Towarzystwo Lekarskie Warszawskie
Siedziba Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego
Rok
założenia
1820
 

Exodus- Służba zdrowia po Powstaniu Warszawskim

 powrót
Niezapomniane dni cz.1

Marta Barbara Barcińska Nawrocka

 

Niezapomniane dni cz.1

 

Urodziłam się 29 sierpnia 1924 r. w Zakroczymiu w rodzinie inteligenckiej. Ojciec – Naczelnik Poczty, patriota i społecznik. Matka Franciszka z Maliszewskich zajmowała się wychowaniem dzieci.

W 1939 r. po kapitulacji Warszawy, gdzie przebywaliśmy w czasie działań wojennych z powodu spraw służbowych ojca, powróciliśmy do Zakroczymia. Okazało się, że nasze całe domostwo i sad zostały zrównane z ziemią. Podobny los w dużej mierze spotkał miasteczko, gdyż Zakroczym poddał się dopiero po wzięciu Warszawy i Modlina w 1939 r.

Do rodzinnego miasta powrócił też najstarszy brat Witold, oficer ciężko ranny podczas obrony Warszawy. Zamieszkaliśmy w pomieszczeniach gospodarczych poczty. Nie mając żadnych środków do życia, korzystaliśmy z pomocy bliskich i o.o. kapucynów. Nie chcieliśmy być bierni i postanowiliśmy rozpocząć walkę z okupantem. Nawiązaliśmy kontakt z partyzantami w Warszawie, którzy potrzebowali broni. Przemycaliśmy ją w workach z mąką z powiatu sierpeckiego. Ojciec specjalnie w tym celu otworzył skład mąki. I ja także jeździłam po nią z ojcem, który udawał niewidomego. Ponieważ byłam wówczas nieświadoma tego, co wieziemy, to w czasie kontroli niemieckich zachowywałam się spokojnie, nie budząc podejrzeń. Zdarzały się jednak czasem dramatyczne sytuacje, napawające mnie wielkim lękiem np. zarekwirowanie całego ładunku. Znając jednak trochę niemiecki, zawsze wybrnęłam z opresji.

Po kilku miesiącach pracy konspiracyjnej zdrowy już i mogący chodzić brat oficer został aresztowany. Niemcy podejrzewali całą rodzinę o współpracę z Ruchem Oporu. Wyrzucono nas z pomieszczeń poczty, zamknięto skład mąki. W trakcie konwoju mój brat Witold zbiegł Niemcom do swego oddziału partyzanckiego.

Witold Barciński ps. „Wicher " był szefem wywiadu NSZ w Zakroczymiu, został bestialsko zamordowany 17 września 1944 r. Niemcy zmusili ojca do zakopania syna na miejscu zbrodni na polu. Pozostałych braci zabrano na roboty. Mnie wywieziono do pracy w majątku Chrcynno k. Nasielska, gdzie pracowałam sześć tygodni. Po zebraniu plonów z pól zostałam odesłana do domu.

Jesienią 1941 r. dowiedziałam się, że mam być wywieziona do Niemiec. Ukryłam się wtedy u rodziny Tomczyków w Maryninie k. Sierocka. Niestety znaleziono mnie tam. Wójt wioski, pełniący tę funkcję od kilku lat, okazał się szpiegiem niemieckim. Rodzina zamknęła mnie wtedy na stryszku chlewa, dokąd wejść można było tylko przez dach. W czasie zimy zabrano mnie do domu. Pewnej nocy przyjechali Niemcy, ale na szczęście ostrzeżone uciekłyśmy z kuzynką boso, w bieliźnie do chlewa i ukryłyśmy się w żłobie z sianem. W tym czasie zachorowałam na zapalenie stawów. Leczyłam się zgodnie z medycyną ludową, mocząc ręce i nogi w odchodach końskich i naparze siana.

Wiosną 1942 r., nie mogąc psychicznie znieść stałego ukrywania się przed Niemcami, postanowiłam uciec do Generalnej Guberni. Rodzice załatwili przewodnika, który często przechodził zieloną granicę w Jankach. Niestety, tym razem całą naszą grupę zatrzymano. Wyczuł nas pies, to było krwawe spotkanie... Wszyscy zostali zrewidowani. Ja nic nie niosłam. Żandarm kazał mi stanąć na boku. Prosiłam, by mnie puścił z opiekunem, gdyż idę do umierającej babci. Miałam szczęście, bo towarzysząca wartownikowi żona cały czas wstawiała się za mną. Staliśmy, długo czekając na „budę”, która miała nas zabrać. W pewnej chwili wartownik podszedł do mnie i krzyknął: ,,weg”.

Jego żona krzyknęła: nicht allein”. Niemiec popchnął za mną mego opiekuna, krzycząc:schnell”. Tego, co czuliśmy wtedy, nie da się opisać. To były dramatyczne chwile, które pozostały głęboko w pamięci. Czarna deszczowa noc, ciemny, gęsty las, olbrzymi wilczur rzucający się na nas w chwili odejścia i ta świadomość ocalenia…

W ulewnym deszczu szliśmy bardzo powoli. Rano doszliśmy do Boernerowa, obrzeża Warszawy. Na pętli tramwajowej grupa ludzi stała spokojnie, czytając gazety. Ktoś podszedł i zdjął mi żakiet, aby go wyżąć z wody. Jakaś pani zdjęła z siebie sweter i włożyła na mnie. Nie reagowałam, nie mogłam mówić. Podjechał tramwaj z napisem „Odrowąża”. Ucieszyłam się wiedząc, że dojadę nim do babci. Ale jak wejść do wagonu, ociekając wodą? Pasażerowie kazali mi siadać, abym nie zemdlała. Żeby tylko nie wpaść w ręce Niemców – na każdym przystanku lęk się pogłębiał. Zajechałam szczęśliwie do rodziny. Po dojściu do równowagi psychicznej odwiedziłam s.s. felicjanki w Wawrze. Tu przed wojną uczęszczałam do gimnazjum. Siostry zatrzymały mnie w tajnej szkole, wyposażając we wszystko, co potrzebne do życia i nauki. Aby nadrobić stracone lata, zabrałam się natychmiast do pracy, mimo wakacji. Z chwilą rozpoczęcia roku szkolnego przeżywaliśmy ciężkie chwile. W czasie wizyt kuratora niemieckiego, siostry ukrywały nas w różnych miejscach. Leżałyśmy nieraz cały dzień w redlinach kartofli, gdyż oficjalnie liceum nie istniało. Była tylko zawodowa szkoła krawiecka. U sióstr zdałam egzamin maturalny w maju 1944 r.

W czasie ostatnich dwóch lat wojny zwerbowano mnie do organizacji podziemnej, gdzie byłam szkolona na sanitariuszkę i łączniczkę.

31 lipca 1944 r., po przyjściu na lekcję, dostałam rozkaz zgłoszenia się do posiadłości p. Perzakowskiego na dalekiej Białołęce. Tam był punkt sanitarny w obwodzie VI powstania na Pradze. Droga do celu była niezwykle niebezpieczna.

Był bardzo upalny, duszny dzień. Ludzi ogarnęły niepokój i lęk. Coś złowrogiego wisiało w powietrzu. W tramwaju zupełna cisza, twarze zacięte, przerażone i smutne. Przejeżdżając mostem Kierbedzia, żegnałam się z Warszawą, nie podejrzewając jednak takiej tragedii, która ją spotka.

Dojechałam szczęśliwie na Bródno do babci. Po posiłku zarzuciłam tylko na siebie ów darowany sweterek i poszłam wykonać rozkaz. Myślałam, że szybko wrócę wiedząc, że już armia wschodnia zbliża się do Warszawy.

Nagle wśród zupełnej ciszy wielki samochód „buda" skręcił w ulicę Siedzibną. Szybko schowano mnie w podziemiu zegara wodnego w niewykończonej części domu.

Po skończonej rewizji w domach, samochód pojechał dalej, ale żołnierze zostali. Ich ciężkie kroki na chodniku ulicy tak dobrze mi znane, ucichły dopiero w nocy.

O świcie podano mi posiłek, nie pozwalając wyjść na dłużej z kryjówki. Przysłuchiwałam się rozmowom ludzi przychodzących do sklepu. Wynikało z nich, że Niemcy zabrali młodzież z całej dzielnicy. Słowo powstanie wirowało wokół mnie. Głuche nieustające wybuchy za Wisłą potwierdzały to. Pragnęłam być już na posterunku. Ileż to myśli przeszło mi przez głowę, dziewczyny otulonej lękiem o los najbliższych i walczących w Warszawie. Pocieszał mnie tylko tlący się ognik nadziei na szybkie przejście frontu i wyzwolenie Warszawy.

3 sierpnia 1944 r. opuściłam kryjówkę, udając się do wyznaczonego celu. Ubrana zostałam w czarną suknię i chustkę. Do ręki wujek dał mi kwiaty. Miałam rzekomo iść do umierającej babci. Pożegnanie odbyło się bez słów. Milczące oczy całej rodziny przed obrazem Matki Boskiej, błagające o błogosławieństwo oraz uścisk babuni dodały mi sił i otuchy. Jednak już za pierwszym rogiem ulicy zmuszona byłam schować się w klatce schodowej przed nadjeżdżającymi samochodami. Niemcy jechali bardzo powoli, lustrując okolice. W wielkim napięciu czekałam aż odjadą, ale oni stanęli, otaczając pobliski dom. W tym czasie szybko wybiegłam na ulicę. Nie uszłam daleko, gdy wyłonili się przede mną patrolujący Niemcy. Śmiali się głośno „Patt i Patachon". „Halt” – krzyknął chudy. Rozpłakałam się. Chustka osłaniająca jasne warkocze osunęła się, kazano mi ją zdjąć, zrewidowano mnie dokładnie. Byli bardzo źli. Myślałam, że to już koniec mojej drogi. „Dokąd idziesz i dlaczego tak płaczesz?” - pytali. „Idę do umierającej babci i do kościoła” - odpowiedziałam, pokazując widoczny kościół. Dotarłam do niego już bez przeszkód. W chłodzie kościoła i promieniach światełka tabernakulum odczułam ulgę. Myślałam o stojącej w ogniu, zakrwawionej Warszawie. Ta medytacja dodała mi sił i szłam do celu znacznie pewniej. Niestety znowu zauważyłam jadącą „budę”. Na szczęście przejechała… Dalej szłam między domami, trzymając się już tylko kierunku. Trudno mi było znaleźć wyznaczone miejsce, ale trafiłam. Było to obszerne domostwo; dużo różnych ludzi, różnorodne gospodarstwo. Gospodarz czekał na mnie.

Po wymówieniu krótkiego hasła „Ja jestem" wyciągnął z zasłony zeszyt i zapisał moje dane pod numerem 12. „Ty dziewczę jesteś ostatnia". Okazało się, że gospodarz był kolegą gimnazjalnym mojego ojca. Zajęto się więc mną bardzo serdecznie. Przedstawił mnie dowódcy o pseudonimie „Leon” i zastępcy o pseudonimie „Bronek”. Wtedy zobaczyłam ich po raz pierwszy. „Są wszyscy” – rzekł Leon. W tonie wypowiedzianych słów było coś ważnego. „Jaki przyjmujesz pseudonim? Jasna, Błękit, Słonko?”

Wybrałam to ostatnie, bo przypominało mi najcudowniejszy mój dom, w którym byłam podobnie nazywana.

Punkt sanitarny był częściowo przygotowany. Po krótkim, acz szczegółowym egzaminie, powierzono mi ratownictwo ciężko chorych. Odpowiadało mi to, bo znałam dobrze leki pierwszej pomocy. Chłopcy wyszli z zadaniem niszczenia łączności wroga, my segregowałyśmy w piwnicy sprzęt sanitarny.

Nastrój był ciężki, bolesny. Wszyscy byli przejęci nieustannym rykiem dział i walczącą w płomieniach stolicą. Odczuć tych nie da się nigdy przekazać. Nocami obserwowaliśmy to piekło. Wystrzeliwane świetlne rakiety przybierały wspaniałe kształty kandelabrów, dające odczucie piękna. Niestety ich cel był inny – mord. Wyraźnie czuło się zbliżający front. Ciężka artyleria niemiecka odzywała się regularnie. W czasie kanonady oraz przejazdów Niemców, chowaliśmy się do rozległych piwnic. Niemcy nigdy tego wejścia nie odkryli. Któregoś dnia, sprawdzając teren posiadłości, w głębi rozległego podwórza zobaczyliśmy niską postać w mundurze rosyjskim – ciemna twarz, papacha nasunięta na czoło. Nie miał żadnej broni. Przywitaliśmy go radośnie, jako zwiastuna nadchodzącego frontu. Napoiliśmy, nakarmiliśmy żołnierza, każda z nas chciała go myć. Bardzo bronił się przed tymi zabiegami. Stale powtarzał „nie nada”, „chwatit”. Oddalił się szybko, krzyknęłam za nim kagda front pryjdziot?”. „Boch znajet” - odpowiedział i zniknął w zaroślach.

Front Armii Wschodniej zbliżał się wyraźnie. Huk dział i wybuchy bomb obezwładniały nas wszystkich. Na pobliskich polach zwłoki zabitych leżały pokotem. W tej kanonadzie świszczących pocisków zbieraliśmy rannych. Nic się absolutnie wtedy nie czuło, żadnego strachu. Dominowało w człowieku uczucie jakiejś głębokiej powinności ratowania jak największej liczby żołnierzy. Rozpierała mnie jakaś nieznana duma, że dane jest mi szczęście bycia na froncie toczącej się walki o wyzwolenie ukochanej Ojczyzny. Ten niesamowity czas walk frontowych i pośpiech nie pozwalały myśleć o niebezpieczeństwie. Pewnego wieczora zapanowała cisza. Uważaliśmy, że front już przeszedł, ale niepokój towarzyszył nam stale. Drżałam, było mi zimno. Gospodarz dał mi jakiś gruby kożuch, włożyłam go bez słowa, mimo panującego na dworze upału. Przed wieczorem podano nam gorącą zupę. Siedziałam na ławie najbliżej okna. W tej ciszy pocisk artyleryjski uderzył w nasz dom. Podmuch wybuchu rzucił mnie na drzwi przyległego pokoju, odczułam ból całego ciała, dzwonienie w uszach i straciłam przytomność. Po siedemnastu godzinach otworzyłam oczy, wymiotowałam. Widziałam nachylające się nade mną głowy koleżanek, ale nic nie słyszałam. Pomyślałam, że już nie żyję i nie mam kontaktu z otoczeniem. Ponownie straciłam świadomość. Odzyskałam ją nocą. Choć słabo, ale słyszałam jęki, wołania. Usiłowałam wstać. Podbiegły koleżanki, pomagając mi. Ruch ich warg oraz głośno wypowiadane słowa docierały do mej świadomości. Usłyszałam: „Masz wstrząs mózgu. Jesteś ranna powierzchownie w brzuch, kożuch cię uratował, jest jak mała kula wełny, słuch wróci, nie martw się”. Zdawałam sobie sprawę z rzeczywistości, pragnęłam żyć dla rodziców, tyle lat ich nie widziałam.

Ranni leżeli wokoło. Armaty grały gdzieś dalej. O świcie wstałam, czułam wielką potrzebę służenia rannym. Nie pamiętałam zupełnie, których wciągałam do domu. Podeszłam do rannego leżącego na fortepianie. Był w szoku, zimny, tętno nitkowate. Sprawdziłam na karcie, co dostał. Koleżanki odkryły mnie, zbeształy, że wstałam, ale były zadowolone, że zajmę się chorym. „To jakaś szyszka” – mówiono – „pułkownik”. Podałyśmy mu lobelinę oraz dożylnie glukozę z kardiamidem. Żyły kompletnie zapadnięte, ileż to nas kosztowało trudu. Sama musiałam się położyć, bo mdlałam. W ciągu dnia oddech mu się poprawił. Zauważyłam porażoną lewą rękę i zimną bladą nogę.

Niemcy cały czas bronili się zażarcie. W koniec lewego skrzydła domu uderzyła bomba. Dom się wyraźnie zakołysał, poleciały pozostałe szyby. Jęki i krzyk rannych nasiliły się. Zawirował cały świat, odczułam ból oczu i uszu, straciłam zupełnie orientację. Bóle głowy nasiliły się. Z tego zasłabnięcia wyrwały mnie płacz i krzyk. Podczołgałam się w tym kierunku. Ujrzałam obraz nie do opisania. Dużo zabitych i nasz ukochany opiekun leżący wśród gruzu, gdzie kiedyś były pokoje. Krzyczał, wijąc się w bólach – błagając o pomoc. Wnętrzności na wierzchu, widać było falujący żołądek, jelita. Przerażenie i żal mnie opanowały. To była moja pierwsza lekcja anatomii człowieka. Ten krzyk paraliżował myśli. „Dać dużą dawkę morfiny”– ktoś krzyknął. W tym czasie pociągnięto mnie na salę – dwóch umiera, ratujmy. Nie mogłyśmy już psychicznie tego znieść. „To wojna, front, dziewczyny, trzymajcie się” – krzyczeli chłopcy. Ratowałyśmy konających, mając pewność, że służba sanitarna już wkrótce ich zabierze do szpitala. Noc była potworna, leki się kończyły, bandaże nie schły. Po północy jęki przycichły. Pragnęłyśmy przytulić się całym ciałem do podłogi i zasnąć choć na chwilę. Wołania rannych jednak nie pozwoliły na dłuższy odpoczynek. Jedyną pociechą było to, że front przeszedł. 14 września 1944 r. Armia Radziecka złamała opór Niemców. O godzinie dwunastej weszli sanitariusze radzieccy. Starsza rangą lekarz przeszła przez pokoje jak burza. „Skolko umarło?” zapytała ostrym tonem, jakby chciała nas oskarżyć.

O! połkownik żywiot – zabierajcie skoreje” – krzyknęła i odeszła nie zwracając na nikogo uwagi. Stałyśmy drętwe, przygnębione. Myśli pobiegły za naszymi pacjentami. Pokochaliśmy ich i teraz myśleliśmy, czy zaopiekują się nimi tak jak my.

Z tego odrętwienia wyrwało nas hałaśliwe wejście gospodarza z oficerami radzieckimi. Gospodarz wyjaśniał im, ile uratowałyśmy żołnierzy, część rannych siedziała w piwnicach. „Partyzanty” - rzekł głośno z nutą żalu w głosie. Kaniec fronta. Idziom dalsze”. Szefowie nasi „Leon” i „Bronek” byli bardzo zdenerwowani. My chciałyśmy jechać do szpitala, by dalej służyć rannym. Gospodarz poinformował nas, że to niemożliwe. Nikogo z polskiej partyzantki do swej służby nie wezmą.

Rozumiałyśmy, że nasza praca to powinność, służba dla Ojczyzny i nikt nikomu nie dziękuje.

Gospodyni, wspaniała kobieta, karmiła nas, biadoląc – „zaraz po was mogą przyjechać”. Gospodarz obiecywał mi, że powiadomi rodziców o moich losach.

Po południu przyjechał oficer w polskim mundurze, co zrobiło na nas olbrzymie wrażenie. Dotykałyśmy pagonów, orzełka, guzików. Pięć lat czekałyśmy na polskie wojsko. Oficer poinformował wszystkich, że zgodnie z rozkazem zostaniemy przewiezione do szkoły na ulicą Skaryszewską. Ucieszyłyśmy się, bo chciałyśmy opuścić ten dom potwornej grozy.

Zdziwione byłyśmy, że umieszczono nas tam w piwnicy wysłanej słomą. Upominałyśmy się o zabranie nas do szpitala do pracy. Rozłożenie rąk miłego oficera był jedyną odpowiedzią. Drzwi zostały zamknięte. Rzuciłyśmy się zaraz na słomę, aby tylko spać, spać, spać... Wieczorem przyniesiono nam kawę i kawałek chleba. Noc była czarna, pełna niepewności. Każda z nas myślała o dalszym życiu.

Następnego dnia zostałyśmy pobieżnie przesłuchane. Przez następne dziewięć wieczorów i nocy przesłuchiwano nas szczegółowo. Rozmowy odbywały się przy bardzo jasnej lampie skierowanej na twarz. Pytania powtarzały się: "pochodzenie, kto nas tu przysłał?, kto szkolił?" itp. Po jedenastu dniach przyszedł porucznik, nasz opiekun i oświadczył, że zgodnie z rozkazem… cała nasza grupa została wcielona do Wojska Polskiego. Nasi szefowie nie byli zadowoleni. Ja wyraziłam natychmiastową zgodę, mówiąc: „chcę walczyć i gnać hitlerowców do Berlina”. Koleżanki poparły mnie głośno. Polecono nam zaraz opuścić piwnicę i szukać nocnej kwatery w sąsiednich domach. 24 września o godz. 9.00 miałyśmy rozkaz stawienia się przed szkołą.

Gospodyni nocnej kwatery ubrała mnie w rzeczy syna, który brał udział w Powstaniu Warszawskim. Jego buty oficerki były moją wielką dumą i ochroną.

Na drugi dzień rano wysłuchałyśmy mszy św. w maleńkim kościółku. O 9.00 zgodnie z planem podjechał samochód, mający zawieźć nas do wojska. Po drodze w Zaciszu spotkałyśmy jadącą kolumnę Wojska Polskiego.

Tyle polskich mundurów. Na ciężarówce siedziały też młode dziewczyny, machałyśmy im ciesząc się ich widokiem, tym, że już są z nami. Wiadomo było, że to wojsko ze wschodu, z Syberii. Szczególnie twarze dziewcząt były bardzo przygnębione, widać było na nich przebyte piekło. Tak o nich pisał kombatant S. Nawrocki w swych wierszach:

„Szli zesłańcy polscy,

na krwawiący Ojczyzny zew,

szli żołnierze tułacze,

i ciężki boje toczyli,

a swój szlak bojowy mogiłami znaczyli”. Czekaliśmy na nich tyle lat a powitanie nie było radosne.

24 września przewieziono nas do Glinianki koło Woli Karczewskiej, gdzie zostałyśmy wcielone do Wojska Polskiego. To była inna rzeczywistość. Zielona łąka, cisza, świergot ptaków. Polskie Wojsko z utęsknieniem oczekiwane przez tyle lat. Na miejscu miłe, ale oficjalne przywitanie przywiezionych rekrutów. Po dokończeniu formalności i otrzymaniu umundurowania, skierowano nas do trzeciego zapasowego pp stacjonującego też w Woli Karczewskiej. Przydzielono nam początkowo kwatery w domach gospodarzy wiejskich, gdzie panowały bardzo złe warunki. Po kilku dniach umieszczono cały pluton kobiecy w opuszczonej szkole. Mimo złego stanu zdrowia (rana na brzuchu goiła mi się bardzo źle) i oporu z mej strony, zostałam komendantką plutonu kobiecego. Na zastępczynię wybrałam sobie Stasię Olszewską. Była niezwykle pomocna, opiekowała się mną, prowadziła mnie siłą po straszliwym błocie na opatrunki. Przywoływała do porządku koleżanki w „praskiej gwarze”. Po dwóch tygodniach musztry wojskowej i nauki żołnierskich piosenek rozpoczął się kurs łączności. Brałam w nim czynny udział, prowadząc wykłady z fizyki i chemii. Po sześciu tygodniach ciężkiej pracy i życia w trudnych warunkach, mycia w rzece, która brzegami już pokrywała się lodem, ukończyłyśmy kurs łączności.

Prawie natychmiast cały pluton został wysłany do dyspozycji kadr. Mnie skierowano do Wyższej Szkoły Politycznej. Nie oponowałam, ponieważ kochałam naukę. W czasie jazdy, chłopcy kandydaci bardzo mi to odradzali. Podczas postoju, przy jakimś sztabie zobaczyłam samochód z naszej Kompanii Łączności i nim wróciłam na kwaterę. Wszyscy się ucieszyli i wróciłam do służby obsługi centrali. Byłam znów ze swoją Stasią.

W grudniu 1944 r. w czasie pełnienia dyżuru nocnego spostrzegłam w oknie dziwny różowy odblask. Pożar! Po przekazaniu meldunku szefowi, wybiegłam na wioskę budzić mieszkańców. Mój krzyk długo pamiętano. Ratowałam sprzęt centrali telefonicznej, sama wyrwałam zamocowaną w ścianach obudowę przewodów i wyniosłam całą aparaturę na bezpieczną odległość. Gospodarzom zupełnie oszołomionym, zajmującym się dziećmi, wyrzuciłam na zewnątrz wszystko, co było możliwe. Dom już płonął. Przybyłe wojsko zajmowało się długo pogorzelcami w tę tragiczną zimową noc.

Szef Sztabu mjr Królikowski i Szef Kompanii Łączności widząc wszędzie zgliszcza byli pewni, że centrala telefoniczna spłonęła. Gdy zobaczyli cały sprzęt, byli bardzo zdziwieni. Sama nie mogłam pojąć, jak tego dokonałam. Za ten bohaterski czyn, jak ocenili moi przełożeni, zostałam wyróżniona w czasie apelu przed pułkiem oraz przedstawiona do odznaczenia (jak mnie poinformowano), ale go nie otrzymałam. Ale najważniejsza była wdzięczność ludzi, której nie zastąpi żaden medal. Warunki służby na centrali telefonicznej były bardzo trudne. Piwniczny chłód. Nasze ziemianki 3 zapasowego pp w lesie były oddalone o 3 km. Jedynymi ubraniami były bielizna, dziwnie na mrozie twardniejąca, drelichowy mundur i płaszcz, a do tego buty już przemakające. Odmrażało się nogi i ręce.

           Jeden wieczór pozostał mi w pamięci na całe życie. Wieczorem po przekazaniu S. Olszewskiej dyżuru szłam do ziemianki. Mróz siarczysty 1944 roku doskwierał bardzo. Wiatr nie pozwalał mi iść. Szłam tyłem, ale poły płaszcza się rozwiewały i niesamowicie zmarzłam. Zrobiło mi się w pewnej chwili słabo, byłam senna. Zdawałam sobie sprawę, co mi grozi. Zastanawiałam się, co robić? Wrócić do wioski? - byłoby z wiatrem, może bym doszła... Usłyszałam dzwonienie w uszach, byłam bliska omdlenia, próbowałam szybciej iść, ale nie mogłam, nie czułam nóg, rozgrzewałam się rękami, ale bez efektu. W pewnym momencie usłyszałam niewyraźne dzwonki jadących sań, krzyknęłam coś, upadłam. Chłopcy z naszego pułku zabrali mnie, ktoś wołał „ona zamarzła”. Pamiętam, że doznałam uczucia szczęścia, kiedy mnie bili po nogach, a ręce i policzki nacierali śniegiem. Myślałam o rodzicach, że znów dla nich jestem uratowana.

           W ziemiance położono mnie osobno bliżej pieca. Wszystko cokolwiek się wokół mnie działo było dziwnie dalekie, miałam dreszcze i wysoką gorączkę. Na drugi dzień obrzękły mi stawy. Wszyscy mnie leczyli. Z punktu sanitarnego przyjechała pielęgniarka z dużą ilością aspiryny. Kiedy wyzdrowiałam, wróciłam na dyżury do centrali, ale więcej nigdy nie wracałam już pieszo do ziemianek.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Zastanawialiśmy się, jak urządzić wigilię, ustroiliśmy choinkę. Dostaliśmy śledzia, chleb i cebulę. Ksiądz dał opłatek. Siedzieliśmy wokół stołu i nikt nie był w stanie zadośćuczynić tradycji. Wszyscy patrzyli sobie w oczy lub na jakiś szary, smutny opłatek. Nikt nie miał odwagi go wziąć. Piąta wigilia w niewoli hitlerowskiej. Odczucia smutku i rozpaczy wirowały wokół nas. Oblewaliśmy się łzami. Kolędy też nam dziwnie nie szły. Nadeszła godz. 22.00 i rozeszliśmy się do swych ziemianek. Nad Warszawą widoczne były łuny pożarów.

Po Nowym Roku dyżury na centrali były pełne napięcia. Czuło się już zbliżający moment natarcia Armii Wschodniej na Warszawę. Wszyscy dowódcy prowadzili rozmowy telefoniczne bardzo podnieceni. My też napięci byliśmy jak struny.

16 stycznia o świcie Pierwsza Armia ruszyła na Warszawę. Wiedzieliśmy, że Polacy są już na Czerniakowie. 4 Pułk 2 Dywizji Piechoty obsadził przyczółek na lewym brzegu Wisły w rejonie Jabłonnej. To, jakiego uczucia my tułacze wojny doznawaliśmy w tym czasie nie da się opisać. „Aby Warszawa była zdobyta, to z Berlinem będzie już łatwiej” -powtarzaliśmy.

 

CDN

Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Ul. Raszyńska 54, 02-032 Warszawa, Tel/fax 0-22 823-96-82