Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Pamiętnik TLW 2008

 powrót
Wspomnienia łączniczki dowódcy kompanii „Rudy”

Krystyna Szweda-Musiatowicz

 

Wspomnienia łączniczki dowódcy kompanii „Rudy”

 

Gdy wojska radzieckie opanowały Pragę, nasza kompania „Rudy” miała za zadanie obronę przyczółka czerniakowskiego, aby przyjąć desant żołnierzy polskich armii gen.Berlinga. Niemcy wzięli nas w krzyżowy ogień karabinów maszynowych, z góry atakowały  Stukasy. Było bardzo dużo zabitych i rannych, poległ także Andrzej Morro, który wraz z trzema ochotnikami i biało-czerwonym sztandarem pobiegł nad sam brzeg Wisły, aby wskazać berlingowcom drogę desantu. Śmierć jego nie była daremna, bo gdy się ściemniło, na Wiśle pojawiły się pontony z żołnierzami. Szereg z nich zostało zatopionych przez ogień nieprzyjaciela, ale kilka dotarło na Przyczółek. Ja dostałam rozkaz przeprowadzenia zwiadu do płk. Radosława. W drodze powrotnej na ul. Wilanowską 1 dostałam się pod gwałtowny ostrzał. Rezultat: 4 poważne rany, utrata przytomności. Wyciągnięta przez kolegów spod ostrzału zostałam w nocy przeprawiona na Pragę wraz z innymi rannymi powstańcami. Posłużyły nam do tego pontony, którymi na Przyczółek przypłynęli Berlingowcy.

Najpierw zawieziono nas do Medyczno-Sanitarnego Batalionu w Aninie. Stamtąd– dzięki staraniom polskiego lekarza dr. Turskiego do cywilnego szpitala w Otwocku.

 

W Otwocku od czasów przedwojennych na terenie leśno-parkowym istniało sanatorium dla chorych na gruźlicę. Gdy Armia Radziecka opanowała Pragę, ci pacjenci pośpiesznie wypisali się do domu.

Zaczęli napływać ranni. Dr Martyszewski, dyrektor sanatorium, oddał 2 największe pawilony na użytek szpitala chirurgicznego. Pawilon A– żeński, B – męski.

Nieliczni pozostali chorzy zostali przeniesieni do 2 małych drewnianych pawilonów w głębi parku. Pieczę nad nimi objęły dr Rozwadowska, dr Trybowska, neurolog dr Dowżenko, dr Ostrowski.

Kierownikiem laboratorium był dr Tadeusz Tniewski, rentgenologiem – dr Leon Herbst. Ordynatorem chirurgii został dr Andrzej Trojanowski, opiekunem bloku A – dr Józef Musiatowicz, bloku B – dr Olgiński.

Warunki pracy personelu med. były fatalne: nie było właściwej sali operacyjnej, brakowało narzędzi, no i leków. Lekarze uzupełniali braki własną pomysłowością: a to „składali wizyty” w szpitalu praskim (niebezpieczna wyprawa ze względu na ostrzał!) a to – za butelkę bimbru uzyskali zaś od lekarzy radzieckiego szpitala polowego (np. Prontosil– środek bakteriostatyczny, który uratował mi życie z ciężkiej sepsy).

Były tylko dwie wykwalifikowane pielęgniarki, ustawicznie zajęte, a to na sali operacyjnej, a to przy zmianie opatrunków, czy zakładaniu kroplówek. Lżej ranni starali się opiekować chorymi w ciężkim stanie, ale to kropla w morzu potrzeb.

Dr Trojanowski poprosił księdza o wygłoszenie apelu z ambony o zgłaszanie się wolontariuszek, które dbałyby o higienę osobistą rannych, karmienie tych, którzy sami nie dali rady itp. A także był apel do rolników o kartofle, jarzyny itp.

Wyżywienie w szpitalu było fatalne: i chorzy, i personel był karmiony kaszą manną (na wodzie) na śniadanie, fasolówką lub kapuśniakiem na obiad – w grudniu  podrasowała ją swinaja tuszonka.  Chleb pojawił się dopiero w styczniu.

Takie były wówczas warunki bytowe. Jednak wszystkie te mankamenty przyćmiewała nadzwyczajna troska i serdeczność lekarzy. Nad naszą salą czuwał dr Musiatowicz. Rezydował naprzeciw, w dawnym gabinecie odmowym, spał na skórzanej kozetce, na której układało się chorych przy zakładaniu odmy. Dr Musiatowicz zaglądał do ciężej rannych kilka razy dziennie, także w nocy. Rozmawiał, dodawał otuchy, cierpliwie wysłuchiwał naszych powstaniowych wspomnień.

W grudniu został przeniesiony do bloku B, czego ogromnie żałowałyśmy. Ale tam leczyli się nasi koledzy z „Zośki” (Anoda, Witold Morawski, Bogdan Celiński i inni).

Skoro tylko stanęłam na nogi mój „anioł-stróż” Danusia Mancewicz prowadziła mnie w odwiedziny do kolegów. W ich sali (8 łóżek) odbywały się wieczorem „ogniska i gawędy”: śpiewaliśmy piosenki powstaniowe i harcerskie, prowadziliśmy dyskusje na temat akcji powstańczych, sytuacji wojennej i politycznej i co Polskę (i nas !) czeka w najbliższej przyszłości.

Z reguły na te spotkania przychodził dr Musiatowicz i dr Herbst, przedwojenny harcmistrz.

O dziwo, nikt nie doniósł nowym „władzom ludowym”, że w szpitalu na chirurgii odbywają się „tajne spotkania AK-owców”…

Nie mogę też pominąć osoby mgr. Janczewskiej, kierowniczki apteki. Jej mąż, wzięty do niewoli radzieckiej w 1939 r., wstąpił do Armii Andersa, ona zaś została sama  z małym synkiem. Mimo to była bardzo pogodna, uczynna, wszystkim okazywała serce i gościnność.

Do swojego domku zapraszała i lekarzy, i powstańców, tworząc między nimi prawdziwie przyjacielską atmosferę.

Doktor Musiatowicz dowiedział się, że moi rodzice i siostra ocaleli w Powstaniu i po kapitulacji wyjechali do Krakowa. Więc 18.V.1945 r. wyjechałam do Otwocka.

Po ciężkich latach okupacji i dramatycznych przeżyciach w Powstaniu – z Otwocka wyniosłam tylko dobre wspomnienia o lekarzach i pielęgniarkach (także wolontariuszkach) i o tych wszystkich, którzy powstaniowym rozbitkom okazali wiele serca – prawdziwą miłość bliźniemu.

Nie było NFZ-u, ani Ministerstwa Zdrowia, ale byli prawdziwi lekarze.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82