Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Exodus- Służba zdrowia po Powstaniu Warszawskim

 powrót
Niezapomniane dni cz.2

Marta Barbara Barcińska Nawrocka

 

Niezapomniane dni

 

 

c.d.

 

17 stycznia o godz. 10.00 pułk nasz ruszył do Warszawy. Zobaczyłam z daleka zarysy sterczących ruin. Pięć miesięcy temu wyjechałam stąd. Ileż dróg przebytych, rozpaczy, lęku. Jako żołnierz znający Warszawę dostałam zadanie przeprowadzenia pułku do Pruszkowa.

Po przeprawie przez Wisłę zatrzymałam samochód. Rozglądając się nie byłam w stanie ustalić, gdzie się znajdujemy. Same ruiny, sterczące kominy, dymiące ognie. Ogarnęły mnie niewypowiedziane ból i groza. Nie ma Warszawy, jaka będzie bez niej Polska. Krzyczałam: „barbarzyńcy! jak mógł świat na to pozwolić! Z tego osłupienia wyrwało mnie rzeczowe pytanie z-cy dowódcy płk Sumerowskiego, dlaczego stoimy, którędy mamy iść? Musiałam opanować lecące łzy, gdyż nawet dobrze go nie widziałam. Łzy na twarzy mężczyzn dodały mi sił. Ktoś krzyczał z boku objuczony workami, że tędy nie przejedziemy, musimy iść na dół i dopiero w lewo do góry. Tak pojechaliśmy. Boże! Już razem z nami wracali rozbitkowie do stolicy. Na górze ujrzałam mury Muzeum Narodowego. Za nimi prawie niezniszczony gmach Banku Gospodarczego. Już byłam pewna - w tym kierunku musimy jechać cały czas prosto Alejami Jerozolimskimi. Ale jak? - Ktoś pytał. Trzeba było usuwać gruzy. Dobrnęliśmy do ul. Marszałkowskiej. Po lewej stronie Hotel Polonia, mało uszkodzony, portier znajomy z widzenia stał przed wejściem. Po drugiej stronie ruiny Dworca Śródmieście. W dali palące się kamienice przy ul. Chmielnej, tam byli moi bliscy. Na Mirowie czarny, straszliwy dym, paliły się magazyny broni.

Do placu Narutowicza wiele kamienic ocalało (tylko kościół św. Michała zrujnowany), więc przejechaliśmy szybciej.

Musiałam jechać dalej, a chciałam tu zostać i płakać, obmyć krew powstańców, których rzucił los na rzeź.

Pytaliśmy powracających do Warszawy mieszkańców z tobołkami, jak najlepiej jechać do Pruszkowa. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „Dajcie chleba, to powiemy, bo nie mamy siły”. Oddaliśmy dosłownie wszystko, co mieliśmy. Jakżesz całowali ten chleb…

W Pruszkowie witano nas jak bohaterów, nie wiedzieli, że jesteśmy pułkiem zapasowym. Domy były pięknie urządzone, panowały spokój, radość, że Polskie Wojsko przyszło. Pytali, czy to prawda, że Warszawa zniszczona. Nic nie wiedzieli! Ja omijałam ten temat…

Po obfitej kolacji poprosiłam o możliwość odpoczynku. Chciałam być sama ze swym bólem. Dostałam piękny pokój, ale to była noc rozpaczy. Obraz szczątków Warszawy stał jak mur przed oczyma, nie dając zasnąć. Ofiary powstania krążyły wokół mnie.

Byłam tak blisko rodziców. Czułam stale niesamowity lęk. Pytano mnie, czy coś się stało. Ja wyczułam. Właśnie stało się, stało!

19 stycznia 1945 r. mój ojciec wypożyczył furmankę, aby przywieźć ze wsi żywność. Wszyscy byli pewni, że Niemców nie ma. Będąc już u celu, spotkał biegnących hitlerowców. Wskoczyli na jego wóz, każąc wieźć się na stację do Modlina. Koń niedożywiony nie chciał szybko iść. Zasztyletowano więc ojca i zrzucono z wozu. Zmarł w domu swego przyjaciela W. Kasprzaka we wsi Wygoda k. Zakroczymia. Matka została sama ze swym bólem.

Po dwóch dniach ruszyliśmy na zachód. Wszędzie ruiny, puste domy. Piła, dalej postój w Złotowie. Tablica „Berlin 190 km”. Trzeba jak najszybciej zniszczyć przeklęte gniazdo oszalałych hitlerowców. Złotów był miasteczkiem mało zniszczonym. Dostałam zadanie zorganizowania w nim poczty polowej. Jako córka pocztowca znałam dobrze tajniki działalności poczty. Mój ojciec został w 1915 r. wysłany do Moskwy z poleceniem zorganizowania pierwszej polskiej poczty polowej, historia się powtórzyła. Wszyscy składali mi gratulacje. Ojciec będzie szczęśliwy, gdy mu napiszę o swej funkcji. Niestety tu właśnie przyszedł list. Był jakiś inny. „Kancelaria Adwokacka” - poznałam charakter pisma mego wujka. Bałam się go otworzyć, wyczułam tragedię. W niewyraźnym piśmie odczytałam zdanie „Ojciec i syn zostali pochowani w jednej mogile”. Cały świat mi się zawalił. Długo nie mogłam dojść do siebie. Wszyscy byli bardzo serdeczni. Wszystkie gesty współczucia płk. Sumerowskiego, mojej Stasi i Janka Łabędzia, któremu aż się oberwało od dowództwa za „zbyt serdeczne pocieszenie” zapamiętałam na całe życie. Stanęłam do raportu, prosząc o przesłanie mnie na front. Ciągle mi odmawiano.

Wkrótce wyruszyliśmy na zachód. W drodze zostaliśmy ostrzelani z ciężkiej broni, mnie wyrzuciło z wozu w krzewy, lewa ręka krwawiła, palec wskazujący złamany, konie zabite. Wywiązała się bitwa, grupę Niemców zniszczono, ale marsz nasz się opóźnił, lizaliśmy rany. Jechaliśmy dalej –Mirosławiec, wąskie uliczki. Po kilku dniach niepewnej drogi zarządzano postój. Zajechaliśmy w rozległe zabudowania przycupnięte pod wzniesieniem. Nareszcie odpoczynek.

Świeciło słońce. Zobaczyłam stojący rower damski. Coś we mnie drgnęło, stanęły mi przed oczyma moja piękna damka i stałe wypady do lasu. Chyba to był sen – dom, rower, radość? Wsiadłam na rower besztana przez Stasię. „Znieś chociaż plecak” - wołała, ale ja już wspinałam się wyżej i wyżej. Wjechałam na górkę, rozglądając się po terenie. Zamarłam. Pod lasem stało niemieckie wojsko w pełnym rynsztunku, jakby do wymarszu. Hełmy błyszczały. Czy mnie zauważyli? Jak zjechałam do obozowiska – nie wiem. „Niemcy!” - wołałam -

Alarm! Odwrót!” – krzyknął szef. Szybko na wozy, na jeden wrzuciłam rower, mnie wzięto do samochodu. Cofnęliśmy się kilka kilometrów. Na skrzyżowaniu dróg stali dowódca pułku i Szef Sztabu. Niezwykle zdziwieni naszym powrotem. Wysłano wywiad i rzeczywiście potwierdzono obecność dużej grupy wojsk niemieckich w lesie. Wszyscy byli mi bardzo wdzięczni, że uratowałam tylu ludzi. Płk Sumerowski, jak zwykle serdeczny ojciec, dziękując mi powiedział: „Baśka, chciałaś jechać na front, masz front. Okopać się!” – krzyknął! Czekamy na rozkazy!

Noc była zimna i frontowa. Trudno było określić, gdzie jest pierwsza linia walk, wszędzie słychać było nieustające wybuchy. Rano pojechaliśmy dalej. W mijanym domu stał Niemiec, pomyślałam, że zastrzelę go za zamordowanie naszej Ojczyzny. Podniosłam karabin, ale szybko opadł wraz z emocjami. W drugiej połowie lutego zgodnie z prośbą zostałam zabrana do 2 Dywizji Piechoty im. H. Dąbrowskiego. Było zimno, śnieg topniał. Zatrzymano nasz samochód, a kierowca otrzymał „odpowiednią wiązankę”. Wracamy, okazało się, że jesteśmy okrążeni. Staliśmy w ogniu walki do rana. Pozostała tylko modlitwa, łączyłam się z matką. Rankiem front posunął się naprzód. Około południa dojechaliśmy do 2 Dywizji Piechoty. Rozpoczęłam służbę na centrali telefonicznej. Z biegiem czasu wykonywałam różne zadania na polecenie dowódcy.

Byłam maszynistką, korektorką przesyłanych do jednostek raportów dziennych, przygotowywałam prasówki itp. Od Frycowa, jako łącznościowiec przewodowy, zabezpieczałam łączność walczących oddziałów dywizji.

Pewnego ranka Szef Łączności wszedł do nas mając dziwną minę. Linia między Wartą a Bugiem została zerwana. „Dziś nie wyznaczam nikogo. Linia frontu. Kto na ochotnika, no dwie osoby muszą być”– powiedział Szef. Zgłosiłam się natychmiast. „Kto z chłopców?” Chętnych było kilku, ale najmłodszy „Mały” nie dał sobie odebrać tej szansy, ja też nie. Pogoda fatalna, mglista, bez przerwy armaty grały. Ogarnęło mnie dziwne paradoksalne uczucie. Nareszcie w ogniu pełnych działań frontowych, a serce „stało w gardle”. Czołgaliśmy się wzdłuż linii od zarośli do zarośli. Pociski padały blisko obrzucając nas ziemią. Spostrzegłam wysłane za nami posiłki. „Mały, aby tylko do stodoły” - krzyknęłam. Stodoła stała prawie nie tknięta, ale domy wokół były w ruinach.

Pod stodołą zatrzymaliśmy się, tuląc się do ziemi. Trwało to dość długo, artyleria grała, a zadanie bojowe trzeba spełnić natychmiast. Podczołgaliśmy się do ruin. „Mały” coś wołał, podniosłam oczy w górę, na gałęzi wysoko wisiał zerwany huśtający się przewód. Trzeba było przejść dalej i z ziemi go ściągnąć. Naprawiając go już nie czuliśmy żadnego lęku, robiliśmy to w leju po bombie, trochę schronieni. Połączyliśmy się z centralami, wszystko działało, ale i tak zostałam zganiona. „Nie może być tak długo braku łączności”. „Tak jest!” - wykrzyknęłam dumnie. Wróciliśmy razem, wszyscy wiedzieli, że się udało. Dla formy zameldowałam szefowi o wykonaniu zadania.

Po wszystkim uklękłam przy łóżku, zanurzając głowę w pierzynę. Za moment była mokra. Dziękowałam Bogu, że ocalił mnie dla matki…

Dalszy postój Alt Fridland. Jezioro, cieplej. Poza służbą na centrali, pomagałam pisać meldunki w Wydziale Operacyjnym 2 Dywizji. Kiedyś, wychodząc na kwaterę zauważyłam zastępcę Szefa skulonego na krześle, który przyszywał sobie dystynkcje na pagonach. Nitka w igle była nieco dłuższa od ręki, więc śmiesznie nią żonglował. Zaproponowałam pomoc, odmówił oficjalnie. W tym momencie kolega odwołał go, by przeczytał plan natarcia. Wzięłam szybko sprawę w swoje ręce i ukończyłam dzieło. Zastępca był to oficer, który zdawało się poza swoją pracą nic nie widział, ale coś mu widocznie w kąciku serca drgało. Nazywano go „major w czerwonych butach”, gdyż takie nosił „trofeine”. Helena Żerańska, bohaterka z Powstania Warszawskiego, która przepłynęła Wisłę, mawiała: „ten major to najporządniejszy człowiek w 2 Dywizji”. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że to zaważy kiedyś na moim życiu.

Nastrój wśród żołnierzy wyraźnie się poprawiał. 25 kwietnia w Targu spotkali się żołnierze 5 Armii Frontu Ukraińskiego i Armii Amerykańskiej. Już było wiadomo, że barbarzyńskie gniazdo hitlerowców zostało zniszczone. 2 maja 1945 r. wojska radzieckie i polskie zdobyły Berlin. My telefonistki wyrywałyśmy sobie słuchawki, każda chciała pełnić dyżur. Z 7 na 8 maja dowiedzieliśmy się o podpisaniu w Reims kapitulacji III Rzeszy.

W dzień zwycięstwa byliśmy w Oppenheinm nad Łabą. Wyszliśmy grupą na taras w Pałacu, gdzie byliśmy zakwaterowani. Kolega tak się cieszył, że zobaczy swoje dzieci. Nie zobaczył. Kula snajpera zabiła go. Tu w Niemczech nawet wolność jest zatruta…

Koniec wojny. Każdy na swój sposób wyrażał swą radość.

9 maja o godzinie 12.00 stanęliśmy do Apelu Zwycięstwa. Odczytywano rozkaz Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego gen. M. Żymierskiego.

OFICEROWIE, PODOFICEROWIE, ŻOŁNIERZE

Wasz trud bojowy nie poszedł na marne. Uzyskaliście dla Polski wiekopomne zdobycze.

Wam dane było wyzwolić naszych braci z hitlerowskiej niewoli…

Myśli moje poleciały do matki i braci. Czy ocaleli? Nie byłam w stanie śledzić słów rozkazu, jego treść poznałam nazajutrz z gazety.

Wszystko pamiętam, co się działo tego dnia. Tej szaleńczej i niepohamowanej radości wyrażonej przez każdego w inny sposób, nie da się opisać, a czytającym wyobrazić. Powrót do Ojczyzny. Maj - piękna pogoda, cudowne widoki, na dalekim horyzoncie Alpy w śniegu. Gdziekolwiek stanęliśmy na odpoczynek, Niemcy byli bardzo wrogo do nas nastawieni. Nie można było uwierzyć, że naród tak pracowity, dokładny dał się prowadzić wodzowi.

Nareszcie Nysa. Mój raport o zwolnieniu z wojska stale leżał na biurku Szefa Sztabu 2 Dywizji Piechoty pułkownika A. Uszpalewicza - wspaniałego człowieka. Zwróciłam się kiedyś o pomoc do majora „w czerwonych butach”. Zgodził się. Poszliśmy do szefa razem. Debata na temat mego pójścia do cywila trwała długo. Szef Sztabu nie mógł zrozumieć, dlaczego major tak walczy o moje zwolnienie z wojska. „Niech się uczy, lekarzy potrzeba” - dopiero tym argumentem go przekonał.

W lipcu pozbierałam swoje listy pochwalne, odznaczenia i pojechałam do matki do Zakroczymia. Zastałam ją wychodzącą z ziemianki, trzymała coś w ręku, coś na kształt miski, w której było parę zwiędłych kartofli. Mama! Córuś moja!

Jak długo trwałyśmy w uścisku - nie wiem. Zdziczałe, powykręcane drzewa wiśniowe, ocalałe z pożogi wystroiły się w czerwone korale, też mnie witały, były jedynymi świadkami spotkania zbolałej matki i córki, ofiar hitleryzmu.

Nareszcie zakończyła się droga moich wojennych losów. Niektóre wydarzenia tamtych dni zmieniły moje życie. Po dwóch latach major S. Nawrocki podziękował mi za przyszycie dystynkcji do pagonów, wkładając mi na palec obrączkę przed ołtarzem w Zakroczymiu. Będąc oficerem Lotnictwa Wojskowego bardzo mi pomagał w czasie różnych awarii na koloniach leczniczych, które organizowałam przez wiele lat dla dzieci z wadami serca.

Jak przystało na małżeństwo frontowe daliśmy Ojczyźnie czterech synów. W dniu 50-lecia naszego szczęśliwego małżeństwa jest nas już dziewiętnaście osób, z których każda na swój sposób służy Ojczyźnie.

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82