Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Pamiętnik TLW 2009

 powrót
Opieka nad dzieckiem porzuconym w dawnej Warszawie cz.2

 

            Zofia Podgórska-Klawe

 

 

Opieka nad dzieckiem porzuconym  w dawnej Warszawie  

Cz.2

 

 

Kolejne wydarzenia historyczne, których w XIX- wiecznej Warszawie nie brakło, za każdym razem odciskały swoje piętno na stanie opieki nad szpitalnymi dziećmi. Czasem w sposób pozytywny, jak np. w  okresie okupacji pruskiej, kiedy nowe władze zainicjowały próbę przekształcenia zakładu z dobroczynnej instytucji zakonnej w instytucję bardziej odpowiadającą potrzebom społecznym. Zgodnie z zaleceniem władz już w 1798 r. rektor zmniejszył liczbę dzieci prawie o połowę, oddając je rodzinom w mieście. Do nauczania chłopców zatrudniono świeckiego nauczyciela, który uczył ich czytania, pisania, arytmetyki, a także języków. Dziewczęta uczono katechizmu, czytania ,,i cokolwiek pisania” a także robót ręcznych. W przeciwieństwie do wcześniejszych informacji na ten temat, kiedy mieliśmy do czynienia raczej z zaleceniami, dokument z 1800 r. mówi o faktycznej realizacji nauczania. Władze pruskie przyznały poza tym szpitalowi stały, comiesięczny zasiłek rządowy, wypłacany tak rzetelnie, że ustępując w 1806 r. z Warszawy, Prusacy wypłacili szpitalowi należności za trzy miesiące z góry[1].

Po ich ustąpieniu zaczął się okres wojen napoleońskich, któremu, jak zwykle w okresie wojennym, towarzyszył ponownie zwiększony napływ dzieci do zakładu. Liczba podrzucanych niemowląt, utrzymująca się przez osiem lat w granicach czterystu kilkudziesięciu rocznie, w 1807 r. wzrosła do 634, w roku 1808 – do 721, a w latach następnych do dziewięciuset kilkudziesięciu. Ówczesny rektor pisał z prośbą o wsparcie finansowe do Rady Stanu w 1809 r.: ,,rychło głód i nędza, na co się bardzo zanosi, chorym, kalekom i dziatwie da się uczuć”.

Do zwiększenia liczby dzieci podrzucanych przyczyniło się też wprowadzenie w Księstwie Warszawskim w 1808 r. Kodeksu Napoleona, zabraniającego m. in. dochodzenia ojcostwa[2]. Zbuntowały się także mamki poza-szpitalne, którym wstrzymano wypłacanie należności, skutkiem czego wiele z nich poodnosiło dzieci do szpitala. Szpital miał długi i nie otrzymywał od władz należnych mu wypłat. Rektor upominając się o nie w 1811 r., wspomniał też o sytuacji dzieci: ,,gdybym tę sumę odebrał... okryłbym znaczną liczbę sierot, bez sukienek zostających i obuwia[3]”.

Jednak nawet w tym trudnym okresie nastąpiła pewna poprawa warunków. Przeniesiono mianowicie mamki z niemowlętami do osobnego budynku na dziedzińcu szpitalnym. Wprawdzie nie zmieściły się tam wszystkie, ale był to pierwszy krok w dobrym kierunku. Być może z czasu owej przeprowadzki pochodzi raport trzech przedstawicieli ministerstwa, wizytujących szpital, w którym stwierdzili, że ,, ochędóstwo i porządek panuje, niemowlęta w porządnej sali są umieszczone.... dzieci starsze są przyzwoicie odziane i czerstwe... w salach, w których dzieci śpią....porządne łóżka usłane czysto i z przyzwoitą pościelą”. Mimo tych brzmiących mało prawdopodobnie pochwał, wizytatorzy zauważyli jednak, że w sali mamek i niemowląt panuje zaduch i że jedna mamka karmi czworo dzieci[4].

 Po klęsce Napoleona i utworzeniu na Kongresie Wiedeńskim Królestwa Kongresowego, szpitale warszawskie zaczęły pomału wkraczać w najlepszy okres swojego istnienia, co odbijało się również na warunkach bytowania szpitalnych dzieci. W 1817 r. ukazały się  podpisane przez namiestnika gen. Zajączka ,,Urządzenie i przepisy szczególne... szpitalów..”, w których była również mowa o szpitalnych dzieciach[5].  Rezultatem ,,Urządzeń” była m. in. ,,Instrukcja”, jaką w 1820 r. otrzymał Szpital Dzieciątka Jezus, a w której 36 artykułów poświęcono dzieciom[6]. Większość z nich dotyczyła zaleceń przestrzegania nowych zasad higieny. ,,Instrukcja” ograniczała poza tym przyjmowanie niemowląt niepodrzuconych  i dawała ustawową podstawę zaleceniom w kwestii wychowywania starszych dzieci. Powtarzając polecenie nauczania ich pisania, czytania, rachunków i robót ręcznych, wprowadzała naukę zajęć kuchennych dla dziewcząt i rzemiosła dla chłopców, i kończyła się słowami: ,,zabawami tak kierować, aby na powietrzu i przy gimnastyce rośli na silnych i zdrowych”. Opiekę nad chłopcami miał sprawować dyrektor świecki. Dzieci wydane wiejskim mamkom miały pozostać u nich już na stałe. Opiekunowie powinni je posyłać do szkółek parafialnych i przedstawiać co trzy miesiące wójtowi do kontroli.

Rzeczywistość odbiegała jednak jak zwykle od światłych zaleceń, zwłaszcza w szpitalnym oddziale niemowląt. W tym samym roku jedna kolebka przypadała na dwoje dzieci, a jedna mamka karmiła dwoje lub troje osesków. Według słów jednego z warszawskich lekarzy, który wygłosił na temat podrzutków referat na posiedzeniu zainteresowanego tym problemem Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, pomieszczenie, w którym mieszkały mamki z niemowlętami, było ciasne, niskie i ciemne, a w porze jesiennej i zimowej w ogóle nieprzewietrzane[7].

W praktyce, jeżeli podrzucone dziecko nie zmarło w krótkim czasie w szpitalu, oddawano je zgodnie z zaleceniami na wieś. Jeżeli przeżyło pobyt na wsi, mimo że nakazywano pozostawienie je opiekunom, przeważnie  wracało do zakładu po ukończeniu siedmiu lat. Następnie rozpoczynała się nauka w szpitalnej szkółce i już około 10 roku życia dużą część dzieci oddawano do rzemiosła lub do służby. Pozostawać w szpitalu mogły jedynie do 14 lat. Okres pobytu w szpitalu spędzały na nauce, uczestniczeniu w nabożeństwach i prawdopodobnie od czasu do czasu na jakichś zabawach, ale nigdzie nie znalazłam o nich żadnej wzmianki. 

Warto tu przytoczyć jeden z artykułów ,,Urządzeń”, charakteryzujący położenie dziecka szpitalnego: ,,Dzieci płci męskiej oddawane być mogą rzemieślnikom lub fabrykantom, którzy żądać ich będą dla sposobienia w swoim rzemiośle. Żądający winni okazać się... świadectwem, jako istotnie trudnią się rzemiosłem, jako są nie podejrzani, uczciwi i moralni... dozwolony im zostanie wybór z pomiędzy dzieci, które się powierza na miesiąc próby. Jeżeli zechcą wzięte dzieci ... zatrzymać, powinien z niemi być zawarty układ[8]. Jak widać, na podstawie urzędniczego zaświadczenia, powierzchownie określającego cechy charakteru rzemieślnika, mógł on dowolnie wybrane dziecko odesłać po poddaniu go miesięcznej próbie, chociaż wydawałoby się, że ten miesiąc próby powinien dotyczyć raczej opiekuna  i jego wywiązywania się z podjętych wobec dziecka zobowiązań.

Mimo negatywnych przykładów, przynajmniej część słusznych rozporządzeń zawartych w obu aktach prawnych została zrealizowana. Postanowiono mianowicie wybudować nowy dom i oddzielić dzieci od chorych. Nowy gmach był właściwie przedłużeniem starego budynku szpitalnego. Jego budowę ukończono w 1826 r., trudno się jednak zorientować, w jaki sposób urządzono teraz dom dzieci i gdzie je pomieszczono. Ewentualne pozytywne skutki przeprowadzki nie trwały długo Wybuch powstania listopadowego przyczynił się do ponownego zwiększenia liczby opuszczonych dzieci, których w 1831 r. szpital przyjął 1387,  razem z wszystkimi konsekwencjami tego stanu. Dodatkowo umieszczono w szpitalu Instytut Wychowawczy dla sierot ,,po wojskowych niższych stopni byłej armii polskiej”, który działał jeszcze w 1833 r. Dalsze jego losy nie są nam znane. Wiadomo poza tym, że sporą liczbę dzieci kierowały do szpitala w tym okresie Urząd municypalny i Komisja Województwa Mazowieckiego[9].

W okresie międzypowstaniowym doszła w pełni do skutku reforma warszawskiego szpitalnictwa, rozpoczęta już w okresie Księstwa Warszawskiego, która tym razem przyniosła realne zmiany w systemie opieki nad podrzutkami. Punktem wyjścia do tych zmian było stwierdzenie stanu faktycznego w szpitalu przez wyznaczony do reform ,,Komitet do urządzenia szpitala Dzieciątka Jezus”. Według sporządzonego w 1838 r. sprawozdania, do szpitala przyjmowano w tym okresie nie tylko podrzutki, ale i dzieci za opłatą, zwiększając w ten sposób przeludnienie. ,,Zgoła dom podrzutków – czytamy – zamieniono na dom kształcenia haftarek, szwaczek itp.”[10]. Chłopców nie uczono niczego, oprócz pacierza i czytania. Bardzo surowo oceniono również stan zdrowia dzieci  i higieny pomieszczeń. Komitet rozpoczął reformy od zmniejszenia liczby starszych dzieci. Nie bacząc na ich dalszy los, zaczęto je oddawać rodzinom, na wieś, do fabryk i rzemiosł. Łącznie ubyło ich 513. Za tym poszło zarządzenie, aby do szpitala przyjmować wyłącznie podrzutki, nie żądając żadnej opłaty. Ponownie zalecono, aby dzieci starsze, odchowane z wziętych na wieś podrzutków, pozostawały na wsi do osiągnięcia wieku pozwalającego im na podjęcie pracy lub służby. Przekazano także szpitalowi sumy na podwyższenie pensji dla mamek szpitalnych, co pozwoliło na staranniejszy ich dobór.

Najważniejszą zmianą było zapewnienie niemowlętom stałej opieki lekarskiej i po raz pierwszy całkowite oddzielenie dzieci od chorych dorosłych.

Nie usunięto jednak najistotniejszej przyczyny ciągłych problemów z nadmierną liczbą dzieci, czyli nie zlikwidowano koła. Podrzutków przybywało coraz więcej. Przyczyniło się do tego częściowo zniesienie opłat i w związku z tym oraz z łatwością podrzucenia wytworzenie się nowego zawodu: pośredniczek, które za opłatą zbierały niechciane dzieci z prowincji, po to, żeby podrzucić je w Warszawie. Lekarz naczelny szpitala Aleksander Le Brun pierwszy poruszył sprawę ewentualnej likwidacji koła i otwarcia biura przyjęć. Jednak koło pozostało. W 1843 r. liczba podrzutków wzrosła do 1310. Nie poprawił więc sytuacji nawet oddzielny dom dla dzieci[11].

Próbowano natomiast zająć się położeniem dzieci oddanych na wieś. W 1844 r. na polecenie władz szpitalnych jeden z lekarzy szpitala, Bartłomiej Frydrych, przeprowadził inspekcję domów włościańskich, w których chowały się dzieci szpitalne. Wyniki tej inspekcji odsłoniły wiele nieprawidłowości. Wbrew ponawianym stale zaleceniom, nadal odbierano opiekunkom dzieci po ukończeniu przez nie 8 lat. Niemowlęta wydawano często kobietom, które nie tylko nie przedstawiały świadectwa moralności, ale nawet nie miały pokarmu, co jakoby sprawdzał szpitalny lekarz. Praktycznie więc każda kobieta mogła otrzymać dziecko i dostawać za nie opłatę. Nikt nie kontrolował dalszych jego losów. Nierzadko wydawano też dzieci kobietom, które albo za wynagrodzeniem odstępowały dziecko innej osobie, albo trzymały u siebie po kilkoro dzieci, morząc je głodem; w dodatku były już szpitalowi znane z uprawiania tego procederu. Niestety, nie wiadomo, czy z tej inspekcji wyciągnięto jakieś konkretne wnioski. Natomiast w domu szpitalnym w 1845 r. znowu zdarzały się przypadki, kiedy jedna mamka zmuszona była karmić troje dzieci[12].

Wobec mnożenia się problemów otwarto w 1847 r. wreszcie biuro przyjęć i powrócono do przyjmowania opłat za przyjęcie. Kółko otwierano jedynie w nocy. Sprawę dzieci oddawanych na wieś rozwiązano powołując tzw. opiekunki parafialne, które miały kontrolować prawidłowość pełnionej nad nimi opieki. Dla opiekunek ułożono przepisy, według których miały sprawdzać żywność, odzież, zdrowie i wychowanie religijne i w szczególnych przypadkach mogły dziecko odebrać, oddając je innej kobiecie lub z powrotem szpitalowi. Mogły też przedstawiać do nagrody zasługujące na to wiejskie opiekunki. Trudno stwierdzić, czy nagroda była istotnie wypłacana[13].

Wydzielenie w 1860 r. części szpitala dla ulokowanych tam klinik Akademii Medyko - Chirurgicznej wymusiło przeniesienie starszych dzieci do osobnego pawilonu, zajmowanego dotychczas przez mamki z niemowlętami, które nie pomieściły się w domu dla nich przeznaczonym. Przeniesiono je teraz na piętro głównego budynku szpitalnego, do oddzielnej części, łącząc ją krytą galerią z domem niemowląt. W dalszym ciągu połączony administracyjnie  ze szpitalem oddział opieki nad dziećmi stawał się zwolna, tak jak przed wiekiem, osobnym domem. Jednak odwieczne problemy nadal były obecne. Koło było w nocy otwarte, a zostawiano w nim średnio sześcioro podrzutków na dobę. W zakładzie przebywało stale około 200 niemowląt, w warunkach– mimo oddzielnego budynku– dalekich od nazwania ich dobrymi. Budynek był stary i mieściła się w nim czynna pralnia szpitalna. Na 11 sal nie zaopatrzonych w wentylatory tylko w czterech nie stwierdzało się wilgoci. Poza tym liczba niemowląt dwukrotnie przewyższała liczbę mamek. Spośród oddanych na wieś dzieci co drugie, któremu udawało się przeżyć przynajmniej parę lat, po kilka razy wracało do szpitala i ponownie było oddawane, za każdym razem w inne ręce. Unikało powtórnego oddania, jeśli wracało do szpitala w stanie agonalnym, co zdarzało się dosyć często[14].

Wreszcie sytuacją porzuconych dzieci zainteresowała się prasa. W 1871 r. ukazał się w ,,Ekonomiście” artykuł, którego autor, podając obszernie historię podobnych domów w Europie, porównywał z nimi niekorzystnie na ich tle wyglądający dom warszawski i postulował zniesienie koła[15]. Artykuł ten rozpoczął długoletnią polemikę prasową na temat sposobów przyjmowania dzieci i poprawienia sytuacji w zakładzie. Kółko zresztą zamknięto już w tym samym roku i na jego miejsce otwarto w sierpniu 1871 r. ,,kantor”, w oficynie szpitala od strony ulicy Szpitalnej. Dzieci przyjmowano nadal bez ograniczeń, ale osoba oddająca musiała się ujawnić. Zmiana ta nie przyniosła jednak żadnych pozytywnych rezultatów. Przyjmowano jeszcze więcej dzieci niż przez kółko. W 1873 r. w szpitalu mieszkało 110 mamek i 300 niemowląt. Ciasnota była tak wielka, że 10 mamek ulokowano na korytarzu. Rosyjski kurator szpitala winą za tę sytuację obarczał koleje - jak je wówczas nazywano - żelazne. Niewątpliwie ułatwienie komunikacji z Warszawą ułatwiało też proceder oddawania zakładowi dzieci z prowincji[16].

W roku 1878 zarządzająca szpitalami Rada Miejska Dobroczynności Publicznej wydała rozporządzenie, według którego zakład miał przyjmować tylko dzieci urodzone w Warszawie – sieroty, podrzutki, dzieci wyjątkowo ubogich rodziców i dzieci urodzone potajemnie. Osobę oddającą obarczono koniecznością przedstawienia całego pliku dokumentów: zaświadczeń, metryk, paszportów. Efektem tych utrudnień była rzeczywiście poprawa warunków, wyrażająca się w dużym spadkiem umieralności dzieci szpitalnych, ale prasa warszawska od razu wychwyciła jednoczesny uderzający wzrost umieralności dzieci w mieście. Ograniczanie przyjęć dzieci poddano ostrej krytyce, postulując w zamian rozbudowę domu. Istotnie, przy rosnącej liczbie mieszkańców miasta, rozwijającym się przemyśle, ściągającym do miasta ludność o różnym poziomie zarówno majątkowym, jak i etycznym, jedyna na całą gubernię instytucja świadcząca opiekę nad porzucanymi dziećmi powinna przynajmniej być obszerniejsza. Tym bardziej że wobec krytyki prasowej powrócono do dawnego sposobu przyjęć bez ograniczeń i w 1888 r. zakład miał pod opieką, łącznie w Warszawie i na wsi, aż 6019 dzieci[17].

W latach 80. ponownie nasiliły się dyskusje w prasie na temat zagadnienia użyteczności domów podrzutków. Coraz częściej wysuwano na pierwszy plan kwestię pomocy przede wszystkim matkom. Burzę wokół problemu opieki nad porzuconymi dziećmi wywołała w 1890 r. tzw. sprawa Skoblińskiej. Podczas pożaru domu przy ul. Śliskiej odkryto przypadkowo melinę, w której niejaka Skoblińska zamorzyła głodem kilkanaścioro niemowląt przyjętych na tzw. garnuszek. Prasa zaczęła się domagać przywrócenia kółka. Sprawa jednak pomału przycichła i do dnia przenosin do własnego domu żadne większe zmiany nie zaszły.

W 1901 roku cały Szpital Dzieciątka Jezus przeniesiono do nowych budynków na tzw. Folwarku Świętokrzyskim, czyli w miejsce, gdzie znajduje się do dzisiaj. Również dzieci otrzymały nowy budynek w rozwidleniu ulic Koszykowej i Nowogrodzkiej, który nieprzerwanie aż do dzisiaj jest placówką opieki nad małymi dziećmi. W porównaniu z warunkami w pomieszczeniach dawnego szpitala była to ogromna zmiana. Nowy dom miał centralne ogrzewanie, odpowiednią liczbę łazienek, umywalnie, izolatki. Starsze dzieci zostały całkowicie oddzielone od niemowląt. Nadana placówce w 1871 r. na wyrost nazwa: Dom Wychowawczy, uzyskała wreszcie podstawę.

 

                                               Zdrowie i higiena

 

Problemy wynikające z nie odpowiadających potrzebom warunków lokalowych były jednak o wiele mniej dotkliwe niż problemy zdrowotne i związana z nimi umieralność, chociaż te ostatnie również w sporym stopniu zależały od dokuczającej wszystkim ciasnoty. Podstawową sprawą od początku istnienia placówki przyjmującej podrzutki była kwestia ich wykarmienia. Wiadomo było, że zapewniało to jedynie zatrudnienie odpowiedniej liczby mamek. Karmienia sztucznego jeszcze nie umiano stosować, nawet– jak już wspomniano– karmienie rozcieńczonym mlekiem krowim uważano za nadzwyczajny wynalazek, wprawdzie zalecony w ustawie szpitalnej, ale należy wątpić, czy zaakceptowany w praktyce przez opiekunów dzieci.

Początkowo ze znalezieniem mamek chyba nie było większych trudności. Zachowały się wykazy z kilkudziesięciu pierwszych lat, podające liczbę przyjętych dzieci i zatrudnionych mamek, z których wynika, że w niektórych latach liczby te były równe lub prawie równe, chociaż były też i lata, jak np. rok 1737, kiedy wobec 241 przyjętych dzieci liczba zatrudnionych mamek wyniosła tylko 30[18]. Dane te są oczywiście płynne, bo przy stosowanym od początku oddawaniu dzieci poza szpital i wysokiej umieralności, trudno powiedzieć, ile dzieci i mamek było w szpitalu jednocześnie. Bardziej wiarygodne są późniejsze raporty i sprawozdania, z których wynika, że jedna mamka szpitalna musiała karmić co najmniej dwoje, a nawet czworo niemowląt.

Poza tym dopiero w 1815 r. raport ówczesnego rektora porusza problem samych mamek, istniejący zapewne już od lat. Zdrowe, dobrze wyglądające kobiety wolały zatrudniać się jako mamki w prywatnych domach. Do szpitala przychodziły najgorsze, które nie znalazły miejsca gdzie indziej. W związku z tym instrukcja z 1820 r. zaleciła badanie ich przed przyjęciem przez lekarza i dobre odżywianie przyjętych, m.in. dostarczanie im 3 trzy razy dziennie po kwarcie piwa.  Zalecane sprawdzanie zdrowia mamek musiało być jednak iluzoryczne, bo szpital nie mógł sobie pozwolić na ich przesiewanie. Problem ten pojawia się również w sprawozdaniu komitetu z 1838 r., gdzie stwierdzono, że na skutek niskich wynagrodzeń zakład był zmuszony przyjmować na mamki kobiety albo dostarczane przez policję, albo rekrutujące się z żebraczek. Mimo to stale było ich za mało[19].

W pierwszej połowie XIX w. próbowano już dzieci dokarmiać. W 1815 r. usiłowano to robić mlekiem kozim, przystawiając dzieci bezpośrednio do kóz. O rezultatach tych prób nie ma nigdzie wzmianek, ale można się domyślać, że nie było się czym chwalić[20]. W sprawozdaniu szpitalnym z 1845 r. jest informacja o stałym dokarmianiu młodszych dzieci mlekiem krowim, a starszych kleikiem z siemienia lnianego, rozcieńczonym naparem z rumianku i ocukrzonym. Rezultatów także nie podano.

W roku następnym Rada Lekarska ustaliła przepis sztucznego karmienia. Zalecono karmić niemowlęta świeżo udojonym mlekiem krowim, rozcieńczonym naparem koperku. Do 6. tygodnia życia 1/3 mleka i 2/3 naparu, od 6. tygodnia pół na pół, od 6. miesiąca samym mlekiem[21]. Więcej informacji na ten temat w dostępnych dzisiaj dokumentach nie znalazłam. Natomiast zachowała się wydana drukiem w 1875 r. tabela racji żywnościowych dla szpitalnych dzieci w wieku od 8 do 15 lat. Przeliczywszy podane w funtach, zołotnikach i czarkach porcje  na dekagramy, wynika z tabeli, że przewidziano dla każdego dziecka dziennie ok. 17 dkg mięsa, ok.12 dkg masła, ok. 0,2 l mleka, ok.15 dkg jarzyn, ok. ½ kg kartofli i ok. 30 dkg chleba[22]. Oczywiście były to wszystko zalecenia, nie wiadomo, jak przystające do rzeczywistości.

Niewątpliwie niedożywione niemowlęta nie mogły być zdrowe. Ich ogólnie zły stan pogarszało jeszcze dodatkowo wiele innych czynników. Już w XVIII w. pisano, że dzieci dostają się do szpitala bardzo słabe i nieraz porzucone ,,pod płotem” czekają długo na pomoc. Zwracano też uwagę na zły stan zdrowia matek, które ,,nie szanują się przed porodem”[23]. Ten zmniejszający szansę na przeżycie czynnik był przez wszystkie lata stały i niezmienny, bo z samej istoty rzeczy zmienić się nie mógł.

Innym czynnikiem był ogólnie zły stan higieny. Może nie tyle będący skutkiem zaniedbań, ile dostosowujący się do aktualnego kanonu. To, co w poszczególnych okresach określano jako czyste, nie odpowiadałoby dzisiejszemu pojęciu czystości. Kanon kształtował się pod wpływem wielu czynników: materiału używanego do produkcji różnego sprzętu, ubrań, pościeli, sposobu prania, czyszczenia, a także np. trudności z ogrzaniem pomieszczeń, dostarczaniem wody itp., a poza tym na podstawie  aktualnego stanu wiedzy medycznej.

Dodatkowo, w konkretnym przypadku niemowląt szpitalnych, negatywny wpływ na stan higieny miała wspominana już kilkakrotnie ciasnota. Higiena starszych dzieci zapewne również pozostawiała wiele do życzenia. W spisie ubrań z 1791 r. wymieniono też służące wszystkim dzieciom zaledwie 2 wanny do kąpieli, 3 szczotki do czesania i 5 grzebieni. A poza tym dość dziwnie określony sprzęt, mianowicie ,,balejkę na wodę czesząc dzieci”. Do topienia wszy?[24].

Wprawdzie w parę lat później spisany regulamin dla sióstr zalecał im dbałość o ,,ochędóstwo” otoczenia dzieci i sprzętu przez nie używanego, ale owo ochędóstwo było zgodne, jak powiedziano, z przyjętym kanonem. Dopiero w 1820 r. zalecono expressis verbis, aby przyjmowane podrzutki były kąpane, co zresztą polecono robić codziennie. Nakazano poza tym, aby każde niemowlę leżało w oddzielnej kolebce, zaopatrzonej w dwa, prane co miesiąc, sienniki (zapewne materacyki) do zmiany. Mamkom zakazano zabierania dzieci do swoich łóżek[25]. Kolejne żądania poprawy warunków higienicznych pochodziły od samych sióstr, które w 1830 r. wśród spisanych najpilniejszych potrzeb umieściły doprowadzenie wody do sali mamek, urządzenie łazienek i zakup żelaznych łóżek w miejsce dotychczasowych drewnianych[26]. Ale jak zwykle i zalecenia, i żądania z powodu braku funduszy pozostały w sferze życzeń. Komitet z 1838 r. ocenił, że ,,utrzymanie czystości było tak trudne i niedostateczne, że dotkniętych świerzbą po kilkadziesiąt do szpitala św. Łazarza na raz odsyłano”[27].

Dużym zagrożeniem dla wszystkich dzieci, a zwłaszcza dla niemowląt, była od samego początku ospa. Kierujący szpitalem– jak należy przypuszczać– zdawali sobie z tego również od początku sprawę, czego dowodem byłby odnaleziony w XIX w. w archiwum szpitalnym dokument z 1769 r., zatytułowany: ,, Relacja krótka o ospy zaszczepieniu pierwszy raz  w Szpitalu Generalnym Warszawskim pod tytułem Dzieciątka Jezus” . O ile można się zorientować z relacji, szczepienie przeprowadzono, jak się wydaje, na dzieciach pozaszpitalnych, ale na terenie szpitala, przez ,,medyka ordynaryjnego”, czyli zapewne lekarza ordynującego. Trudno sobie wyobrazić, żeby stało się to bez aprobaty rektora szpitala[28].

Jak wiadomo, wynalazca szczepienia krowianką,  Edward Jenner, wprowadził swoją metodę dopiero  w 1796 r. Jednak ospę szczepiono już dużo wcześniej, pobierając wydzielinę z krosty chorego na ospę i zwilżając nią nacięcie na skórze szczepionego. W Warszawie istniał nawet otwarty między 1760 a 1770 rokiem ,,szpital inokulacyjny”. Metoda ta była jednak niebezpieczna i ówczesne szczepienie w szpitalu było raczej próbą, być może przed ewentualną decyzją o zaszczepieniu dzieci szpitalnych. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że ustawa utworzonej w 1775 r. Komisji nad Szpitalami mówiła wyraźnie, że dzieciom w szpitalach generalnych należy szczepić ospę[29]. Jednak szczepień w owym czasie nie wprowadzono, bo jeszcze w 1791 r., według relacji francuskich podróżników nie tylko ospy nie szczepiono, ale dzieci na nią chorujące z powodu braku pomieszczeń leżały pomiędzy zdrowymi.

Dopiero w Instrukcji dla szpitala z 1820 r. kwestię szczepienia ujęto w ostry przepis. Dziecku przyjętemu należało, ,,jak tylko jego wiek i stan zdrowia pozwoli”, zaszczepić ospę, a lekarza szpitalnego obciążono odpowiedzialnością ,,przed Rządem” za skutki w razie powstania epidemii ospy w szpitalu. Mimo to w referacie pt. ,,Uwagi nad domem podrzutków”, wygłoszonym w 1828 r. na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk, jego autor, dr Franciszek Brandt, stwierdzał, że ospy w szpitalu nie szczepią. Trzeba jednak dodać, że w dokumentach z jakiegokolwiek okresu nie ma o jej ewentualnej epidemii żadnych wzmianek, więc być może nigdy do niej nie doszło.

 

cdn



[1] J. Bartoszewicz, op. cit., s. 236 – 243; Zdanie sprawy szpitala... za rok 1860, wykaz ludności.. ; ASMW, Teczka Szpital Dzieciątka Jezus, rękopis: Liczba Panien Charitatis z opisaniem ich powinności, urzędów i zabaw w Szpitalu Ogólnym Warszawskim Dzieciątka Jezus, Rok 1800; Tamże, rękopis nr 40.  

[2] Kodeks Cywilny Polski, art. 306.

[3] ASMW, E. Chodakowska, Kronika Zgromadzenia..., s. 251 ; Tamże, Teczka Szpital... Pismo do Prześwietnej Prefektury Departamentu Warszawskiego, rok 1809; Tamże, Etat dla Szpitala Dzieciątka Jezus na Mieście Stołecznym Warszawie na rok 1810/11.

[4] J. Bartoszewicz, op.cit., s. 209.

[5] Zob. Z. Podgórska-Klawe, op. cit., s. 151.

[6] AGAD, Komisja Województwa Mazowieckiego, Wydział Policji, sygn. 422 rękopis: Instrukcja dla administracji Szpitala Dzieciątka Jezus przepisana.

[7] AGAD, Akta Tow. Przyjaciół Nauk, Raporty Działu Umiejętności, sygn. 33, k. 136, Rozprawa Fr. Brandta pt. ,,Uwagi nad domami podrzutków” .

[8] ASMW, Teczka Szpital... Urządzenia i przepisy szczególne administracji miejscowej szpitalów i funduszów, rok 1817.

[9] Z. Pogórska-Klawe, op. cit., s. 165; J. Bartoszewicz, op. cit., s. 411; B. Korybut-Daszkiewicz, Warszawski Dom Wychowawczy w świetle historii, ,,Medycyna”, 1906, nr 33, s. 628.

[10] Zbiór urządzeń i wiadomości dotyczących Instytutów Dobroczynnych w Królestwie Polskim, Warszawa 1841, s .381 – 383; Tamże, s 387 – 402, Zapiska na posiedzenie Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych, Duchownych i Oświecenia Publicznego w przedmiocie urządzenia Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie.

[11] A. Le Brun, O domach podrzutków w Brukseli, Paryżu i Wiedniu, ,,Pam. Tow. Lek. Warsz.”, 1843, t. IX, s. 32 –44; Tenże, Sprawozdanie lekarskie z czynności Szpitala Dz. Jezus w Warszawie za rok 1843, ,,Pam. Tow. Lek. Warsz.”, 1844, t. XII, s. 9, 14 – 15.

[12] ASMW, Teczka Dom Wychowawczy, Do Rady Szczegółowej Opiekuńczej Szpitala Dz. Jezus od lekarza delegowanego w interesie Opieki Sierot – Rapport, rok 1844.         

[13] Zdanie sprawy szpitala...  za rok 1860..., s. 17.

[14] Tamże, s. 19 ; J. Freyer, Uwagi co do utrzymywania podrzutków w Warszawie,  ,,Gazeta Lekarska”, 1866, nr 12, s. 182 – 184.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82