Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Exodus- Służba zdrowia po Powstaniu Warszawskim

 powrót
Minęło tyle lat

Minęło tyle lat

 

Wspomnienie z Powstania Warszawskiego na Żoliborzu – „Służba zdrowia podczas walk powstańczych i w obozie przejściowym w Pruszkowie”

 

1 sierpnia 1944 roku – w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego – miałem 13 lat i dwa miesiące. Mój brat Janusz był ode mnie starszy o rok i cztery miesiące. Mieszkaliśmy w Warszawie przy ulicy Krasińskiego 8 m. 32 – na IV piętrze.

 Pamiętam, jakby to było niedawno. 1 sierpnia 1944 roku to był piękny słoneczny dzień, ale panowały taka dziwna atmosfera i niecodzienny ruch. W pewnym momencie dotarły do nas głosy, że przy ulicy Słowackiego ok. godz. 14.00 rozpoczęły się walki. Mówiono, że powstańcy z AK pobrali broń i rozpoczęli potyczki z patrolami niemieckimi. To wszystko było dla nas dużym zaskoczeniem.

Wieczorem pierwszego dnia powstania, dowódca Żoliborza postanowił wycofać swoje oddziały do Puszczy Kampinoskiej. W blokach przy ulicy Wilsona pozostał oddział rotmistrza A. Rzeszowskiego „Żmija”. W nocy z 4 na 5 lipca na Żoliborz powróciło Zgrupowanie II Obwodu AK.

W pierwszych dniach sierpnia przy ulicy Krasińskiego – w Szkole Sióstr Zakonnych został zorganizowany punkt medyczny. Ponieważ znajdował się na granicy dzielnicy Żoliborz i był narażony na niebezpieczeństwo ataku niemieckiego, został przeniesiony do domu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przy ulicy Krasińskiego 18, a następnie pod numer 10 na tej samej ulicy, w pobliżu placu Wilsona, do tzw. „Spółdzielni PPS”.

Pamiętam, że 15 sierpnia część zgrupowania AK z Puszczy Kampinoskiej próbowała przebić się na Starówkę, jednak uniemożliwiały to niemieckie wojska stacjonujące w rejonie Powązek. Wtedy powstańcze zgrupowanie AK, po zmianie trasy, przedostało się na Żoliborz. Druga grupa dotarła do tej powstańczej dzielnicy Warszawy 19 sierpnia – 900 uzbrojonych żołnierzy. Podjęte w nocy z 19 na 20 i z 21 na 22 sierpnia próby przebicia się i połączenia powstańczych sił nie powiodły się. Część z walczących AK-owskich oddziałów poniosła straty sięgające nawet 80 procent ich stanu. Niemcy w zemście za ataki powstańców i ich próby przebicia się na Stare Miasto, 24 sierpnia dokonali ostrzału kilku punktów Żoliborza. Był to ostrzał z okolicy Dworca Gdańskiego z pociągu pancernego – pociskami nazywanymi przez nas „krowami” lub „szafami”. Ta nazwa wynikała z dźwięków, jakie wydawały lecące potężne pociski, wystrzeliwane z dział dużego kalibru. Pierwsze pociski uderzyły w ścianę przednią naszego domu przy ulicy Krasińskiego 8, następne spadły na Placu Tucholskiego i dalej na Żoliborzu. Były to eksplozje o potężnej sile. Pocisk, który uderzył w nasz dom pozostawił wyrwę w murze na wysokość dwóch pięter. Te, które eksplodowały na Placu Tucholskiego zabiły kilka osób, a siła ich wybuchu była tak duża, że stojące tam wille zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Z ludzi natomiast pozrywało ubrania, a ciała ich zostały częściowo popalone.

Po tym ataku artyleryjskim schroniliśmy się w piwnicy naszego domu, a potem w „ziemiance” wykopanej w żoliborskim Parku Żeromskiego. Kilka dni po tym strasznym ostrzale byliśmy z bratem na podwórku naszego domu. Koło południa zauważyliśmy dwa niemieckie samoloty lecące wzdłuż Wisły od strony Bielan w kierunku Starego Miasta. Samoloty w pewnej chwili zmieniły kierunek lotu o 90 stopni i w pobliżu ulicy Krasińskiego zaczęły „nurkować”. Szybko zbiegliśmy do piwnicy. Wówczas piwnica w IV klatce była tylko z lewej strony schodów. Kiedy znaleźliśmy się w miarę bezpiecznym miejscu, usłyszeliśmy ryk nurkującego samolotu. Potem był olbrzymi huk, wydawało się, że cały dom uniósł się do góry i gwałtownie opadł. Dookoła zrobiło się ciemno i wszędzie był czarny pył. Zgasły wszystkie lampy naftowe i świece. Kiedy pył trochę opadł, zobaczyliśmy zasypane gruzem wejście do piwnicy. Nie wiem, jak długo byliśmy tam uwięzieni… Po jakimś czasie usłyszeliśmy głosy ludzi, którzy od strony sąsiedniej klatki schodowej rozbijali mur, aby nas uratować.

Cieszyliśmy się z ocalenia. Po wyjściu na zewnątrz, zobaczyliśmy obraz niezwykle przygnębiający. Nasz dom został całkowicie zniszczony i pozostała z niego tylko sterta gruzu. To w tych gruzach zginęły osoby starsze i schorowane, które nie wychodziły ze swoich mieszkań. Poza naszą kamienicą przy tej samej ulicy została zbombardowana duża posesja z numerem 10. Przy skrzyżowaniu ulicy Krasińskiego z placem Wilsona znajdował się szpital powstańczy, który prawdopodobnie był celem tego ataku lotniczego. Dowodem na to może być to, że w następnych dniach na Żoliborzu nie było już nalotów lotniczych. Kolejne bombardowania w tej dzielnicy zaczęły się 26 września, kiedy rozpoczęła się likwidacja ognisk powstańczych. Znaleźliśmy wówczas schronienie w podziemiach fortu należącego do Cytadeli przy ulicy Czarnieckiego na terenie Parku Żeromskiego. Schroniło się tu także wielu mieszkańców Żoliborza. Każdy obawiał się o swoje życie. Trzymaliśmy się razem, naiwnie myśląc, że chyba tak dużej liczby ludności Niemcy nie wymordują...

Niemcy przyszli po nas do fortu 29 września. Stworzyli z nas kolumnę ludności cywilnej i prowadzili ulicami Mierosławskiego i Felińskiego do torów za Dworcem Gdańskim w kierunku Dworca Zachodniego. Eskortowali nas Niemcy oraz oddziały SS „RONA”, SS Kamińskiego i jednostek Azerbejdżan. Następnie zostaliśmy załadowani na wagony i wywieziono nas do obozu przejściowego w Pruszkowie – tzw. Durchganglarer. Po drodze z przerażeniem oglądaliśmy przy domach willowych przy ulicach Mierosławskiego i Felińskiego zastrzelonych cywilów w różnym wieku. Oni mieli mniej szczęścia i nie zostali wzięci do niewoli podczas likwidacji powstania na Żoliborzu. 29 września trafiliśmy do obozu w Pruszkowie.

Byliśmy zlokalizowani w halach Kolejowych Zakładów Naprawczych PKP. O ile dobrze pamiętam, nas umieszczono w budynku nr 7. Na posadzce była rozłożona słoma, a na niej kłębił się tłum półprzytomnych i głodnych ludzi. Wszędzie były brud i wszy. Wyczerpani i przeraźliwie głodni ustawiliśmy się w kolejce do kuchni polowej PCK lub RGO po ciepłą zupę. Zupę braliśmy w to, co się do tego nadawało. W obozie byliśmy około dwóch tygodni. Potem zaczęła się segregacja „wypędzonych” z Warszawy. Jedną grupę stanowiły kobiety z dziećmi do lat 15 i ich odprawiano na teren Generalnej Guberni. Mężczyźni i młodzież powyżej lat 15 byli kierowani do obozów w Niemczech. Osoby ranne i chore zgłaszały się do hali nr 2, gdzie została zorganizowana służba sanitarna – polska i niemiecka. Ranni i chorzy otrzymywali skierowanie do GG (tereny polskie), do szpitali lub do rodzin. Ponieważ mój prawie piętnastoletni brat Janusz był ranny – otrzymał postrzał, a ojciec był chory, zostaliśmy skierowani do transportu jadącego do GG.

Jak dzisiaj pamiętam, że służby wartownicze różnych narodowości – Niemcy, Ukraińcy i Azjaci – traktowali nas okrutnie. Wrzeszczeli i szczuli nas psami. W takiej przeraźliwej atmosferze doprowadzono nas do wagonów pociągu towarowego. Były to wysokie wagony bez dachów. Potem ściśnięci czekaliśmy na odjazd. Około południa wyruszyliśmy w nieznanym kierunku z naszej ukochanej Warszawy – po 60 dniach powstania. Na stopniach wagonów i w budkach wartowniczych stali uzbrojeni żołnierze w niemieckich mundurach. Jechaliśmy z przystankami kilka godzin w kierunku zachodnim.

Około godziny 20, podczas wjazdu pociągu na stację w Skierniewicach, rozpoczął się nalot samolotów radzieckich. Pociąg zatrzymał się, a wartownicy uciekli do schronów na stacji kolejowej. My uwięzieni w zamkniętych wagonach byliśmy zmuszeni sami się ratować. Kto tylko mógł, wydostawał się z wagonów przez wysoką ścianę.

Uciekliśmy do Skierniewic, gdzie zatrzymaliśmy się w browarze pana Strakacza, a po kilku dniach zostaliśmy przywiezieni do podskierniewickiej wsi Podstrobów. Tam doczekaliśmy końca wojny. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, jako jedni z pierwszych wróciliśmy do naszej Warszawy.

Minęło tyle lat, a ja często wracam myślami do końca sierpnia 1944 roku i zastanawiam się, dlaczego Niemcy zbombardowali ten szpital, przecież nikt stamtąd do nich nie strzelał... To jeszcze jeden dowód na to, jak okrutni byli faszyści. Doświadczyły tego barbarzyństwa miliony polskich rodzin podczas II wojny światowej, która dla współczesnych pokoleń jest tak odległa. Trzeba o tym mówić, aby historia opierała się na prawdzie i faktach...

 

 

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82