła choinkę z Ursynowa, którą całą ubrałam na biało, a na czubie umieściłam białego orła z koroną. Pod choinką położyłam pięć jednakowych paczek ze słodyczami, a także dodatkowo dostałam od znajomych różne świąteczne dania, a od „Filmowców” słodycze. Starałam się, aby było miło i przyjemnie, ale mimo moich starań, było nam smutno. Każdy myślał o swoich najbliższych, o których często nic nie wiedział.

Opieka moja nad mymi chorymi trwała stosunkowo krótko, gdyż pod koniec lutego 1940 r. Niemcy otoczyli szpital i wywieźli moc rannych i chorych oficerów do obozu. I od tego czasu ograniczyli ilość opiekunek. Dostałam odpowiednią przepustkę z fotografią i dano mi pod opiekę salę III / siedemnastu  rannych +  separatka pięciu / . Co tu robić? Tylu chorych-skąd zdobyć coś do jedzenia, są przecież głodni, a do tego nadchodzą Święta Wielkiej Nocy. Muszę działać! Wzięłam z PCK odpowiedni arkusz i udałam się do „Filmowców”. W rozmowie z p. Malkiewicz-Domańską i p. Gabryjelskim grzecznie zapytałam czy mogą coś więcej dać na Święta. Zdecydowali dać 50 ciastek. Ucieszyłam się, podałam arkusz i poprosiłam o wpisanie. Pan Gabryjelski wpisał, przyłożył pieczątkę firmową i podpisał się. Zapytałam gdzie mogę się udać, aby jeszcze coś dostać. Poradzili mi bar „Znachor”, którego kierowniczką była p. Ewa Kunina. Prędko udałam się na ul. Boduena, przy której znajdował się bar „Znachor”. Sprawę miałam ułatwioną, ponieważ p. Kunina znała dobrze mego ojca. Po krótkiej rozmowie podałam arkusz i p. Kunina  wpisała 5 kg szynki, pieczątka firmowa i podpis. W rozmowie poleciła mi bar „Sztuka” na placu Napoleona. W „Sztuce” p. Kamińska wpisała mi 4 kg cielęciny - pieczątka i podpis. Mając te zgłoszenia i podpisy zaczęłam chodzić do różnych barów i restauracji, jakie były po drodze np. bar „Ziemiański” , „Cristal”. „Bukiet”, „100-ka”, „Wzór”. „Kos”, „Pod jemiołą”, „Fregata”, „Nad Niemnem”, „Syrena”, „2-ka”, „Gosposia” i wiele innych. Pojechałam do Jankowskiego i Genellego  po wódkę. Udało mi się również dostać w sklepach trochę owoców, wina i zielonego do przybrania stołu. Aby to wszystko znieść do szpitala, musiałam w Wielka Sobotę od samego rana zatrudnić moja mamę, naszą służącą, mego brata i cały sztab kolegów i znajomych. Święta wypadły doskonale. Stół był zastawiony, niczego nie brakowało. Było zaproszonych sporo gości, lekarze, pielęgniarki i chorzy z innych sal.

Pułkownik Kucharski -Komendant Szpitala po poświęceniu życzył chłopcom, aby się nie rozchorowali po zjedzeniu tego wszystkiego.

Po świętach postanowiłam pójść do tych barów, jeszcze raz podziękować i poprosić, aby raz jeszcze w tygodniu dali kilka porcji obiadu dla chorych. I tak udało mi się zdobyć obiady dla moich „synów”. Codziennie obchodziłam 3-4 bary i przynosiłam obiady. Uroczyście obchodziliśmy też 15 sierpnia „ Święto Żołnierza”, 29 listopada „ Święto Podchorążych”. Wszyscy byli przez cały ten czas bardzo cierpliwi i hojni.

Nie zapomnę nigdy Świat Bożego Narodzenia w 1940 roku. Przed Świętami jak zwykle chodziłam po barach, aby ustalić  co dadzą. Dostałam już barszcz czerwony, kulebiak, kapustę z grzybami, kompot, ale skąd wziąć 40 porcji ryby. Na 3 dni przed świętami dostałam od znajomych kilka złotych, kupiłam dwie małe rybki i bułkę i poszłam do baru „Cristal”. Przywitałam się z p. Wachowiczem – właścicielem i powiedziałam, że mam wielką prośbę, że potrzebuję na Święta rybę w galarecie, ale sama nie umiem zrobić. Pan Wachowicz uśmiechnął się, wziął pod rękę i zaprowadził do szefa kuchni i powiedział – pani ma do  was prośbę. Co robić? Powiedziałam jeszcze raz, że potrzebuje 40 porcji ryby / wyciągnęłam z teczki 2 rybki i bułkę / i nie potrafię tego zrobić. Tu są ryby i bułka, ale nie wiem ile potrzeba, proszę powiedzieć, a postaram się przynieść. Szef położył rybki i bułkę na stole, spojrzał na p. Wachowicza i powiedział - to wystarczy resztę my dołożymy. Byłam bardzo szczęśliwa, a jeszcze bardziej, gdy 24 grudnia przyszłam po odbiór i zobaczyłam olbrzymie półmiski pięknie udekorowane łbami, jajkiem i marchewką.

Jeszcze raz zaznaczam, że nie tylko właściciele barów i restauracji byli tak ofiarni, ale w ogóle  ludność, która starała się pomagać jak tylko mogła. /często meldowało się różne osoby/ Do kogokolwiek zwróciłam się – nigdy nie odmówiono mi. Nie myśleliśmy, że będzie Powstanie i Warszawa zostanie zburzona. Planowaliśmy  po wojnie spotkać się i parami   z „mamą” na przedzie odwiedzić po kolei każdy bar i restauracje z których dostawałam obiady, by moi „synowie” sami mogli podziękować.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82